Cztery ściany absurdu -23- Pełna obsada

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Rozdział XI - Pełna obsada

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

 

Marc poinformował Jamesa przed odjazdem do Five, że dom zawsze miał klasycznego, statecznego odźwiernego, ale pan Jereem Bloom tak przeszkadzał Hartleyowi (z wiadomych już teraz względów), że szykanowany, zdecydował się odejść.

Obecnie już on, w domyśle Jamesa, otworzył im drzwi.

— James Tager — nie dopuścił odźwiernego do głosu. — Kto to był?! — Machnął ręką w kierunku, skąd przyjechali.

— Umyślny od pana hrabiego.

— A ten tu czego?

Bloom zaniemówił.

— Był sam? — zapytał jeszcze James.

— Nie sądzę. Gdy przebywał u nas, powóz poruszał się chwilami, a woźnica stał na podjeździe.

James się uśmiechnął z uznaniem dla spostrzegawczości mężczyzny, która przecież zawsze może się okazać przydatna w przyszłości, podziękował i poprosił, by Bloom mówił mu po imieniu. Przedstawił także koniuszego i obaj świeżoprzybyli, z ulgą co do Mai, weszli do środka.

James poszedł prosto do hrabin, gdzie dowiedział się, że hrabia niespodziewanie wrócił już do kraju i że niebawem przyjedzie na wieś.

>>><><<<

Wieczorem zwołał całą, stałą służbę do kuchni. Lola, Mai, Klaudia i Suzi usiadły naprzeciwko, a obok Jamesa Marc, Tom, nowy lokaj Rob oraz Jan. Oprócz nich, odźwierny, a także Barry, którego nie wypadało pomijać jako domownika.

— Odprawa — rozpoczął. — Przede wszystkim, nie życzę sobie zwracania się do mnie inaczej niż po imieniu. Do czasu, aż zostanę lordem... Sam również w ten sposób będę do was mówił, chyba że ktoś sobie nie życzy, tak słucham...? — Odczekał chwilę, ale nikt się nie odezwał. Kiwnął głową zadowolony. — Najpierw Mai...

— No, oczywiście! Dlaczego właśnie ja...?! — zaprotestowała.

— Bo tak postanowiłem. — Nie zrażony, popatrzył na nią bez niechęci. — A jeżeli nie będziecie przerywać, pójdzie szybko. — Wskazał na przyniesione przez siebie dwie flaszki wina. — Obsłużysz nas, Janie? — Lokaj wstał, sięgając po butelkę, Klaudia zerwała się, by mu pomóc. — Od jutra, oprócz kelnerowania, będziesz pomagała mi w dbaniu o wygląd i zachowanie służby. Jesteś bardzo elegancka i ułożona... Hmm... Prócz drobnych... — Dziewczyna uniosła wzrok, próbując doszukać się w tym jakiegoś głębszego szyderstwa, ale to nie było Jamesa zamiarem. — Czyli: chodzisz, patrzysz, słuchasz, reagujesz: Marc- nie drap się po dupie; Janie- bądź tak miły i odprasuj w końcu porządnie swoją liberię. Baby nie masz...?

— Nie mam — potwierdził zaczerwieniony Jan.

— Albo też masz ich za dużo — zgadywał z powagą James. — A te wyrywają sobie ciebie z rąk, mnąc ci ciuchy... — Z całą pewnością zaczepka nie należała do najelegantszych, lecz wszyscy się roześmiali. Jan rozlewał trunek. — I dalej... — James otrzymał kielich i upił łyk. — Lola- patrz pod nogi, kiedy schodzisz ze schodów, bo się któregoś dnia zabijesz. A ten twój kołnierzyk...? Bój się Boga, dziewczyno, chłopcy są w domu...!; Suzi- bądź miłym dzieckiem i nie szoruj tej poręczy dwudziesty piąty raz, bo dwadzieścia cztery w zupełności wystarczy... I nie garb się, nie kul, jakby tu ciebie bito! Idź i odpocznij, posadzka wyschnie za pół godziny... I nie wyj bez powodu, bo wprawiasz Boga w zakłopotanie. — Suzi wytrzeszczyła na niego oczy. James dopowiedział: — Wszechwiedzący nie wie, czemu beczysz...? James- przyhamuj nieco to swoje oratorstwo, bo może i Bóg twoje popisy rozumie, ale my nie zawsze... I tak dalej... — Popatrzył po uśmiechniętych twarzach, próbujących wina. Jan, będący znawcą w temacie, zauważył:

— Taki trunek...! — Mlasnął i cmoknął. — James! Nawet państwo rzadko takowe pijają...!

— I my także nie często, pensji by mi nie wystarczyło.

— A mówiłeś, że jesteś bogaty? — zaprotestowała Lola.

— Nieprawda, Lolitko — zaprzeczył. — Mówiłem, że nie jestem biedny. — Nie miał najmniejszego zamiaru przechwalać się i kłóć ich w oczy swoją zawartością portfela. — A i tego, co mam, jakoś przechlać do pensa nie mam ochoty. Ale dość o tym... Mai, a co powiesz sobie, droga uciekinierko...?

— Przecież wiesz...! — Poczerwieniała. — I nie! — Czując się upokorzona, zerwała z miejsca. — Takie sprawy załatwia się na osobności! — wrzasnęła. — Cham jesteś! — Niby się ciskała, ale przy tym uważnie go obserwując. — I jeśli już mam zwracać komuś uwagę...?!

— Na osobności, to ja mogę rozmawiać o sprawach, które nie są tajemnicami poliszynela. — Nie był zły. Dziewczyna, w sumie miała rację, ale ciągle go unikała i nie chciała rozmawiać. Nawet pomimo faktu, że mógłby ją zwyczajnie, za karygodne zachowanie wywalić z domu. Razem z Lolą. — Wszyscy wiedzą o twoim mężu.

— O mężu, rozmawiać nie będę! — Wpatrywała się zeźlona w blat stołu.

— Chcę tylko wiedzieć, jak tego pana traktować...?

— Jak, kurna, sobie chcesz!

— ... Kiedy już tu się zjawi. Bo skoro w karczmie wiedzą...?

— On nie chodzi po karczmach! — odkrzyknęła. — I pieprzę twoje wspaniałe wino! — Trąciła kieliszek, a zawartość, jak krew, rozpłynęła się po stole.

— Suzi...? — James nonszalancko wskazał ciecz. — Mogłabyś...?

— Sama wytrę! — Mai złapała wściekle za ścierkę. — I odpieprzcie się ode mnie!

— Kiedy się zjawi twój mąż... — zapowiadał James. — Równie kulturalnie, zawlokę cię za kudły do niego na rozmowę...!

Zapadła cisza. Mai wycierała stół. Niewiele jej brakowało, do wybuchu płaczu. Barry odchrząknął.

— Nie wydaje mi się, żeby James tak postąpił... — zwrócił się ostrożnie do Mai. — Prawda James...?

Ten zaczął się śmiać. Na języku miał: „Nie zabiliśmy go jeszcze". Zamiast tego powiedział:

— To była metafora, Barry, ale ja broniłem tę gęś przed Bachumer i baronową, nie wspominając o bajzlu z udziałem wszystkich przy baronecie! — podniósł głos. — A w gruncie rzeczy nie wiem, czy stoję po właściwej stronie...?! — Patrzył wyczekująco na Mai.

— Czego ty chcesz...?! — Skończyła wycierać stół i usiadła.

— Tylko podstawowych informacji, Mai — odpowiedział. — Czy mam go traktować jak chama, natręta i zbója? Czy zniesmaczonego twoim zachowaniem, nadętego pseudolorda? Czy też może męża, który się zamartwia o ukochaną żonę i pragnąłby jedynie słowa wyjaśnienia?

— Sama, będę z nim rozmawiała! Nie zamierzam się za tobą kryć! I dziękuję...

— Dobra. — James westchnął, rozkładając ramiona. — W sumie, to nie jest moja ani nasza sprawa... Nalej naszej najwyższej elegancji, Janie. Chyba ochłonęła...

— On nie chciał... — Mai nie delektowała się winem. Jakby robiąc Jamesowi na przekór, wychyliła kielich jednym haustem. — Moje małżeństwo... A na dodatek, nie chciał, żebym pracowała! — mówiła niby cicho, lecz z pasją, wyraźnie dając do zrozumienia, że to, co słyszą, nie jest wszystkim. — „Moja żona pracować nie będzie!” — przedrzeźniała. — „Możesz haftować, kochanie, albo malować, albo czytać, albo... No wiesz, kochanie... Znajdź sobie coś, jesteś dużą dziewczynką.” A sam...? Hyc do Londynu! Jakby się mnie wstydził... — Zacisnęła zęby. — I ci jego znajomi... Ciągłe pokazywanie przed nimi, jaka to jestem grzeczna, posłuszna i... Niech sss....pada! — W ostatnim wykrzykniku, James wyczuł nie tylko rozżalenie i nienawiść, ale i to, czego się spodziewał- starannie ukrywany lęk.

— Ile ma lat? — zapytał od niechcenia, nie dając do końca wiary jej opowieści.

Spojrzała na niego zawstydzona, ze łzami w oczach.

— Zbyt wiele...

>>><><<<

Obiecał hrabinie zająć się jej sprawami z dzierżawcami, ale ani myślał zaniedbywać domu, a majordomusem de facto, być nie zamierzał.

Barry wybył do roboty, do której tłumaczenia nie potrzebował, chyba że chciało się zarobić na kpiny pod własnym adresem, tak James, po zerknięciu na budzik, nabyty za grosze w londyńskim supermarkecie, zdecydował się wstać.

Wyspany, bo wieczorem zapowiedział wszystkim, żeby go nie budzono bez potrzeby, bez pośpiechu zjadł śniadanie i wyszedł na dom. Już od progu zauważył Marca, w zamyśleniu wpatrującego się w wiszącego na ścianie Pissarra. Ten pierwszy drapał się po tyłku. I spostrzegł Jamesa.

— Świetne płótno. — Wskazał rzeczoną ręką, niemalże go dotykając. — Te śmiałe pociągnięcia pędzla... To światło! Takie francuskie! Takie słoneczne...! — Obraz przedstawiał jakąś kupkę siana po zmroku. — Te kropki! Aaa te kreski...?! Co myślisz o Francji, James...?! — zapytał na koniec, nerwowo usmiechnięty.

— Myślę, że łapska powinieneś trzymać z dala od obrazu i podziwiać malowidło z dystansu — brzmiała odpowiedź. — A Francja, jest podobno taka sama, jak i Anglia. Tyle że u nas leje, a tam świeci słońce. — Podszedł do Marca, chowającego ręce za plecami. — Potrzebna ci marchewka i kijaszek — poinformował.

Marc się zgodził, skinieniem głowy.

— Marchewka. — James rozłożył dłonie na stopę, rozjeżdżając powoli na yard. — Taaaka...! Podoba się? — Marc kiwnął głową, przerażony rozmiarem. — Jak już odejdę — kontynuował James — a odejdę zapewne dosyć szybko, ty zostaniesz rekomendowany na stanowisko majordomusa. — Marc zamierzał parsknąć śmiechem, ale przez grzeczność wolał zmilczeć. — Uczyć się będziesz od zaraz, ale nie małpował — wyjaśniał dalej James, tonem stosowanym przy rozmowach z niedorozwiniętymi dziećmi. — Zaczniesz od nierobienia tego, czego nie robię ja. Czyli...?!

— Nie drapiesz się...? — zgadywał posłusznie Marc. James wyczekiwał z uśmiechem. — Pppoo... Nnnooo... Po dduppie...?

— Ani...?

— Nnoo... z przodu...? Ale to rzadko, James...? Naprawdę... Chyba wcale...! No wiesz...?

— No wiem — potwierdził James. — I nie podkładam nikomu świństw! — dodawał coraz ostrzej. — Ani nie dodaję roboty! — Wskazał na okruszki po Prince Polo, wraz ze wciśniętym w zakamarki boazerii opakowaniem. — To twoje? Aż tak wstydu nie masz...?!

Marc poczerwieniał.

— Dobra. — James uznał temat marchewki za wyczerpany. — A teraz kij...! — Odczekał chwilę, budując napięcie, chociaż dla Marca już dawno kij był w użyciu. — Któregoś dnia, może się tutaj odbywać przyjęcie z... Dajmy na to, młodymi szlachcicami obojga płci. I może się zdarzyć, że będę z tego powodu w bardzo, ale to w bardzo złym nastroju...! Bo tamci to albo też tamto i mogę... A zapewniam cię, Marc, że potrafię być wredny...! — Marc nie miał co do tego wątpliwości. — Zechcieć wydać ci polecenie, do zademonstrowania zgromadzonej młodzieży, swojej ulubionej czynności...

— James...! — Obaj zwrócili głowy w kierunku stojącej, już zapewne od dłuższego czasu w progu, hrabinie. — Nie wydasz takiego polecenia, James...?!

James przechylił głowę na bok, w głębokim zastanowieniu.

— Nie...? — zapytał dziecinnie. — A to dlaczego...?

— Jaaameees...?!

— Nie wydam — zgodził się po chwili, zrezygnowany. — Niech będzie, że nie wydam. Ale to nie znaczy...! — naskoczył na Marca — Że nie znajdę na ciebie jakiegoś solidnego kołka! — i dodał: — A teraz weźmiesz szczotkę i to znikniesz! — Wskazał okruchy i boazerię. — Pani Hrabino...? — Marc, oswobodzony, oddalił się biegiem, oddychając głęboko. Kira Nathley zmusiła się do nieokazania wesołości. — Jakiś problem...?

— Nie odważysz się...?! — Pozwoliła sobie na pokazanie dołeczków, z przytrzymaniem dłoni przy ustach.

— Oczywiście, że nie — James wzruszył ramionami beztrosko. — Skoro pani sobie psikusów nie życzy... Jakieś zalecenia?

— Właściwie jedno... — odpowiedziała po chwili, zmieszana. — Niezręcznie mi to mówić... Ale nie lubię sama przyjmować pani Bachumer, a ta najwidoczniej widziała twój odjazd, a powrotu już nie, bo dobija się o spotkanie... Natalie nie ma, pojechała po nowego guwernera i po Annabel...

— Mam ją spławić?

— Przeciwnie, wolę mieć tę kobietę po swojej stronie...

— Żartuje pani...?! — upewniał się.

— Niestety nie, James — odparła smutno. — Ona może być także sprzymierzeńcem, gdy się ją obłaskawi...

— Dokładnie, James! — Do hallu wpadła Maria Pitter, a za nią zdyszany Bloom, którego Kira zdołała gestem powstrzymać przed niepotrzebnym już anonsowaniem. — Kogoś takiego lepiej jest mieć po swojej stronie. To polityka.

— Hmm — zastanawiał się James na głos, wlepiając wzrok w żyrandol i przekrzywiając głowę, jakby tam czegoś szukał. — Pastor stary, a ona jeszcze do rzeczy w sumie...

— Nie to...! — zawołała Kira, ale zaraz przerwała, pociągnięta za Marią do mało stonowanej wesołości. Biedny Bloom nie do końca pojmował, czy James żartuje, a Marc, zamiatający, dusił się na kolanach ze śmiechu.

— A tak — Kira, żeby cokolwiek powiedzieć, poszła za spojrzeniem Jamesa. — Jakieś plamy? Suzi się strasznie żyrandoli boi...?

— Nic dziwnego — uważał James. — Sam miałbym spore trudności, z doskoczeniem do każdego kryształu...

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Cdn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (19)

  • Canulas 30.03.2018
    No proszę, szybko reagujesz.
  • Canulas 30.03.2018
    No proszę, szybko reagujesz.
  • Karawan 30.03.2018
    "Świetne płótno. — Wskazał rzeczoną ręką, niemalże go dotykając." - rzeczona ręka skąd się wzięła ona taka? Chyba raczej rzeczone płótno? Ukłon i pięć Proszę Pani ;)
  • Felicjanna 30.03.2018
    Karawanie - w domyśle drapał się nią po tyłku, ale zaraz luknę, bo możesz mieć rację. Czytasz mą epopeję? I jak wrażenia? Czy może tylko wizyta, by sprawdzić, czy jakoś trwam?
    Pozdrówka i jak zawsze miło mi było Cię gościć.
  • Karawan 30.03.2018
    Felicjanna Czytam, choć nie komentuje, bo rzadko kiedy jest się do czego docenić- za dobry Autor :-)
  • Karawan 30.03.2018
    Doczepic, kupi sprzet!
  • Felicjanna 30.03.2018
    Karawanie, gwiazdki dawaj,bo żem se mogła coś pomyśleć, hehe.
    No to miło, że czytasz, ale ja nie wiem, czy jestem zabawna i brakuje mi trzeźwych osądów.
    No nic, cieszę się, że jesteś.
  • Karawan 30.03.2018
    Gupi!
  • Felicjanna 30.03.2018
    gwiazdkę miałam na myśli do tych powtórzeń, bo nie wiedziałam przez chwilę o czym to słowo- ))
  • Karawan 30.03.2018
    Felicjanna Pisałem na uszkodzonym na dodatek padzie, gnojek wie lepiej od piszącego i widać co z tego wychodzi. Jeśli uważasz, ze stać mnie na trzeźwe osądy to rosnę jak bambus. Wolałbym jednak pisać na PW bo czasem nieprecyzyjne chlapnięcie może wzbudzić niepotrzebne sensacje. Poza wszystkim to i tak tylko moje subiektywne wrażenia.
  • Felicjanna 30.03.2018
    Karawan każde mile widziane, a odczucia zawsze są subiektywne - ))
  • Felicjanna 30.03.2018
    Nie no spoko, ale choć znaka dawaj, żeś był i jakoś się przeczołgał. Np:
    Dziś było słonecznie i pięknie, dopóki nie wlazłem do jednego okopu- albo
    Zasieki nieco drapały, bywało, że trzeba było wracać, żeby się odczepić i czołgać się dalej, ale jakoś wytrwałem.
    I tp
  • Canulas 31.03.2018
    "I nie wyj bez powodu, bo wprawiasz Boga w zakłopotanie" - ładne.

    "i dodał: — A teraz weźmiesz szczotkę i to znikniesz! —" znikniesz?

    No i po seansie. Fajnie i rodzinnie się zrobiło. Spoko typ ten James. A ja jestem debil. Komentarz napisałem w notatniku i nie skopiowałem.
    Eh, no.
  • Felicjanna 31.03.2018
    ano "znikniesz" - usłyszałam takie coś całkiem niedawno. No i zapodaję zaraz część kolejną, bo w Święta raczej nie zajrzę, jeżeli chcę dalej pisać i żyć- ))
    Pozdrówka, a co do odcinka, to kawałek domu i atmosfery uznałam za stosowne zapodać. Dalej, jeżeli będzie, to raczej mimochodem, jako punkt wyjścia, ale... Hmm, będzie, co ma być. Wszystko odbywa się na zasadzie - ktoś coś powie i tworzy się kanwa.
  • pasja 07.04.2018
    Proszę, jak się James rozbisurmanił. Wkracza we wszystkie sfery służby. Najpierw się z nimi spouchwala, co będzie jak zostanie lordem.
    Na miejscu Mai trochę bym się postawiła. W końcu sprawy zawodowe należy oddzielić od osobistych.
    James zaczyna się panoszyć chyba.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Felicjanna 08.04.2018
    no nie wiem, czy panoszyć. W sumie i tak jest pobłażliwy, tylko czuje, że z Mai jest coś na rzeczy
    Pozdrówka
  • Ritha 16.04.2018
    „Czyli: chodzisz, patrzysz, słuchasz, reagujesz” – James świetnie sprawdza się w wydawaniu poleceń i rad, dalej mamy:
    ”I nie garb się, nie kul, jakby tu ciebie bito! Idź i odpocznij, posadzka wyschnie za pół godziny... I nie wyj bez powodu, bo wprawiasz Boga w zakłopotanie (...)Wszechwiedzący nie wie, czemu beczysz...?” :)))

    „Zapadła cisza. Mai wycierała stół. Niewiele jej brakowało, do wybuchu płaczu. Barry odchrząknął” – fajne zatrzymanie sceny, widzi mi się

    Oczywiście mamy londyński supermarket. Parkingu dla bryczek brakuje ;) I Prince Polo , nadal przeplatasz absurd, konsekwentnie z pierwotnym zamysłem, git

    „wyszedł na dom” – to stwierdzenie mi się lekko gryzie, brzmi jakby wyszedł na... dach, być może się czepiam ;)

    „— Świetne płótno. — Wskazał rzeczoną ręką, niemalże go dotykając. — Te śmiałe pociągnięcia pędzla... To światło! Takie francuskie! Takie słoneczne...! — Obraz przedstawiał jakąś kupkę siana po zmroku. — Te kropki! Aaa te kreski...?! Co myślisz o Francji, James...?!” – haha, deczko kabaretowo, zachwyt + to „Obraz przedstawiał jakąś kupkę siana po zmroku”, fajnie

    „—Taaaka...!” – spacji po myślniku brakło

    Ok, miło do drugiej kawci Jamesa poczytać. Refleksji nowych nie mam. Spójnie i swojsko nadal.
    Gwiazdy i pozdrowionka :)
  • Felicjanna 18.04.2018
    byka poprawiłam a na dom zostaje. To wyrażenie poprawne jeżeli chodzi o gospodarza. ukazuje, kto tu rządzi. Popatrzyłam na test ... nadal za dużo [...] ale cieszy mnie, że pomimo braków warsztatu rozbawiam
    Pozdrówka
  • Ritha 23.04.2018
    Nie przesadzaj, warsztat masz wysokich lotów, kobito. Wiem, że to "wyszedł na dom" jest raczej ok, to tylko moja wyobraźnia podsunęła Jamesa wpełzającego po rynnie na dach :D Rozbawiasz nieustannie, ścisły top moich ulubionych opek tutaj, bez ściemy.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania