Cztery ściany absurdu -31- Ogier

<<<<<<<<<<<<<<<<

Rozdział XVII - Ogier

>>>>>>>>>>>>>>>>

 

W głębi sadu ustawiono szwedzki stół. Goście rozsiadali się na krzesełkach. Oprócz przybyłych z hrabią, na widowisko dotarła również Maria Pitter, będąca wielką miłośniczką koni. Kira musiała jej zdradzić cokolwiek z wydarzeń poprzedniego wieczora, gdyż przechodząc obok Jamesa, szepnęła mu, żeby był grzeczny.

A potem się śmiała, do albo z niego, gdy hrabina, pod pozorem zdyscyplinowania służby, zawezwała go do domu.

— Czy to prawda, co mówi Konrad, że ten koń może zabić? — zapytała przejęta. — Co to znaczy przewodnik stada? Może znajdziesz sobie jakieś inne zajęcie...?

James się szczerze roześmiał.

— Mówi mi pani, Hrabino, że jestem krnąbrnym bachorkiem...? — zapytał kpiąco, poważniejąc natychmiast pod wpływem swoich myśli. — Barry twierdzi, że to jest przewodnik. Czyli taki koń, który chadza własnymi drogami, a jeśli wozi na sobie człowieka, to dlatego, że tak chce, a nie z przyuczenia czy musu — starał się wytłumaczyć. — I jeśli tak jest, to nikt go nie ujedzie. Nie ma strachu, będę wiedział, czy mogę do niego podejść...

Hrabina nie wyglądała na przekonaną.

— A inni? — zapytała.

— Barry ma im odradzać. Ale chyba hrabia za daleko zabrnął, żeby to odwołać...

>>><><<<

Barry i trzech młodych stajennych, oczekiwało dyspozycji. Pierwszy wyglądał na zdegustowanego, pozostali na przestraszonych. Kiedy hrabia w końcu je wydał, koniuszy odmówił wyprowadzenia ogiera ze stajni.

Zapadła złowroga cisza, a hrabia spojrzał w pierwszym odruchu na Jamesa, jakby to jego zamierzał obarczyć winą za zachowanie Barry'ego. Ten jednak wzruszył ramionami w niewiedzy, bo i sam rzeczywiście tego nie rozumiał.

Barry był jednak na swojej posadzie i zaraz odmowę wyjaśnił.

— On nie zechce wyjść na rozkaz — powiedział. — Jeżeli ktoś chce zaryzykować i się z nim porozumieć, musi go wyprowadzić ze stajni sam. Ja tego nie zrobię, a chłopców zabić nie pozwolę. — Rozległ się szmer, pełnych niedowierzania głosów. Po chwili zaś chichot niektórych osobników, wywołany szyderczym śmiechem koniuszego, przywiezionego przez Kounta.

— Ależ ma pan stajennych, hrabio... — kpił koniuszy. — Konia się boją...! Sam go wyprowadzę!

— Ostrzegam! — Barry spróbował zagrodzić nadchodzącemu drogę.

— Co to ma być...?! — rozgniewał się Kount.

— Z drogi! — warczał koniuszy.

— Panie Whates...?! — zaczął zdenerwowany hrabia.

— Masz być kawalerzystą — rzucił lekko James. — Czas przywykać do widoku ludzi tratowanych końskimi kopytami!

Ponownie rozległ się szmer z ust kilkunastu osób. Słowa Jamesa budowały napięcie idealnie. Przyszło mu do głowy, że jeśli Barry się pomylił, wyjdą na tchórzy i głupków.

— On pana zabije! — Barry jednak był pewny swego. Ostrzegając przybysza lojalnie do końca, zanim z drogi mu zeszedł.

Koń zaatakował, gdy tylko tamten uchylił drzwi boksu. Tylko dzięki temu zresztą, koniuszemu niewiele się stało. Wyleciał na plac, nimi odrzucony, a ogier wypadający ze stajni z wdziękiem, podbiegł prosto do najbliższego drzewa i zerwał sobie jabłko.

James się roześmiał, ubawiony jego zachowaniem, ale ucichł zaraz, widząc, że śmieje się jako jedyny. Gestem, zaprosił drugiego koniuszego do zawodów. Pierwszy, po odczołganiu się spod drzwi, miał najwyraźniej dość.

Przyzwany mężczyzna z całą pewnością nie był tchórzem. Z arkanem w ręce, zbliżał się ostrożnie, do pogryzającego już drugie jabłko ogiera. Barry, który konie kochał i szanował, chciał zaprotestować, James jednak pokręcił nieznacznie głową w sprzeciwie.

Pętla wylądowała na końskim karku bez kłopotów, a ogier zachowywał się tak, jakby niczego nie zauważył. Nie zareagował również, gdy koniuszy się do niego zbliżył, lecz gdy tylko go dotknął, otrzymał natychmiastową odpowiedź.

Kopyta uderzyły bez ostrzeżenia. Koniuszy chciał wykorzystać chwilę, gdy ogier zrywał trzeci owoc, ale była to ewidentna pułapka. Mężczyzna wrzasnął i jedynie przytomny upadek, wraz z kilkukrotnym przetoczeniem się po ziemi, uchronił go od poprawienia ciosu. Skończyło się bez złamania, a jedynie bolesnych sińcach, ale był to koniec ich pracy dla tych akurat panów, a James pomyślał, a o czym Barry wiedział od pierwszej chwili, że ci koniuszy albo się tylko za takich podają, albo wylecieli z roboty, bo się do niej kompletnie nie nadawali.

— A twój zawodnik, Konradzie? — zapytał drugi wspólnik, niejaki Mink. Hrabia spojrzał pytająco na Jamesa.

— Może wystarczy tego widowiska?! — zawołała Kira. I ona, a nawet Maria, która odkryła w oku ogiera jakąś ludzką, złośliwą i dumną rysę, miały wyrazy twarzy, błagające go wręcz o zaniechanie. Ale James wiedział już, że to jest t a k i koń i nigdy by sobie nie darował, gdyby przynajmniej nie spróbował.

Zdecydowanie podszedł do ogiera i zdjął mu z karku arkan. Poklepał po grzbiecie, złapał za grzywę i nagle dosiadł.

Zwierzę nie wydało żadnego dźwięku, po prostu stanęło dęba. Jeździec, nie mając innego wyjścia, delikatnie zsunął się z niego pewnie, na obie nogi i przewidując kolejny tego ruch, przenosząc ciężar na pięty i lecąc do tyłu. Wprost na wyciągnięte w asekuracji, po bokach ciała dłonie.

Tylne kopyta przelatywały o yard nad nim, gdy wykonywał swój manewr, a kiedy koń się obrócił, aby uderzyć przednimi, nie zastał tam już człowieka, stojącego wyprostowanym, o kilka kroków od niego. Ogier zarżał dwukrotnie, w uznaniu kiwnął łbem i znieruchomiał.

— Nieźle — pochwalił James.

Zwierzę parsknęło pogardliwie, zaparło się nogami o ziemię, uniosło ogon i wydało gromki odgłos.

Na pobliskim drzewie zadrżały liście. Jakieś uszkodzone przez szkodniki jabłko opadło, w ciszy się tocząc po trawie, aż do znieruchomienia. Towarzystwo zamarło. Kilkoro ludzi, w przerażeniu i zakłopotaniu, z pełnymi jedzenia ustami, zaczęło gorączkowo rozglądać się za chusteczkami. A gdy je w końcu zlokalizowano, rozpoczęła się o nie nierówna walka. Kiedy jakoś rozdzielono zapasy i pozbywano się zawartości ust, nastąpił grzmot drugi.

— Co za ohyda! — wrzasnęła wymalowana w abstrakcje damulka Kounta. Wśród innych osób, kilka nerwowo zachichotało, a James, Barry oraz Maria Pitter, zgodnie wybuchnęli nieukrywanym, serdecznym śmiechem. — Czy ja muszę tu być?! — Czerwona z oburzenia, z nienawiścią wpatrywała się w Jamesa. — Pan śmieje się ze mnie! — wyrzuciła.

— Tylko z sytuacji — odpowiedział z ukłonem James.

— Czyli remis...? — zaproponował Kount.

— W wypadku nieujeżdżenia wierzchowca, wygrywa ten, kto był najdłużej na jego grzbiecie! — oświadczył James zimno, któremu hrabia wyjaśnił niuanse zakładu. Kount mu się nie podobał, ale powstrzymał się przed złośliwym poinformowaniu tego, że głos zabiera właśnie konia właściciel. Faktem także było, że James tak nie uważał. — Ale i tak jeszcze z nim nie skończyłem — dodał. — Nie zrazi mnie jego spaczone poczucie humoru — wskazał zwierzę głową. — Ale powoli. Jest, co zrozumiałe, niechętny obcym. I chyba doskonale rozumie, co tu się dzieje. Prawda...? — Ogier udawał głuchego. Obojętnie skubał trawę pod kopytami. Jednak, kiedy tylko James, na chwilę spuścił z niego wzrok, ruszył gwałtownie, atakując taranem.

James wiedział, że to próba zastraszenia, lecz ledwie wytrzymał. Nie poruszył się, kiedy koń go ominął o włos, zaglądając przy tym głęboko w oczy; donośnie i triumfalnie rżąc, po dostrzeżeniu w człowieku nie do końca ukrytego lęku. Okrążył go i po zatrzymaniu się, zachęcająco wskazał łbem na swój grzbiet.

— Nie ma mowy! — James pokręcił głową.

Ogier zarżał gniewnie, ponownie stanął dęba i odbiegł na kilkanaście długości w głąb sadu. Pokrążył w nim chwilę i dostojnie powrócił, zajmując poprzednią pozycję. Ponownie spróbował namówić Jamesa, do zajęcia na sobie miejsca. Zarżał zachęcająco.

— No coś ty...?! — usłyszał w zamian i dostając najprawdziwszego szału, w kibicach wywołał natychmiastową i nieodpartą ochotę do ucieczki. Cofnęli się wszyscy.

Rozpoczął się rozbuchany popis brykania, podrzucania zadem, wierzgania i wymachiwania łbem, z wydawanymi dla okrasy parsknięciami oraz kwiczeniem. Koń wariował w stylu rodeo, biegając, kręcąc piruety, a nawet tarzając się po ziemi do góry kopytami. Wszystko to jednak robił w bezpiecznej dla publiczności odległości i dopiero po zaobserwowaniu obojętności na swoje wybryki, malującej się na obliczu Jamesa, gniewnie zwrócił się przeciwko stajennym. Było to tak czytelne, że wśród gości rozległ się niekłamany okrzyk grozy. James zareagował gniewnym szyderstwem.

— Och! Doprawdy...!?

Ogier parsknął, obrzucił Jamesa złym okiem i... Ruszył w świat. Niewiele czasu potrzebował, aby przejść w cwał i zniknąć.

Bladzi z wrażenia stajenni, wpatrywali się w Jamesa niczym zakochani. Pozostali z uznaniem, lękiem i zazdrością. Hrabiemu było nieco głupio, że jego majordomus to taki- ogier, a hrabiny oddychały z wyraźną ulgą.

— I co teraz? — zapytał beztrosko hrabia. Według niego James wygrał bezapelacyjnie.

— Koń nie jest ujeżdżony — zauważył niechętnie pan Kount. — Pan bo... Majordomus... — James stężał, ale udał, że niczego nie spostrzegł. — ... Jedynie nam pokazał, że niełatwo go poturbować... Zakład wygrałeś, Konradzie, ale takie zwycięstwo... — Dla Jamesa stało się jasne, że Kount musi coś na hrabiego mieć, inaczej nie używałby tak lekceważącego tonu i nie prosiłby się ostentacyjnie o zarobienie po gębie. Tym razem jednak James się powstrzymał przed odpowiedzią adekwatną do zaczepki. Obowiązywała go umowa z hrabią i nie chciał pogłębiać troski na twarzy hrabiny.

Uspokajał się, co przyszło mu całkiem łatwo, gdy zadumę przerwał okrzyk Jonasa Grindbooda.

— Wraca!!!

James, zwracając się ku nadbiegającemu, zdążył jeszcze zaobserwować wyraz wyrzutu, przesyłany hrabiemu przez żonę i w odzewie, jego spojrzenie, które można byłoby nazwać kojącą obietnicą.

Tymczasem koń, jakby był najspokojniejszym w świecie wierzchowcem, podbiegł lekkim truchtem do Jamesa i trącił go łbem w ramię. Ten nie dał się prosić i już po chwili, trzymając się grzywy, ratował przed upadkiem. Pognali przed siebie ostro i w najlepszej komitywie, jakby nic innego nie robili od wieków. A James dziękował w duchu Barry'emu za rozpoczęcie zaawansowanego szkolenia właśnie jazdą na oklep. W przeciwnym wypadku nie ujechałby bowiem takim sposobem daleko.

Wrócili dopiero po dwóch godzinach, kiedy w stajni pozostali już tylko jej pracownicy. Ale chociaż zadowolony z osiągnięcia, James nie miał wesołych myśli. Do zaginięcia Lulu doszło jeszcze przeświadczenie, że hrabia Nathley jest niewiernym mężem, a na pewno niedyskretnym niedorostkiem. Czekało go więc powzięcie ważkiej decyzji, a prócz tego natychmiastowy powrót do Londynu.

A zaraz potem się dowiedział, że od trzech godzin nikt nie widział Mai.

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Cdn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • Canulas 04.05.2018
    Jak zwykle misternie napisane. Jak zwykle świetne.
    Potyczki z ogierem - elektryzujące.
    Jednak z lepszych, pod kątem natężenia emocji, części.
    Pozdrówka Fel.
  • pasja 04.05.2018
    Dzień dobry

    Czyli taki koń, który chadza własnymi drogami, a jeśli wozi na sobie człowieka, to dlatego, że tak chce, a nie z przyuczenia czy musu... podoba mi się i ma szerokie zastosowanie w różnych dziedzinach.

    James jest niesamowity. Lecz z takim omnibusem spotkać się to rzadkość. Koń też niesamowity i piękny. Tylko dwa takie charaktery mogły się przyciągnąć. Pierdy mistrzostwo. Kiedyś miałam przyjemność być w takich opiatach.
    Końcówka trochę zmartwiła. Gdzieś jest Mai?
    Pozdrawiam i miłego dnia życzę
  • Ritha 17.05.2018
    Czy panna Felicjanna porzuciła pisarstwo???
    Dobrze, żem sobie zostawiła jednego Jamesa w zapasie na czarną godzinę, bo mię naszło, a tu ni ma nowego :(
    „A potem się śmiała, do albo z niego, gdy hrabina, pod pozorem zdyscyplinowania służby, zawezwała go do domu” – nie znam się, ale zaznaczam wątpliwość dotyczącą przecinków w tymże zdaniu, tzn. tu: „A potem się śmiała, do albo z niego” – nie wiem czy jest potrzebny, ale to tylko tak po omacku sugestie podsuwam.

    „Wyleciał na plac, nimi odrzucony, a ogier wypadający ze stajni z wdziękiem, podbiegł prosto do najbliższego drzewa i zerwał sobie jabłko” – to zdanie mi się nie podoba, bo „nimi odrzucony” domyślam się, ze drzwiami, co sugeruje wcześniejsze zdanie, ale jakoś tak dziwnie, a jak koń zrywa sobie jabłko to widzę centaura.
    No widzę centaura, co sobie ręką zrywa, nic nie poradzę :D

    „Pętla wylądowała na końskim karku bez kłopotów, a ogier zachowywał się tak, jakby niczego nie zauważył. Nie zareagował również, gdy koniuszy się do niego zbliżył, lecz gdy tylko go dotknął, otrzymał natychmiastową odpowiedź.
    Kopyta uderzyły bez ostrzeżenia” – tu ładnie, podobie mi się

    „a nawet Maria, która odkryła w oku ogiera jakąś ludzką, złośliwą i dumną rysę, miały wyrazy twarzy, błagające go wręcz o zaniechanie” - to też

    „Zdecydowanie podszedł do ogiera i zdjął mu z karku arkan. Poklepał po grzbiecie, złapał za grzywę i nagle dosiadł” – tak przypuszczałam, że James na niego wskoczy, gites

    No, a potem też dobrze, ogier nie taki ugodowy, zrzucił James, prawie rozdeptał, dobrze. Zostanie jego kuniem? Pasują do siebie.

    „Ogier parsknął, obrzucił Jamesa złym okiem i... Ruszył w świat. Niewiele czasu potrzebował, aby przejść w cwał i zniknąć” – ojej, poszedł se w świat:D

    „spojrzenie, które można byłoby nazwać kojącą obietnicą” – ładne

    „A zaraz potem się dowiedział, że od trzech godzin nikt nie widział Mai” – nooo, końcówka bardzo dobra, lubię urwanie, niepewność i tego typu rzeczy.

    Należy powrócić, Felicjanno ;p :)
    Pozdrawiam :)
  • Canulas 17.05.2018
    Należy, należy.
  • Ritha 17.05.2018
    No. Lud sie domaga tera juz w liczbie mnogiej :)
  • Ritha 31.05.2018
    Gdzie JAMES???!!! :P
  • Ritha 31.05.2018
    Jaaa-mes, Jaaaa-mes, Jaaa-mes!!!
  • Canulas 31.05.2018
    Ritha - Dzwoń po Terribla, niech jej szuka.
  • Ritha 10.07.2018
    Nie będzie Jamesa już nigdy nigdy???
    NIGDY?! :(((
  • Elorence 22.07.2018
    Uwaga! Komunikat!
    Ogłaszamy tworzenie nowego projektu TW 3.0!
    Wszystkich zainteresowanych zapraszamy jutro (poniedziałek, 23.07.2018) do wątku "TW 2.0". Obrady rozpoczną się między godziną 19 a 20.

    PS: Przepraszam za spam :)
  • Ritha 22.07.2018
    Akueat Fel to trza spamowac, se poszła we pizdu.

    Haaalooooo
  • Ritha 22.07.2018
    James....

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania