Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kto zabił Ethana Fella? 2 - Rozdział 8 - Z martwych

*1*

 

Wyznaczone miejsce spotkania miało nieprzyjemną dla każdego nosa woń trocin, a następująca po zmierzchu ulewa sprawiła, że zarówno Finn jak i George byli cali przemoknięci. Nadmiar złego, obaj czuli druzgocący powiew wiatru, który nie szczędził swej siły na piorunowaniu ich swym zimnym podmuchem zamieci. W końcu obaj ruszyli po klatce schodowej na drugie piętro jednego z centralnych blokowisk w mieście i wyczekiwali umówionego z kontaktem spotkania, a raczej brodacz oczekiwał, gdyż Finn chciał mieć już to wszystko z głowy i odpocząć w objęciach wygodnej hotelowej kołdry. Jednak musiał podążać za rozkazami mężczyzny z dwóch prostych powodów:

Po pierwsze, po przyjeździe do miasta stracił i tak już większość zaoszczędzonych środków i po kolejnej nocy w namiastce luksusu, cierpiałby na brak pieniędzy. Drugim, a zarazem obecnym powodem było zaufanie jakim go darzono. No bo, żadna nieufająca mu osoba nie wręczyłaby mu broni zdolnej do zabicia żywej istoty jednym celnym strzałem. Wyciągnął rewolwer z tylnej kieszeni spodni i powoli uniósł go do góry. Jego oczom ukazał się bogato zdobiony bębenek, który w stanie był pomieścić sześć pocisków, choć sam miał do dyspozycji zaledwie cztery.

— Nigdy wcześniej nie trzymałeś broni, co? — spytał z lisim uśmiechem, przeczesując latające na wszystkie strony włosy.

— Trzymałem... — szepnął — ale nie była tak ciężka jak ta — wyjaśnił.

Nie kłamał. Był czas, kiedy po szkole udawał się z przyjacielem na dawniej puste wzniesienia wysypiska śmieci, by postrzelać do nieruchomych celów, często butelek po piwie, a rzadziej nieużywanych felg od samochodów przeznaczonych na złom. Pamiętał również śledzenie na mieście swego ojca i późniejsze udanie się z nim na strzelnicę. Momentalnie spłynęła po jego policzku łza. Gdyby tylko mógł tamtego dnia z nim porozmawiać, gdyby mógł zapobiec tej tragedii, gdyby...

— Coś się stało? — spytał go — Nie wyglądasz najlepiej?

— Nie straciłeś nigdy kogoś ci bliskiego? Kogoś, kogo zawsze chciałeś odzyskać? — spytał, już nie płacząc, na co George zakrył dłońmi głowę i głęboko się zamyślił.

Za oknami opuszczonego pomieszczenia rozpętała się burza, a ciskające w oddali pioruny pozostawiały za sobą ogromny przebłysk oraz huk. Kiedyś matka powiedziała mu, że liczenie czasu jaki dzieli dwa uderzające wyładowania, pozwala określić ich odległość od osoby liczącej. Dziwne, nigdy nie wiadomo, kiedy tego typu informacje mogą się przydać.

— Straciłem, oj, straciłem... — Odezwał się z opóźnieniem — Kiedyś, to znaczy jeszcze przed tymi zaginięciami i śmierciami, był taki chłopak, z którym byliśmy przyjaciółmi — skinął głową — Wszystko się spieprzyło, gdy wpadliśmy na głupi pomysł obrabowania największego banku w mieście...

— Chcieliście obrabować bank?! — krzyknął z niedowierzaniem Finn.

— Słuchaj, samego dobra w życiu nie robiłem, teraz wiem, że ta forsa chuja była warta — przerwał — Teraz i tak żyjemy w lepszym świecie, jakby nie patrzeć...

— "Lepszym" — przerwał mu — Ludzie giną i nikt temu nie może temu zaradzić, jak może być to niby lepsze?

— Byliśmy niczym! — krzyknął — A teraz spójrz! Kres dziejów tego miasta uczynił nas bogami!

Wtem usłyszeli dźwięk kroków i jednocześnie skierowali w tamtą stronę swoje bronie. W progu drzwi pojawiła się zakapturzona postać, z której kurtki ściekały litry wody, los też nie był łaskawy.

— Boston! — zawołał George, choć Fell nie mógł zrozumieć o co mu chodzi.

— Herbata — odparł przybysz i mężczyzna opuścił broń — Mieliśmy się spotkać, prawda? Mów co ci siedzi w głowie, Anarchisto... — ściągnął swój kaptur, pozwalając by irokez koloru czerwonego mógł choć trochę odetchnąć z objęć nieprzyjemnego materiału — Nazywam się Brad — wyciągnął dłoń, a Finn myślał, że zemdleje...

 

*2*

— Komisarz Alice! — zawołał Don Fox, spoglądając na rozciągającą się przed nim ciemność — Czy powinniśmy tam iść?

Kobieta ponagliła kilkoro idących za nią policjantów, a sama stanęła przy wołającym ją mężczyźnie i zaczerpnęła powietrza. Droga za ich plecami spaczona została przez gęstwinę mlecznie-białej mgły, która jak nic ograniczała widoczność poniżej umożliwiającego powrót minimum. Wprawdzie nadchodząca noc sprawiała, iż mogli jedynie widzieć na odległość wyciągniętej do przodu dłoni, co nie zapowiadało niczego dobrego.

— Wyboru innego nie mamy, a Mapletown znajduje się tuż na wyciągnięcie ręki — wskazała dłonią — Nasze samochody są daleko w tyle, więc udanie się pieszo to nasza jedyna możliwość — zamilkła — A to co?

Poczuli, że zaczął nagle padać deszcz, nie jakiś zwykły, ale zapowiadający nadejście prawdziwej burzy.

— Musimy się zbierać, albo przemokniemy! — krzyknął Don — Niech wszyscy złapią się za ręce, stworzymy długi łańcuch i udamy się tą ścieżką wprost do miasta — kaszlnął — w ten sposób nikt się nie odłączy.

Wszyscy przystali na jego plan i łącząc się dłońmi, napierali do przodu, starając się trzymać ubocza tak, jak tylko to było możliwe. Wprawdzie nikt nie jeździł w tym kierunku, ale warto było się mieć na baczności. Wśród nich było wielu zwolenników teorii odnośnie objętego klątwą miasta i jego mieszkańców, więc właśnie ci idący na tyle zwolennicy zaczęli szeptać, co mimo bólu głowy Alice, miało kilka korzyści. Notoryczne poszeptywanie świadczyło o dobrym samopoczuciu osób oraz o ich niezgubieniu się po drodze.

— Mundury! Zdjąć mundury i trzymać je nad głowami! — Początkowo komenda wydawała się być wyrwana nie wiadomo skąd, ale nasilające się opady deszczu same wymusiły posłuszeństwo na małym oddziale detektywów kryminalnych. Każda osoba, aspirująca na wyższe stanowisko musiała przejść wieloetapowe szkolenie adaptacyjne, w tym dodatkowe przystosowanie obronne w odniesieniu do przyrody. Pomijając godziny irytującego zakuwania, sprawdzano umiejętności kandydatów w przyrodzie, a pod tym względem pani komisarz nie miała sobie równych. Teraz śmiała się do siebie, że te szkolenia w końcu na coś się zdały.

— Prawie jesteśmy na miejscu! — Don musiał krzyknąć, aby wszyscy byli w stanie usłyszeć jego zasapany głos.

Przechodząc za zieloną tabliczkę z napisem: "Mapletown - owocne inwestycje", oficjalnie znaleźli się na terenie miasta. Przemoknięci i zmarznięci, pobiegli resztką sił w stronę jedynego budynku z zapalonymi światłami i z impetem otworzyli jego drzwi.

— O tej godzinie tylko ja pracuję, w czym mogę pomóc? — spytał mężczyzna w ciemnym uniformie.

Stała przed nim gromada ludzi w niezdatnych do noszenia ubraniach, z których wypływająca woda, zmiękczała rozłożony wszędzie dywan w ogromnym pomieszczeniu.

— Co to za miejsce? — spytała Alice.

— Hotel, ma się rozumieć — zawołał nieco strudzony, ale na chwilę zamilkł dostrzegając u nich odznaki — Nazywam się Jack, pozwolą państwo, że na koszt firmy dostaniecie pokoje do przenocowania.

— Poprosimy! — wyrwali się detektywi.

Alice udała się na jedną ze stojących kanap, wyciągnęła telefon i o dziwo dała radę wybrać numer, natomiast nikt nie odbierał. Pojawiał się nagrany głos kobiety, informujący, że wykonanie telefonu nie jest możliwe.

— Nie możesz zadzwonić — rzucił Fox, samemu wciskając kilka przycisków na telefonie.

— Tylko komunikaty o niedostępności łącz... — schowała urządzenie z powrotem do kieszeni.

— U mnie to samo — opuścił głowę — Chyba zostaje nam zostać tu na noc...

 

Odkąd udali się do swych pokoi, recepcjonista zamknął hotel na klucz, a upewniwszy się, że jest sam, sięgnął dłonią do szuflady pod blatem recepcji i upewnił się, że w środku znajduje się pistolet...

 

[I ten rozdział wyjątkowo zawiera 2 historie na raz, dlatego mógł trochę ucierpieć, ale wszystko na potrzeby fabuły.]

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania