Aiden Księga pierwsza: Rebelia – rozdział 18

11 listopada 3151

Wyzwolone Wyspy Ulagi, okolice Lansfordu

 

Był mróz, wszędzie dookoła leżał śnieg. Ruszyliśmy wczesnym rankiem w stronę Lansfordu, gnani...

,,Obsesja" to raczej za mocne słowo. Niech więc będzie ,,zaintrygowanie": moim ,,zaintrygowaniem'' kobietą z wozu. Musiałem ją odnaleźć.

Dlaczego?

Gdyby Juliusz mnie o to zapytał, odparłbym, że chciałem ją znaleźć, dlatego że dobrze mówiła po bardiańsku i może się nam przydać jako kontakt z tubylcami w poszukiwaniach skarbu ,,stworzycieli".

To właśnie powiedziałbym Juliuszowi, gdyby mnie spytał o powody, i byłaby to po części prawda. Po części.

Tak czy inaczej, Juliusz i ja wyruszyliśmy na kolejną wyprawę, tym razem do Lansfordu.

– Jesteś jakiś nie swój, Juliuszu. Coś się stało? – spytałem, widząc na twarzy swojego kompana widoczny smutek.

Juliusz drgnął nieznacznie, jakby wybudzono go z amoku, spojrzał na mnie za ramienia

– Tęsknie za domem – rzekł ze smutkiem. – Tutejszy krajobraz pól i lasów zatopionych w śniegu przypomina mi o rodzinnej gospodzie w Ornaku, w której to przyszedłem na świat i wychowałem.

Kiedy tak o tym wspominał, sam poczułem pewnego rodzaju uczucie tęsknoty. Już dawno mnie tam nie było. Zacząłem się zastanawiać, co teraz robi Jin lub pan Freeman, najpewniej siedzieli przy stole w jadalni zajadając się przygotowanym przez panią Searle i jej pomocnice śniadaniem. Aż poczułem na ustach ten rajski smak naleśników polanych miodem i posypany borówkami i czarnymi malinami...

– Może gdy nasze zadanie tutaj dojdzie do końca, będziesz mógł wrócić do domu. – powiedziałem.

Juliusz jednak milczał i tylko opuścił głowę w dół.

Czyżby tak go dręczyła rozłąka? Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Sam ubolewałem z żalu i tęsknoty, kiedy zamordowano mi matkę, a cały nasze domostwo obrócono w popiół. Znałem to uczucie, aż za dobrze.

Popędziłem konia, by zrównać się z Juliuszem. Oparłem dłoń na jego ramieniu.

– Nie przejmuj się tym, niedługo to się skończy i wszystko wróci do normy – pocieszyłem go.

Ten spojrzał na mnie znów, przygnębionym spojrzeniem, mówiąc:

– Chciałbym, by było to takie proste.

– Będzie. Jeśli będziemy współpracować, przyjacielu.

Na twarzy Juliusza pojawił się nieznaczny uśmiech.

– Dziękuje. Rad jestem mogąc nazywać ciebie swoim przyjacielem – rzekł.

– A ja, że mogę być twoim.

Będzie mi go brakowało. Ostatecznie bardzo mi pomógł; nie tylko w rekrutacji całej naszej zgranej bandy, ale i odszukaniu śladu tajemniczej kobiety, która według niego znajdowała się w Lansfordzie, przygotowując kłopoty oddziałom Moore'a. Któż by mógł ją za to winić, po tym, jak jej pobratymcy zostali uwięzieni przez Kenny'ego? Dlatego właśnie byliśmy teraz w Lansfordzie, w opuszczonym niedawno myśliwskim obozie.

– Już niedaleko – powiedział Juliusz. Tylko mi się wydawało, czy w istocie serce zabiło mi szybciej? Bardzo dawno już żadna kobieta tak na mnie nie działała. Całe życie spędziłem albo na naukach, albo w podróżach, nie miałem czasu, lub chęci, na cielesne wytchnienia. Chciałbym poznać kobietę, w której się zakocham; lecz nie poprzez ciało, a ją samom i jej charakter.

Ona właśnie... Dostrzegłem coś w jej oczach, jakieś pokrewieństwo dusz, drugiego samotnego wojownika, który wiele wycierpiał i patrzy na świat ze znużeniem. Rozejrzałem się po obozowisku.

– Ogień niedawno wygaszono, śnieg jest świeżo wzruszony. – Podniosłem wzrok. – Jest blisko.

Zsiadłem z konia, ale widząc, że Juliusz zamierza zrobić to samo, powstrzymałem go.

– Wracaj do Warwasu, Juliuszu. Dam sobie radę, ty jedź i odpocznij. Zasłużyłeś sobie na to.

Kiwnął głową i zawrócił konia. Odprowadziłem go wzrokiem, a potem rozejrzałem się po zaśnieżonej ziemi, zastanawiając się, czemu naprawdę go odesłałem.

Nie jestem pewny.

 

Skradałem się między drzewami. Znów zaczął padać śnieg i w lesie zapadła upiorna cisza, zakłócana tylko moim oddechem, parą z moich ust. Poruszałem się szybko, ale bezgłośnie, i wtem ją zobaczyłem, a przynajmniej jej plecy. Klęczała w śniegu z drewnianym łukiem opartym o drzewo i sprawdzała sidła. Podszedłem bliżej, najciszej jak mogłem, ale i tak zobaczyłem, że zesztywniała.

Usłyszała mnie. Bogowie, ależ była czujna.

W jednej chwili przetoczyła się w bok, chwyciła broń, rzuciła spojrzenie za siebie i pobiegła w las.

Popędziłem za nią.

– Proszę, zatrzymaj się! –wołałem. – Chce tylko porozmawiać. Nie jestem twoim wrogiem.

Ona jednak mknęła przez zaśnieżoną puszczę. Biegłem zwinnie za nią, z łatwością wymijając przeszkody, była jednak dużo szybsza; skoczyła w górę, między gałęzie, unikając spowalniającego ją śniegu i przeskakując z konara na konar, gdzie tylko potrafiła.

Prowadziła mnie coraz dalej w las i uciekłaby, gdyby nie pech. Potknęła się o korzeń i upadła. Dopadłem ją natychmiast, nie po to, by zaatakować, lecz by pomóc jej wstać. Wyciągnąłem rękę, zdyszany.

– Ja. Aiden – zdołałem wykrztusić. – Przychodzę. W. Pokoju.

Popatrzyła na mnie, jakby nie rozumiała ani słowa. Poczułem, że zaczyna panikować. Może pomyliłem się co do niej. Może wcale nie mówiła po bardiańsku.

Nagle się odezwała:

– Upadłeś na głowę?

Idealnie po bardiańsku.

– Eee... przepraszam...

Z niesmakiem pokręciła głową.

– Czego chcesz?

– Cóż, na początek poznać twoje imię.

Dyszałem ze zmęczenia. Stopniowo zaczynałem panować nad oddechem, parującym na mrozie.

Po chwili niezdecydowania – widziałem je na jej twarzy – odparła:

– Jestem Siddhangana. Mów mi po prostu Saint – dodała, kiedy bezskutecznie spróbowałem powtórzyć jej imię. – A teraz mów, po co tu przyszedłeś.

Z torby wyciągnąłem mały kawałek papieru, na którym, prawdopodobnie, była zapisana lokalizacja świątyni, wspomnianej w dzienniku Lucasa

– Wiesz, gdzie mogę znaleźć takie miejsce?

Bez ostrzeżenia chwyciła mnie za rękę.

– Jesteś jednym z nich? – spytała.

Przez chwilę nie wiedziałem, o co jej chodzi, aż zobaczyłem, że nie patrzyła na kartkę, lecz na moje znamię na nadgarstku. Przyglądałem się jej przez chwilę, doświadczając jakiegoś dziwnego pomieszania uczuć: dumy, podziwu, potem obaw, kiedy wznieciłem mały płomyk w dłoni. Trzeba jej jednak przyznać, że się nie przelękła, popatrzyła tylko na mnie szeroko otwartymi, błękitnymi oczami. Poczułem, że zapadam się w nich coraz głębiej.

– Odkryłam twoją tajemnicę – powiedziała.

Uśmiechnąłem się, starając się zachować zimną krew, i pokazałem jej jeszcze raz kartkę.

– Popatrz. – Wręczyłem go jej do ręki. – Wiesz, gdzie to jest?

Saint ostrożnie przeniosła swój wzrok ze mnie na papier, po czym odczytała jego zawartość.

– Skąd o tym wiesz?

– Od starego przyjaciela – odparłem, myśląc o swoim zadaniu. Lepiej będzie jeśli zachowam pewne informacje w tajemnicy, do czau kiedy znajdę sposób jak jej to wytłumaczyć.

– Wiem, gdzie to jest – powiedziała, a mnie przeszedł nagły dreszcz.

– Gdzie?

– Nie wolno mi o tym mówić.

Nachyliłem się ku niej.

Spojrzałem jej w oczy, mając nadzieję, że udzieli się jej moja wiara.

– Uratowałem twoich współplemieńców. Czy to nic dla ciebie nie znaczy?

Milczała.

– Posłuchaj – nie ustępowałem. – Nie jestem twoim wrogiem.

Wtedy być może pomyślała o tym, jak ryzykowaliśmy w forcie, jak uratowaliśmy tylu jej pobratymców z rąk Kenny'ego. I być może dostrzegła we mnie coś, co się jej spodobało.

Tak czy inaczej, pokiwała głowa.

– Niedaleko stąd jest wzgórze. Na jego szczycie rośnie wielkie drzewo. Chodź, przekonamy się, czy mówisz prawdę.

 

Zaprowadziła mnie tam i wskazała dolinę, w której rozciągało się miasteczko o nazwie Fremont.

– Stacjonuję tam wojsko, które chcą wygnać mój lud z ziem zajmowanych od pokoleń. Dowodzi nimi człowiek zwany Rottweilerem – powiedziała.

Zaświstało mi w głowie.

– Gordon Moore...

Obejrzała się na mnie gwałtownie.

– Znasz go?

– Nie jest mi przyjacielem – zapewniłem, i nigdy w życiu nie byłem bardziej szczery.

– Każdego dnia przez takich jak on ginie nas coraz więcej – powiedziała stanowczo.

– Połóżmy więc temu kres. Razem.

Popatrzyła na mnie surowo. W jej oczach widziałem powątpiewanie, ale też nadzieję.

– Co proponujesz?

Nagle zrozumiałem, co trzeba zrobić.

– Musimy zabić Gordona Moore.

Pozwoliłem. by waga tych słów do niej dotarła. Potem dodałem:

– Ale najpierw musimy go znaleźć.

Ruszyliśmy w dół zbocza, w stronę osady Fremont.

– Nie ufam ci – powiedziała krótko.

– Wiem.

– A mimo to jesteś tu.

– Żeby pokazać ci, że się mylisz.

– Tak się nigdy nie stanie.

Twarz miała zaciętą. Nieprędko zdobędę zaufanie tej tajemniczej, urzekającej kobiety.

W mieście odnaleźliśmy zajazd. Powstrzymałem Saint.

– Zaczekaj tu – powiedziałem. – Kobieta z plamienia Kyrenów wzbudzi podejrzenia, a nawet wrogość.

Pokręciła głową i naciągnęła kaptur.

– Nie pierwszy raz jestem wśród was – rzekła. – Dam sobie radę.

Miałem nadzieję, że tak będzie.

W środku zastaliśmy żołdaków Moore'a, siedzących przy stolikach i pijących z zawziętością, która zaimponowałaby nawet Hansowi Braunowi. Weszliśmy między nich, podsłuchując rozmowy. Dowiedzieliśmy się, że Moore jest w podróży. Bardianie chcieli namówić Kyrenów, by ruszyli na północ i podjęli walkę z Latorianami. Potwierdziło się, że żołnierze boją się własnego generała. Opowiadali wciąż, jaki potrafi być bezlitosny i że budzi lęk nawet u swoich oficerów. Jedno z podsłuchanych nazwisk brzmiało Mick Salveig. Według dwóch popijających tylko on miał dość odwagi, by kwestionować rozkazy generała. Ruszyłem w głąb gospody i znalazłem owego Salveiga, siedzącego wraz z innymi oficerami przy osobnym stoliku. Podszedłem niby od niechcenia bliżej, by usłyszeć, o czym rozmawiają.

– Powiedz, że masz dobre wieści – rzekł jeden.

– Generał Moore odmówił. Rozejmu nie będzie – odparł drugi.

– A niech to.

– Dlaczego, Mick? Jaki podał powód?

– Powiedział, że dyplomatyczne rozwiązanie to żadne rozwiązanie – opowiadał ten, którego uznałem za Micka Salveigo. – Że pozwoli Lotarianom, by się wycofali, to opóźni nieuniknioną wojną, a teraz oni mają przewagę.

– Choć niechętnie to przyznaję, jest słuszny w tych słowach. Mimo to... widzisz przecież, że to nierozsądne?

– Ja również nie jestem tym zachwycony. Jesteśmy daleko od domu, nasze siły są rozproszone. Co gorsza, obawiam się, że żądza krwi czyni Moore'a porywczym. Naraża ludzi. Wolałbym nie przekazywać złych wieści matkom i wdowom tylko dlatego, że Rottweiler chce coś komuś udowodnić.

– Gdzie jest teraz generał?

– Zbiera wojska.

– A potem rusza do Fort Witt, jak mniemam?

– W końcu tak. Marsz na północ na pewno trochę potrwa

– Przynajmniej wkrótce to wszystko się skończy...

– Próbowałem, Bill

– Wiem, przyjacielu. Wiem...

Na zewnątrz poinformowałem Saint, że Moore pojechał zbierać wojska.

– Maszerują do Fort Witt. Przygotowania zajmą im trochę czasu, możemy więc opracować plan.

– Nie ma potrzeby – odparła. – Urządzimy na niego zasadzkę nad rzeką. Jedź po swoich towarzyszy, ja zrobię to samo. Przyślę ci wiadomość, gdy przyjdzie pora uderzyć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Vespera 3 miesiące temu
    Proszę, niech ten romans się nie uda... Bohater stanie się zbyt idealny, jeśli teraz zdobędzie jeszcze względy tajemniczej piękności.
  • Heldeus 3 miesiące temu
    Tak, wiem, że Aiden staje się, jak to ujęłaś, "zbyt idealny". Typowy Książę Uroczy, jak ja to lubię nazywać. Ale zapewniam Cię, że to się wkrótce zmieni, wraz z rozwojem kolejnych wydarzeń, których już niebawem będziesz mogła zobaczyć.
  • Vespera 3 miesiące temu
    Heldeus No i super, niech się dzieją złe rzeczy, ostatnio jakoś lubię dramatyzm.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania