Pokaż listęUkryj listę

Aiden Księga pierwsza: Rebelia – rozdział 21

16 listopada 3151

Wyzwolone wyspy Ulagi, Warwas

[Opowieść Juliusza Taciaka nr.1]

 

Warwas to miasto, w którym można się wałęsać po ulicach, nie ściągając na siebie zbytnio uwagi. I to w zwykły dzień. Kiedy wieszają zdrajców na placu straceń, wałęsanie się jest nie tylko tolerowane, ale wręcz pożądane. Wojna z Latoriom dla Bardi okazała się bardziej trudniejsza niż pewnie przypuszczała, ale nie przesadzało to miejscowej straży w ,,dbaniu" o porządek społeczny. Między innymi: tropieniu zdrajców. A także: w całej Bardi zdrajców skwapliwie wieszano.

Dlatego też na szafocie przede mną stało trzech nieszczęśników ze związanymi rękami, patrzących szeroko otwartymi, przerażonymi oczami przez wiszące przed nimi stryczki.

Nieopodal stał kat, którego nazywano Cruel – potężny brodaty mężczyzna o martwym spojrzeniu. Człowiek, który nigdy się nie odezwał, ponieważ nie mógł. Był niemową. Popatrzyłem na niego, potem na skazańców i odkryłem, że nie mogę znieść ich widoku, myśląc: ,,Tylko łaska Bogów mnie przed tym chroni..."

Zresztą i tak nie mogłem im pomóc.

Hans i ja staliśmy pod zasypanym w śniegu kamiennym murem, wyglądając, jakbyśmy próżniacząc, czekali na egzekucję, zupełnie niezainteresowani rozmową plotkujących nieopodal żołnierzy. Och, nie, skądże znowu.

– Ciągle cię korci, by przejrzeć ładunek, który skonfiskowaliśmy wczoraj wieczorem? Podobno były tam skrzynie czerwonego wina prosto z Fajum.

– Owszem, zabrane temu przemytnikowi z Reto¹.

– Juliuszu – mruknął Hans półgębkiem. – Oni mówią o winie twojego kumpla.

Spojrzałem na niego i kiwnąłem głową, wdzięczny za wyjaśnienie.

Żołnierze zaczęli rozmawiać na temat jakieś bijatyki w porcie. Tymczasem oficer na podwyższeniu ogłosił egzekucję pierwszego mężczyzny. Poznałem go, to był miejscowy lekarz, ten sam, który wyleczył Rafaela. Oficer wymienił jego zbrodnie i na koniec wyrecytował: Niniejszym zostajesz skazany na śmierć przez powieszenie".

Na dany znak Cruel pociągnął dźwignię, klapa się otworzyła, ciała runęły w dół, a tłum chóralnie westchnął.

Zmusiłem się, by spojrzeć na trzy rozhuśtane trupy, i uświadomiłem sobie, że wstrzymałem oddech na wypadek, gdyby prawdą, okazało się to, co mi opowiadano o opróżnianiu trzewi. Ciała miały być wystawione ba widok publiczny na szubienicach wokół miasta. Hans i ja widzieliśmy już coś takiego podczas pobytu w tym mieście. Nie mieli tu litości dla zdrajców i chcieli, by świat o tym wiedział.

Odeszliśmy; nasza wyprawa pod szubienicę zakończyła się zdobyciem potrzebnych informacji. Ładunek znajdował się w zamku. Wobec tego i my musieliśmy się tam udać.

 

Olbrzymi,szary, kamienny mur wznosił się wysoko w górę. Naprawdę zasłaniał słońce, czy było to tylko złudzenie? Tak czy inaczej czuliśmy się zziębnięci i zagubieni w jego cieniu, jak dwoje porzuconych dzieci. Trzeba to przyznać Lotariaom, czy Bardianą, czy kto tam był odpowiedzialny za zbudowanie wielkiego zamku Świętego Troina² – mieli pojęcie, jak zbudować groźną twierdzę. Licząca około dwustu dwunastu lat, została wzniesiona bardzo solidnie i prezentowała się, jakby miała tu stać co najmniej drugie tyle. Spojrzałem na morze, później na drogę wiodącą do zamku i wyobraziłem sobie jej mury podczas oblężenia. Jakie wrażenie zrobiłyby na nich wszelakie machiny oblężnicze. Nie duże.

Nie miałem zresztą armii. Dysponowałem tylko nieco podpitym najemnikiem w postaci Hansa. Potrzebowałem więc chytrzejszego sposobu, by dostać się do środka. Miałem tę przewagę, że nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał znaleźć się po drugiej stronie tych ponurych, ciemnych murów, tam bowiem bardiańscy żołnierze torturami wymuszali zeznania od swoich więźniów, a może nawet na miejscu ich tracili. Tylko głupiec chciałby wejść tam, gdzie nie świeci słońce, gdzie nikt nie usłyszy twojego krzyku. Mimo to nie można był dostać się tam ot, tak. ,,Czołem, przyjacielu, może nam powiesz, gdzie trzymacie łupy? Mój piracki przyjaciel stracił sakwę pełną ważnych dokumentów i stary kompas".

Dzięki więc Bogom za ladacznice. Nie dlatego, że czułem się rozochocony, ale dlatego, że objawił mi się sposób, jak wejść do środka – to znaczy do twierdzy. Owe córy nocy, siedzące na fortunie, cóż, one miały powód, żeby znaleźć się po drugiej stronie tych murów, więc kto lepiej niż one mógłby nas tam wprowadzić?

– Szukasz towarzystwa, słodziaku? Potrzebujesz kobiety? – spytała jedna, podchodząc, kusząc piersiami, rubinowymi ustami i zamglonymi obietnicą oczyma.

Zaprowadziłem ją dalej od murów fortecy.

– Jak ci na imię? – spytałem.

– Na imię, słodziaku?

– Mówisz po bardiańsku?

– Nie, nie bardiańsku?

Uśmiechnąłem się.

– Ale złoto to język, który wszyscy znamy, prawda?

Owszem, okazało się, że Claudia znała język złota. Posługiwała się nim niemal płynnie. Podobnie jej koleżanka, Evelin.

Hans kręcił się przy nas z chytrą miną. Przedstawiliśmy się sobie i po paru chwilach szliśmy już, śmiało i bezczelnie, do bramy twierdzy.

Na szczycie podejścia obejrzałem się na miasto. Gwar, ścisk i duchota Warwasu wydawały się zostać z tyłu, jakby trzymały się na dystans od groźnych murów i wysokich wież zamku. Od fortecy była jakaś złowrogość, niczym od mitycznej, morskiej bestii, jaka w opowieściach żeglarzy żyła w najgłębszych odmętach oceanów – tłustej i śmiertelnie niebezpiecznej. ,,Przestań!", upomniałem się w myślach. Sam sobie napędziłem stracha. Mieliśmy plan, pora sprawdzić, czy wypali.

Trzymając się roli krzepkiego opiekuna, załomotałem do furty. Zaczekaliśmy, aż ktoś otworzy. Na zewnątrz wyszło dwóch żołnierzy z halabardami w dłoniach. Zmierzyli nas wzrokiem od stóp do głów: mnie i Hansa, wyjątkowo lubieżne spojrzenia rezerwując dla Claudii i Evelin.

Trzymałem się roli – wyglądałem nieprzystępnie. Claudia i Evelina grały swoje – były ponętne. Hans miał rozmawiać.

– Witajcie – rzekł. – Obawiam się, że żadna z moich dwóch przyjaciółek nie mówi po bardiańsku, dlatego poproszono mnie, żebym to ja rozmawiał, a mój kolega – tu wskazał na mnie – ma zadbać o bezpieczeństwo dam.

(Kłamstwo! Wstrzymałem oddech, jakby nad naszymi głowami widniał szyld zdradzający naszą nieuczciwość. Kłamstwo!)

Żołnierze popatrzyli na dziewczyny, które zachęcone złotem, nie wspominając o paru szklankach rumu, wyginały się i cmokały tak naturalnie, że nikt by nie pomyślał, iż wzięły za to pieniądze. Nie wystarczyło to jednak, żeby przekonać strażników, którzy już chcieli nas odpędzić i zniknąć na powrót w trzewiach przycupniętej, starej bestii, kiedy Hans wymówił magiczne słowa: Cruel. Dziewczyny wezwał sam Cruel, kat, wyjaśnił, a strażnicy pobledli i popatrzyli po sobie z obawą.

Widzieliśmy go oczywiście przy pracy. Nie potrzeba wielkich umiejętności, żeby pociągnąć za dźwignię, ale wymaga pewnego – jak to ująć? – mroku w duszy, pociągnięcie dźwigni, która otwiera klapę i straca trzech ludzi na śmierć. Dlatego też samo imię Cruel budziło strach.

Hans mrugnął porozumiewawczo i dodał, że Cruel lubi tutejsze dziewczyny. A Claudia i Evelina, nie wychodząc z roli, zachichotały, posłały strażnikom całusy i zalotnie poprawiły biusty.

– Cruel to prawa ręka Rottweilera – powiedział jeden z żołnierzy podejrzliwie. – Dlaczego myślicie, że będzie w zamku?

Przełknąłem ślinę. Serce zatłukło mi się w piersi i zerknąłem z ukosa na Hansa. I tyle warte są jego informacje.

– Mój drogi – uśmiechnął się Hans. – Czy naprawdę myślisz, że nasza obecność spotkałaby się z przychylnością generała Gordona? Cruel musiałby szukać nowego zajęcia, gdyby generał odkrył jego schadzki z ladacznicami. A takie schadzki w jego własnym domu...

Obejrzał się na boki, a żołnierze nadstawili uszu, spodziewając się kolejnych tajemnic.

– Nie muszę chyba mówić, panowie – ciągnął Hans – że posiadanie tej informacji stawia was w bardzo delikatnym położeniu. Z jednej strony wiecie o Cruelu, najgroźniejszym człowieku w Warwasie, nie zapominajmy... wiecie o nim coś, za co gotów byłby zapłacić, a może i zabić... – zawiesił głos, żeby jego słowa dotarły do słuchaczy – ... byle nie wyszło to na jaw. To, jak postanowicie postąpić z tymi informacjami, bez wątpienia wpłynie na poziom wdzięczności Cruela. Czy wyrażam się jasno, panowie?

Dla mnie brzmiało to jak czcza gadanina, ale na wartownikach wywarło chyba pożądany efekt, bo w końcu odsunęli się na bok i nas wpuścili.

Weszliśmy do środka.

– Jadalnia – powiedział jeden z żołnierzy, wskazując krużganek otaczający dziedziniec, na którym staliśmy. – Powiedzcie im, że szukacie Cruela, pokierują was. I niech te panie się zachowują, żebyście nie wyjawili prawdziwego powodu swojej obecności tutaj.

Hans rzucił im swój najlepszy, oślizły uśmiech i ukłonił się, jednocześnie ukradkiem kiwając mi głową. Zostawiliśmy dwóch omamionych żołnierzy za sobą.

Odłączyłem się i wspiąłem po schodach, z całych sił starając się wyglądać, jakbym miał wszelkie prawa tu być. Przynajmniej było spokojnie; nie licząc wartowników, nie widziałem wielu żołnierzy. Większość zebrała się chyba w jadalni.

Poszedłem prosto do skarbca, gdzie omal nie krzyknąłem z radości, znalazłszy sakwę ze wszystkimi dokumentami i stary kompas. Schowałem ją i rozejrzałem się. Do licha. Jak na skarbiec, w pomieszczeniu było żałośnie mało skarbów. Nie licząc sakiewki z kilkoma złotymi monetami (które trafiły do mojej kieszeni), znajdowały się tu tylko skrzynie z butelkami wina. Przyjrzałem się im. Szlak. ,,Trochę szkoda wszystkie je tutaj zostawić'', pomyślałem, ,, Raczej nic się nie stanie, jeśli pożyczymy sobie parę butelek".

Parę chwil później wróciłem do pozostałych; postanowili nie ryzykować z jadalnią i kręcili się po krużgankach, czekając nerwowo na mój powrót. Hansowi tak ulżyło na mój widok, że nie spytał nawet o wino. Rozdaliśmy po sobie szklane butelki, chowając je pod ubraniem. Ocierając pot z czoła, poprowadził nas z powrotem korytarzem i po schodach na dziedziniec, gdzie nasi znajomi strażnicy popatrzyli po sobie.

– Rozumiem. Szybko wróciliście...

Hans wzruszył ramionami.

– Pytaliśmy w jadalni, ale nikt nie widział . Może zaszła jakaś pomyłka. Może zaspokoił żądze gdzie indziej...

– W takim razie powiemy mu, że tu byliście – oznajmił jeden z wartowników.

Hans z aprobatą pokiwał głową.

– Tak, zróbcie to, ale pamiętajcie, proszę, o dyskrecji.

Strażnicy przytaknęli, jeden nawet postukał się palcem w bok nosa. Nasz sekret był u nich bezpieczny.

 

Kiedy nastał wieczór znajdywałem się w porcie niedaleko Poszukiwacza.

Wtedy po trapie szedł pewien opalony, wysmagany wiatrem, krzepki mężczyzna – kapitan Filon. Zmienił się przez te trzy lata, zorientowałem się, mimo iż widziałem go wczoraj, kiedy przyszedł z prośbą o pomoc. Spod niebieskiego, jedwabnego turbanu wyzierała zastygła w wyrazie głębokiego skupienia silna twarz o szarych, przenikliwych oczach. Brodę miał bujną, równo przyciętą, ale długą – zasłaniała mu stójkę srebrnej, brokatowej tuniki. Stroju dopełniały luźne niebieskie spodnie i proste, drewniane chodaki.

Jak jego stopy dotknęły lądu, spojrzał na mnie z uśmiechem, rozkładając szeroko ręce. Cieszyła mnie wizyta tego starego drania, zresztą z wzajemnością; omal nie zabrakło mu tchu, gdy uściskał mnie, potem klepiąc mnie po plecach. Kiedy już mogłem złapać oddech, wyciągnąłem sakwę z dokumentami oraz kompas, oddając własność ich właścicielowi.

– Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz Juliuszu – powiedział Filon. – Grazie³.

Machnąłem ręką. Obaj ruszyliśmy na krótki spacer po przystani.

– Długo tu zabawisz? – spytałem.

– Jak tylko uzupełnimy zapasy. Potem wracam na Rato, na szczęśliwe łono rodziny.

– Z pewnością musi za tobą tęsknić – powiedziałem. – Jak tam u mojej siostry? Dalej pragnie tak bardzo zwiedzać świat, jak to robi jej staruszek?

Filon stanął na moment w miejscu, wyciągnął swój kompas, otworzył go i pokazał. Przyjrzałem mu się i od razu zrozumiałem, dlaczego tak bardzo mu na nim zależało. Na pokrywce przyczepiono obrazek, to znaczy portret rodziny kapitana. Był na nim Filon wraz z małżonka, no i oczywiście, ich córką, Marina, która już nie była dzieckiem, tylko uroczą, młodą panną.

– Tęskni za swoim dużym bratem – oznajmi Filon. – Podobnie jak całe Reto.

Pomyślałem o tym. Pomyślałem o Reto. Jednocześnie przypominając sobie dawne przygody na pokładzie Poszukiwacza, zwiedzone zakątki świata, oraz poznani tam ludzie.

Filon po chwili zapytał:

– Może chcesz płynąć ze mną? Wrócić do swoich. Do domu.

Spojrzałem za siebie w kierunku miasta, Hans, Ludmiła oraz Aiden stali obok jednego ze straganów i wyczekiwali na mój powrót. Teraz oni byli moją rodziną. A mój dom jest tam, gdzie oni.

– Twoja propozycja bardzo mnie kusi, przyjacielu. – odpowiedziałem, patrząc znowu na Filona. – Ale niestety muszę tutaj zostać. Teraz mam własną załogę, która mnie potrzebuje. Jednak gdybyś kiedykolwiek potrzebował mojej pomocy, to wiesz jak mnie znaleźć.

Filon uśmiechnął się.

– Vivi la tua vita come vuoi tu⁴, nie inaczej. – rzekł.

Wyciągnąłem do niego rękę.

– Do następnego razu. – powiedziałem.

– Do następnego, caro amico⁵.

 

Wyjaśnienia:

 

1. Reto – wyspa daleko na zachód, podbita i osiedlona przez piratów

 

2. Święty Troin – jeden z Trzynastu Świętych Bohaterów, bóg ziemi

 

3.Grazie – z wł. znaczy: ,,Dziękuje"

 

4. Vivi la tua vita come vuoi tu – z wł. znaczy: ,,Żyj tak, jak masz ochotę

 

5. caro amico – z wł. znaczy: ,,drogi przyjacielu"

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania