Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Demon Odrodzenie II - 23

Walencja

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

3-4 Października

Valentia – Wyspa Studencka

 

Drzwi zatrzeszczały, stare i nienaoliwione. Wszechobecny kurz przekonywał, że nikt, od bardzo, ale bardzo długiego czasu, nie odwiedzał tego miejsca. Miejsce zapomniane przez ludzi, uwięzione w pętli czasu i wszechobecnego kurzu. W cichej kapsule zapomnienia z cegieł, drewna i szkła. On jednak wiedział, że jest to jedynie dobrze zaprezentowane kłamstwo. Jego oczy były inne od innych. Ludzkie oczy się mylą, wprowadzają w błąd… jego oczy się nie myliły.

Widział go wyraźnie: pusty klejnot, zatruty zielonym światłem i rozchodzące się od niego czerwone linie. Bijące czernią serce, gorący żołądek, potężne płuca… oraz błyszczący jasno umysł. Nie umknął mu też metalowy przedmiot w kształcie pistoletu.

Uśmiechnął się szeroko i nie postąpił kroku.

Czekał.

 

Po dłuższej chwili z rupieci strychu wysunął się Franciszek Eagle z wymalowaną irytacją na twarzy. Pół człowiek, pół wilk, stał przed nim wyprostowany dumnie, mimo widocznych bandaży i prawej ręki w temblaku. Widać było, że nie był w najlepszej formie…

- Zgaduję – Eagle zaczął. – że nie powinienem być zaskoczony, że mnie znalazłeś.

- Nie – Cezarion kiwnął głową. – Nie powinieneś – rozejrzał się. – Wybrałeś sprytną kryjówkę. Stary budynek wydziału chemicznego jest właściwie nieużywany od pięciu lat. Świetne miejsce, dla wilka, który poszukuje jamy, by wylizać swe rany.

- Nie dość, że cynik, to jeszcze poeta – Adler skrzywił się, przy niefortunnym ruchu. – Czemu tu przyszedłeś?

- Cóż… zniknąłeś zaraz po pojedynku. Nie wróciłeś na noc do domu. Ludzie się o ciebie pytali – tu Cezarion podrapał się po głowie. – Choć zakładam, że nie chciałbyś się z większością z nich spotkać.

Tutaj zrozumieli się bez słów.

- Niech zgadnę… poszukują mnie ci, którzy przegrali zakłady?

Rozsądnie uniknęli tematu Eweliny. Adler miał wiele świeżych ran, nie tylko tych na ciele i Cezarion widocznie nie chciał ich naruszać.

- Ludzie stracili całe fortuny – przyznał Cezarion z uśmiechem. – Ale i kilku fortuny zdobyło.

- Ile wygrałeś?

- Sto osiemdziesiąt tysięcy.

Eagle gwizdnął, unosząc brwi. Potężna sumka, nie ma co. Za taką kwotę można już kupić mały pałac wraz ze służbą, może nawet samochodem! Niezły wynik jak na studenta.

- Sporo.

- Zgadza się… - Cezarion podszedł do niego i podał papierek. – Drugie tyle jest twoje.

- Co? – Eagle spojrzał na czek zakłopotany. – Nie stawiałem żadnych pieniędzy.

- Nie musiałeś. Oddaję ci połowę swojej wygranej.

Słowa Arnolda wywołały u niego, niemały szok. Czyli jego wygrana liczyła trzysta sześćdziesiąt! Toż to najprawdziwsze bogactwo.

- Połowę!? – Adler był zdezorientowany. – Czemu?

Następne słowa Cezariona z trzaskiem roztrzaskały maskę, którą miał zamiast twarzy.

- Uznaj to za zapłatę, w zamian za me życie i przymknięcie oka przez Siły Specjalne Imperium na mą egzystencję.

Adler skamieniał. Stojący przed nim młodzieniec naraz stał się wielokrotnie większym zagrożeniem, niż zakładał. Cezarion uśmiechnął się uspokajająco, wręczając czek, mający zapewnić mu życie.

- Proszę. Przyjmij je. Wiem, że to nie jest kwota, która mogłaby zaspokoić głód waszej organizacji, ale wierzę, że to uczciwa cena za jedno życie – tutaj przeszył Adlera wzrokiem. – Życie osoby, która NIE jest waszym wrogiem.

Adler naprężył mięśnie, ale natychmiastowo je poluźnił. Ból nie pozwoli mu walczyć mimo wszystko. Ostatecznie, po całej walce właściwie wszystkie żebra miał złamane, przynajmniej w jednym miejscu. Jego ogólny stan, był gorszy niż po walce z wilkołakiem, tam miał głównie otwarte rany zewnętrzne, a tu wewnętrzne… Specyfik i wytrenowane ciało pozwalało wytrzymać ból, ale niewiele ponadto. W aktualnym stanie, nie byłby w stanie walczyć ze zwykłym człowiekiem, a co dopiero Arnoldem. Miną tygodnie, zanim choćby zbliży się do swojego dawnego poziomu. Stoi jednak za nim siła najpotężniejszej organizacji Imperium Feniksa. Nawet teraz, nie mógł stracić przewagi.

- Ile wiesz?

To było chyba najważniejsze pytanie, jakie powinien zadać.

- Znaczącą większość – Arnold odpowiedział lekko. – To, że twe prawdziwie imię to Francis Adler, że nosisz numer 001, że razem z Benem i Arianna należycie do Sił Specjalnych, że ten starszy mężczyzna, Tipiz to twój mentor i obserwator waszej misji, uwielbia papierosy marki Foltze i wiele innych… - tutaj umilkł, robiąc znaczącą pauzę. – Wydaje mi się, że nie muszę mówić więcej.

Faktycznie, nie musiał. Jakby nigdy nic, ta jednostka odkryła większość sekretów operacyjnych Sił Specjalnych w regionie… i dokonał tego, nie zwracając wcześniej uwagi. Żadna jednostka nie powinna być w stanie tego dokonać, nie kiedy sam Adler i pozostała dwójka, byli pod ciągłą obserwacją.

Jedno pytanie wypaliło się w jego umyśle niczym rozpalonym żelazem:

- Jak? – Arnold odezwał się pół sekundy przed nim. – Zastanawiasz się, jak jedna osoba, wie to wszystko, nieprawdaż? – Uśmiechał się uprzejmie. – Zanim zapytasz, zaznaczę, że nie należę do żadnego wywiadu. Choć nie zaprzeczę, że działam w biznesie handlu informacjami.

- Kto sprzedał ci informację o Siłach Specjalnych?! – Adler wymierzył w niego pistoletem. – Kto zdradził? Nazwisko!

- Nikt… – Arnold wydawał się niewzruszony.

Idiotyczna prostota, z jaką podał tę odpowiedź, wstrząsnęła Adlerem. Nie kłamał, lecz kłamać musiał.

- Niemożliwe… - wyszeptał.

- Zabawne – Arnold zachichotał. – Nie spodziewałem się, że jesteś hipokrytą.

- Co?

- „Niemożliwe”… czy ktoś taki jak Ty, naprawdę ma prawo mówić, że coś jest niemożliwe? – Tutaj przeniósł wzrok za jego plecy. – Szczególnie kiedy On cię obserwuje?

Adler odwrócił się momentalnie i wymierzył przed siebie pistoletem.

Pusto.

Jednakże to było kłamstwo. Wiedział, że tam stał. Nieodparte wrażenie, fala, gdzie zapukał w ścianę rzeczywistości. Teraz miał pewność, że nie oszalał, że widział Go naprawdę.

Adler zazgrzytał zębami i obrócił się w stronę Arnolda.

Stał dokładnie w tym samym miejscu.

Mógł wykorzystać sytuację i go obezwładnić, zabić nawet… ale tego nie zrobił. Adler odetchnął, uspokajając oddech i powoli opuścił broń. Arnold Cezarion był niebezpieczny… ale nie był jego wrogiem. Przynajmniej na razie i nie miał on zamiaru wykorzystać słabości Adlera, dla własnego zysku. Całkowita odwrotność filozofii, w której on sam był wychowany.

- Co wiesz?

Nie musiał precyzować.

- O „Tamtym” świecie? – Arnold uśmiechnął się tajemniczo. – Bardzo dużo, lecz nie wszystko. Jestem jego częścią, lecz stoję poza nim… i jestem zbyt mały, by ujrzeć go w całej okazałości, a co dopiero, zrozumieć.

Płomyk nadziei zapłonął w jego piersi. Może… może to droga do wolności, którą powinien obrać. Może, teraz kiedy dwie ścieżki, okazały się drogami do zniewolenia, za trzecim razem, odnajdzie właściwą drogę?

- Opowiesz mi? – Adler spojrzał na niego pytająco. – Mam wiele pytań… i CHCĘ poznać odpowiedzi.

Arnold zmrużył brwi zaskoczony.

- Czemu nie… ale przyjmiesz czek?

Adler spojrzał na papierek i zabrał go z dłoni Cezariona. Ten, widocznie rozluźniony uśmiechnął się szeroko i kiwnął głową.

- Dobrze. Cieszę się z tak udanej transakcji – obrócił się w stronę wyjścia. – Ruszajmy więc!

- Gdzie?

- Do miasta oczywiście! Jaka jest przyjemność w odkrywaniu tajemnic świata, na opuszczonym strychu? Nie mówiąc, że jeszcze o suchym pysku?

- Jestem niepełnoletni – stwierdził Adler.

- Tam, gdzie idziemy, nie ma „niepełnoletności” – odpowiedział Arnold ze śmiechem.

***

Szli brudnymi ulicami w równym tempie. Byli daleko od centrum miasta, w starej dzielnicy industrialnej. Arnold dość pewnie przemieszczał się ciemnymi uliczkami wypełnionymi rozbitym szkłem i zapachem wadliwej kanalizacji. Widocznie wiedział gdzie iść.

- Ignorancja jest przyjaciółką śmierci – chłopak odezwał się niespodziewanie.

- Co masz przez to na myśli?

Arnold zatrzymał się naraz i wskazał na ścianę jednej z gnijących kamienic. Widniał na niej symbol powieszonego na szubienicy feniksa oraz czerwono-niebieski pas. Nie trzeba było geniusza, by odgadnąć znaczenie tego obrazu.

- Widocznie nie lubią Imperium – Adler spojrzał na symbol swej ojczyzny.

- Anoeix*, Walencja i Detronia, wszystkie wywodzą się od Imperium Światła – Arnold dotknął symbolu. – Jednakże czasy się zmieniły. Minęło milenium, odkąd Imperium było zjednoczone. Pół tysiąclecia temu, każde z trzech następców upadło, wraz z Katastrofą… Kiedy pył opadł, Imperium Feniksa i Święte Cesarstwo Detronii powróciło do swych dawnych tradycji: ekspansji, dominacji, militaryzmu… - tutaj Arnold spojrzał na niebieski pas. – Walencja poszła jednak inną drogą.

- Drogą Waleriana III – Adler kiwnął głową. – Założyciela Wielkiej Biblioteki i twórcy Wyspy Wiary.

- Dokładnie – Arnold spojrzał na niego z uśmiechem. – Walencja miała zamiar pójść drogą zrozumienia i postępu. Zupełnie inną drogą Odrodzenia, po Katastrofie… jednakże wojna nie opuściła potomków Imperium. Varsja, odrodzona z popiołów, rozpoczęła swoje podboje. Walencja była zmuszona zawiązać sojusz z odradzającym się Feniksem i powrócić do swej imperialistycznej tradycji, jako „sojusznik Imperium” – tu Arnold ruszył dalej. – Właśnie to przyczyniło się do wojny domowej w czasie Pęknięcia, śmierci rodziny królewskiej i przejęcia władzy przez cesarza Nataniela VIII, jako męża ocalałej córki rodu królewskiego Walencji.

- Znam tę historię – odpowiedział Adler. – Czemu mi to mówisz? Jako ma to znaczenie?

Cezarion uśmiechnął się tajemniczo.

- Uczucie zniewolenia Walencji pod obcą koroną, Zajęcie pasa ziemi na południu przez cesarstwo i wielkich połaci ziemi przez Varsję. Fakt, że jego Cesarska Mość od lat nie odwiedził stolicy, mimo że jego matka nazywała ją domem, napięcia rasowe, konflikty religijne wraz z rosnącą dominacją Kościoła Światła… to wszystko ma znaczenie, Francisie Adlerze. Walencjanie to specyficzny naród. Cichy, rozsądny, ale i ceniący uczucia, a swą wściekłość i zniesmaczenie zbierali w sobie przez ostatnie pół wieku – tutaj weszli w kolejną boczną ulicę. – I czara, w której zbierali tę gorycz, jest bliska przelania.

Dookoła kręciły się prostytutki i pijacy. Wydawać się mogło, że to typowa dzielnica biedoty, ale nie. Niektóre prostytutki miały kocie źrenice, inne łuski na nogach, kolejne widoczne ostre kły, któryś z biedaków miał dziury w czapce, z których wysuwały się rogi. Szli teraz przez getto dla „Emutsi” albo mutantów i nieludzi, jak ich powszechnie nazywano. Jednakże, pośród tego brudu, widać było niesamowity szacunek, może nawet kult, oddawany jednemu symbolowi – niebiesko czerwonej fladze. Nawet wśród powszechnego brudu i smrodu, flagi te były zadbane, a nawet najbardziej pijani, schylali przynajmniej przed nimi czoła.

- Kolory ruchu „Odrodzenia Walencji” – oznajmił Arnold. – Ruchu antyimperialnego. Są w nim wszyscy, którzy chcą oprzeć się aktualnej władzy, potulnie wykonujące polecenia z Anos**. Komuniści, Republikanie, Nacjonaliści, mutanty i zwykli ludzie, zbierają się, by oprzeć się potędze Imperium. Wszystko, byle by stworzyć Nową Walencję.

- Z tego, co słyszałem, Valentia miała być procesarska – Adler stwierdził lekko zakłopotany. – Widać jednak pogłoski były mocno przesadzone.

- Ignorancja jest przyjaciółką śmierci – Arnold powtórzył słowa, teraz z nową siłą. – Widzisz, Francisie, Wyspa Studencka, Królewska, Wiary i Wybrzeże Valentii, jest jak najbardziej procesarskie. Elity Valentii czują się dobrze pod pieczą Imperium… zwykli ludzie jednak? – Prychnął. – Już nie. Czują się, jakby rozgrzany ogniem Imperium łańcuch, powoli oplata się wokół ducha ich ojczyzny.

Adler chciał się dopytać, co miał na myśli, jednak Arnold naraz zatrzymał się, unosząc dłoń i spojrzał do bocznej uliczki. Adler podążył za jego wzrokiem. W cieniu, stała młoda kobieta i czwórka mężczyzn w brunatnych strojach. Dziewczyna o długich blond włosach i z wyrazistą czerwoną szminką dmuchnęła dymem w twarz drabom. Widać było, że jest raczej mocno poirytowana.

- Stówa za obciąganie, dwie za seks – oznajmiła. – Od osoby. Płacicie albo spierdalacie.

Draby zachichotały.

- Patrzcie! – Zaśmiał się pierwszy. – Mutantka chcę kasę za swą dupę!

- Powinna zapłacić nam, za to, że nie wymiotujemy, widząc tę ohydę!

Paskudny rechot odbił się po wnętrzu uliczki. Dziewczyna westchnęła, odsuwając się lekko od ściany.

- Mam was dość, idźcie bawić się w żołnierzyków gdzie indziej. Wróćcie, kiedy będziecie mieć więcej niż garść groszy.

Po tych słowach chciała odejść, ale pierwszy drab pochwycił ją i przybił do ściany. Dziewczyna krzyknęła zaskoczona.

- Milcz, suko! – Warknął lider grupy. – Zerżniemy cię tu i teraz, a ty nam podziękujesz, że nie wyrwaliśmy ci twoich skrzydełek!

Adler spojrzał na Arnolda, którego skamieniały uśmiech łączył się ze skupieniem w oczach. Zimny blask przemknął po powłoce oczu. Adler domyślał się, co za chwilę się wydarzy.

- Nie będę w stanie ci pomóc – Adler odezwał się cicho.

- Nie będziesz musiał – Arnold ruszył do przodu. – Uznaj to za pokaz.

Kiedy dziewczyna próbowała się wyrwać, a czworo bandytów szykowało się na swoistego rodzaju „ucztę”, Arnold bezgłośnie i niezauważenie zbliżył się do nich na odległość kilku metrów. Dziewczyna ujrzała go, a jej oczy zalśniły nadzieją.

- Dobry wieczór panowie – Arnold odezwał się z uśmiechem.

Cała czwórka momentalnie się odwróciła, widocznie zaskoczona.

- Kiedy ten sukinkot się tu pojawił? – zapytał jeden z nich.

- Cicho – uciszył go lider. – Czego chcesz, gówniarzu?

Arnold z uśmiechem wyciągnął w jego stronę dłoń ze zwiniętymi banknotami.

- Trzysta koron – oznajmił. – Powinno wam wystarczyć na udany wieczór… zostawcie dziewczynę i idźcie gdzie indziej.

Mężczyźni spoglądali zdezorientowani raz to na pieniądze, raz to na chłopaka. Trzysta koron to nie byle pieniądze. Lider grupy jednak okazał się chciwy i głupi, ponieważ przyjął pieniądze, ale nie puścił dziewczyny.

- Dzięki idioto! – Zarechotał. – Po ruchaniu trzeba się napić! Prawda chłopcy?!

Draby zarechotały. Arnold jednak nic sobie z tego nie robił. Przeszył lidera wzrokiem, sprawiając, że ten na moment skamieniał. Głos chłopaka wydawał się zapowiadać wybuch wulkanu.

- Uszanuj transakcję i odejdź… albo doczekaj się konsekwencji. Liczę do trzech.

- Co? – Lider uniósł brwi.

- Raz…

- O czym ten gówniarz mówi? – zapytał drugi.

- Dwa…

- Chcesz się bić? – trzeci położył dłoń na ramieniu Arnolda z cynicznym uśmiechem.

- Trzy…

 

TRZASK!

 

Źrenice Adlera rozszerzyły się w całkowitym szoku. Serce ewidentnie pominęło jedno uderzenie.

Drab, który położył dłoń na Arnoldzie, upadł, z groteskowo złamanym karkiem. Głowa odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i spoglądała w niebo, martwymi oczami. Wydarzyło się to w mgnieniu oka, jeśli nie szybciej. Człowiek stał i naraz leżał martwy. Zabity w groteskowy sposób w jedno uderzenie serca.

- CO DO?! – Lider grupy puścił dziewczynę, uskakując w tył.

- SKURWYSYN! – Ryknął drugi, atakując.

Cios nie zdążył spaść na Cezariona, kiedy przeciwnik został trafiony potężnym uderzeniem w twarz. Adler miał pewność, że usłyszał wyraźnie odgłos pękającej czaszki. Ten również nie przeżył. Środek tego, co kiedyś było twarzą, reprezentowało teraz bardziej miskę, powoli wypełniającą się krwią.

Kiedy lider drżał w panice, oparty o ścianę, ostatni z drabów wyciągnął bojowy nóż i rzucił się na chłopaka. Adler wyczekiwał, co zrobi. Czy jeszcze raz zada cios, szybszy od dźwięku? Wykona zgrabny unik? Czy może samą myślą sprawi, że głowa rywala eksploduje? Ta trzecia opcja była najmniej prawdopodobna, ale przygotował się, tak na wszelki wypadek.

Arnold zrobił jednak coś, co zupełnie przekroczyło jego oczekiwania.

Przyjął na siebie cios.

Ostrze przebiło płaty ubrań na wysokości pępka. Adler wiedział, że cios w to miejsce, oznacza rozcięcie jelit, zakażenie oraz długą i powolną śmierć. Jedną z najgorszych, jaką można sobie wyobrazić, na polu bitwy. Ruszył do przodu, mając zamiar uratować Arnolda. Nie mógł stracić źródła tak istotnych informacji już teraz. Coś go jednak powstrzymało.

Niewzruszony wyraz twarzy Arnolda Cezariona.

- ZDYCHAJ! – Mężczyzna ryknął, wyciągając ostrze i wbijając je ponownie. – Giń, jebany mutancie!

Ponowił cios po raz drugi… trzeci… czwarty…

Oczy Arnolda płonęły złotym ogniem, kiedy spoglądał z góry na przeciwnika.

- To wszystko, na co cię stać?

Mężczyzna cofnął się przerażony i spojrzał na ostrze noża… nie było na nim krwi.

- Niemożliwe… - Mężczyzna wyszeptał i pchnął ponownie z nową siłą. – NIEMOŻLIWE!

I tym razem, cios nie przyniósł zamierzonego efektu. Arnold chwycił przeciwnika za szyję i uniósł go nad ziemię. Rywal wypuścił nóż i w panice próbował się wyrwać, jednak bez skutku.

- Potwór… - wycharczał, nie mogąc złapać oddechu.

- Tak przyjacielu – przytaknął Arnold. – Jestem potworem… a rzuciłeś się na mnie z nożem.

Ciało mężczyzny zwiotczało, wraz z odgłosem zgniecionej krtani.

Lider grupy, teraz z łzami przerażenia w oczach pisnął, spoglądając w otchłań złotego ognia i rzucił się do ucieczki. Dorosły mężczyzna, który kilka chwil temu, miał zamiar zgwałcić przypadkową kobietę i groził jej śmiercią, teraz uciekał, pochłonięty przez ogień złotych oczu. Jego serce uderzało szybko, jakby próbując się wyrwać z piersi, płuca piekły, żołądek się skurczył, a umysł stracił kontrolę nad zwierzęcym instynktem.

- Ratunku! Potwór! Ratujcie!

Arnold schylił się powoli, sięgając po nóż.

- Nie chcę umierać! Ratunku!

Zamachnął się, trzymając nóż za ostrze.

- Nie chcę! Mamusiu! Ratu…

Okrzyki rozpaczy ustały w momencie, kiedy ostrze noża przebiło czaszkę i zagłębiło się po rękojeść. Czubek ostrza puknął w wewnętrzną stronę czaszki i stanął. Ostatni z przeciwników padł martwy na ziemię. Jego ciało już oderwane od duszy, nadal wypuszczały ostatnie łzy, jakoby ostatni akt rozpaczy.

Adler stał jakby porażony.

Arnold spoglądał na niego spokojnie. Oczy lśniące złotym ogniem z cienkimi źrenicami potwora z legend. Skóra, teraz naznaczona twardymi łuskami lśniła w wieczornym świetle.

 

Francis Adler, wilk… nie – Wilkołak Imperium. Potwór w ludzkiej skórze. Lider sfory zwanej Nowymi Dziećmi. Potężny drapieżca, oto zatrząsł się i skulił w sobie.

Jako że stało przed nim monstrum o nieporównywalnie większej mocy. Bestia o gadzich oczach wypełnionych boskim blaskiem, o łuskach twardszych od stali o sile przekraczającej ludzkie zrozumienie. Byt, znany z mitów, który rzucał wyzwanie bogom.

 

Oto Wilkołak Imperium, zadrżał przed Smokiem z Walencji.

 

*Druga nazwa Imperium Feniksa. Zupełnie jak jest Polska i Rzeczpospolita Polska itp.

** Anos – stolica Imperium Feniksa. Możliwe, że część z was nadal kojarzy z oryginalnej serii.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    jej - 5, ale bez wyjaśnienia!
  • Pontàrú 3 miesiące temu
    Wow... Ale się powyjaśniało! Choć w sumie nie. Tak naprawdę to niewiele się wyjaśniło. Dowiedziekiśmy się, że Arnold jest smokiem a to niemała niespodzianka. Poznaliśmy też bezpośrednie połączenie światów z przed upadku: "mutantów" żyjących we współczesnym świecie. Bardzo ciekawy odcinek stawiający jeszcze więcej pytań.
    Pragnę dodać jedynie, że naprawdę widać, iż pracujesz nad swoim światem a włożony weń wysiłek nie idzie na marne.
    Ode mnie 5 (^o^)
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    Dzięki
    Dotąd oglądaliśmy świat Elit
    Uznałem że teraz jest dobry moment by wejść w ciemne uliczki i ukazać drugą stronę mojego świata - pozostałości jeszcze sprzed Katastrofy.
    W najbliższym czasie odcinków raczej nie będzie - święta itd.
    Pozdrawiam
  • Ozar 3 miesiące temu
    Kapelusznik. Tu już poszedłeś szeroko. Masz różne byty, a teraz smok. No kurde twój świat jest coraz ciekawszy. Jak widzę opisujesz coraz bardziej ciekawie świat Adlera. To nie łatwa sprawa i jak pokazał Tolkien żeby opisać ze szczegółami cały świat potrzeba do tego lat pisania, więc ci nie zazdroszczę. Tu jest tyle szczegółów do opisania. Ale trzymam kciuki, bo jak widzę idziesz dobrą droga i warto by to poprowadzić dalej nawet gdyby to zajęło kilka lat. Na prawdę warto poświęcić czas na dopracowanie szczegółów, bo to one stanowią o wielkości dzieła. U ciebie to ma sens, bo bohaterowie, bohaterami, akcja, akcją ale opis świata jest podstawą. Dlatego pisz dalej i twórz swój świat a ja będę ci kibicował (kiedyś chciałem coś takiego stworzyć, ale się poddałem). 5 za tego smoka hahahaha.
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    Było z tym sporo problemu. Rozmyślania, ustawiania, ogarniania - ale jest
    Skoro to ci się spodobało - przy następnym odcinku pękniesz z ekscutacji i śmiechu
    Mam zamiar z uśmiechem uderzyć czytelników nie nalerzącą do elit częścią świata.
    Pozdrawiam!
  • Ozar 3 miesiące temu
    Kapelusznik Brzmi bardzo ciekawie, więc czekam!!!
  • JamCi 3 miesiące temu
    kurczę muszę wrócić do czytania po kawałeczku :-)
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    No mam nadzieję!
  • Nefer 2 miesiące temu
    Mnożysz byty, oby z potrzebą (fabularną), tzn., mam nadzieję, że przydadzą się przy dalszym rozwoju akcji i nie stanowią tylko ozdobnika. Rozdziuał technicznie bardzo dobrze napisany, trzyma w napięciu. Szczególnie udana scena z próbą przekupienia bandytów, zaskoczył mnie taki wstęp do własciwej "interwencji".
    Pozdrawiam
  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Witam!
    Cieszę się że przybyłeś - kolejne odcinki sporo wyjaśnią
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania