Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Aiden Księga druga - Odkupienie Rozdział 2

Las Mindfil

 

Było tam pięknie, a jednocześnie cicho i spokojnie. Jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie byłem w piękniejszym miejscu, jak las Mindfil.

 

Krocząc dalej przed siebie w zarośniętą puszcze, z przyjemnym odczuciem ulgi pochłaniałem uroki otaczającej wokoło przyrody. Zewsząd otaczały mnie niezliczone rodzaje drzew, o wysokich i bujnych koronach, a także odrodzone spod zimowej kurtyny; kwiaty, trawa, krzaki, oraz krzewy. A wszystko to podziwiałem, międzyczasie słysząc w uszach głośne ćwierkania ptaków, a także cichy szum niedużej rzeczki, który płynęła obok mnie i wpadała do morza.

 

,,To musi być raj. Zdecydowanie musi być" pomyślałem, z uśmiechem na ustach.

 

Byłem oszołomiony pięknem tego lasu. Czułem w nim miejscu coś wyjątkowego. Zupełnie jakby zrzucono na niego jakieś magiczne zaklęcie, dzięki któremu potrafiłem się tu odprężyć i zrelaksować. Dlatego właśnie obiecałem sobie wtedy, że jak to wszystko tylko się skończy, wrócę w to miejsce i tu zamieszkam (Dotrzymałam danego słowa). Ale nim do tego miało dojść czekała mnie jeszcze długa i wyboista droga, a w pierw musiałem odnaleźć tamtą wieże, którą widziałem na plaży.

 

Ale los w tej kwestii postanowił być łaskawy i po krótkich poszukiwaniach, odnalazłem szukaną wieże - a może raczej to, co z niej jeszcze pozostało. To był boski cud, że jeszcze trzymała się ziemi. Znalazłem ją na opuszczonym polu, porośniętym wysoką do kolan trawą, otoczonym wysokim, kruszącym się, ceglanym murem. Co się tyczyło samej wieży, powiedzmy, że widziała już lepsze dni. Była masywną budowlą zrobioną z rzeźbionego kamienia, których część już i tak odpadła, a w dodatku cała porosła dzikimi pnączami, sięgające po sam szczyt. Powoli podszedłem bliżej. Planowałem wspiąć się na szam szczyt, mając cichą nadzieję, że gdy tylko dotknę jej ściany, ona nie zwali mi się na głowę.

 

Jednak tak się nie stało, gdy nagle coś usłyszałem. Ludzkie głosy, dobiegające zza wierzą. Odruchowa odsunąłem się w bok, kucając między zarośla. Potem ostrożnie zacząłem obchodzić budowle dokoła, aż natknąłem się na grupę trzech dorosłych mężczyzn, ustawionych wokół siebie.

 

Wytężyłem słuch, by wychwycić, o czym rozmawiają. Niestety bezskutecznie. Byłem za daleko, musiałem podejść bliżej, bezszelestnie.

 

- I jak, udało wam się cokolwiek znaleźć? - zapytał jeden z mężczyzn. W jego tonie dało się wyczuć lekki niepokój.

 

- Nie, towarzyszu drugi oficerze. - odparł drugi. - Wspólnie z towarzyszem Connorem przeszukaliśmy pobliską plaże, jak kazałeś, sir. Jednak nie znaleźliśmy tam żadnych po zaginionym.

 

- Niedobrze. Musimy go znaleźć. Ivan, pokaż mapę.

 

W następnej chwili, Ivan wyciągnął ze skórzanej torby, którą miał założoną przez ramię i wyciągnął z niej zwiniętą mapę, a potem ją rozwinął i wspólnie z drugim oficerem zaczęli uważnie się jej przyglądać.

 

- W takim razie będzie trzeba poszerzyć krąg poszukiwania i przeszukać jeszcze te obszary, zaczynając od tego miejsca. Może tam zdołamy go odnaleźć.

 

W tamtym momencie dołączył trzeci z mężczyzn, niejaki: Connor Smith. Wysoki, zaniedbany, i chyba miał słabość do alkoholu, jeśli trafnie trafiłem patrząc na wygląd jego twarzy. Twarzy nałogowego alkoholika.

 

- I niby po co mielibyśmy to robić, hę? Szukaliśmy już go kilka godzin i nic. Może po prostu utopił się jak reszta. Tracimy tutaj tylko czas w poszukiwaniu niczego, zamiast pomagać chłopakom w naprawie naszej łajby.

 

- Milcz! Gdybyś tylko pracował tak umiejętnie, jak opróżniasz butelki po rumie. - warknął poirytowany oficer i podszedł znacznie bliżej do Connora. Potem złapał go jedną dłonią za ramię, a drugą groźnie wstawał na niego palcem, mówiąc: Będziesz go szukał, aż ja nie wydam odpowiedniego rozkazu. To po pierwsze. A po drugie, nigdy więcej nie odzywaj się do mnie, w ten sposób. Bo inaczej osobiście dopilnuje, aby cię tu zostawić. Czy zrozumieliśmy się jasno?

 

- Tak jest, sir. - odpowiedział przerażony samą myślą, o zostaniu w tym lesie chociaż na jedna noc.

 

W tamtym momencie poczułem ulgę. Miałem już pewność, jako by tamta grupa zależała do załogi ,, Evelynn". A mówiąc: ,,zaginionym" mogę się założyć o pięć złotych monet, że chodziło im o mnie. Jednak coś mi podpowiadało, żebym jeszcze się nie ujawniał i zaczekał na odpowiedni moment. Więc siedziałem dalej w zaroślach i słuchałem.

 

- Dobrze. Bardzo dobrze. - kontynuował rozmowę zadowolony oficer, odsuwając się od Connora. - Skoro już wszystko zostało uzgodnione, ty i Ivan wrócicie do poszukiwań, poczynając od miejsca, które wskazałem wcześniej na mapie. Zrozumiano?

 

Obaj marynarze pokiwali głowami i natychmiast powędrowali za wierze, a potem zniknęli w głębi lasu.

 

Gdy tylko znowu zrobiło się cicho, drugi oficer stanął nieruchomo w miejscu przez moment, patrząc jak na niebie poruszały się chmury. Później ciężko westchnął i sięgnął do kieszeni spodni, wyciągaj z niej małą, drewnianą papierośnice, o stalowej obudową. Otworzył ją, wyciągnął papierosa, a następnie włożył go do ust i zapalił.

 

Teraz zamierzałem ujawnić się.

 

Zamierzałem wstać i po prostu podejść do niego. Gdy jednak wstałem, coś od razu poruszyło się za moimi plecami. Ale kiedy tylko się odwróciłem, żeby to sprawdzić, zobaczyłem tylko drzewa oraz zarośniętą polanę.

 

,, Czyżby ktoś mnie obserwował?" pomyślałem w pierwszej chwili. A potem zapytałem siebie jeszcze: ,,Kto to mógł być?'' oraz ,,Czego mógł ode mnie chcieć?"

 

Pomyślałem nad tym jeszcze przez krótki moment, aż doszedłem do wniosku, że nie ma się czym przejmować, a Ja za bardzo panikuje. Bo równie dobrze mogło być to jakieś leśne stworzenie, które zainteresowało się mną, zaś kiedy gwałtownie się poruszyłem, po prostu przestraszyło się i czmychnęło do lasu. Dlatego właśnie przestałem się tym dłużej martwić i poszedłem porozmawiać z tamtym marynarzem.

 

Stał kilka metrów przede mną, odwrócony plecami, trzymając w gotowości swój kordelas, oraz czujnym spojrzeniem obserwował las. - bo zaniepokoił go tamten hałas. Wtedy wyłoniłem się z zarośli, ze podniesionymi obiema rękoma i poszedłem.

 

- Zgaduje, że to mnie właśnie szukacie. - rzekłem do niego.

 

Oficer, usłyszawszy dobiegający za jego plecami mój głos, odwrócił się czujnie i na zarośniętym polu natychmiast mnie spostrzegł.

 

- To ty! - zawołał, odczuwając ulgę. - Chwała wielkiemu More żeś cały i zdrowy, przyjacielu.

 

- Bywało już lepiej. - odpowiedziałem ze smutnym uśmiechem.

 

Wtedy starszy mężczyzna wyciągnął do mnie swoja prawą rękę.

 

- Przepraszam za tamto, po prostu za bardzo mnie poniosło. Nazywam się Marco Locnum, i jestem drugim oficerem na pokładzie statku, którym wspólnie podróżowaliśmy. Niezwykle miło mi pana poznać. Kapitan Filon wysłał mnie oraz mój zespół, abym odszukał pana. I bezpiecznie pana zaprowadzić z powrotem na naszą łajbę.

 

Zastanawiałem się, co ten stary, pijak, ex-pirat, Filon naopowiadał mu o mnie. Bardziej przyjaźnił się z Juliuszem, niż ze mną. A mnie w sumie znał mnie tylko z dokonaj, które postąpiłem w tworzeniu rebelii w Królestwie Mardi.

 

Marco Locnun miał krótkie, brązowe włosy, gęste baki i ubrany chodził w mardiański mundur oficerski; z długimi surdutami o nieskomplikowanym fasonie.

 

- Cóż, skoro już tutaj jestem, to możemy wracać na statek? - zapytałem.

 

- Dokładnie, panie Aiden. Jednak wpierw musimy załatwić jeszcze jedną rzecz. To drobnostka. Chodźmy.

 

Marco położył dłoń na moim ramieniu i poprowadził mnie w kierunku starej wieży. Gdy już staliśmy u jej podnóży, Marco zwrócił się do mnie, mówiąc: - Czy mogę prosić o drobną przysługę?

 

Pokiwałem głowa.

 

- Ktoś musi się wspiąć na sam szczyt tej wieży i rozpalić na nim dość duży ogień. - ciągnął. - Przysłuży on moim ludziom rozproszonym po całej okolicy, jako sygnał, że wracamy. Problem tylko w tym, że za stary jestem już na takie zabawy. Za to ty: młody, silny chłop z łatwością sobie poradzi.

 

Spojrzałem wtedy na wyniosłą wieżę i trudem przełknąłem ślinę.

 

- Omnes jus. Za niedługo powinienem wrócić z powrotem. - odpowiedziałem, po czym zacząłem swoją wspinaczkę, przy pomocy licznych szpar i szczelin, a także porastających wszędzie pnączy.

 

Chwile później, zdyszany oraz wyczerpany, znalazłem się na wieży i rozejrzałem się. I jak przypuszczałem, widok lasu Mindfil z góry zapierał wdech w piersi. Po raz drugi przekonałem się jak piękne jest to miejsce. Chociaż udało mi się zwiedzić wtedy już trochę świata, zawsze uwielbiałem podziwiać je za przyrodę, ale to miejsce... nie miało sobie równych. Rozluźniłem każdy mięsień swojego ciała, zabierając przy tym jeden głębszy wdech, czystego, ciepłego powietrza, że przez moment poczułem się, jak liść niesiony na wietrze.

 

Czułem się tam, jak we śnie, z którego mogłem już przenigdy się nie obudzić. Ale to nie było w moim stylu. Na pewno nie. Nie mogłem od tak po prostu odpuścić. Rozbijając się na pobliskiej plaży złożyłem sobie obietnice; zemsty, którą zamierzałem dotrzymać... nawet jeśli miałbym przez to zginąć.Dlatego rzuciłem ostatnie spojrzenie na las Mindlif, a potem zabrałem się do roboty.

 

Znowu miałem szczęście. Znajdując się na samym szczycie starej wieży, znalazłem wszystko czego było mi potrzeba: liście, pnącza, ale również kawałki odpadających desek z podłogi. Złożyłem z tego dość spore ognisko, które powinno wystarczyć.

 

,,Tylko czym mam je rozpalić" - zapytałem, rozglądając się dookoła. Nigdzie nie było widać żadnego krzesiwa, albo chociażby małej zapałki.

 

Po jakiś pięciu minutach myślenia, wpadłem na genialny pomysł, jednocześnie przypominając sobie jakim to czasami potrafię być przygłupem. Sam byłem przecież ogniem, którego szukałem. Dlatego też włożyłem do ogniska lewą rękę, zabrałem głęboki oddech, po czym na dłoni pojawił się nieduży płomień. Po chwili ogień w ognisku już sam się palił.

 

Zadanie zostało wykonane, a Ja mogłem dołączyć do Marco i wrócić z nim na okręt.

 

A przynajmniej tak myślałem, gdy nie zszedłem na ziemię i nigdzie nie było widać śladu po Marco. Zawołałem jego imię kilka razy, ale bez usłyszenia jakiejkolwiek odpowiedzi, poza cichym szumem gałęzi drzew. Bardzo z tego powodu się zaniepokoiłem. W przeciągu zaledwie kilkunastu minut przepadł, jak kamień w wodę dorosły człowiek, który był zdeterminowany, aby mnie odnaleźć. Intuicja, a może to było doświadczenie podpowiadało mi, że niedługo stanie się coś niedobrego...

 

No i miałem racje, niestety. Po tym jak oficer Marco Locnum zaginął bez śladu, na końcu ceglanego muru otaczającego całą okolice, natrafiłem na duże i masywne wrota, prowadzące do lasu. Zachowując ostrożność podszedłem do nich, a potem spróbowałem je otworzyć. Bezskutecznie. Były zbyt za ciężkie, żeby je przepchać. No albo to Ja byłem najzwyczajniej w świecie za słaby. Spróbowałem jeszcze parę razy, ale efekt był ciągle taki sam. W końcu nie wytrzymałem i postanowiłem, że sam muszę zrobić sobie przejście na drugą stronę, spalając wrota.

 

Jednak nim zdążyłem cokolwiek zrobić, po całej okolicy rozbrzmiały ludzkie krzyki oraz dźwięki ocierającej się nawzajem stali. Międzyczasie całe wrota okryło coś na wzór mgły. Była czarna, jak smoła, powiewała od niej chłodem toteż szybko się poruszała. W ułamku paru sekund zdołała pokryć całe wrota pod swym ciemnym płaszczem tak, że nie potrafiłem dostrzec swoich własnych dłoni, które ciągle trzymałem o bramę.

 

Wtedy usłyszałem czyjś głos dobiegający zza bramy, którego właściciel próbował desperacko przedostać się na moją stronę.

 

- Marco? - powiedziałem cicho.

 

- Niech mnie pan stąd wyciągnie. Nic nie widzę. Nie mogę w żaden sposób przejść. - wydyszał wyczerpanie. - Proszę, pomóż mi.

 

- Marco...

 

- Pomóż mi - błagał. - Wyciągnij mnie stąd, zanim oni tutaj wró...

 

Marco zamilkł, a nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, zobaczyłem długi, zakrwawiony miecz, który przebił się przez wrota i o włos nie przebił mi brzucha. Przestraszony, natychmiast odskoczyłem do tyłu, lądując tyłkiem na ziemi. Potem spojrzałem na miecz i zobaczyłem zanikał w mroku.

 

Nie miałem bladego pojęcia, co to mogło być. Nigdy nie spotkałem się z czymś podobnym, jak tamta mgła. Nie przypominało to żadnego rodzaju magii jakie znałem, ani sztuki wojennej. Czym więc jest było tamto cholerstwo?

 

Ale nim dłużej nad tym pomyślałem, zdołałem w miarę dojść do siebie i wstać na nogi. Tylko po to, aby zobaczyć jak wrota, te które dzieliły mnie i Marco od siebie, właśnie opadały na ziemię. A mgła zaczęła lecieć prosto w moją stronę.

 

Koniec rozdziału 2

Napisał: Heldeus

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 3 miesiące temu
    Kolejny rozdział wypada zdecydowanie lepiej w porównaniu do pierwszego. To, co dzieje się z bohaterem jest lepiej zaznaczone, dzięki czemu mogłam sobie bez problemu wyobrazić otaczające go tereny i to, co widzi - bardzo ładnie. Nie odczuwałam nawet tego sławetnego uczucia 'sztywności' którym tak często oznaczają się teksty nowicjuszy (i mają do tego pełne prawo!) co jest naprawdę dobrym znakiem.
    Problem jednak jest jeden... masz bardzo dużo pomyłek. I to takich ewidentnie widocznych, które są normalne dla tekstu, który jest świeżo napisany. Czytałam to jakiś czas temu, więc wszystkiego Ci nie wypiszę bo przyznaję szczerze, że nie chce mi się teraz szukać, ale jedna z takich pomyłek wystąpiła tutaj: "(Dotrzymałam danego słowa).". Czy na pewno "dotrzymałam", skoro narrator-bohater jest mężczyzną? ;) W tekście jest pełno takich kwiatków, przez co zastanawiałam się, czy w ogóle przeczytałeś tekst na nowo nim go wstawiłeś, gdyż jest to dość naturalna cecha tekstów napisanych na świeżo, nie sprawdzonych ani razu ponownie. Czasami też przewinęły mi się powtórzenia, ale są to rzeczy do spokojnej poprawy. Reszty technikaliów się nie czepiam, bo nie udaję mądrzejszej niż jestem. Jeżeli bardzo Ci na tej powieści zależy, lub po prostu jesteś bardzo ambitny (a jesteś!) to możesz pomyśleć o płatnej redakcji, gdzie na błysk by ci całość wyszlifowano.
    Za tą część daję czwórkę z powodu tych doprawdy głupawych pomyłek, które naprawdę można było skorygować dokładniejszym czytaniem. Jak raz się taka trafi to rozumiem, przeoczenie, ale w tekście jest ich o wiele więcej.
    Pozdrawiam
  • Heldeus 3 miesiące temu
    Hej,
    Na początku mojej wypowiedzi, pragnę Tobie podziękować za przeczytanie mojego opowiadania i wytyczenia popełnionych przeze mnie błędów. Mówiąc z ręką na sercu, przyznaje, że nie przeczytałem całości po jego przeczytaniu. Teraz gdy przeczytałem Twój komentarz, czuję się trochę głupio, że nie zrobiłem tego. Jednak mogę Cię w tej chwili zapewnić, że zawszę ( i to bez żadnego wyjątku) będę sprawdzał dokładnie swoje opowiadanie.

    Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia.
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Heldeus
    Nie ma sprawy. :) Ja też jakaś perfekcyjna nie jestem, człowiek jest tylko człowiekiem, ale warto czytać to co się napisze przed wstawianiem gdziekolwiek, bo pomaga to spojrzeć na tekst "świeżo", dzięki czemu eliminuje się drobne głupotki. I mnie o nic nie musisz zapewniać - rób to przede wszystkim dla siebie, byś nie miał sobie samemu jako autorowi nic do zarzucenia. :)
  • TheRebelliousOne 2 miesiące temu
    Idzie Ci coraz lepiej moim skromnym zdaniem ;) Owszem, pomyłki tu i tam są, ale mogę z tym żyć, bo sam je czasami popełniam nie tylko w opowiadaniach, ale też komentarzach. Dobrze opisane myśli bohatera o lesie. Znowu mogłem sobie wyobrazić miejsce akcji (w tym wypadku ten las...). Leci 5.

    Pozdrawiam ciepło :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania