Cztery ściany absurdu -22- Roszady

>>>>>>>>>>>>>>>>>

Rozdział X - Roszady

<<<<<<<<<<<<<<<<<

 

W końcu musiał ich dopuścić do głosu, a Baronowa natychmiast wykorzystała zamieszanie, a także i lekką konsternację innych.

— Służbę należy poinstruować, że to nieporozumienie. Że mój bratanek przyszedł w dobrej wierze z wiadomością od Ildona. A tę kobietę... Trzeba wyekspediować do męża. A co do pana, panie Tager, szerzenie podobnych historii może się nie spodobać wielu ludziom... Także kanclerzowi!

James rozważał przez chwilę jej słowa.

— Dom Nathley postąpi według swoich zasad. — Nie był zły, bo i takiej postawy się po tej kobiecie spodziewał. — Moja rola w nim zakończona, to właśnie miałem ustalić.

— To znaczy...?! — Nachmurzyła się Kira.

— Co zagraża domowi — wyjaśnił hrabinie, zaraz wracając do Barton. — Ze swojej, żołnierskiej strony, zapowiadam zaś pani, że albo baronet wróci do chlewa, z którego nieopatrznie wypuściła go pani na salony, albo urwę tej gnidzie jaja osobiście!

— James!!! — wykrzyknęły hrabiny.

— Jak widać, pan je ma, żołnierzu! — Baronowa wstała. — Ale sugeruję więcej taktu, bo takim tonem w naszych kręgach niczego się nie załatwi! — Patrzyła na niego wyczekująco.

— Przepraszam. — Uśmiechnął się do niej przyjaźnie, bez odrobiny kpiny. — Nie miałem na myśli domu pani, lecz ten po sąsiedzku...

— To także nie jest w dobrym tonie.

— Może go pani zabrać gdzieś, gdzie cywilizowani i — uśmiechnął się, wskazując siebie — pół cywilizowani ludzie, nie będą musieli go oglądać? Na przykład do Australii?

— Jeszcze nieodkryta.

— Chodzą słuchy, że Cook jest w drodze?

— Zastanowię się... Może pan Tytusa rozwiązać i nas teraz zostawić...?

Tym razem to Kira jemu przesłała uspokajające spojrzenie. Zastosował się, ukłonił i zniknął.

>>><><<<

W kuchni panował istny rwetes i podekscytowanie. Jedynie Mai milczała, mnąc w niepewności fartuszek i Barry, łypiący na nią dyskretnie. Gdy James wszedł, zamilkli wyczekująco, w zniecierpliwieniu oczekując postanowień. Albo wyroku. Albo nadziei.

— Wychodzi na to, że całe to zajście jest zwykłym nieporozumieniem... — Oburzenie było tak głośne, że musiał przerwać i ich uciszyć. — Tak będzie lepiej dla domu, a przynajmniej oni tak sądzą, a ja ich rozumiem i w tym popieram...

— A Hartley?! Ta menda...! I Mickey?! I John?! — Nie było mowy o podzielonych zdaniach, wszyscy uważali tamtych za kanalie. Gwar niezadowolenia się wzmagał.

— Więc po co on tutaj przyszedł? — uciszyła wszystkich, spokojnym pytaniem Mai.

— Do pani, z wiadomością od jej męża. — James publicznie wolał być oficjalny.

— To się nie utrzyma! — uważała większość. I mieli rację, a to nie było dobre dla Mai. Ani dla domu.

James miał zrobić porządek, a właśnie zdawał sobie sprawę, że wyszedł mu niezły bajzel. I nieważne, że to nie on był tym złym.

>>><><<<

Barry musiał wracać, a widać było na pierwszy rzut oka, że nie chciał. Jamesowi zaczął się w związku z tym kołatać po głowie pewien pomysł.

Do jego realizacji potrzebował jednak nie tylko własnej woli i zgody Barry'ego, ale hrabiny Nathley i wszystkich innych splotów bądź wymuszeń okoliczności, w tym pozostawienia na posadzie Mai. Na tym zresztą najbardziej mu zależało, gdyż jej obraz, przybitej i zrezygnowanej, go najzwyczajniej prześladował i intrygował. Skrywała jakąś tajemnicę, bała się jej, a on chciał wiedzieć: jaką i dlaczego?

>>><><<<

Baronowa z baronetem wyjechali z pałacu po godzinie. Przy czym kobieta wyglądała zwyczajnie, jak zawsze niezadowolona ze wszystkiego, a jej towarzysz z kolei, nieszczególnie ukontentowany ustaleniami. James pomyślał, że może i nie Australia, lecz baronet jakieś konsekwencje poniesie. Do gabinetu wezwano go zaraz później.

Niczego się nie dowiedział. Powtórzono mu tylko to, co sugerowała baronowa i co wypowiedział on sam w kuchni, a chciano zasięgnąć jego rady na temat potraktowania wspólników baroneta.

— John z referencjami, chociaż ja bym mu swego dzieciaka nie powierzył. Pozostałych dwóch wywalić na zbity pysk! — Niemal zazionął nienawiścią. — Zrobią zaś panie, jak uważają za słuszne.

— A Mai?

— Jeśli wyrzuci pani Mai, hrabino — odpowiadał Kirze. — Zrobi pani dokładnie to, po co ta łachudra Barton tutaj przychodziła...!

>>><><<<

Barry odjechał. Bez wiedzy, dotyczącej statusu Mai i niepocieszony. James jednak poinformował go, że w majątku jest wakat dla koniuszego i że jak tylko sytuacja się wyklaruje, ma się go w Five spodziewać z propozycją. Albo i bez a za to jego samego, z zamieszkaniem w stadninie.

— Na jesień odprowadzam konie i zostaję już w kawalerii — odparł Barry.

— Jeżeli Mai zostanie w tym domu, to mnie nie rozśmieszaj — odpowiedział mu James. — Za mało jeździłem konno. Ty uczyć mnie będziesz koni, a ja ciebie władania bronią.

— Umiem szablą.

— Może i umiesz — zgodził się James, nie chcąc się zbytnio puszyć. — Ale trening z kimś, kto walczył i zabijał, może ci się przydać.

Barry się zgodził z tym zdaniem i tylko coś mruknął o Mai, żeby James nie wymyślał głupot, bo ta jest mężatką.

— Jak ci będzie przychylna na zabój, to zabijemy obwiesia — zapewnił James tak naturalnie, że Barry przez całą drogę się zastanawiał, czy aby nie mówił poważnie i jest przy zdrowych zmysłach.

>>><><<<

Rano okazało się, że dom jednak wyszedł zwycięsko z batalii. Tyle że najważniejszym w tym punktem nie było wywalenie z roboty trójki nielojalnych pracowników, czy pozostawienie, ciągle niewiele mówiącej Mai na posadzie. Rzeczywistą wygraną były decyzje Kiry, w stu procentach poparte przez Natalie. James zaproponował w związku z tym, żeby zatrudniono Barry'ego Whatesa. Odpowiedziała Natalie.

— Pracę dla mnie zakończyłeś — oznajmiła. — Majątek Five obejmiesz oficjalnie w styczniu...?

Potwierdził skinieniem głowy. Wprawdzie przypuszczał, że może ten objąć w każdej chwili, gdyż posiadał stosowne uprawnienia, jednak całkowitą pewność mogła przynieść dopiero odpowiedź kanclerza, na zaistniałe w stadninie wydarzenia.

— Potrzebuję kogoś do pokierowania domem — wtrąciła się Kira. James zrozumiał.

— Mam być majordomusem...?! — Nie uważał stanowiska za degradację, ale odebrał propozycję jako zrównanie go z kimś pokroju Hartleya.

— Jeżeli taki tytuł cię denerwuje... — zaczęła Natalie. Kira szybko jednak to sprostowała.

— Majordomus to za mało. Chcę, żebyś miał pieczę nad domem, jako całością, a nawet pomógł mi w relacjach z dzierżawcami — wyjaśniała. — Z kilkoma z nich mamy wspólne interesy, a Jenny odkryła kilka spraw, co do których mamy pewne zastrzeżenia...

— Nie ma pani zarządcy?

— Nie mam — odpowiedziała. — Widzisz, James, taki ktoś nie był nam potrzebny, gdyż nasze działania polegały wyłącznie na dzierżawieniu gruntów, a potem... — Uśmiechnęła się przepraszająco. — Cóż, nudziłam się... Żadna ze mnie hrabina...

— Jesteś doskonałą hrabiną! — zaprotestowała oburzona Natalie. — Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej!

— Po co więc ja? — James, widząc reakcję Kiry na słowa Natalie, nie chciał być świadkiem tkliwych sytuacji.

— Masz p e w n ą opinię i gdy rozniesie się, że pomagasz mi w zarządzaniu...

— No, wie pani, hrabino...?! — udał idealnie oburzenie. Nie dały się zwieść.

— Potrafisz sobie poradzić i bez obijania ludzi trzonkami — zauważyła Kira. — I nie będziesz pracą znudzony... Korzyści są obopólne.

— Zgoda! — Ani myślał się krygować. — Ale zamierzam przygotowywać się na wszelki wypadek do kariery wojskowej i potrzebny mi tutaj Barry Whates...? — Obie wyraziły zgodę gestami. — Czasami będę także zaglądał do Five...

— I przyjmiesz nowych pracowników na miejsca starych — wpadła mu w słowo Kira.

Pokręcił przecząco głową.

— Pani ich przyjmie. — Był nadzwyczaj jak na siebie poważny. — Mogę wyrażać swoje zdanie, ale tego na moje barki zwalać pani nie wolno — i natychmiast, żeby zawstydzenie hrabiny nie okazało się zbyt czytelne, wesoło dorzucił: — Po koniuszego wybiorę się samodzielnie i jeszcze dziś.

>>><><<<

Wyjechał godzinę później, oświadczając przedtem w kuchni, że w domu nic się na razie nie zmienia. Mai pozostaje na posadzie, Marc będzie przyuczany do zawodu majordomusa, a Lola niech się obudzi w końcu, bo zamieni jej rolę w domu z rolą Suzi.

Już po dojechaniu do karczmy, która konno znajdowała się w odległości dziesięciu minut drogi, przypomniał sobie o niewydaniu dyspozycji, dotyczącej umieszczenia w jego pokoju drugiego łóżka. Pomieszczenie było wystarczająco obszerne, aby koniuszy nie musiał szukać lokum poza pałacem, czy też zamieszkać w stajni. Zawrócił więc, a że zaschło mu w gardle, wstąpił do kuchni.

Zastał jedynie kucharkę, a gdy zapytał o inne, odpowiedziało mu wzruszenie ramionami. Tknięty nagłym przeczuciem, udał się prosto do siebie.

Przy drzwiach zastał śpiącą królewnę, na której obliczu objawiło się przerażenie. Podszedł do niej, struchlałej i zajrzał do środka. Mai, która spostrzegła wyraz twarzy Loli, stała teraz na baczność z nie mniejszym przestrachem na twarzy, ręce trzymając za plecami.

James wepchnął Lolę do środka i zamykając drzwi, rzucił okiem na swoją otwartą walizeczkę. Spojrzał wymownie na Mai.

— To, co chowasz za plecami, raczej nie nadaje się do zabawy — poinformował.

Ostrożnie wysunęła ręce do przodu i patrząc na niego z pomieszaniem złości, zawstydzenia i przestrachu, odłożyła sztylet Rudobrodego do walizeczki. James wskazał dziewczynom łóżko, samemu siadając na krześle.

— Zanim porozmawiamy o tym z Hrabiną... A porozmawiamy! — zapewnił, pomimo ich błagalnych spojrzeń. — Sam chciałbym się dowiedzieć, co wy, do cholery, wyprawiacie...?! — Milczały, więc zaczął wstawać. — Jak sobie chcecie...

— Panie James! — zatrzymywała go Lola. — Proszę, nie! To tylko...!

— I tak nas wyrzuci! — przerwała jej błaganie Mai. — Tylko czekał na pretekst! Od samego początku! — Zdumiała go swoim rozżaleniem. Do tego stopnia, że aż oklapł na krzesło i rozparłszy się na nim wygodnie, nie przerywał. — Od początku! Od samego początku, chce rządzić w tym domu...! A panu nowemu majordomusowi, nie podoba się cała służba! — zawołała z goryczą. — Wszystkich wywalisz?! — Zadygotała, hamując łkanie, podczas gdy Lola, pociągnięta absurdalnymi oskarżeniami, pochlipywała już w najlepsze. — Taki ułożony! Taki pomocny dla domu...! Biedna Suzi...! — zacięła się, po czym zakończyła, krzycząc: — Wszyscy jesteśmy biedni! Wiesz?! Wszyscy, James...!

— No coś ty? — zaprotestował beztrosko. — Ja nie...

— I jeszcze sobie kpi! — wrzasnęła, by zaraz się rozbeczeć.

James cierpliwie odczekał, dopóki się choć trochę nie uspokoją.

— Ciągle nie wyjaśniłyście mi, co tutaj robiłyście?! — zauważył oschle.

— Byłyśmy ciekawe... — Mai wytarła rękawem nos, wzbudzając w nim stłumioną wesołość. Dziewczyna zwykle sprawiała wrażenie szczytu wdzięku i elegancji. Posiadała zresztą te cechy, jako naturalny dar. — Jesteś dziwny. Tajemniczy marynarz nie wiadomo skąd... I przyjechałeś z Londynu... — Przyglądała mu się badawczo spod rzęs. — Chciałam się dowiedzieć i Lola niczemu tu nie jest winna — zapewniała. — Ta walizeczka... Taka stara... Taka zniszczona... No wiesz...?

— Chyba byłem dosyć lubiany w sierocińcu — rzucił. — Gdy odchodziłem, dali mi najlepszą, jaką mieli... — Widywał przedtem rumieńce na twarzach. Ale takich jak u tych dziewcząt jeszcze nigdy. Patrzyły na niego zalęknione i purpurowe od upokorzenia. Pomyślał, że uczucia się w nich malujące, są szczere.

— O Boże, James! Wybacz! — Mai załamywała ręce. — Przepraszam...! — Lola nie była w stanie wykrztusić słowa. — Ale ten sztylet...?! Do czego ci on...?! I ta podwiązka...?! — zaatakowała, patrząc znowu spod oka, próbując oceniać sytuację. Napotykając jednak jego kpiące spojrzenie, zamilkła.

— Sztylet jest pamiątką i nie służy do czynności kuchennych — odpowiedział. — Z tego, co mi wiadomo, spenetrował kilka... Hmm, przyszłych zwłok... — Nie czerpał satysfakcji z ich twarzy, obleczonych w zgrozę. — A dostałem go na pamiątkę — prawie nie skłamał.

— A ta... Podwiązka...?! — Mai popatrzyła na niego ze smutkiem i żałością.

— Historyjka, tak jakby, ciut romantyczna.

— A ona...? Ta dziewczyna...? Boże kochany! Tym sztyletem...?! — Obie wyglądały na rzeczywiście przejęte. Postanowił, że nieco nagnie fakty.

— Podobno posłużył jako wytrych, żeby wejść do pewnej sypialni...

— I zginęła...?!

— Kiedy już odchodziłem, miała się całkiem dobrze — palnął zniecierpliwiony, dodając już tonem nieprzyjaznym. — A wy jesteście wścibskimi babskami!

— Może i tak... — Mai wstała, odważniej patrząc mu w twarz. — Ale chyba nie umywamy się do ciebie...?

— Podarowała mi ją na pamiątkę pewna dama... — Mai aż zbladła z przerażenia, gdy na swoją kpinę, otrzymała spojrzenie pełne pogardy, zmieszanej z wręcz nienawiścią. — A że ja wam w majtkach nie grzebię i nie zamierzam, nie życzę sobie wchodzenia do mego pokoju! — I nagle się zaśmiał. — Lola, wynocha do roboty! A ty, Mai, za swoje wścibstwo, jak już wrócę z Five, wyspowiadasz mi się dogłębniej ze swoich grzeszków! — Uniósł groźnie palec, gdy chciała zaprotestować. — A gdy jeszcze raz usłyszę insynuację, że mam coś wspólnego z twoim mężusiem...! — nie dokończył. — Wynocha mi stąd...!

Dziewczyny podeszły do drzwi. Mai się na chwilę zatrzymała.

— Jesteś dziwny, James... Czy nie powinieneś nosić tego... No wiesz... Przy sobie, czy coś...?

James sięgnął po sztylet. Ujął go za ostrze i przytknął twarz, do oplatającej rękojeść podwiązki.

— Nie, Mai — odpowiedział, nabierając nosem powietrza. — Ja uważam, że nie...

>>><><<<

George Whates nie tylko nie miał nic przeciwko, ale był wręcz szczęśliwy, że Barry do wojska nie idzie, a James nie miał sumienia wyprowadzać go z błędu stwierdzeniem, że do tego będą obaj się z Barrym przygotowywać.

Koniuszy się pakował, a on wpadł na chwilę do dworku, gdzie ciągle jeszcze oczekiwano, zapowiedzianej przez Jamesa decyzji kanclerza, dotyczącej Magnusa Terbreeka.

Przywitał się zdawkowo, zapowiedział systematyczne odwiedziny, pożyczył im zdrowia i po wypiciu herbaty, zabrał do odjazdu. Przed wyjściem, zatrzymała go na chwilę pani Princer.

— Zawsze pan rejteruje przy pierwszej przeszkodzie? — zapytała cicho. Nie odpowiedział, zatkało go.

Do domu Whatesów musiał się przespacerować obok konia, żeby jakoś pozbierać myśli, zdominowane natychmiast poszukiwaniami sposobów i miejsc na schadzkę, a gdy doszedł, Barry już czekał na koniu. W jego skromnym dobytku dominował jeden, błyszczący przedmiot.

— Co to właściwie jest? — James wskazał wielką, dziwacznie pokręconą, chyba-trąbę.

— Moja konstrukcja — odparł Barry z dumą, lekko zakłopotany. — Jeszcze jej nie nazwałem... Myślę o pewnej dziewczynie. Może nazwę to jej imieniem...?

— Powiesz mi, jakim?

— No właśnie... Nie do końca pamiętam... — Barry łgał jak najęty, a James doskonale o tym wiedział.

— A chociaż, co-kol-wiek pamiętasz? — zakpił.

— No, wiesz...

— To nazwij to sexy. Sexy coś tam... Fansex albo coś takiego...

— Zwariowałeś!? — Barry zaczął się śmiać. — Że niby jestem miłośnikiem sexu?! Dziewczyny nie dadzą mi żyć...!

— To jakoś zniekształcić odrobinę... Wymyśl coś...

I Barry wymyślił. Jakoś tak po tygodniu.

— Sakso-fan! — oznajmił z dumą. — Ale bez myślnika! — O drugiej nad ranem. Wrzeszcząc radośnie i zaraz ponownie zasypiając.

>>><><<<

Wstąpili do karczmy na obiad, gdzie James uzupełnił zapasy cygaretek i wina, i usłyszał podziękowania z przeprosinami od Lulu. Ponownie też ujrzał właścicielkę złotej koronki i znów dowiedział się, tym razem od Gordona, żeby się trzymał od tych ludzi z daleka. Posłuchał i trzymał się więc, ale nie odwrócił wzroku, nawet pomimo wyraźnie „zabójczego” spojrzenia jednego z pięciu towarzyszy kobiety, traktowanej przez otoczenie z wyraźną atencją.

Karczmarz zaraz do tamtych dołączył, a James doczekał się od nieznajomej jedynie przelotnego obrzucenia go wzrokiem, oznajmiającego mu, że jest nieistotnym pyłkiem, widzianym po raz pierwszy na oczy.

Kiedy Barry, już w drodze powrotnej, zaczął zwyczajnie chichotać z jego zamyślonej postawy, James poczuł się tym wszystkim dotknięty.

— Z czego rżysz? — warknął.

— Nie masz gdzie wsadzać oczu? — Barry się śmiał, ale wyglądał na zaskoczonego. — Nie wiesz, kto to?

— Ależ wiem! — zawołał James. — Pani nazywa się: „Nie dla psa kiełbasa” i „Trzymaj się od niej z daleka".

— Jezu! — Barry nie dowierzał. — Ty jej naprawdę nie znasz! Ale te imiona, które wypowiedziałeś, do niej pasują... — Barry czekał na pytania, ale James potrafił bywać cierpliwy, mówił więc dalej: — Rebeka Daren, nieoficjalna królowa przemytników... — Popatrzył na towarzysza, próbując odgadnąć, jakie ta wiadomość zrobiła na nim wrażenie. Nie dostrzegł niczego. — Tak przynajmniej wszyscy mówią, ale że zdarzały się już sytuacje, w których jej chłopcy dawali za nią wyrwać sobie flaki... Lepiej omijać tę babę z daleka. Radzę ci, James, daj sobie spokój... — James milczał i była to sytuacja o tyle znamienna, że to Barry w swych kręgach, uważany był za małomównego, a James, o czym wiedzieli wszyscy, słowa lubił. — Mówi się, że sporo ma na sumieniu. Jest niebezpieczna...

— Widziałem, jak celnicy przechodzili obok niej i jej nie „zauważyli” — wtrącił wreszcie James.

— To królowa, ale nic na nią nie mają — uważał Barry. — Pewnie się bali zaczepić.

Obok nich, zmuszając ich konie do jazdy jeden za drugim, przemknął zakryty powóz.

— Londyńskie blachy — zauważył Barry na głos i obaj, jednocześnie i myśląc o tym samym, spięli wierzchowce. Droga, którą jechali już od kilku chwil, prowadziła wyłącznie do pałacu Nathley.

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Cdn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (13)

  • Canulas 28.03.2018
    "— Może go pani zabrać gdzieś, gdzie cywilizowani i — uśmiechnął się, wskazując siebie — pół cywilizowani ludzie, nie będą musieli go oglądać? Na przykład do Australii?
    — Jeszcze nieodkryta." - zacnie wyszło.

    "— Sztylet jest pamiątką i nie służy do czynności kuchennych — odpowiedział. — Z tego, co mi wiadomo, spenetrował kilka... Hmm, przyszłych zwłok..." - i to też zacnie.

    " — Sakso-fan! — oznajmił z dumą. — Ale bez myślnika! — O drugiej nad ranem. Wrzeszcząc radośnie i zaraz ponownie zasypiając." - i jeszcze to.

    OK. Tendencja zwyżkowa.
    Czuć drugi oddech. Czytało się jak zwykle - wybornie.
    Pozdro, Fel.
  • Felicjanna 28.03.2018
    Tak, zauważyłam, że bez "durnotek" jest cokolwiek niemrawo. Lecę już dalej, chociaż mam mało czasu w tej chwili. Pozdrówka
  • Canulas 30.03.2018
    Fell - se wpadłem raz jeszcze bo:
    - Czemu nie ma następnej części Jamesa?
    - Oglądałem Pola morficzne (zwłaszcza o ptakach) -MI-Strzo-Stwo
    - No i... mogłabyś zalosować do TW
    Pozdro.
  • Felicjanna 30.03.2018
    Ja jestem tym filmem urzeczona. I gdybym o jakimś "połączeniu" myślała to w głębszej formie. Nie jestem gotowa na taką, ani pisarsko, ani nastrojowo. To Wielka Rzecz i tyle.
    A Jamesa, skoro tak bardzo tęsknisz, hehe, to... chcesz i masz
  • Canulas 30.03.2018
    Felicjanna, nooo obadam w domku. Z tymi ptakami (bo i z ławicą też, ale głównie z ptakami) to jest NIEPRAWDOPODOBNE.

    BTW. Ponoć atomizując strukturę kosmosu natrafiono na komputerowy kod, typu 01
  • Felicjanna 30.03.2018
    Canulas nie tylko nieprawdopodobne, ale piękne w jakiś uduchowiony sposób, jakby ta chmara chciała nam pokazać, że jest i może być wszystkim. Przybrać każdy kształt i rozbić się na czynniki pierwsze. Dla mnie to zwyczajny czy może nadzwyczajny ale zwyczajnie czytelny przekaz od tego Bytu, dla Jego cząstek.
  • Canulas 30.03.2018
    Felicjanna - ja to się nawet w tym wzorów doszukałem. Tym musiał sterować wspólny byt, nawet na koreańskich apelach przy przyjeździe tego upasionego świniaczka nie matakiego ładu. - Co do zaczątku, noo, ja nie wiem. Moje poglądy nie są zamkniętę. Wolę chłonąć niż oceniać i diagnozować.
  • Felicjanna 30.03.2018
    ja absolutnie odrzucam komputerowy zawrót głowy. Skłaniam się do różnorodnego bytu, stanowiącego jedną całość. Ale nie umiem nawet opisać własnych modyfikacji do zasłyszanych teorii. Po prostu czuję podskórnie, że w każdej tkwi jakiś błąd.
  • pasja 06.04.2018
    Co ukrywa Mai?
    Strasznie dużo obowiązków spada na Jamesa. Ale chłopak sobie radzi. Nawet ze wścibskimi dziewczynami sobie poradził. Widać jego dorosłość w zaopatrzeniu się w cygaretki i wino.
    Czuję, że Jamesa coś gnębi?
    Pozdrawiam serdecznie
  • Felicjanna 08.04.2018
    Właściwie jedno go gnębi, ale czasami. Tak na co dzień nienawidzi spokoju. To nie ten typ.
    Pozdrówka
  • Ritha 12.04.2018
    „Na przykład do Australii?
    — Jeszcze nieodkryta.
    — Chodzą słuchy, że Cook jest w drodze?” :DD

    „Gdy James wszedł, zamilkli wyczekująco, w zniecierpliwieniu oczekując postanowień. Albo wyroku. Albo nadziei” – git

    „Oburzenia było tak głośne” – Oburzenie*

    James teraz będzie jak z Alternatywy 4 :D Piknie.

    „Widywał przedtem rumieńce na twarzach. Ale takich jak u tych dziewcząt jeszcze nigdy. Patrzyły na niego zalęknione i purpurowe od upokorzenia. Pomyślał, że uczucia się w nich malujące, są szczere\” – ładne i cała sytuacja przyłapania dziewczyn świetna!

    „— Sztylet jest pamiątką i nie służy do czynności kuchennych — odpowiedział. — Z tego, co mi wiadomo, spenetrował kilka... Hmm, przyszłych zwłok... — Nie czerpał satysfakcji z ich twarzy, obleczonych w zgrozę. — A dostałem go na pamiątkę — prawie nie skłamał” – to też mi się widzi

    „— Nie Mai” – tu nie wiem, ale dałabym przecinek przed „Mai”

    „chyba-trąbę” :D

    „— Ależ wiem! — zawołał James. — Pani nazywa się: „Nie dla psa kiełbasa” i „Trzymaj się od niej z daleka"” :)))

    No i dowiedzieliśmy się o pani ze złotą koronką czegoś więcej. I jeszcze ta Mai mnie ciekawi.
    Londyńskie blachy na powozie :D

    Nadal jest świetnie. ta część jeszcze chyba lepsza niż poprzednia. Łapaj gwiazdy i pozdrowionka :)
  • Felicjanna 15.04.2018
    Byczki poprawiłam i brawo za blachy. Canu chyba smaczka nie wyłapał.
    Pozdrówka
  • Canulas 15.04.2018
    A możliwe. Co żem przegapił, kurde?

    (psstt. Losuj zestawa jak coś)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania