Cuiavia. 0033. Powrozy
— Stanimirze, potrzebujemy narzędzi do skręcania lin. Zrobisz nam? — zapytała Agnieszka.
— A czego wam potrzeba do łyka? Ręce macie, niczego więcej wam nie trza. Umiecie skręcać czy Dobra ma pokazać?
— Niech pokaże. Będziemy wdzięczni.
Rozłożyli na trawie jeszcze wilgotne łyko. Po chwili Dobra przyszła przed chatę.
Wybrała jeden z szerszych pasów. Zgięła koniec, paznokciem rozszczepiła go na dwie części i wsunęła palce w szczelinę.
— Patrzcie. Takiego szerokiego nie skręcicie. Trzeba podzielić.
Pociągnęła rozdzielone końce na boki. Rozdarcie ruszyło wzdłuż pasa.
— Powoli. Jak zacznie schodzić ku brzegowi, z tej strony odpuszczacie.
Przesunęła dłonie niżej i ciągnęła dalej. Po chwili trzymała dwa długie, wąskie pasma.
— Poszarpiecie, słaby powróz wyjdzie. Ma iść równo, od końca do końca.
Podała Robertowi szeroki pas łyka.
— Spróbuj.
Zgiął koniec i rozszczepił go paznokciem. Chwycił obie części i pociągnął. Przez chwilę rozdarcie szło równo, potem zbiegło ku brzegowi. Jedno pasemko gwałtownie się zwęziło.
— Stój. Nie ciągnij tej strony.
Zmienił chwyt i szarpnął za drugi koniec. Wąskie pasemko urwało się.
Dobra parsknęła.
— Siłujesz się z tym jak z niedźwiedziem. Łyko samo ci pokazuje, gdzie chce iść. Patrz na rozdarcie.
Wzięła następny pas, rozdzieliła koniec i podała go Robertowi.
— Jak schodzi ku jednej stronie, tam odpuszczasz. Drugą ciągniesz mocniej. Powoli.
Tym razem rozdarcie pobiegło prawie środkiem. Przesuwał dłonie coraz niżej. Wilgotne łyko ślizgało się pod palcami. Rozdzielił pas do samego końca. Spojrzał na dwa nierówne pasemka.
— To trudniejsze, niż wygląda.
— Bo to robota dla cierpliwych, a wy ciągle gdzieś gonicie. Porozdzielajcie resztę. Może do nocy zdążycie. Jutro nauczę was, jak z tego kręcić takie powrozy, że wasza krasula ich nie zerwie.
Zostawiła ich.
Usiedli przed chatą. Rozdzielali kolejne pasy. Stos gotowych pasemek rósł powoli.
Wciąż te same ruchy.
Kciuki zaczęły boleć pierwsze. Potem przedramiona. Wilgotne łyko zmiękczyło skórę na opuszkach; przy każdym kolejnym paśmie szczypała mocniej.
Agnieszka wyprostowała plecy i odchyliła głowę.
— Odpadam… Zaraz mi kark zesztywnieje na dobre.
Rozprostowała palce. Przy paznokciach skóra była zaczerwieniona.
Robert potarł opuszkę kciuka. Zapiekło go aż pod paznokciem.
— Jeszcze trochę.
Wzięła kolejny pas. Rozdarcie zeszło ku brzegowi.
— A niech to…
Cofnęła dłonie i spróbowała ponownie.
Po chwili odrzuciła łyko.
— Zrobię obiad.
Wstała powoli i przycisnęła dłonie do lędźwi.
Został sam ze stertą szerokich pasów.
Byle skończyć dzisiaj. Jutro palce mogą odmówić posłuszeństwa.
Przyłożył paznokieć do końca następnego pasa. Ześlizgnął się po mokrej powierzchni. Spróbował jeszcze raz.
Pasmo za pasmem.
Z trudem podniósł się do obiadu. Łyżka drżała mu w dłoni. Część zupy wylał na kolano. Mściwój z Gniewkiem opowiadali o formowaniu garnków i koszeniu trawy. Odpowiadał półsłówkami.
Po posiłku wrócili do pracy.
Zbyt szybko pociągnął za końce pierwszego pasa. Jedno pasemko zwęziło się i urwało.
Przez chwilę patrzył na strzęp trzymany między palcami. Sięgnął po następny pas.
Gniewko przyglądał się Agnieszce. Sięgnął po szerokie łyko i zaczął skubać krawędź paznokciem.
— Tylko powoli. Patrz. — Pokazała mu, jak prowadzić rozdarcie.
Rozdzielił koniec paznokciem i pociągnął. Zatrzymał się po kilku palcach, poprawił chwyt i ruszył dalej.
Robert zerknął znad własnego pasma.
— Tylko nie ciągnij za…
Urwał. Rozdarcie biegło prawie środkiem. Po chwili Gniewko trzymał dwa niemal równe pasemka.
Robert spojrzał na swoje. Jedno było dwa razy szersze od drugiego.
— No pięknie.
Agnieszka uśmiechnęła się.
Gniewko sięgnął po następny pas.
Z czasem rozmowa ucichła.
Gniewko potrząsnął dłonią. — Szczypie.
— Odpocznij — powiedziała.
Chłopiec odłożył pas i zaczął układać gotowe pasemka w równe pęki. — Już wolę trawę kosić.
Niedługo potem wrócił Mściwój z taczką pełną trawy. Popatrzył na stertę nierozdzielonego łyka i westchnął. — Dużo zostało?
— Za dużo. — Robert nawet nie podniósł głowy.
Gniewko pobiegł po widły i zaczął układać trawę na kozłach.
Pod wieczór skóra przy paznokciach piekła ich przy każdym chwycie.
Robert coraz częściej opuszczał ręce na kolana i potrząsał dłońmi, zanim brał kolejny pas.
Pracowali, aż przed nimi nie zostało już nic do rozdzielenia.
Zebrali długie, wąskie pasemka w pęki. Krótsze kawałki i postrzępione końce odłożyli osobno.
Weszli do rzeki. Zanurzył dłonie. Otarta skóra zapiekła, lecz po chwili zimno zaczęło łagodzić ból.
— O bogowie…
Prychnęła. — Jutro będzie gorzej.
Obmył jej plecy i starł smugę brudu spod łopatki.
Pocałował ją w kark.
Odwróciła się. Obmyła mu szyję i pierś, po czym rozmasowała barki. Odchylił głowę. Wybierała mu z włosów drobne strzępki łyka.
Zacisnął dłonie na jej pośladkach.
Pisnęła.
Syknął przez zęby i poluzował uścisk. Pochylił się ku jej ustom.
Spróbowała odsunąć się od niego.
Objął ją w talii i przyciągnął mocniej. — Mam coraz więcej siły, żeby cię kochać.
Skurcz złapał go w plecach. Puścił ją i zgiął się wpół.
— Właśnie widzę — parsknęła i wybiegła na brzeg.
* * *
— Dobrzeście się sprawili. — Dobra przesunęła palcami po pęku wąskich pasemek. — Mocne powrozy z tego skręcimy. A na co wam tyle?
— Do wiązania żerdzi. I trzciny w snopki — odpowiedział Robert. — Chcemy nią kryć chatę.
— Trzciną? A darń wam zła?
— Chcemy spróbować, czy lepsza.
— Sama ciekawam, coście sobie umyślili.
Dobra wybrała kilka pasemek i ułożyła je razem.
— Patrzcie. Obie wiązki kręcicie w tę samą stronę.
Rozdzieliła łyko na dwie wiązki i skręciła każdą między palcami.
— A potem jedną z drugą odwrotnie.
Oplotła je wokół siebie i poluzowała chwyt. Sznurek nie rozwinął się.
Sięgnęła po kolejne pasemka, podzieliła je na dwie wiązki i przywiązała ich końce do kołka wbitego przy chacie.
— Nie czekajcie, aż stare się skończy. Dokładajcie wcześniej.
Wsunęła nowe pasemko w skręcaną wiązkę. Obróciła ją kilka razy między palcami. Miejsce połączenia zniknęło w splocie.
— I nie dokładajcie wszystkiego naraz. Jeden koniec tu, drugi kawałek dalej. Inaczej porobicie zgrubienia.
Robert skręcał pierwszą wiązkę, Agnieszka drugą. Co kilka chwil dokładali nowe pasemka. Pod palcami Roberta pasmo raz grubiało, raz zwężało się niemal o połowę.
— Tu dołóż. — Wskazała cienkie miejsce. — Nie patrz tylko na koniec. Patrz, co zostawiasz za ręką.
W końcu przygotowali dwa długie, skręcone pasma. Dobra przywiązała drewniane kołki do wolnych końców.
— Teraz napnijcie. — Cofnęli się, aż oba pasma wyprostowały się nad trawą.
— Kręcicie w tę samą stronę. Ino równo. Jak jedno skręcicie mocniej od drugiego, nierówno się zejdą.
Obrócili uchwyty.
Z początku szło szybko. Robert przekładał drewienko z palców do palców, pilnując naprężenia. Po kilkunastu obrotach nadgarstek zaczął mu drętwieć.
Zmieniał rękę coraz częściej. Agnieszka robiła tak samo.
— Nie odpuszczaj, Dziewanno! — krzyknęła Dobra. — Trzymaj napięte, bo cała robota pójdzie na marne!
Agnieszka poprawiła chwyt na drewienku. Dłonie jej drżały. Cofnęła się o krok, ledwie unosząc stopę. Zaczepiła o kępę trawy. Zachwiała się i wyrzuciła ręce przed siebie. Pasmo zwiotczało. Natychmiast skręciło się na sobie. Szarpnęła do tyłu. Pętla zacisnęła się jeszcze mocniej.
— Stój! Nie ciągnij! — krzyknęła Dobra.
— Nie daję rady! Zaraz puszczę.
— Wytrzymaj jeszcze chwilę. Mysłodarze, ty trzymaj swoje!
Zacisnął obie dłonie na uchwycie.
Dobra podeszła do pętli. Chwyciła pasmo po obu jej stronach, zbliżyła dłonie i rozplątała zaciśnięty odcinek.
— Teraz dokręć. Powoli.
Agnieszka obróciła uchwyt.
— Jeszcze. I na bogów, nie puszczaj.
Robert czuł pot spływający do oczu, ale nie mógł go wytrzeć. Agnieszka przycisnęła łokcie do boków. Uchwyt drżał w jej dłoniach.
— Wystarczy — powiedziała Dobra.
Ujęła oba naprężone pasma i zbliżyła je do siebie. Zaczęła oplatać je jedno wokół drugiego. Utrzymywali napięcie, a Dobra prowadziła splot od kołka ku ich dłoniom. Gdy doszła do końca, obwiązała go sznurkiem.
— No. Pierwszy gotowy. Dalej, czas na następny. Nie możecie mitrężyć, bo do żniw nie skończycie.
Przy następnym powrozie pracowali coraz wolniej. Piekły go nadgarstki, palce drętwiały.
Robert kilka razy zmieniał ułożenie palców. Żadne nie pomagało.
— Równo kręcić! — zawołała Dobra.
Obracał coraz wolniej.
— Jeszcze chwilę. Zaraz je połączę.
Podeszła do Roberta.
Zacisnął palce mocniej. Uchwyt wyślizgnął mu się ze zdrętwiałej dłoni.
Pasmo zaczęło się gwałtownie rozkręcać. Smagnęło Dobrą po przedramieniu, a przywiązany do końca kołek uderzył ją w dłoń.
Syknęła i cofnęła rękę. Na skórze zostały czerwone pręgi.
Robert spojrzał na jej przedramię.
— Dość.
Rozprostował palce. Drżały.
Dobra spojrzała na niego zaskoczona.
Odwrócił wzrok i rozcierał piekące dłonie.
Agnieszka wciąż trzymała swoje napięte pasmo.
— Robert…
Przejął od niej kołek. Pozwolił mu powoli obracać się w dłoniach, potem odłożył pasmo na trawę.
— Narobimy się, ręka zadrży i wszystko trzeba poprawiać. To robota głupiego! Przecież my tego do zimy nie skończymy.
Wpadł do warsztatu Stanimira.
— Skończ już toczyć te miski i weź się za konkretną robotę!
Cieśla odsunął dłuto od drewna i spojrzał na niego.
— Co cię ugryzło?
— Dobra przyniosła nam udrękę, nie pomoc! Zrobisz mi ustrojstwo do kręcenia lin. Teraz! Przynieś kawałek najtwardszego drewna, jakie masz. Długi na łokieć, gruby na szerokość dłoni.
Radomir odłożył narzędzie i zaczął grzebać w stercie drewna. Wyciągnął kawałek grabu.
— To żelazne drewno.
— Pokaż, co mam zrobić. — Stanimir przejął drewno od syna.
— Zrób z tego wałek.
Stanimir zaczął go toczyć. Robert patrzył na pewne ruchy dłuta i cienkie wióry opadające pod toczydło. Oddech mu się wyrównał.
Wziął utoczony walec. Drżały mu palce. Zaznaczył węglem równe odstępy na obwodzie.
— Radomirze, tutaj wytniesz rowki. Wzdłuż całego wałka. Wszystkie jednakowe. Nie wybieraj za głęboko. Dopasujemy później.
Zaznaczył pięć szerokich odcinków wzdłuż wałka.
— Tu zostawcie zęby. Stanimirze, pomiędzy tymi odcinkami i na końcach utocz cieniej. Potem przetniecie pośrodku przewężeń, żeby przy każdym kole zostały czopy z obu stron.
Robert odłożył węgiel i rozprostował palce.
— Myślałem, że już wiem, co to ciężka praca.
— Od jednej roboty bolą plecy, od drugiej ręce.
— …a od powrozów wszystko. Zawołajcie mnie, kiedy skończycie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania