Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Cztery ściany absurdu -24- Mai

<<<<<<<<<<<<<<<

Rozdział XII - Mai

>>>>>>>>>>>>>>>

 

Barry zadomowił się łatwo, a już następnego dnia skonfrontowali z Jamesem swoje umiejętności. I tutaj nowy koniuszy się zdziwił: marynarz, nieposiadający na pokładzie konia, jeździł dobrze, choć z racji braku treningu od nauczyciela nieco odstawał, on sam, wywijający szablą codziennie, wiedział za to o niej niewiele i czekało go mnóstwo pracy. Ale byłby nawet zadowolony, że trafił mu się pojętny uczeń, gdyby przy tym trener mu nie rozkazał, nauczyć się tańczyć.

— Po jaką cholerę...?! — zbulwersował się. Nie był typem od dziewcząt stroniącym, wręcz przeciwnie, ale takim, który woli grać do tańca innym.

— Mai pewnie potrafi — zastrzelił go James. — Poproś.

Barry domagający się wyjaśnień usłyszał, że ma „powiązane” kulasy i powolutku zbierał się na rozmowę z Mai, a za to pani Bachumer wpadła jak burza na rozmówkę do hrabin; zaraz przed tym, jak James powrócił z karczmy. I było to jedyne, godne uwagi wydarzenie w ciągu trzech dni.

Czwartego, zdarzyło się znacznie więcej.

Nie wiadomo czy to baronet był powodem, czy też Thomas Ildon zjawił się za sprawą samodzielnej decyzji. Było to nieistotne, ważny okazał się sam fakt i nagłe wtargnięcie do stajni przez Mai, gdzie James i Barry omawiali błędy w swoich treningach.

— Musisz mi pomóc, James! — Była przerażona i wściekła.

— Jeśli zdołam.

Jego spokój nie spowodował oczekiwanej reakcji, dziewczyna wyraźnie się trzęsła. Zaraz wyrzucając w niego obcesowo rozdygotanym głosem, jakby to on był wszystkiemu winien albo był panaceum na wszystko:

— Chce mnie zabrać! Nagle, chce mnie zabrać! A mieliśmy umowę! — wykrzykiwała. Jej zaczerwieniona twarz wyrażała panikę, niedowierzanie i nienawiść. — Nie pozwól mu! Hrabiny...!

— To może zechcesz mi w końcu coś powiedzieć?!

Mai przechyliła głowę, chwilę podumała i obejrzała sobie wymownie Barry'ego. Mógł jej się podobać, ale był nowym w tym domu, a o Jamesie już cokolwiek wiedziała. Albo też i przeciwnie, z powodu popatrywania na Barry'ego inaczej niż na innych chłopców, nie chciała, żeby ten o czymś usłyszał. James wziął pod uwagę obie możliwości.

— Barry...? — mruknął.

Koniuszy się delikatnie napiął, wzruszył ramionami, ale i nie zaprotestował. Nawet jeżeli postawa Mai go ubodła, nie pokazał tego wyraźnie po sobie. Po chwili zostali sami.

— Mai!? — ponaglił James, gdy po minucie nie padło z jej ust ani jedno słowo.

— To jest... Naprawdę, James... Jak zaczną się na mnie gapić...?! — wydyszała z determinacją. — No dobra! On pierwszy złamał umowę! — Mnąc dłonie, ze spuszczoną głową, najpierw zastrzegła, by zaraz zacząć wyrzucać z siebie krótkimi, pełnymi goryczy zdaniami: — Żadnych durnych komentarzy! Nie chcę znać twego zdania! — Odetchnęła głęboko. — On nie może. Od początku. Ma problem. Jest impotentem...

— Przy tobie...?! — James nie wytrzymał.

— Wyobrażasz to sobie...?! — Popatrzyła na niego z rozbrajającą szczerością i naiwnością, o którą nigdy by jej nie podejrzewał. W jednej chwili dotarło do niego, że Mai, jaka by nie była i co by jej nie zarzucano, nie jest jednym: wyrachowaną kokietką, czy lafiryndą, lubującą się w sprowadzaniu mężczyzn na manowce. Mówiła dalej, jakby nie zauważając jego wtrącenia. — Na początku był spokój. Czasami na miękko. Nno tak, wiesz... Aż zaczął szaleć! A potem wyjeżdżać! Ot tak, już bez planu! I nie do pracy. Oj, na pewno nie...! Wracał w towarzystwie. Chwalił się mną. A potem wychodzili. A on się wściekał! Że się uśmiecham do innych! Że ich zachęcam! Że pewnie mam kochanka! Albo i kilku! Raz mnie uderzył... A zaraz potem wziął do łóżka. I było... Jak nigdy. Odkrył, że to go podnieca...

— A ciebie? — James sam nie wiedział, dlaczego o to zapytał. Chociaż, być może nie do końca, gdyż spotkał podczas rejsu kobietę, która pragnęła okładania jej pasem. Tam efekt okazał się jednak mizerny, gdyż po pierwszym, lekkim uderzeniu, Jamesowi przeszła ochota na cokolwiek i jedynym plusem dla niego z tego spotkania była wiedza, że i takie kobiety istnieją.

— Na początku — przyznała Mai naturalnie, nawet niezawstydzona. — Klapsy właściwie nie bolały. Krzyczałam dla efektu. I to mu wystarczało... — przerwała nagle, a rumieniec zakłopotania, gniewu i żalu, zaczął z wolna wypełzać jej na twarz. James nie poganiał. By było jej łatwiej, odwrócił nawet głowę w drugą stronę. Mai mówiła: — Potem wpadł na pomysł, by mnie przywiązywać do łoża. I już nie było bezbolesnych klapsów... Bił pasem. Na suknie. A potem rozbierał i robił... Już mi nie było... A potem i tego było mało. Zaczął zdejmować ze mnie okrycie i dopiero bić. I był gotów, jak mnie bił. Czasami nawet nie używał na mnie... — Mai znowu przerwała i zamilkła już ostatecznie. Tak, jakby temat został wyczerpany.

James, z zaciśniętymi zębami i pięściami, patrzył w strop stajni. Musiał się wziąć w garść, by cokolwiek móc jej odpowiedzieć. Bo z tych zdań wyczytał strach najprawdziwszy przed powrotem do poprzedniego życia.

— Przykro mi... — tylko tyle i aż tyle. I tylko po to, żeby ona nie pomyślała, że ją osądza albo może obwinia.

— Sprzeciwiłam się. — Kiwnęła głową, jakby uspokojona faktem, że on słucha i rozumie, co ona mówi. — Kilka razy udało mi się go powstrzymać. Kilka razy jemu- mnie... Ale ostatnio... Przeprosił. Był jakiś dziwnie miły. Zawarliśmy umowę. Ja nic nikomu, nigdy, on da mi spokój. A potem przyprowadził baroneta. Ten się chyba domyślał. Albo Thomas...? Baronet proponował wyjazd. Obiecywał opiekę, podróże i w ogóle. A potem... Mówiłam ci już. I gdy usłyszałam o pracy... Z mężem mam... Miałam umowę. Ja nic nie mówię o jego chorobie, on mnie zostawia w spokoju. — powtórzyła. — A teraz się zjawia. Po co? Po jaką cholerę?! Nic dla niego nie znaczę! Chodziło mu o posag!

James się zaśmiał.

— I z czego ty rżysz?! — wybuchła, błędnie interpretując powód jego wesołości.

— Nie wierzę po prostu, że tylko o posag. Jesteś...

— A tak — zreflektowała się, jakby znalazła zagubiony naparstek. — Tak jakby, trochę, chłopy na mnie lecą.

James chciał się zaśmiać ponownie, ale się powstrzymał.

— I jeszcze ona tam jest! — wykrzyknęła nagle.

— Kto?

— Pastorałka zakichana!

>>><><<<

Pseudonim Klary Bachumer nie dotyczył bynajmniej pobożnej pieśni, ale biskupiej lagi, zwanej pastorałem. W tym wypadku, w rodzącym się w Jamesie zamiarze, użycia jej przeciwko Ildonowi. Mai, obawiając się Klary, nie wiedziała o rozmowie, która odbyła się między Jamesem a paniami. Wieczorem, dnia pierwszej musztry Marca.

Ledwie wrócił z karczmy, gdzie spodziewał się sobie popatrzeć i nie popatrzył, a tylko wypił z Lulu kielicha, został wezwany do gabinetu. Będąc pewnym, że chodzi o hrabiego, ujrzał zdumiony pomimo późnej pory, Marię i Klarę towarzyszące jego hrabinom.

— Musi pan to przerwać, panie Tager! — oznajmiła bez wstępu hrabina Kira, zgodnie z umową, którą przećwiczyli na taką dokładnie okoliczność.

— Nnie rozumiem...? — zająknął się idealnie. Tak przepłoszonym spojrzeniem omiatając kobiety, że Maria Pitter posłała mu błagalne swoje, ledwie powstrzymując się przed parsknięciem śmiechem. Dotarło do niego, dające mu wyraźnie do zrozumienia, że nie może przesadzać z nagłym ułożeniem się w pozycji grzecznego kundelka, bo, po pierwsze- ona nie zdzierży arcyfarsy bez reakcji, a po drugie- Klara Bachumer widziała go przecież, ładującego w pysk szlachcica. Musiał przynajmniej spróbować się wyhamowywać.

— Myślimy, że rozumiesz doskonale, James...! — wtrąciła Natalie i jak wyczuł natychmiast, niespecjalnie grając. W starszej hrabinie, a i nie tylko, lecz w niej najbardziej, karczmiane kontakty Jamesa musiały wzbudzać niesmak.

— Nie wolno mi wpaść na jednego do karczmy? — zbulwersował się po szczeniacku.

— Pracujesz w hrabiowskim domu, a twoje kontakty z panną Hill...!

— Nie spałem z nią! — Uderzył się w piersi, z miną męża przyłapanego na łajdaczeniu się z najgorszą flądrą ze wsi. Maria odchrząknęła, James kontynuował: — Jak bum cyk, cyk...! — Maria nie wytrzymała, parskając cicho. — Pani mi nie wierzy. — Wręcz autentycznie się zasmucił, próbując ratować sytuację.

— Niekoniecznie. — Kobieta opanowała się szybko. — Ale, chociażby pan się zarzekał, to do tego zmierza, czyż nie...?

I to było w punkt. I na niby, i jak James zrozumiał po zastanowieniu się przez chwilę, także w rzeczywistości. Wstrzemięźliwość nie leżała w jego naturze, pościł w towarzystwie kobiet tylko wtedy, gdy musiał. Jak na okręcie przy „zakonnicach”, zabawiających się już po kilku dniach w grę: „To ci zrobimy, jak już dorwiemy”, a po czym bolały go nie tylko lędźwie. Obecnie nie był jakoś specjalnie mocno wyposzczony, ale po słowach wicehrabiny dotarło do niego, że chętnie z jakąś kobietą, by się pomigdalił. Nawet bez najgłębszego z aktów, ale ot tak, dla poczucia bliskości. Wiedział jednak przy tym, że nie o Lulu mu chodzi, lecz także i to, że jednak Lulu, z braku odzewu tej drugiej, pewnego dnia mogłaby ją z powodzeniem zastąpić. A tak przynajmniej o niej mówiono.

Łatwa dziewczyna, małomiasteczkowa cichodajka. Popularna w karczmie, gdzie jeszcze nigdy, o dziwo, nie był świadkiem zdarzenia, które mogłoby plotki w malutkim chociażby stopniu potwierdzać. Lulu siadała z mężczyznami do stołu, ale nie na ich kolana. Obejmowała swoimi, niedrobnymi dłońmi fundowane jej kielichy i czarki z trunkami, ale kolesie jej, już nie. Było to dziwne u kogoś, kto jest dostępny niemalże na zawołanie i James podejrzewał wieśniactwo o obcowanie z dziewczyną co najwyżej w snach i z każdym dniem coraz bardziej. Ale to nie zmieniało opinii o niej, która z jakiegoś powodu zaistniała. I tylko mógł się domyślać, kto ponosi w największym stopniu za to winę.

Lulu na nikogo się nie skarżyła, więc i nie miał powodu się wtrącać. Popijała, pozwalała na dotrzymywanie sobie towarzystwa. Śmiała się i to był chyba największy jej błąd- czerpała z życia z uśmiechem i z tego, co znalazła pod ręką, a nieszczęśnikom niezadowolonym z własnego, było to nie w smak.

— Nie, pani hrabino — odparł, mimo swych myśli. — Tylko z nią rozmawiam.

— Oj, chyba nie tylko...?

— Był pan u niej w domu... — odważyła się odezwać pani Bachumer. Na jej obliczu wyraźnie malowały się: niepewność i lęk, lecz także satysfakcja.

James odetchnął. Całe to przedstawienie, bez jej czynnego udziału, byłoby jedynie na wpół publicznym, niepotrzebnym jego karceniem.

— Widzę, że panie jednogłośnie, uważają mnie za rozpustnika.

Nastąpiło niby zamieszanie, kobiety zaczęły popatrywać na siebie- niby niepewnie i o mały włos to on by wszystko popsuł, a o Mai jeszcze nawet nie zaczepiono — ich milczące zakłopotanie, nie wyglądało ani trochę na udawane i miał ochotę głośno się roześmiać.

— Dobrze — powiedział grzecznie. — Ustalimy fakty...? — Uzyskał ostrożną aprobatę, skłaniających głowy pań. — Piłem z nią także w karczmie — niczego nie zdradzał, była to wiedza medialna. — A teraz rączki na serduszka i odpowiedzieć mi na pytanie... — zawiesił głos. — Co panie by sobie o mnie pomyślały, gdybym dziewczyny nie odwiózł do domu, ale zostawił ją wstawioną w knajpie pełnej mężczyzn...?

— Cnotliwa kobieta nie powinna bywać w takich miejscach! — pewnie i pogardliwie oświadczyła Bachumer, a pozostałe, chcąc nie chcąc, szczerze ją poparły.

— Zgoda. — James się ukłonił, w duchu posyłając wszystkie cnotliwe kobiety do diabła. Zdecydowanie nie był na etapie życia, w którym chciałby się z takimi bliżej zadawać. — Ale ja nie o to pytam. — Jego postawa wyglądała tak, jakby pochylał się do małego dziecka i mówił: — A ti, ti, niedobly... — Z uśmiechem zawierającym awersję do każdego, napotkanego bachora. Który, gdy odczytały, nie zdecydowały się na odpowiedź. — Uznałyby mnie panie za łajdaka — zrobił to za nie. — A tak na marginesie, to zauważyłem, że lubicie się panie pastwić nad niewinnymi, niżej urodzonymi. Lulu, Mai Ildon...

— Nie czepiamy się Mai Ildon! — zdecydowanie i zgodnie z planem, odparowała Kira. — Uważamy Ildona za niegodnego męża, a hrabia obiecał w liście, że o tym panie zasięgnie informacji.

— Och! Doprawdy...?! — James uwielbiał zwrot swojej zmarłej nauczycielki, zawierający dobrotliwe pokpiwanie i powątpiewanie. — Każda z was jest gotowa chronić Mai przed jej „niewiadomo” mężem, a przynajmniej do zebrania informacji o tej kanalii, niewątpliwie sługusa baroneta Bartona...?

— Każda! — oświadczyła mocno Natalie.

— Chętnie zdejmiemy z pana ten ciężar — dodała Maria.

— Pod pewnymi, wszak, warunkami! — zastrzegła pokrętnie Kira. — O wizerunek domu należy dbać całościowo. Zakończy pan rekreacyjne wypady do karczmy.

— Popieram! — Klara Bachumer uznała, że pomoże złapać Jamesa za... kark. — Nie może pan narażać hrabiowskiego domu na plotki.

Przystała na pakt. Pomogła pozostałym paniom ustawić Jamesa do pionu. Postanowił dać im, a przede wszystkim Mai, trochę czasu, tym bardziej że miał ułatwione zadanie. Lulu go nie pociągała, jak choćby Marcie, Margareth albo ta cała „królowa” Rebeka. Pociągała go mniej nawet niż Kira, o której zaczynał myśleć wyłącznie jako o pracodawczyni-przyjaciółce i dużo mniej od Marii, na którą z kolei patrzył w duchu coraz bardziej zachłannie. Nie odstręczając go, po prostu niczego nie wywoływała. Ot, kumpela od kielicha, dobry, wesoły druh. Ale...

Nie podobały mu się kajdany. Obiecywał im wstrzemięźliwość wyłącznie dla... Barry'ego i Mai. Nic nie mógł na to poradzić, że widział ich razem, choćby i trzeba było nagiąć jakoś zasady. I miał z tego powodu pewne wyrzuty sumienia... Do czasu wizyty w stajni Mai.

>>><><<<

Zmierzał do gabinetu pewny swego i nie bez ciekawości. Pierwszym jednak, z kim chciał porozmawiać, był Bloom.

— W powozie ktoś jest. To nie baronet. Poruszył się raz i nieznacznie. Człowiek wysoce opanowany — otrzymał odpowiedzi na pytania.

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Cdn.

Średnia ocena: 4.3  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (10)

  • Karawan 31.03.2018
    Pieprzony tablet! Miało być pięć a wstawił dwa! Przepraszam z sprzet!!
  • Felicjanna 02.04.2018
    spoko, ważne, że jesteś, hahaha, aż w głos się roześmiałam.
  • Canulas 01.04.2018
    Jejku,tej Mai to już ma swój sposób mam serdecznie dość.
    Bardzo fajna druga część tekstu z wypadkami do karczmy. Dobrze zagrane, poprowadzone i napisane. Żywo i naturalnie.
    James wraca, przynajmniej myślami, do romansów.
    Ciekawe.
    Ps. Piszesz to jak z karabinu.
    Gratuluję weny.
    Pozdrawiam, Fel.
  • Felicjanna 02.04.2018
    Mai, to Mai, nie ma lekko to się i miota. Ja tam ją rozumiem, hehe. A piszę, piszę, chociaż zjazd rodzinny mam to i na razie nie i wpadłam jedynie na moment. Wracam do stołu spożywać. CMYK-a wchłonęłam, ale Twoje musi poczekać, bo mam tak jakby niedosyt czegoś w organizmie.
    Pozdrówka
  • Canulas 02.04.2018
    Felicjanna - jedz, jedz. Moje nie zginie.
    Pozdro
  • pasja 08.04.2018
    Biedna Mai i na pewno trzeba jej pomóc. Mąż sadysta uwielbia ostrą miłość. Najazd pań na Jamesa, a szczególnie pastorałki ( świetne określenie, takie wyzwolone kobiety) trochę Jamesa zaskoczył. Myślę, że kilka pań po trosze podkochują się w nim. Fajna część i wiele wyjaśnia. Tylko ten koniec znowu tajemniczy.
    Miłej niedzieli
  • Felicjanna 08.04.2018
    tak jakby koniec domowej nudy musi nastąpić.
    Pozdrówka
  • Ritha 17.04.2018
    „jakby to on był wszystkiemu winien albo był panaceum na wszystko” – tu mi się deczko gryzie bliska odległość wszystkiemu/wszystko

    No proszę, impotenta jeszcze w tej historii nie było. Już myślałam, ze i w tym problemie James będzie próbował zaradzić i w tym problemie, ale maż Mai sam znalazł sposób.

    Ok, zwierzania Mai Jamesowi odbieram jako dowód zaufania, bo jak bardzo by nie naciskał na poznanie jej tajemnic- gdyby nie chciała, to by nie powiedziała. Tak myślę.

    „Pseudonim Klary Bachumer nie dotyczył bynajmniej pobożnej pieśni, ale biskupiej lagi, zwanej pastorałem” :D
    „— Nie spałem z nią! — Uderzył się w piersi, z miną męża przyłapanego na łajdaczeniu się z najgorszą flądrą ze wsi” :D
    Zaczyna mi być szkoda Lulu przez opinie i plotki o niej, pewnie niesłuszne i na wyrost. Ludzie łatwo przyczepiają łatki.
    „niczego nie zdradzał, była to wiedza medialna” – wiedza medialna to dobre określenie w odniesieniu do karczmy ;)

    „Jego postawa wyglądała tak, jakby pochylał się do małego dziecka i mówił: — A ti, ti, niedobly...” - hahaha :D Dobre, Fel, jak zawsze rozbawiasz :)

    Kolejna dobra część, każdy rozdział ma coś interesującego od strony fabularnej, naturalne dialogi, dużo dobrego humoru i przede wszystkim – Jamesa :>
    Ocenę znasz, pozdrowienia przesyłam :)
  • Felicjanna 18.04.2018
    to pierwsze- celowe, ale dzięki i tak. A poza tym mam prośbę. Jak zacznę przeginać z dialogami w stronę nie teges, to krzycz
    Pozdrówka i zaraz już będziesz na bieżąco z moim opadłym tempem
  • Ritha 23.04.2018
    Nic mi się w dialogach nie rzuciło, żeby było nie teges. Uwielbiam Jamesa potyczki słowne. Ale czujne oko mam, bede anonsować w razie czego ;) Ok, lecę z Jamesem. Dobrze, ze tempo opadłe, bo moje czytelnicze tempo jeszcze bardziej opadłe i tera se akurat nadrobie :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania