Kto zabił Ethana Fella? 2 - Rozdział 4 - Niewyjaśnione zaginięcie i klątwa...

[Ćwiczę dialogi, dlatego jest ich dużo... Co do serii, to fajnie się ją piszę, gdyż mogę sporo rzeczy naprostować, bądź zakrzywić jeśli tylko chcę... Dałbym radę zrobić sezon 3 w zależności od tego, czy będą wspierający serię czytelnicy. Dodatkowo, chciałbym przeprosić za powiedzenie parę rozdziałów wcześniej, że historia będzie głównie z perspektywy głównego bohatera. Dobra, koniec ględzenia, zapraszam do czytanka ^^ ]

 

Podczas gdy posterunkowy Matt oraz komisarz Alice prowadzili spokojnie rozmowę, Carlos Diaz skończył palić bodajże trzecią w tym tygodniu paczkę papierosów. Wprawdzie jego pracownikom nie odpowiadał nawyk szefa, który wypełniał salę spotkań trującym dymem, ale tego dnia sytuacja miała się inaczej. Całą powierzchnię pokoju dla personelu pokryto rzędem prostych stołów i krzeseł, gdzie zasiedli wszyscy pracujący. Obecny wystrój sali, przypomniał Diazowi czasy szkoły średniej, kiedy będąc w internacie jadał obiady na podobnie wystrojonej stołówce. Wtedy nie miał prawa widzieć, że przyjdzie mu się w dorosłości zmierzyć z czymś takim, co teraz.

Celem tego spotkania było poinformowanie wszystkich o śmierci jednego z taryfiarzy, a także wyrządzenie na jego cześć imprezy...

— Proszę o ciszę — zaczął Carlos, uderzając delikatnie łyżeczką o kieliszek z szampanem — Ostatnio wydarzyła się tragedia — spauzował na chwilę — Nasz pracownik, nie, przyjaciel, przeszedł na drugą stronę...

— Co się stało? Ale jak? — pomieszczenie wypełnił gwar głośnych szeptów i pojękiwań.

— Dzisiejszego poranka zadzwoniła do mnie policja i poinformowała o znalezionym w rzece ciele mężczyzny — mówiąc to poczuł, że osłabia mu się ostrość spojrzenia, a paw zbliża się pod same usta — Obecność dokumentów wykazała, że zwłoki należą właśnie do Andersona — Zauważył, że część osób zaczęła wstawać i wychodzić za drzwi, natomiast pozostała grupa, tych o mocnych nerwach wciąż trwała na miejscu.

— A-ale — zawołała ubrana w czarny żakiet kobieta — Kto mógł spowodować jego śmierć? — pozostali jedynie skinęli głową.

— Są różne, czasami sprzeczne ze sobą pogłoski — podrapał się po kilkudniowym zaroście — Policja mówi, że śmierć była najprawdopodobniej winą zmęczenia i nieuwagi kierowcy, który zapewne z przemęczenia zjechał poza drogę, jednak ja mam trochę odmienne zdanie...

— Co pan myśli? — zawołała ponownie ta sama kobieta.

— Myślę, że to nie było dziełem przypadku — ucichł — Oczywiście to, co wam teraz powiem powinno być tajemnicą wszystkich teraz obecnych — zadbał, by zaakcentować ostatnie wypowiedziane wyrazy — Istnieje pewna legenda, która swym mrokiem pokonuje nawet najciemniejsze uliczki naszego (zachowajcie to dla siebie) pojebanego miasta... Mówi się, że w Mappletown doszło do samobójstwa...

Tym razem część obecnych chwyciła za kieliszki i ze smutkiem napiła się białego wina.

— Czytałem o tym w gazecie! — krzyknął młodszy taksówkarz — Ponoć jakiś facet wyskoczył z balkonu i od tamtej pory miasto nie jest odwiedzane przez nikogo! Nawet sama populacja się drastycznie zmniejszyła.

— Właśnie! — krzyknął właściciel firmy, by dodać sobie animuszu — Zabrzmi to pewnie komicznie, ale niektórzy myślą, że za wszystkim stoi klątwa — nalał sobie do filiżanki odrobinę kawy, ale jej picie było tragiczne w skutkach, okazała się smakować jak smutek i rozpacz — Ja nigdy tam nie wierzyłem w klątwy, jednak sprawa wydaje się być nawet bardziej niż poważna, tak czy siak, nie uchodzi mej uwadze, że nasz przyjaciel miał interes by tam jechać — ponownie się napił — Chyba najbardziej oczywistym jest wynajęcie go jako przewózki do tamtego miasta, zastanawia mnie dlaczego akurat tam, spośród tylu możliwości...

Od blisko dwudziestu lat miasteczko Mapletown nie było niczym celem podróży, a wszystko za sprawą złej sławy. Z zasady za rzadziej uczęszczane miejsca płaciło się mniej, toteż może jakiś pijak poprosił o przejazd i niefortunnym zbiegiem wydarzeń doszło do wypadku? Ale co za pijak mógłby chcieć tam jechać? Coś nie trzymało się kupy.

Wtem otworzyły się drzwi i przeszedł przez nie księgowy.

— Panie Carlos, policjanci przyjechali z panem porozmawiać!

— Powiedz, że już idę!

Przeprosił wszystkich i po opuszczeniu przez personel z sali, upewnił się iż pomieszczenie było zamknięte, a następnie podszedł do centralnego wejścia do firmy.

— Dzień dobry, w czym mogę pomóc? — spytał.

— Nazywam się Alice, a to posterunkowy Matt, wcześniej dzwonił pan do nas ze sprawą zaginięcia jednego z pracowników, a jakiś czas potem odnaleźliśmy jego ciało, pamięta pan?

— Ach, pamiętam, wcześniej rozmawiałem z mężczyzną jeśli się nie mylę.

— Rozmawiał pan z moim partnerem.

— Może państwo wejdą do środka? — wykonał nieokreślony gest dłonią, ale oboje pokiwali przecząco głowami.

— Obejdzie się, chcemy zadać parę pytań: Czy w dniu zaginięciu ofiary widział się pan z nią po raz ostatni?

— Oczywiście — oświadczył — Przy rozpoczęciu każdego dnia, pracownicy przychodzą, by się wpisać na listę obecności.

Była to stworzona przez niego samego procedura, pozwalająca zaoszczędzić wszelkich nieporozumień i niedociągnięć. Uważał, że wpisującym lub też nie łatwiej będzie coś udowodnić. Przykładowo pracujący twierdzi, że był w firmie i zabrał pojazd do pracy, ale nie ma go na liście więc kłamie. Wpisywano się na liście również pod wieczór, kiedy kończono pracę. Jednak system przewidywał osoby wpisujące się tylko wieczorem, szef tylko uznawał podpisy osób, która stawiały się z rana.

— Rozumiem, a teraz : Czy nie zauważył pan niczego dziwnego w zachowaniu tej osoby na krótko przed zaginięciem i śmiercią?

— Tylko tyle, że ostatnimi czasy dosyć często puszczał stare utwory rockowe, ale poza tym to nic.

— Wiadomo chociaż czy kogoś podwoził?

— Właśnie to jest tajemnicą dla samego mnie, jechał ponoć w stronę Mapletown...

Funkcjonariuszka zrobiła krzywy grymas.

— Coś z tym nie tak? Słyszałam pogłoski o klątwie, będącej wynikiem samobójstwa, ale...

— Nikt tam nie jeździ od blisko dwudziestu lat, jeśli mnie pamięć nie myli.

Przez parę kolejnych minut posterunkowy Matt spisywał całą przeprowadzoną rozmowę, a potem powoli zaczęli rozchodzić się w swoją stronę...

— No tak! — zawołał na głos Carlos, odstraszając zgromadzone na chodniku wrony...

— Coś się stało? — spytali oboje.

— Jedyna osoba, która mogła się udać do miejsca opanowanego przez klątwę zmarłej osoby jest... Osoba spokrewniona z tą osobą!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • TopazBlack 2 tygodnie temu
    Przyznam, że na początku niebyt przypadła mi do gustu fabuła, ale z każdym rozdziałem coraz bardziej się przekonywałam i teraz muszę stwierdzić, że naprawdę mnie to wciągnęło.
  • DEMONul1234 2 tygodnie temu
    Witaj w rodzinie! Dzięki za zainteresowanie 😘
  • Shogun 2 tygodnie temu
    Rozdział dobry, lecz wydaję mi się, że powinieneś trzymać czytelników w większej niepewności, gdyż ostatnie zdanie, mnie bynajmniej nakierowało już na trop, choć już wcześniej podejrzewałem co się może święcić :D Większa nutka niepewności i domysłów by nie zaszkodziła, no chyba że planujesz zaskoczyć czytelników czymś jeszcze ;D
  • DEMONul1234 2 tygodnie temu
    Wiem co masz na myśli, ale tak się nie stanie :-( Czegoś tak oczywistego bym przecież nie dał :*
  • Shogun 2 tygodnie temu
    DEMONul1234 Ha, czyli zaskoczenie będzie :D Na to liczę ;)
  • Lincoln 2 tygodnie temu
    Taka drobna uwaga: czy nie powinno być "niewyjaśnione"? :D
  • DEMONul1234 2 tygodnie temu
    O kurczę, powinno ^^
  • Johnny2x4 2 tygodnie temu
    Czytam, czytam i mi się dobrze czyta. Jestem na tak
  • DEMONul1234 2 tygodnie temu
    Dziękuję i witam w rodzinie ^^
  • Johnny2x4 2 tygodnie temu
    DEMONul1234 Dziękuję za przyjęcie :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania