Pokaż listęUkryj listę

Aiden Księga pierwsza: Rebelia – rozdział 20

19 maja 3152

Wyzwolone Wyspy Ulagi, Obóz nad rzeką Exa

 

Konny zwiadowca Kyrenów pośpiesznie powiedział coś, czego nie zrozumiałem, ale gdy wskazał w głąb doliny, w kierunku rzeki Exa, domyśliłem się, co powiedział: ludzie Moore'a przeprawili się przez rzekę i wkrótce nadejdą. Ruszył powiadomić pozostałych, a Saint, leżąca obok, potwierdziła to, co sam już wiedziałem.

– Idą – powiedziała po prostu.

Podobało mi się, że leżę obok niej w kryjówce, cieszyła mnie jej obecność, czy raczej bliskość. Dlatego z pewnym żalem wyjrzałem przez zarośla i ujrzałem Bardianów wyłaniających się spomiędzy drzew u stóp wzgórza. W tej samej chwili to usłyszałem: coraz głośniejszy rumor w oddali, zwiastujący przybycie nie podjazdu, nie oddziału konnych zwiadowców, lecz całego regimentu ludzi Moore'a. Najpierw pojawił się poczet dowódcy, potem dobosze i trębacze, później maszerujący żołnierze, na koniec zaś tabory, ciury obozowe i markietanki zamykające pochód. Kolumna ciągnęła się jak okiem sięgnąć.

Na czele pułku jechał sam generał, kołysząc się w rytm końskiego stępa. Jego oddech parował w rześkim powietrzu. Towarzyszył mu Mick Salveig.

Dobosze wybijali miarowy krok, za hałas, który czynili byliśmy im nieskończenie wdzięczni, między drzewami bowiem kryli się lotarianianscy i kyreńscy strzelcy wyborowi. Na zboczach czekały na sygnał dziesiątki leżących na brzuchach wojowników, ukrytych w puszczy: ponad stu zaczajonych ludzi wstrzymywało oddech, gotowi zatrzasnąć pułapkę. Nagle Moore podniósł rękę, oficer u jego boku wykrzyczał rozkaz, werble umilkły i cały pułk stanął. Konie rżały i parskały, grzebiąc kopytami ziemię. Kolumna stopniowo ucichła.

Żołnierzy spowiła niesamowita cisza. Wstrzymaliśmy oddech i jestem pewnie, że wszyscy tak samo jak ja pomyśleli, że zostaliśmy wykryci.

Mick Salveig obejrzał się na Moore'a, potem za siebie, gdzie reszta kolumny, oficerowie, żołnierze i tabory, stali w wyczekiwaniu, potem znów na generała.

Odchrząknął.

– Czy wszystko w porządku, sir? – spytał.

Moore głęboko odetchnął.

– Rozkoszuję się po prostu chwilą – odparł, wziął jeszcze jeden głęboki oddech o dodał: – Bez wątpienia wielu z was zachodzi w głowę, czemu maszerujemy tak daleko za zachód. To dziki kraj, nieokiełznany i niezasiedlony. Ale nie zawsze tak będzie. Przyjdzie czas, że to, co mamy, przestanie nam wystarczać, a dzień ten jest bliższy, niż myślicie. Musimy zadbać, by naród jego wysokiej mości miał pod dostatkiem miejsca, by się rozwijać i bogacić. Do tego potrzeba nam więcej ziemi. Lotarianie to rozumieją i robią, co mogą, by nam na to nie pozwolić. Otaczają nasze terytorium, wznoszą forty i zawierają układy z Kyrenami, w oczekiwaniu na dzień, kiedy zadusimy się w ich pętli. Nie możemy się na to zgadzać. Musimy przeciąć stryczek i wgnieść ich w ziemię. Dlatego właśnie maszerujemy. Damy im ostatnią szansę: Lotarianie ulegną albo zginą.

Leżąca obok Saint spojrzała na mnie i zrozumiałem, że niczego nie pragnie bardziej jak w tej chwili rozpłatać dzban głupoty i pychy tego człowieka.

Nie pomyliłem się.

– Pora uderzać – syknęła.

– Zaczekaj – powiedziałem. Odwróciłem się i ujrzałem, że patrzy na mnie, a nasze twarze prawie się stykały. – Nie wystarczy rozbić regiment. Trzeba dopilnować, by Moore poniósł całkowitą klęskę. Inaczej na pewno spróbuje ponownie.

Miałem na myśli ,,zabić go" i lepszej okazji do ataku być nie mogło. Pomyślałem chwilę i wskazałem małą grupę zwiadowców, która oddzieliła się od kolumny.

– Wmieszam się między nich i zbliżę do niego – powiedziałem. – W zamieszaniu bitewnym, niezauważony, będę mógł zadać morderczy cios.

Zsunąłem się po zboczu i podkradłem do patrolu. Bezszelestnie sięgnąłem po sztylet, wbiłem je w szyję najbliższego żołnierza i rozpiąłem jego kurtkę, zanim jeszcze osunął się na ziemię.

Kolumna, oddalona o jakieś trzysta jardów, ruszyła z grzmotem nadchodzącej burzy. Dobosze znów zaczęli wybijać rytm, a Kyreni wykorzystali ten hałas, by niezauważenie przemieścić się między drzewami na lepsze pozycje.

Wsiadłem na konia zwiadowcy. Uspokoiłem zwierzę, pozwoliłem mu się do mnie przyzwyczaić, a potem zjechałem po niewielkiej pochyłości w stronę kolumny wojska. Jakiś konny oficer zauważył mnie i rozkazał mi wracać na miejsce w szyku, więc pomachałem przepraszająco ręką i ruszyłem w stronę jej czoła, obok taboru i markietanek, mijając żołnierzy, którzy rzucili mi pełne niechęci spojrzenia i obgadali mnie za plecami, minąłem doboszy, aż prawie zrównałem się dowództwem. Byłem blisko, ale też łatwiej było mnie rozpoznać. Usłyszałem, jak Moore mówi do jednego ze swoich ludzi, najemnika z najbliższego kręgu zaufanych.

– Lotarianie wiedzą, że są słabi – tłumaczył – dlatego sprzymierzyli się z dzikusami, którzy zamieszkują tutejsze puszcze. To nieledwie zwierzęta, śpią na drzewach, zbierają skalpy, a nawet zjadają własnych zmarłych. Szkoda dla nich litości. Nie szczędzić nikogo.

Nie wiedziałem, czy mam się śmiać. ,,Zjadają własnych umarłych''. Myślałem, że już nikt w to nie wierzy.

Oficer pomyślał chyba to samo.

– Ależ sir – zaprotestował. – To tylko bajania. Tubylcy, których znam, niczego takiego nie robią.

Moore obrócił się ku niemu w siodle.

– Nazywasz mnie kłamcą?! – ryknął.

– Źle się wyraziłem, sir – odparł najemnik drżącym głosem. – Przepraszam. Jestem bardzo wdzięczny, że mogę pod panem służyć.

– Chcesz powiedzieć ,,mogłem służyć" – warknął generał.

– Sir? – tamten nie zrozumiał.

– Jesteś wdzięczny, że mogłeś służyć – powtórzył Moore, wyciągnął szpadę i jednym precyzyjnym pchnięciem wbił ostrze w gardło mężczyzny. Oficer spadł z konia, krew z jego rany spływała po ziemi, a kolumna nagle się zatrzymała. Żołnierze zaczęli sięgać po swój oręż w przekonaniu, że zostali zaatakowani.

Przez kilka chwil rozglądali się czujnie, aż przyszedł rozkaz ,,spocznij". Wieść rozeszła się szeptem po szeregach: generał właśnie zabił oficera.

Byłem dość blisko czoła kolumny, by zobaczyć szok na twarzy Micka Salveigo. On jeden miał dość odwagi, by zaprotestować.

– Panie generale!

Moore odwrócił się do niego gwałtownie i być może Salveig przez krótką chwilę zastanawiał się, czy i jego nie spotka taki sam los.

– Nie będę tolerował wątpliwości wśród moich żołnierzy – zagrzmiał generał. – Ani współczucia dla wroga. Nie zamierzam tolerować niesubordynacji.

– Nikt nie przeczy, że on zbłądził, sir, lecz... – ciągnął dzielnie Salveig

– Zapłacił za swoją zdradę tak, jak zapłaci każdy zdrajca. Jeśli mamy wygrać z Lotarianami... To tylko dlatego, że ludzie tacy jak wy będą słuchać takich jak ja, i to bez wahania. W wojsku musi być porządek, jasna hierarchia. Dowódcy i podwładni. Bez tej hierarchii nie może być mowy o zwycięstwie. Czy to jasne?

Mick Salveig przytaknął, ale pospiesznie odwrócił wzrok, zachowując dla siebie, co naprawdę myślał. Kiedy kolumna ruszyła, odjechał pod pretekstem jakieś sprawy nie cierpiąc zwłoki. Dostrzegłem swoją szansę i podjechałem do Moore'a, ustawiając się obok niego z tyłu, żeby mnie nie zobaczył. Jeszcze nie.

Czekałem, aż nagle za nami wybuchło jakieś zamieszanie i oficer jadący po drugiej stronie odjechał sprawdzić, co się dzieje, zostawiając tylko nas dwóch. Mnie i generała Moore'a.

Podjechałem znacznie bliżej do niego, jednosieczne sięgnąłem po sztylet.

– Gordonie – powiedziałem.

Rozkoszowałem się tą chwilą – odwrócił się w siodle, spojrzał na mnie, na ostrze sztyletu i znów na mnie. Otworzył usta, chcąc – nie wiem, pewnie zawołać pomocy – ale nie zamierzałem mu na to pozwolić. Nie było już dla niego ucieczki.

– Nie jest tak przyjemnie, kiedy znajdujesz się po niewłaściwej końcu, prawda? – powiedziałem i pchnąłem generała...

Dokładnie w tym samym momencie, kiedy pułk został zaatakowany – niech to szlag, pułapka zamknęła się zbyt wcześnie. Mój koń spłoszył się i tylko przeszyłem jego kurtkę. W oczach Moore'a rozbłysła nadzieja i tryumf. Nagle dookoła nas zaroiło się od Lotarianów, a z drzew posypały się strzały. Generał z krzykiem spiął swego konia i w następnej chwili pędził po zboczu w stronę lasu, a ja stałem jak wryty, z sztyletem w ręku, oszołomionym nagłym rozwojem wypadków.

To wahanie omal nie kosztował mnie życia. Znalazłem się na drodze Lotariana – niebieska kurtka, zielone spodnie – który zamachnął się na mnie kordelasem. Nie zdążyłbym odparować. Nie zdążyłbym zrobić uniku.

Nagle Lotarianin runął na z siodła, jakby szarpnięty niewidzialną liną, a w tył jego czaszki krwawo wbił się bełt. Spojrzałem za tył powalonego żołnierza i ujrzałem mojego przyjaciela, Juliusza Taciaka.

Podziękowałem mu skinieniem głowy, zamierzając uczynić to bardziej wylewnie później. Moore zniknął wśród drzew, spinając boki wierzchowca. Obejrzał się przez ramię i zobaczył, że ruszam za nim w pościg.

 

Zachęcając konia krzykiem, popędziłem za generałem w puszczę, mijając zbiegających po zboczu w stronę bardianów kolumny Kyrenów i Lotarianów. Na Moore'a posypały się z strzały z łuków, ale żadna nie trafiła. Zaczęły działać zastawione przez nas pułapki. Zobaczyłem wóz wyładowany olejem, który wytoczył się spomiędzy drzew i roztrącił grupę piechurów, a potem eksplodował. Rozbiegły się konie bez jeźdźców, kyreńscy strzelcy z góry kładli jednego po drugim przerażonych i zdezorientowanych żołnierzy.

Moore cały czas był daleko, aż w końcu teren zrobił się zbyt trudny dla jego konia. Wierzchowiec generała stanął dęba i go zrzucił.

Wyjąc z bólu, Moore potoczył się po ziemi. Sięgnął po leżący obok pałasz, ale zaraz się rozmyślił, poderwał się na nogi i pobiegł. Musiałem go dopaść; popędziłem konia.

– Nigdy nie sądziłem, że jesteś tchórzem, Gordonie – wycedziłem przez zęby, kiedy go dopadłem.

Zatrzymał się, odwrócił i spojrzał mi w oczy. Zobaczyłem w nich pychę i pogardę, które tak dobrze znałem.

– Dalej więc – prychnął. – Zrób to.

Podjechałem bliżej, wysuwając swój pałasz, kiedy nagle mój koń padł martwy, a ja sam runąłem na leśne poszycie.

– Co za arogancja! – krzyknął Moore. – Zawsze wiedziałem, że to ona cię zgubi.

U jego boku stanął Mick Salveig, który zdążył naładować kolejny bełt i wymierzyć w moim kierunku. Poczułem gorzką satysfakcję, że przynajmniej to będzie on, człowiek, który ma sumienie i w niczym nie przypomina generała.

Zamknąłem oczy, gotów na śmierć. Żałowałem, że nie wymierzyłem sprawiedliwości zabójcom mojej matki. Że byłem tak blisko odkrycia sekretów Naszych Opiekunów, wykorzystaniu ich mądrości, by uczynić Bardie lepszym miejscem, niż jest teraz.

Strzał jednak nie padł. A kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem Salveigo straconego z konia. Moore odwrócił się i patrzył, jak jego oficer szamocze się z kimś, kogo natychmiast rozpoznałem – z Saint. Nie dość, że zaskoczyła Salveigo, to rozbroiła go i trzymała mu nóż na gardle. Moore wykorzystał sposobność, by uciec, a ja podźwignąłem się na nogi i pobiegłem przez polanę do Kyrenki duszącej oficera.

– Szybko – warknęła do mnie – zanim ucieknie.

Zawahałem się, nie chcąc zostawiać jej sam na sam z Salveigem i zmierzającymi tu żołnierzami, ale walnęła go rękojeścią noża; ogłuszony wywrócił oczy i zrozumiałem, że Saint da sobie radę. Rzuciłem się w pościg za generałem, tym razem pieszo. Moore uciekał, ale byłem od niego trzydzieści lat młodszy, przez ostatnie kilka lat nie obrastałem w tłuszcz przy kolejnych awansach w wojsku, i nawet się nie spociłem, kiedy od zaczął ustawać w biegu. Obejrzałem się za siebie; kapelusz spadł mu z głowy, kiedy potknął się o korzeń drzewa i omal nie upadł.

Zwolniłem, by mógł odzyskać równowagę, i pobiegłem dalej, niemal truchtem. W tyle słaby odgłos brzęku stali i okrzyków bólu ludzi, i zwierząt. Las wygłuszał dźwięki bitwy, słychać było tylko urywane sapanie Moore'a i tupot jego wysokich butów na miękkiej, leśnej ściółce. Generał ponownie obejrzał się za siebie i zobaczył mnie – zobaczył, że prawie już nie biegnę, aż w końcu wyczerpany padł na kolana.

Jednym ruchem dobyłem pałasz i podszedłem do niego.

– Dlaczego, Aiden? – spytał, ciężko dysząc. – Po wszystkim, co wspólnie przeżyliśmy tak po prostu odbierzesz mi życie? Jesteś zdrajcą i łotrem, wiedz o tym! Najpierw zdradziłeś mnie, a teraz jeszcze zdradzasz Bardie, swój dom i to z kim; bandą dzikusów, łupieżcami, bandytami? Żałosne.

Zastanowiłem się nad tym.

– Masz racje – przyznałem. – Byłem wobec ciebie nieuczciwy, przyznaje się. Może gdybym został w pułku Hirsem Guards nie byłoby tego rozlewu krwi, a nasza przyjaźń zostałaby nietknięta. Może... Lecz nigdy nie postąpiłbym źle przeciwko naszemu królestwu, które tak bardzo kochamy i walczymy w jego imieniu. Mniej to na uwadze.

– Wiec dlaczego usiłujesz mnie zabić?

– Twoja śmierć otwiera mi pewne drzwi, to nic osobistego – rzekłem i zadałem cios ostrzem; patrzyłem, jak krew wzbiera w ranie, a ciało szamocze się w przeszywającym bólu. – Cóż, może to jednak rzecz trochę osobista – powiedziałem, wyciągając ostrze z jego ramienia. – Ostatecznie zatrułeś mi życie.

– Ale jesteśmy braćmi broni – zaprotestował. Wzywała go śmierć; zatrzepotał powiekami.

– Kiedyś być może tak. Teraz już nie. Myślisz, że zapomniałem, co zrobiłeś? Ci wszyscy niewinni ludzie, wyrżnięci bez wahania. I w imię czego? Nie da się wyrąbać drogi do celu mieczem, jeśli tym celem jest pokój.

Jego spojrzenie się wyostrzyło i popatrzył na mnie.

– Mylisz się – powiedział z niespodziewaną siłą głosu. – Gdybyśmy mogli używać miecza częściej i swobodniej, świat trapiłoby o wiele mniej kłopotów niż dziś.

Pokręciłem głową.

Uświadomiłem sobie, że w żaden sposób nie zdołam zmienić jego poglądów. Nie ważne jak bardzo był próbował, on się nie zmieni. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zakończyć. Zacisnąłem mocno dłoń na rękojeści, wymierzając śmiertelny cios.

Coś mnie jednak zatrzymało. Jakaś myśl. Straszna, wręcz nieludzka. Pojawiła się w mojej głowie sama, jakby sam szatan szeptał mi, co mam zrobić z moją następną ofiarą. Dlaczego miałbym okazać miłosierdzie człowiekowi, który sam nie zna znaczenia tego słowa? Który bez najmniejszego wahania pozbawił życia tych, którzy na śmierć zasługiwali, i wielu, którzy nie. To nie miałoby sensu. Żadnej sprawiedliwości w ogóle.

Pałasz padł z brzękiem na ziemię, po czym uklęknąłem obok generała i spojrzałem mu prosto w oczy. Wtedy moja dłoń zapłonęła jasnym i gorącym, bardzo gorącym płomieniem. Moore spojrzał na mnie z przerażeniem, domyślił się, co zamierzam uczynić, i od razu zaczął błagać o litość – co tylko bardziej podsycało moją nienawiść.

Chwilę później błagania zastąpiły krzyki agonii generała, a w powietrzu unosił się smród zwęglonej skóry i spalonych włosów. Moore z całych sił próbował wyrwać się z mojego uścisku, ale bezskutecznie. Kilka sekund później było już po wszystkim, nastała cisza. Opuściłem dłoń w dół i spojrzałem na twarz generała; jedna ze strona była deformowana, pozbawiona włosów, zwęglona i zakrwawiona, odsłaniając mięśnie, ścięgna i strukturę kości pod spodem.

Taka była jego kara.

– Żegnaj Gordonie – powiedziałem i wstałem, czekając, aż skona.

W tej chwili usłyszałem zbliżających się żołnierzy. Nie zdążyłbym już uciec. Padłem na brzuch i wczołgałem się pod zwalony pień drzewa, nagle znalazłem się na poziomie nóg Moore'a. Odwrócił do mnie głowę, oko mu zalśniło i wiedziałem, że wydałby mnie, gdyby mógł. Powoli wyciągnął rękę, usiłując wskazać moją kryjówkę zakrzywionym palcem.

Do diabła. Powinienem był go dobić.

Zobaczyłem buty żołnierzy, którzy weszli na polanę, ciekawych, jak skończyła się bitwa. Mick Salveig przepchnął się do przodu, popatrzył z przerażeniem i uklęknął obok swojego konającego generała.

Moore wciąż trzepotał powiekom. Poruszał ustami, próbując układać słowa – słowa, które mnie zdradzą. Zesztywniałem z emocji, licząc nogi: żołnierzy było przynajmniej sześciu albo siedmiu. Czy poradziłbym sobie z nimi?

Zrozumiałem jednak, że nikt nie zwraca uwagi na wysiłki Moore'a. Mick Salveig przyłożył mu tylko do piersi, posłuchał i krzyknął:

– On żyje! Szybko, musimy go stąd zabrać.

Ukryty pod pniem, zamknąłem oczy i zakląłem w duchu. Żołnierze dźwignęli generała i zabrali go.

Przyjdzie mi zapłacić za ten błąd, to pewne – pomyślałem, wychodząc z kryjówki. Jednak to nie był jedyny błąd dzisiejszego dnia.

Później wróciłem na pole bitwy, gdzie odnalazłem Saint.

– Stało się, Gordon Moore nie żyje – powiedziałem. Pokiwała głową.

– Dotrzymałem swojej części umowy – dodałem. – Czy ty dotrzymasz swojej?

Popatrzyła chwilę przed siebie, potem znów na mnie, lekko się uśmiechnęła i powiedziała:

– To daleka droga. Wyruszymy jutro z samego rana. Teraz choćby świętować nasze zwycięstwo.

Nim zdążyłem odpowiedzieć, Saint chwyciła moją dłoń i zabrała mnie do obozu nad rzeką.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania