Pokaż listęUkryj listę

Aiden Księga pierwsza: Rebelia – rozdział 16

20 lipca 3150

Wyzwolone Wyspy Ulagi, miasto Warwas

 

Zebraliśmy się w Złotym Tulipanem, pod niskimi, ciemnymi belkami stropu mniejszej sali w głębi pubu, którą nazywaliśmy już swoją własną i w której było nam coraz ciaśniej; kolejni członkowie kompanii wciskali się w zakurzone ławy. Hans, który lubił się wylegiwać, kiedy nie trzymał kufla piwa ani nie dopraszał się u gospodarzy o kolejny. Samuel, którego zmarszczki pogłębiały się coraz bardziej, w miarę jak ślęczał nad planami i mapami rozłożonymi na stole; krążył między nim a swoim pulpitem, co jakiś czas wzdychając z frustracją i odpędzał rozchlapującego piwo Hansa, kiedy ten podchodził z kuflem za blisko. Juliusz, mój wierny przyjaciel, który zawsze siadał obok mnie, kiedy tylko byłem w pokoju, i którego obecność czasami mi ciążyło, innym razem znów wielce dodawał siły. Teraz zaś jeszcze bard Bramante, który spędził ostatnie kilka dni, lecząc odniesione rany w łóżku niechętnie udostępnionym mu przez gospodarza Keary'ego. Zostawiliśmy go samego: doktorowi, który opatrywał sobie rany, a kiedy w końcu wstał, zapewnił nas, że żadna z nich nie pozostawi raczej trwałych śladów.

Rozmawiałem z Rafaelem dwa dni temu, kiedy sam opatrywał najgorszą, a z pewnością najbardziej bolesną ranę: wycięty przez Fluttera płat skóry.

– Mam pytanie – rzekłem, wciąż nie wiedząc, co o nim myśleć. – Dlaczego sztuka?

Uśmiechnął się ponuro.

– Mam powiedzieć, że z wrodzonym talentem? Że wybrałem tę profesję, bo pozwala mi na czynić piękno?

– A to nieprawda?

– Być może prawda. Ale nie tym się kierowałem. Nie... Kierował mną mnie szlachetny motyw: pieniądze.

– Są inne drogi do majątku.

– Tak. Ale jakim towarem lepiej handlować niż sztuką? Nie ma niczego równie cennego ani pożądanego. Dla jednych mniej, zaś dla drugich bardziej. A żadna cena nie jest zbyt wysoka dla mężczyzny czy kobiety, którzy cienią piękno słów oraz nut.

Skrzywiłem się.

– Twoje słowa są okrutne, Rafaelu.

– Ale prawdziwe.

– Sądziłem, że dla ludzi słowa i poezji ważniejsze jest tworzenie nowych dzieł dla kultury niż to, ile na tym zarobią – powiedziałem zdenerwowany.

– I trzymam się tej reguły, ale ona nie wspomina nic o cenie. Wymagam jedynie zadośćuczynienia, sprawiedliwego wynagrodzenia za moje usługi.

– A jeśli ktoś nie ma takich funduszy?

– Są inni, naiwni, którzy podzielą się swą twórczością. Czy piekarz daje za darmo chleb żebrakowi? Czy krawiec oferuje za darmo suknie kobiecie, której na nią nie stać? To czemu ja miałbym?

– Sam powiedziałeś – rzekłem. – Nie ma nic cenniejszego od sztuki.

– Istotnie. Tym bardziej należy zadbać, by mieć środki na dostęp.

Popatrzyłem na niego z ukosa. Był młodym mężczyzną, młodszym ode mnie. Był jednym z nas, ale nie miałem wobec niego zaufania.

 

Wróciłem myślami do bardziej palących spraw. Kenny będzie chciał się zemścić za to, co stało się w magazynie, wszyscy o tym wiedzieliśmy; jego atak był tylko kwestią czasu. Byliśmy w Złotym Tulipanie, chyba najbardziej odsłoniętym miejscu w mieście, toteż wiedział, gdzie nas szukać. Ja tymczasem miałem po swojej stronie wystarczająco dużo doświadczonych szermierzy, by musiał się dobrze zastanowić, nim się na nas porwie; nie zamierzałem uciekać ani też szukać kryjówki.

Samuel powiedział Rafaelowi, co planujemy – zaskarbić sobie wdzięczność Kyrenów rozprawą z handlarzami niewolników. Rafael nachylił się do mnie

– Stros wyjaśnił mi, co zamierzacie – rzekł. – Tak się składa, że człowiek, który mnie więził, to ten właśnie, którego szukacie. Nazywa się Kenny Thorpe.

Zganiłem się w duchu, że sam na to nie wpadłem. Oczywiście. Siedzący obok Juliusz powiązał fakty.

– Ten elegant to handlarz niewolników? – spytał z niedowierzaniem.

– Nie dajcie się zwieść jego aksamitnej wymowie – uprzedził Rafael. – Nie znałem nigdy człowieka okrutniejszego i groźniejszego.

– Co możesz mi o nim powiedzieć? – spytałem.

– To najbardziej zamożny człowiek w całej Uladze. Kieruje co najmniej setką ludzi, z których ponad połowa do żołnierze Bardi.

– I wszystko to, żeby złapać paru niewolników?

Rafael się roześmiał.

– Skądże. Ten człowiek jest oficerem Królewskiej Artylerii Konnej, dowodzi fortem Ticonderiga

– Ale jeśli Bardia chce mieć jakąkolwiek szansę odparcia Lotarianów – zaoponowałem zdumiony – musi się sprzymierzyć z tubylcami, a nie ich niewolić.

– Kenny służy tylko własnej sakiewce – wtrącił Samuel ze swojego pulpitu. – To, że jego działania szkodzą Koronie, nie ma dla niego znaczenia. Jak długo ma kupców na swój towar, będzie go dalej sprzedawał.

– Tym bardziej trzeba go powstrzymać – oznajmiłem ponuro.

– Spędzam całe dnie na rozmowie z tubylcami, próbuje ich przekonać, że to nam powinni zaufać – odparł Samuel – że Lotarianie jedynie ich wykorzystują i porzucą, kiedy tylko wygrają.

– Twoje słowa z pewnością tracą na sile, kiedy zestawić je z czynami Kenny'ego – westchnąłem.

– Próbowałem im tłumaczyć, że nie wszyscy jesteśmy tacy jak on – odparł smutno. – Ale nosi bardiański mundur. Jest dowódcą fortu. Muszę wychodzić w ich oczach na głupca albo kłamce... najpewniej na jednego i drugiego.

– Nie smuć się, przyjacielu – zapewniłem go. – Kiedy dostarczymy im jego głowę, przekonają się, że mówiłeś prawdę. Najpierw musimy znaleźć sposób, by się dostać do fortu. Obmyślę go. Tymczasem zajmijmy się ostatnim rekrutem.

Słysząc to, Juliusz się ożywił.

– Nazywa się Ludmiła Fleetwood. Zaprowadzę was do niej.

 

Znajdowaliśmy się w wojskowym obozie pod miastem. Żołnierze skrupulatnie przeszukiwali każdego, kto wchodził czy wychodził. Byli to ludzie Gordona. Zastanawiałem się, czy rozpoznam kogoś z czasów wojaczki sprzed lat.

Wątpiłem; jego rządy były zbyt okrutne, werbował najemników, byłych skazańców, uciekinierów, którzy nigdy nie zostawali długo w tym samym miejscu. Jeden z nich wystąpił do przodu, nieogolony i zapuszczony mimo mimo granatowego munduru.

– W jakiej sprawie? – zapytał. Zmierzył nas wzrokiem i wyraźnie nie spodobało mu się to, co zobaczył.

Juliusz już miał odpowiedzieć, kiedy wysunąłem się o krok, uniosłem nieco prawą dłoń i rzekłem:

– Przyszliśmy w odwiedziny do starego przyjaciela.

Wartownik zauważył pierścień rodu Sundemo na moim palcu i szybko zorientował się, z kim rozmawia. Następnie odsunął się w bok.

– Proszę wybaczyć, pułkowniku. Nie poznałem pana w tym ubraniu. – odpowiedział skrępowanie. – Może pan przejść.

Weszliśmy przez bramę do obozu.

– ,,Pułkowniku''? – spytał Juliusz.

– Stare czasy. Opowiem ci o nich jeśli będziesz chciał, jednak w tej chwili skupmy się na naszym zadaniu.

Minął nas wóz wyjeżdżający z obozu, prowadzony przez mężczyznę w szerokoskrzydłym kapeluszu. Ustąpiliśmy drogę grupie praczek. Wszędzie stały namioty zasnute dymem z obozowych ognisk, podtrzymywanych przez mężczyzn i dzieci – ciury obozowe, których zadaniem było parzyć kawę i przygotować jedzenie swoim panom. Przed namiotami na sznurkach wisiało pranie; cywile ładowali skrzynie z zapasami na wozy, pilnowani przez konnych oficerów. Zobaczyliśmy grupę żołnierzy mozolących się z armatą, która ugrzęzła w błocie, i innych, ustawiających skrzynki w stosy. Tymczasem na głównym placu dwudziestu czy trzydziestu szeregowców ćwiczyło musztrę pod kierunkiem oficera, który niezrozumiale na nich wrzeszczał.

Kiedy tak się rozglądałem, uderzyło mnie, że obóz jest dziełem Moore'a, którego znałem: gwarny i uporządkowany. Każdy dość uznałby, że to chluba bardiańskiej armii i jej dowódcy, gdyby jednak przyjrzał się uważniej albo znał Moore'a z dawnych czasów tak jak ja, wyczułby przenikający to miejsce terror: wszyscy pracowali z niechęcią. Krzątali się tak pilnie nie dlatego, że byli z siebie dumni, lecz dlatego, że pozostawali pod jarzmem okrucieństwa.

O wilku mowa... Zbliżaliśmy się do jednego z namiotów i poznałem – czując bardzo nieprzyjemne mrowienie w żołądku – że krzyki, które nas dobiegają, należą do Moore'a.

Kiedy widziałem go po raz ostatni? Kilka lat temu, kiedy odszedłem z pułku Hirsem Guards; nigdy nie byłem tak szczęśliwy, że kogoś porzucam, jak tamtego dnia. Odszedłem z wojska, przysięgając sobie, że zrobię, co w mojej mocy, by Gordon wraz ze swoimi przełożonymi odpowiedzieli za czyny, których byłem świadkiem – okrutne, nieludzkie zbrodnie. ...

Kiedy weszliśmy do namiotu, pouczał kobietę w moim wieku, która nosiła biały strój rycerzy kościoła. To właśnie była Ludmiła Fleetwood. Stała i znosiła ataki szału Moore'a, wściekłość, którą sam dobrze znałem.

– ... zamierzasz się zgłosić?! – wrzeszczał Moore. – Czy może miałaś nadzieje, że moi ludzie cie nie zauważą?

Od razu polubiłem Ludmiłę. Podobało mi się, jak odpowiedziała bez mrugnięcia okiem, spokojnym głosem ze andarskim akcentem.

– Sir, jeśli pozwoli mi pan wyjaśnić...

Dla Moore'a czas nie okazał się łaskawy. Twarz miał jeszcze bardziej czerwoną niż zwykle, włosy mu się przerzedziły.

– Ha, z całą pewnością – rzekł. – Bardzo chciałbym to usłyszeć.

– Nie jestem dezerterem, sir – zaprotestowała Ludmiła. – Jestem tu z rozkazu komandora Waltera

Moore jednak nie był w odpowiednim nastroju, by zrobiło na nim wrażenie nazwiska komandora Waltera R. Borneman; spochmurniał za to jeszcze bardziej.

– Pokaż mi list z jego pieczęcią, to może unikniesz stryczka – sarknął.

– Nie mam listu – odparła Ludmiła, przełykając ślinę. Była to jedyna oznaka jej zdenerwowania, być może myśl o sznurze zaciskającym się na jej szyi. – Moje zadanie, sir...

Moore odchylił się na oparcie krzesła, jakby znudziła go rozmowa, i może rozkazałby ją natychmiast stracić, gdyby nie to, że wykorzystałem okazję, by się wtrącić.

– Takich rzeczy lepiej nie powierzać dokumentom – powiedziałem.

Moore odwrócił się gwałtownie. Wreszcie zauważył mnie i Juliusza i zmierzył naz wzrokiem, okazując rosnącą irytację. Juliusz zbytnio mu nie przeszkadzał, ale ja? Ujmijmy to tak; moja antypatia do niego była odwzajemniana.

– Aiden – powiedział tylko. Moje imię zabrzmiało w jego ustach niczym obelga.

– Generale Moore – odparłem, nie starając się ukrywać zniesmaczenia jego nowym stopniem.

Powiódł spojrzeniem po mnie i po Ludmiłę i w końcu chyba się domyślił.

– Nie powinienem być zaskoczony. Zdrajcy i dezerterzy często trzymają się w grupach.

– Panna Ludmiła opuści cię na kilka tygodni – powiedziałem – a kiedy nasze zadanie dobiegnie końca, wróci w twoje szeregi.

Moore pokręcił głową. Z całych sił starałem się ukryć uśmiech i udało mi się zachować wesołość w duchu. Był wciekły, nie tylko dlatego, że jego autorytet został podkopany, ale – co gorsza – że został podkopany przeze mnie.

– Dzieło szatana, bez wątpienia – rzekł. – Chyba nie sądziłeś, że możesz sobie przyjść tutaj i prosić o moje wsparcie, po tym jak nas zostawiłeś, prawda? Odpowiedź brzmi: nie.

Westchnąłem.

– Gordonie...

Ale Moore dał znak swoim ludziom.

– Skończyliśmy. Wyprowadzić tych dżentelmenów – powiedział.

 

– Cóż, nie poszło tak, jak się spodziewałem – westchnął Juliusz.

Znów byliśmy za palisadą, zostawiliśmy obóz za sobą, a przed nami rozciągał się Warwas, aż po rozmigotane morze na horyzoncie, najeżone masztami i żaglami statków w porcie. Zatrzymaliśmy się przy studni w cieniu drzewa wiśniowego i oparliśmy się o palisadę. Mogliśmy stąd obserwować, kto wjeżdża i wyjeżdża z obozu bez zwracania na siebie uwagi.

– I pomyśleć, że kiedyś nazywałem Gordona przyjacielem... – powiedział ze smutkiem.

W istocie, choć było to tak dawno, że trudno mi w to uwierzyć. Kiedyś Moore był dla mnie wzorem, kiedyś uważałem go za swojego przyjaciela i towarzysza. Teraz Moore'a nienawidziłem. Nie był już tym samym człowiekiem honoru i wierności, co kiedyś.

– Co teraz? – spytał Juliusz. – Odpędzą nas, jeśli spróbujemy wrócić.

Popatrzyłem na obóz. Zobaczyłem, że Gordon wychodzi z namiotu, jak zwykle z krzykiem, przywołując gestem oficera – bez wątpienia jednego z doborowych najemników – który pośpiesznie do niego podbiegł. Za generałem wyszła Ludmiła. Przynajmniej wciąż żyła; gniew Moore'a albo osłabł, albo skierował się w inną stronę. Pewnie na mnie.

Oficer zwołał żołnierzy, którzy ćwiczyli musztrę na placu, i ustawił ich w szyku marszowym. Z Gordonem na czele wyszli z obozu. Inni żołnierz i ciury obozowe uciekli im z drogi, a brama, jeszcze przed chwilą pełna ludzi, nagle opustoszała, by ich przepuścić. Minął nas w odległości jakichś stu metrów. Obserwowaliśmy ich spod nisko zwisających gałęzi wiśni, jak schodzili ze wzgórza ku obrzeżom miasta, dumnie powiewając flagą Królestwa.

Po ich przejściu zapanował dziwny spokój. Odepchnąłem się od palisady.

– Chodź – powiedziałem do Juliusza.

Trzymaliśmy się ponad sto metrów za nimi, a mimo to słyszeliśmy głos Moore'a, który w mieście zdawał się przybierać na mocy. Nawet w marszu Moore sprawiał wrażenie napuszonego, szybko jednak stało się jasne, że przybył tu werbować. Na początku podszedł do kowala, rozkazując swoim żołnierzom patrzeć i się uczyć. Zniknęła jego uprzednia wściekłość; z serdecznym uśmiechem zagadnął mężczyznę, tonem raczej zatroskanego wuja niż bezdusznego tyrana, którym w rzeczywistości był.

– Zdajesz się smutny, przyjacielu – powiedział ciepło. – Co się stało?

Juliusz i ja trzymaliśmy się w pewnym oddaleniu. Zwłaszcza on pochylał głowę i nie rzucał się w oczy, by nikt go nie rozpoznał. Wytężałem słuch, chcąc usłyszeć odpowiedź kowala.

– Interes kiepsko idzie – odparł. – Straciłem i kram, i towary.

Moore machnął ręką, jakby to był kłopot zupełnie błahy...

– A gdybym ci powiedział, że mogę zaradzić twoim smutkom? – spytał.

– Przede wszystkim bym uważał...

– Słusznie! Ale wysłuchaj mnie. Latorianie i sprzymierzeni z nimi dzicy plądrują kraj. Król rozkazał ludziom takim jak my zebrać armię, zdolną ich odeprzeć. Zaciągnij się, a otrzymasz hojne wynagrodzenie. Za kilka tygodni wrócisz z pieniędzmi i będziesz mógł otworzyć nowy warsztat, większy i lepszy!

Kiedy tak rozmawiali, zobaczyłem, że oficerowie rozkazują żołnierzom zaczepiać innych przechodniów i tak samo ich namawiać.

– Naprawdę? – spytał kowal.

Moore wciskał mu już papiery zaciągowe, które wyjął z kieszeni.

– Sam się przekonaj – rzekł z dumą, jakby wręczał mu złoto, a nie dokumenty zaciągu do najbardziej okrutnej i nieludzkiej armii, jaką znałem.

– Zgadzam się – powiedział nieszczęsny, łatwowierny kowal. – Niech mi pan tylko powie, gdzie podpisać!

Moore poszedł dalej, prowadząc nas na miejski plac, gdzie wygłosić krótką mowę. Jego ludzie znów się rozeszli.

– Wysłuchajcie mnie, mieszkańcy Warwasu! – zawołał tonem dobrotliwego jegomościa, który ma do przekazania ważkie wieści. – Ciemne siły zbierają się na północy, pożądają naszych ziem i ich bogactw. Staję tu dziś przed wami z prośbą: jeśli cenicie swój majątek, swoje rodziny, swoje życie, dołączcie do nas. Chwyćcie za broń w służbie Bogów i ojczyzny, abyśmy mogli obronić to wszystko, co tu zbudowaliśmy!

Niektórzy mieszkańcy wzruszyli tylko ramionami i poszli dalej, inni zaczęli rozmawiać ze znajomymi. Jeszcze inni podchodzili do żołnierzy, prawdopodobnie chętni podjąć służbę i zarobić trochę pieniędzy. Nie dało się zauważyć widocznego związku między tym, jak biednie wyglądali, a tym, jak łatwo poruszyła ich mowa Moore'a.

Usłyszałem go, jak rozmawia ze swoim oficerem.

– Dokąd mamy iść teraz?

– Może do Highland Ave? – zaproponował zaufany porucznik; choć stał za daleko, bym go rozpoznał, miał znajomy głos.

– Nie – odparł Gordon – tamtejsi mieszkańcy mają się za dobrze. Mieszkają w ładnych domach i żyją dostatnio.

– A Knapp albo Landers Street?

– Tak. Nowo przybyli często szybko popadają w tarapaty. Oni prędzej chwycą się każdej sposobności, by napełnić trzos i wykarmić dzieci.

Niedaleko stała Ludmiła Fleetwood. Chciałem się do niej zbliżyć. Patrząc na otaczających ją żołnierzy, zrozumiałem, że potrzebny mi mundur.

Biada nieszczęśnikowi, którzy oddzieli się od grupy, by sobie ulżyć. Okazał się nim porucznik Gordona. Oddalił się od swoich, przepchnął nieuprzejmie obok dwóch elegancko ubranych kobiet w czepkach i ofuknął je, kiedy się obruszyły – wprost doskonale sobie radził ze zdobywaniem serc mieszkańców dla Jego Wysokości.

Poszedłem za min w pewnej odległości, aż dotarł do końca ulicy, gdzie stał niski, drewniany budynek – jakiś skład – i obejrzawszy się, czy nikt nie patrzy, po czym rozpiął guzik spodni.

Oczywiście był obserwowany. Przeze mnie. Upewniwszy się, że w pobliżu nie ma innych żołnierzy, podszedłem bliżej, marszcząc nos od smrodu; najwyraźniej nie on jeden lubił sobie ulżyć w tym miejscu. Z cichym szczękiem wysunąłem ostrze. Usłyszał mnie i zesztywniał nieco, ale się nie odwrócił.

– Kimkolwiek jesteś, lepiej, żebyś miał dobry powód stawać ze mną, kiedy sikam – powiedział. Otrząsnął kutasa i schował go w spodnie. A ja rozpoznałem jego głos. To był kat. To był...

– Fleming.

– Takie mam nazwisko, nie wzywaj go nadaremno. Kim ty jesteś?

Udawał, że nie radzi sobie z guzikami, ale widziałem, że jego prawa ręka chyłkiem zmierza do pałasza.

– Może mnie pamiętasz. Nazywam się Aiden Edgarden z domu Sundemo.

Znów zesztywniał i uniósł głowę.

– Sundemo – wycharczał. – Zaiste, to imię jest mi znane. Miałem nadzieję, że więcej cię nie zobaczę.

– A ja, że ciebie. Odwróć się, jeśli łaska.

Minął nas powoli grzęznący w błocie wóz. Fleming powoli odwrócił się i spojrzał na mnie.

– Jesteś zdrajcą! – prychnął.

– Jestem patriotom, który naprawdę troszczy się o swój naród. Nie to co wy.

Roześmiał się.

– Gdyby tak naprawdę było to dalej nosiłbyś mundur, pułkowniku Sundemo.

Fakt, może moja nagła dezercja była błędem. Wtedy jednak byłbym współwinny zbrodniom popełnionych przez generała Moore'a oraz pozostałych. Już sama myśl o tym, że miałbym przyłożyć do tego rękę, lub co gorsza, własną szpadę, odrażała mnie.

– Sięgnij po broń – rozkazałem.

Zamrugał oczami.

– Przebijesz mnie, jeśli to zrobię.

Kiwnąłem głową.

– Nie potrafię cię zabić z zimną krwią. Nie jestem twoim generałem.

– Nie –powiedział. – Jesteś namiastką człowieka, którym jest on.

I sięgnął po oręż...

Chwilę później człowiek, który próbował mnie kiedyś powiesić, który na moich oczach wyrżnął całą rodzinę podczas oblężenia Tholen, leżał martwy u moich stóp. Patrzyłem na podrygującego trupa i myślałem tylko o tym, że muszę ściągnąć z niego mundur, zanim go całkiem zapaskudzi krwią.

Potem wróciłem do Juliusza, który popatrzył na mnie, unosząc brwi.

– Cóż, z pewnością wyglądasz jak należy – rzekł.

Uśmiechnąłem się kpiąco.

– Teraz trzeba wtajemniczyć Ludmiłę w nasze plany. Kiedy dam ci sygnał, musisz narobić hałasu. Wykorzystamy zamieszanie, by umknąć.

Moore tymczasem wydawał rozkazy.

– Dobrze, żołnierze, ruszamy – powiedział, a ja skorzystałem ze sposobności, by wśliznąć się w szeregi oddziału, spuszczając głowę. Widziałem, że Moore skupi się na werbunku, a nie na swoich ludziach; ufałem też, że żołnierze będą się lękać wzbudzenia jego gniewu i zajmą się ochotnikami, zamiast nieznajomym w swoich szeregach. Zrównałem się z Ludmiłą i cichym głosem powiedziałem:

– Witaj ponownie, Ludmiła.

Drgnęła lekko i obejrzała się.

– Pan Edgarden? – zawołała.

Uciszyłem ją gestem ręki i zerknąłem na czoło oddziału, czy nie ściągnęliśmy na siebie niepożądanej uwagi.

– Nie było łatwo się tu dostać – ciągnąłem – ale udało się, przyszedłem cię uratować.

Tym razem zapanowała nad głosem.

– Nie sądzi pan chyba, że uda się nam stąd uciec?

Uśmiechnąłem się

– Nie wierzysz we mnie?

– Prawie pana nie znam...

– Wiesz dość.

– Proszę posłuchać – szepnęła. – Bardzo chciałabym panu pomóc, ale słyszał pan generała. Jeśli się o tym dowie, obaj jesteśmy skończeni.

– Ja się zajmę Moorem – zapewniłem ją.

Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.

– Jak?

Rzuciłem jej spojrzenie mówiące, że dobrze wiem, co robię, wetknąłem dwa palce w usta i głośno gwizdnąłem.

Na ten sygnał czekał Juliusz. Wybiegł spomiędzy dwóch budynków na ulicę. Ściągnął tunikę, resztę stroju także miał w nieładzie. Wymazał się błotem, toteż nie wyglądał ani trochę na kogoś o zdrowym rozumie. Wyglądał jak szaleniec i tak też się zachowywał: stanął przed żołnierzami, którzy zbili się w masę, zbyt zaskoczeni i zdumieni, by choćby podnieść broń.

– Hej! – krzyknął Juliusz. – Jesteście złodzieje i łotry, co do jednego! Przysięgacie, że król nas... wynagrodzi i uczci! Ale koniec końców czeka nas tylko śmierć! I to za co? Za skały i lód, drzewa i strumienie? Za paru marnych Lotarianów? Nie chcemy tego! Nie potrzeba nam tego! Zabierzcie swoje fałszywe obietnice, swoje sakiewki, swoje mundury i okręty, weźcie sobie to wszystko, co wam tak drogie, i wsadźcie sobie w dupę!

Żołnierze popatrzyli po sobie, rozdziawiając usta w niedowierzaniu, tak wytrząśnięci, że przez chwilę martwiłem się, czy w ogóle zareagują. Nawet Moore w pewnym oddaleniu, po prostu stał z szeroko otwartą gębą, nie wiedząc, czy powinien być wściekły, czy rozbawiony tym niespodziewanym wybuchem obłędu.

Czyżby zamierzali po prostu zawrócić i pójść swoją drogą? Zapewnię Juliusz pomyślał to samo, bo efektownie zwieńczył swoje dzieło.

– Precz z wami i waszą oszukańczą wojną! – zwołał, nabrał z ziemi garść końskiego łajna i cisnął nim w żołnierzy. Większość z nich pośpiesznie odskoczyła. Generał Moore nie zdążył.

Stał tak, powalony końskim gównem, i nie cierpiał już na niezdecydowanie, czy się śmiać, czy wściekać. Teraz oszalał z gniewu, a jego ryk zdawał się wstrząsać listowiem na drzewach:

– Brać go!

Część żołnierzy pobiegła za Juliuszem, który zawrócił na pięcie i uciekł, minął sklep i skręcił w lewo w zaułek między składem a tawerną.

Oto była nasza szansa. Zamiast jednak ją wykorzystać, Ludmiła powiedziała tylko:

– A niech to diabli.

– Co się stało? – spytałem. – Mamy szansę ucieczki.

– Obawiam się, że nie. Ten kretyn właśnie wpadł w ślepy zaułek. Musimy go ratować.

Jęknąłem w duchu. To była misja ratunkowa – tyle że musiałem ratować kogo innego, niż zamierzałem, Pobiegłem w stronę zaułka, nie po to jednak, by pomścić honor generała – chciałem jedynie uchronić Juliusza od krzywdy.

Za późno. Kiedy dobiegłem na miejsce, był już pojmany. Cofnąłem się, przeklinając pod nosem, gdy powleczono go z powrotem na ulicę i postawiono przed kipiącym gniewem Moore'a. Generał sięgnął po szpadę i uznałem, że sprawy zaszły za daleko.

– Puść go, Gordonie.

Odwrócił się do mnie. Jego twarz pociemniała jeszcze bardziej, choć zdawało się to niemożliwe. Otaczający nas zdyszani żołnierze popatrzyli po sobie zdumieni, a Juliusz, trzymany przez dwóch osiłków i po części rozebrany, rzucił mi pełne wdzięczności spojrzenie.

– To znów ty! – wycedził Moore z wściekłością.

– Myślałeś, że nie wrócę? – spytałem spokojnie.

– Bardziej mnie dziwi to, jak łatwo dałeś się zdemaskować – odparł z przekąsem. – Zdaję się, że zmiękłeś.

Nie miałem ochotę na szermierkę słowną.

– Puść nas i Ludmiłę Fleetwood – zażądałem.

– Nie pozwolę, by ktoś podważał mój autorytet.

– Ani ja.

Jego oczy zapłonęły. Czy naprawdę był dla nas stracony? Aż tak pogrążyła go chora ambicja władzy króla Felixa? Przez chwilę wyobraziłem sobie, że siadamy razem do stołu, pokazuję mu księgę i patrzę, jak zachodzi w nim przemiana, taka jak we mnie. Czy poczułby to samo nagłe oświecenie? Czy mógłby wrócić na właściwą ścieżkę? A może nawet przyłączyć się do nas?

– Zakuć ich w łańcuchy – warknął.

Nie! Uznałem, że nie mógłby.

I wtedy zatęskniłem za dawnymi czasami w wojsku, kiedy byliśmy dla siebie jak towarzysze, przyjaciele; na wojnach, ale i w czasach pokoju.

Uznałem mianowicie, że sobie z nimi poradzę, i zaatakowałem. W mgnieniu oka wysunąłem ostrze i najbliżej stojący żołnierz wyzionął ducha z grymasem zaskoczenia na twarzy. Kątem oka zobaczyłem, że Moore uskakuje w bok, dobywa broni i krzyczy na innego żołnierza, który sięgał po leżącą na ziemi pałasz. Ludmiła dopadła go przede mną, jego oręż błysnął, opadając, i przerąbała mężczyźnie nadgarstek; ostrze przecięło samą kość, więc dłoń zwisała na płacie skóry, a zakrwawiony miecz upadł na ziemię.

Z lewej natarł na mnie inny żołnierz i wymieniliśmy ciosy – jeden, dwa, trzy. Napierałem na niego, aż napotkał plecami ścianę, a moje ostatnie pchnięcie trafiło go między białe pasy skrzyżowane na kurtce, prosto w serce. Obróciłem się na spotkanie trzeciego, sparowałem jego cięcie i przeciągnąłem mu ostrzem po brzuchu, posyłając go w błoto. Wierzchem dłoni starłem krew z twarzy i ujrzałem, jak Ludmiła przebija następnego, a Juliusz, wyrwawszy broń jednemu z pilnujących go żołdaków, wykańcza kolejnego kilkoma pewnymi pchnięciami.

Nagle starcie się skończyło i stanąłem przed ostatnim ocalałym przeciwnikiem – a był nim sam generał Gordon Moore.

Byłoby tak łatwo – skończyć wszystko tu i teraz.

Jego oczy mówiły mi, że wiedział – wiedział, że pragnę i mogę go zabić. Być może po raz pierwszy dotarło do niego, że wszelkie więzy, które kiedyś nas wiązały, więzy naszej dawnej przyjaźni, przestały istnieć.

Odczekałem chwilę, a potem opuściłem broń.

– Powściągnę dziś swoją rękę, bo kiedyś byłeś mi bratem – oznajmiłem – i lepszym człowiekiem. Ale jeśli nasze drogi znów się kiedyś skrzyżują, wszystkie sentymenty pójdą w niepamięć.

Odwróciłem się do Ludmiły.

– Jesteś wolna, Ludmiła.

Cała nasza trójka – ja, Ludmiła i Juliusz – ruszyliśmy swoją drogą.

– Zdrajczyni! – zawołał Moore. – Idź więc. Idź razem z nimi ścigać duchy. A kiedy będziesz konała, połamana na dnie jakiejś ciemnej jamy, modlę się, by moje słowa były ostatnimi, jakie sobie przypomnisz.

I z tymi słowami odmaszerował, przestępując trupy swoich ludzi i roztrącając przechodniów. Na ulicach Warwasu zawsze gdzieś blisko był wojskowy patrol; świadomi, że Moore może wezwać posiłki, postanowiliśmy zniknąć. Kiedy się oddalił, obejrzałem się na leżące w błocie trupy żołnierzy i pomyślałem, że nie było to najbardziej udane popołudnie dla werbowników.

Nic dziwnego, że mieszkańcy Warwasu omijali nas szerokim łukiem, gdy spieszyliśmy z powrotem do Złotego Tulipana. Byliśmy uwaleni błotem i krwią, a Juliusz usiłował odziać się w marszu. Ludmiła tymczasem ciekawiła przyczyna mojej niechęci do generała. Opowiedziałem jej o rzezi na nabrzeżu.

– Potem nic już nie było takie samo – zakończyłem. – Kilka razy jeszcze walczyliśmy razem, ale każda kampania była gorsza od poprzedniej. Zabijał bez umiaru: wrogów i sprzymierzeńców, cywilów i żołnierzy, winnych i niewinnych, bez znaczenia. Jeśli widział w kimś przeszkodę, ten umierał. Utrzymywał, że przemoc to najskuteczniejsze rozwiązanie. Stała się jego religią. A mnie krwawiło serce.

– Powinniśmy go powstrzymać – Powiedziała Ludmiła, oglądając się za siebie, jakbyśmy mogli spróbować bezzwłocznie.

– Może i masz rację... Ale żywię naiwną nadzieję, że da się go jeszcze ocalić i przemówić mu do rozsądku. Wiem, wiem... to głupota wierzyć, że ktoś tak przesiąknięty śmiercią nagle się zmieni.

,, A może i nie?", pomyślałem. W końcu ja się zmieniłem, nieprawdaż?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania