Cztery ściany absurdu -19- Rozgrywki

>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Rozdział VII - Rozgrywki

<<<<<<<<<<<<<<<<<<

 

Plotka jest suczą wredną i nieprzejednaną. Czasami jednak, kiedy spotkają się takie łachudry dwie, przeciwstawiające się sobie poniekąd, mogą przynieść dla oplotkowywanego korzyści.

Z jednej strony była pomoc dla Suzi, z drugiej, przekroczenie progów domku Lulu, podejrzewanej o rozwiązłość. Przy pierwszej dociekano pobudek, gdyż nikt jakoś nie przyjmował do wiadomości altruizmu, przy drugiej, pozostawanie sam na sam przez pół nocy (był tam pięć minut, a zaczęto ploty od pół godziny), co dawało całe pole do wyobrażenia sobie przebiegu owego pobytu; albo zakładano zauroczenie nastolatką, albo używanie tymczasowe, czy może ostateczne wolnościowe, z doświadczoną dwudziestodwulatką. Czy różą, czy może pałką?

Plotkowali wszyscy. Przypuszczalnie nawet podczas nabożeństwa, a na pewno przed i po. Na obiad zaś przybyło nagle z wizytami kilka innych osób z towarzystwa. Nie każda proszona. A wśród nich, odkładając wyjazd do wód, przyjaciółka i rówieśnica Kiry, trzydziestotrzyletnia wicehrabina Maria Pitter.

Była kobietą wartą uwagi i spojrzeń oddających hołd jej urodzie i w przeciwieństwie do Kiry, której bycie hrabiną najwyraźniej ciążyło, ewidentnie cieszyła się swoim statusem społecznym i życiem; bez rozterek i zadawania niepotrzebnych pytań.

Po przywitaniu się z nią, James zaczął poważnie rozważać wymówienie się od uczestnictwa w obiedzie, na który jako ktoś w rodzaju rezydenta był zaproszony obligatoryjnie, i uciekł tymczasowo do kuchni. Mai meldowała mu tam o przybyciu następnych gości, a on ją uważnie obserwował i gdy oznajmiała o kolejnym, wyraźnie zacinając się przy tym, uzyskał wskazówkę dotyczącą plotki o niej: że może zawierać wysoką dozę prawdopodobieństwa. To zdecydowało o jego wyjściu z ukrycia i przyłączeniu się do biesiadników. Chociaż trochę się tego obawiał.

Dowodzenie korsarzami, czy starcia z ograniczonymi wieśniakami, miały się nijak do prowadzenia bezpiecznej konwersacji ze szlachtą. Idąc do jadalni, bał się przede wszystkim o swoją popędliwość i błogosławił w myślach Królową za podstawowy trening, chociaż nie mógł być pewien tego, jak się zachowa, gdy zostanie zaatakowany bezpośrednio. Jednak główną rozterką zaprzątającą mu umysł było podejście do osobnika, który w tym towarzystwie interesował go najbardziej.

Czy miał się z nim zaprzyjaźnić, pozostać nieodgadnionym neutralnym, czy też postarać z nim skłócić, a nawet zrobić z siebie nieprzejednanego wroga? Gdy wszedł, a rzeczonego mu przedstawiono, wiedział już, że to pierwsze jest wykluczone kategorycznie. Nie potrafiłby, choćby i bardzo zechciał, być tak zakłamanym, żeby udawać wobec niego przyjaźń.

Baroneta Bartona nie można byłoby nazwać ot tak, najzwyklejszym fircykiem. Dwudziestopięcioletnią twarz oblekała doza samouwielbienia, przy której Narcyz wyglądałby jak zwykły chwast. Buta, nieprzystająca nikomu, gdyż nie widział takiej ni u Królowej, czy szlachty, którą spotkał dotychczas, ni nawet o mających bardzo wysokie mniemania o sobie: Morou, czy wybuchniętym inkwizytorze; pogarda i pycha, oznajmiająca całemu światu, że robi mu łaskę, stawiając stopy na jego gruncie, a jednocześnie wyraz oczu świadczący o niezbyt lotnym umyśle. Takie oczy James widywał i poznał. Ich właścicieli łatwo można było sprowokować do działań, nawet takich, wbrew ich własnym interesom. Ale hrabina Natalie, przewidując możliwość starcia obu „chłopców”, posadziła ich tak, aby nie mogli siebie oglądać. Wybitnie dając tym Jamesowi do zrozumienia, że żadnych awantur w tym domu sobie nie życzy. Zjawił się jednak sprzymierzeniec.

Już po nabożeństwie, wróciła do domu pani Klara Bachumer, żona pastora. I ani trochę nie czuła się zmęczona podróżą na wieść, że zaproszono ich do hrabiów na obiad. Jamesa, jej widok zaskoczył. Z opowieści wynikało, że jest to zasuszony rodzaj starej panny u boku niby-męża, a tymczasem ujrzał całkiem zwyczajną panią domu, obdarzającą wszystkich dookoła promiennymi uśmiechami, czyniącymi ją kobietą nawet ładną. I tylko ze stężałych postaw biesiadników wywnioskował, że baby się obawiano i że lepiej się mieć przy niej na baczności.

Klara przebywała u schorowanej matki ponad miesiąc. Dokładnie tyle, ile trwała obecność Mai na posadzie u hrabiny i gdy tylko tą zobaczyła, na jej twarzy ukazał się grymas pasujący do uzyskanej o niej wiedzy przez Jamesa: bezgraniczna dezaprobata, w połączeniu z zadufaniem i przekonaniem o własnej wszechwiedzy.

Kobieta hamowała się przez jakiś czas, zapewne w wyniku próśb męża i obiad przebiegał prawie nie po myśli Jamesa, gdyż było zwyczajnie nudno. Zwyczajowe pogaduszki szlacheckie, ślizgające się po Anglii bez zagłębiania w szczegóły, nie były zajmujące dla nikogo i dopiero wzmianka o najbliższej aukcji wierzchowców zwróciła jego uwagę. Kiedy jednak poprosił o więcej informacji, nie zainteresowana tematem Klara Bachumer, nie wytrzymała kolejnego widoku Mai.

— Czy to nie była Mai Ildon? — zapytała z niebiańską troską, gdy kelnerująca wyszła.

Kira westchnęła zrezygnowana.

— Owszem, to j e s t, Mai Ildon, pracuje tutaj — odpowiedziała, tylko trochę nerwowo. James, uśmiechnięty w duchu, czekał na ciąg dalszy.

— To bardzo niewłaściwe...!

Milczenie, które ciężką kotarą przykryło stół, o mało nie sprowokowało Jamesa do wybuchnięcia szczerym i serdecznym śmiechem. Pastor był podobno tak dobrodusznym człowiekiem, że właśnie dlatego jego żonie uchodziły bezkarnie, tego rodzaju nieprzemyślane zagrywki. Coraz to częstsze i, częstsze i więcej...

— Co ma pani na myśli? — zapytał lekko.

— Powinna być przy mężu!

Kira zamierzała odpowiedzieć, ale James posłał jej uspokajające spojrzenie, zawierające prośbę, aby to jemu pozwoliła zająć się sprawą.

— Jej mąż się szlaja po Londynie — oświadczył, wzbudzając przy stole pomruk.

— Przy takiej żonie...?!

— Jakiej...?! — dała o sobie znać głębia głosu Jamesa.

— No...

— Od trzech miesięcy go nie widziała — naciągnął fakty.

— To nie nasza...!

— Została bez środków do życia — padła kolejna niezbyt prawdziwa informacja.

— Mogła...!

— Potrzebowała pomocy i ją uzyskała.

— Tak, ale...!

— Uważa pani za niewłaściwe poszukiwanie pracy przez kobietę, wobec której mąż nie wypełnia swych podstawowych obowiązków? Czy może faktu, że pani hrabina udzieliła jej pomocy, oferując pracę i dach nad głową? Czy, jako żona pastora nie powinna pani mieć więcej miłosierdzia w sercu, a w łapkach mniej kamieni...?!

Kilka osób nie wytrzymało, parskając śmiechem.

— To nie tak, panie Tager! — wziął w obronę żonę pastor. — Klara nie zna wszystkich niuansów sprawy i dlatego...

— Zapewne — James skłonił głowę w kierunku zapiekłej w nienawiści Bachumer, mając szczerą nadzieję, że baba zechce powalczyć. Jednak ta odczytała jego życzenie bezbłędnie i zaskoczyła go, gdyż na jej twarzy wykwitło zmieszanie. Ktoś inny jednak przyszedł jej z pomocą.

— To prawda, że nie znamy wszystkich niuansów — odezwał się afektywnie baronet. — Ale znam Ildona i uważam, że małżonkowie powinni to jakoś ułożyć między sobą, gdyż...

— Jesteś pan posłańcem jej męża? — James siedział w jednym rzędzie z baronetem, oddzielony trzema osobami, ale nie wychylał się, by go widzieć. Pytanie rzucił przed siebie. — Może koleżką-adwokatem...?

Barton nie odpowiedział od razu.

— Za adwokata to chyba uważa się... Pan?! — Z wyraźnym trudem przeszło mu przez gardło ostatnie słowo. — To dziwne, że tak pan broni Mai Ildon...? Tak, jak zresztą innych w naszej parafii... Suzi Kontom, czy naszej sławnej... Lulu Hill... — Na chyba wszystkich twarzach przebywających w jadalni kobiet, wykwitł rumieniec zażenowania. Ale największy u pastora, któremu James musiał posłać dyskretnie, uspokajające spojrzenie. Nie miał najmniejszego zamiaru wyskakiwać z takim kalibrem, nawet pomimo triumfującego wzroku Klary Bachumer, której nienawiść ochoczo odwzajemnił. — Tak się składa, że wiem, iż mąż na Mai czeka... — zakończył Barton dumnie.

— Dziwi pana, że staję po stronie atakowanych bądź potrzebujących pomocy kobiet...? — zapytał prowokująco James.

Ponownie rozległ się pomruk przy stole.

— Nie o tym mówię. Przytrzymywanie mężatki wbrew woli jej męża...!

— Dlaczego po nią nie przyjedzie?

— Rolą żony...

— Pani Ildon nie jest tutaj więziona, niech więc ten obwieś, który zostawił ją bez środków do życia, się po nią pofatyguje. Nie uważa pan, że żona ma prawo do opieki, której ta łajza, pana koleżka jej odmawia...?!

Pomruk numer trzy.

— Uważam, że powinien pan zostawić Mai Ildon, bo to nie pańska sprawa! — baronet podniósł głos.

— Ani pańska! — odciął się James.

— Lulu zapewne na pana czeka!

— Powiedziała panu...?

Tym razem parsknęła jedna osoba. James się domyślił, że wicehrabina.

— Wszyscy wiedzą, że pan u niej był! — Barton usiłował się roześmiać.

— Kilka minut.

— I przez kilka minut można wiele zdziałać...! — Wymiana zdań już dawno przekroczyła wszelkie normy obyczajowe, a baronet zatrzaskiwał sobie właśnie wiele drzwi.

— Niewiele wiem o Lulu — James głęboko i głośno westchnął. — Ale wiem jedno. Współczuję i jej i wszystkim kobietom wizyt, w których obrębach czasowych pan się specjalizuje...

James, który z obawą spojrzał w stronę swoich hrabin, ze zdumieniem ujrzał na ich twarzach aprobatę. Właściwiej rzec będzie: skonsternowane rozbawienie. Szczególnie u Natalie.

Goście trawili wymianę słów różnie. Maria Pitter otwarcie się śmiała, a jej dama do towarzystwa, zubożała szlachcianka, uznając się za zbyt nisko urodzoną do okazywania otwartej wesołości z baroneta, próbowała za wszelką cenę się powstrzymywać. U innych wyglądało to podobnie, przy czym dwaj szlachcice mieli miny nieco głupie. Nie weselił się także pastor, bo to by zwyczajnie nie licowało z jego urzędem oraz jedyna z kobiet, jego zacietrzewiona żona, która przystopowana, nie do końca ogarniała temat, zamknięta w skorupie własnego, ciasnego światka. No i z całą pewnością nie było do śmiechu, spurpurowiałemu baronetowi, powstającemu z krzesła z okrzykiem:

— Chamstwo! Za kogo pan się ma?! I co pan robi w tym domu...?!

I wtedy wstała też Kira. I okazało się, że nie jest wcale taka bezbronna, na jaką czasami wyglądała.

— I ciotka pana zostanie o pańskim chamstwie powiadomiona! — oznajmiła zimno. — A teraz proszę stąd wyjść!

James nie był wcale z tego zadowolony. Plan, który układał starannie w głowie, właśnie poszedł w diabły. Chyba że inna część plotki o baronecie i Mai okazałaby się prawdziwa. W co jednak, obserwując Mai, coraz mniej wierzył. Uznał jednak, że ostatnie słowa fircyka są zbyt obraźliwe dla całego domu i utrzymywanie w ścisłej tajemnicy swojej tożsamości nie jest tego warte.

— Poznałem hrabiego — zaczął, wstając i mówiąc prawdę, w dalszej części nie trzymając już się tej prawdy i blokując baronetowi możliwość opuszczenia pomieszczenia. — Poprosił mnie, z racji odbywanego przeze mnie urlopu, o towarzyszenie jego matce w podróży w tych niebezpiecznych czasach...

— Nic mnie to...!

Towarzystwo jedynie pisnęło z przejęcia, gdy James strzelił szlachcica w pysk wierzchem dłoni.

— Jako byłego marynarza Jej Królewskiej Mości i posiadacza patentu oficerskiego... — Maria Pitter wytrzeszczyła oczęta, zakrywając sobie końcami dłoni usta. — ... Obowiązują mnie pewne podstawowe zasady, dotyczące zachowania wobec pań, czego tobie, prostacka, chamska gnido, najwyraźniej brakuje...! — Baronet, oparty o krzesło i trzymający się za policzek, spoglądał z nienawiścią, bojąc się jednakże zaprotestować. — Niestety, zatrudniła mnie hrabina Natalie i nie reprezentuję jeszcze korpusu oficerskiego, co uniemożliwia mi urwanie ci, prostaku, łba przy samej...! Albo przynajmniej parszywego jęzora! Chyba że na rozkaz! — Zwrócił twarz do Natalie. — Mogę go zabić? — zapytał, biorąc do ręki pierwszy z brzegu sztuciec.

Można się dziwić, ale jedynie trzy z obecnych kobiet, nie uznały tego za żart.

>>><><<<

Za odpowiedź, James polubił Natalie do grobowej deski.

— Nie, James, nie możesz! Krew może nieodwracalnie zaplamić parkiet...!

Jeżeli baronet liczył, że ktoś się za nim ujmie albo wraz z nim opuści hrabiowski dom, to srodze się zawiódł. Niespotykana sytuacja rozgrywająca się na ich oczach zdumiała i przerosła wszystkich. Jedynie Natalie zachowywała zimną krew, jako najbardziej doświadczona salonowymi rozgrywkami oraz Kira i Maria, które przetrwały i wygrały starcie z wysoko postawionymi matronami w domu markizy Galen. Pozostałe, trzy parki mniejszej szlachty i kilka osób im towarzyszących, zszokowane, wolały zachować milczenie i opowiedzieć się za gospodyniami. Tym bardziej że baronet zachował się niegodnie, a reakcję Jamesa uznano, jako u marynarza i przyszłego oficera, za właściwą, nawet w gronach towarzyskich, omawianą szeroko później. Pastor był zbulwersowany, jak pastorowi przystało, a Klara oszołomiona i zdruzgotana. Tej nigdy do głowy by nie przyszło, że przy stole szlacheckim może dojść do rękoczynów i za całe zamieszanie obwiniała Mai Ildon.

James zmusił baroneta do wydukania przeprosin, chociaż każdy obecny wiedział, że nie będą szczere, a Kira wyrzuciła go z domu, powtarzając groźbę o poinformowaniu o zajściu jego ciotki. Po czym były marynarz zadał jak gdyby nigdy nic, pytanie na temat aukcji koni. I z każdym, padającym słowem, coraz bardziej się wściekał. Na siebie.

— Kiedy? — zapytał i tylko dwie hrabiny rozumiały, widząc jego zmieniającą się twarz, że coś nie jest w porządku, a jedynie Natalie, dokładnie co.

— Pojutrze — brzmiała odpowiedź wicehrabiny, uważnie obserwującej Jamesa. — Czy to jakiś problem?

— Czy otrzymała pani oficjalne zaproszenie? Albo ktokolwiek z państwa? — Rozejrzał się po szlachcie.

Odpowiedziało mu wzruszanie ramionami z przeczącymi gestami głów.

— Więc poczta pantoflowa... — myślał na głos, rozumiejąc już, dlaczego major nie zostawił majątku Terbreekom.

— Pojedziesz tam jutro. — Natalie także zrozumiała powagę sytuacji. Aukcja przed sezonem i w środku tygodnia mogła oznaczać, że ktoś właścicieli do tego zmusił albo majątek potrzebuje zastrzyku gotówki. I to dużego. Pozostawały jedynie nieznanymi odpowiedzi na pytania, czy ten ktoś wiedział, że Terbreekowie właścicielami nie są i czy są przy zdrowych zmysłach, ewidentnie próbując zarżnąć krowę, która ich karmi?

— Powiecie nam państwo, o co chodzi? — zapytał nerwowo jeden z mężczyzn, jak James się dowiedział chwilę później, właściciel mniejszej hodowli. — Wybieram się tam, a... Cóż. Pan wygląda jakby...?

— Mówicie o panu Terbreek jako o organizatorze aukcji, a ja wiem, że tym majątkiem zarządza lord kanclerz...

— To jest wiadome powszechnie, ale podobno ktoś inny otrzymał uprawnienia i z tego powodu...? — Hodowca popatrzył niepewnie na Jamesa. Miał uczciwą i zatroskaną twarz.

— No, cóż — James postanowił skłamać. — Chyba że tak... — Myślał już o tym, co zrobi z panem Terbreek. — Możliwe... Nie mniej... Jako że lordowi wiele zawdzięczam, będę zmuszony się temu przyjrzeć.

— Aukcja się może, nie odbyć?

— Skoro to tylko pogłoski, a nie zaproszenia na piśmie — zauważył rzeczowo James — nie ma raczej mowy o aukcji, lecz o zwykłej sprzedaży w większym gronie... Możliwe, że do jakichś transakcji dojdzie...

Natalie wykorzystała wejście służby, Mai i kilku dziewcząt dochodzących, przyszłych z głównymi daniami i zmieniła temat. Poparła ją synowa i towarzystwo zajęło się dziwacznymi oświadczynami diuka Eltona, o którym każdy wiedział, że raczej kobiety go nie interesują.

>>><><<<

Wicehrabina, nie będąc do końca pewna podwójnej tożsamości Jamesa, po obiedzie chciała go zarzucić pytaniami, ale się grzecznie wymówił. Tłumacząc się spadłymi na jego barki problemami, przeprosił i uciekł do ogrodu, żeby móc je w spokoju przemyśleć. I usłyszał psy.

Z całą pewnością nienależące do hrabiego, gdyż te charakteryzowało pilnowanie pałacu w pozycji śpiącej. Odgłosy doszły go z okolicy pralni.

Okrążył budynki i wyszedł od tyłu. Prosto na sforę. Zawarczały.

— Morda! — wydobył gdzieś z głębi piekieł, zdecydowanie podchodząc do psiarczyka i odbierając zaskoczonemu smycz z ręki. Towarzyszący mu drugi mężczyzna, usiłował zaprotestować.

Z groźną miną zatrzymał się wpół drogi, gdy James pochylił się nad psami, kompletnie go ignorując. Zwierzęta były zdezorientowane, James je uspokajał. Nie potrwało długo, by zamerdały ogonami.

— Ktoście wy? — James zwracał się do ogarów.

— A co panu do tego...?! — zapiała jedna z trzech, towarzyszących psiarczykom praczek. Miała na imię Polli i wyglądała podobnie, jak i pozostałe. Niezbyt urodziwe, ale żywiołowe, zazwyczaj roześmiane i pięknie zaokrąglone. — Nie mieszka pan tutaj...

— Ty także nie — zauważył przytomnie.

— Ale my tutaj pracujemy! I dla hrabiny Kiry, a pan...! Wszyscy wiedzą, że panie za sobą nie przepadają! Jest pan obcy i wróg...! — poparła koleżankę druga, Kitty. James się wzdrygnął, gdy kilka dni wcześniej usłyszał jej imię.

— Wróg — przyznał — ale nie hrabin... — Jego głos zaczął się przeistaczać w nieprzyjazne dudnienie. — Jednak fląder sprowadzających szpicli do tego domu i pomaganie im w wynoszeniu z niego informacji, już tak...! — Dziewczyny poczerwieniały. Bardziej jednak z gniewu aniżeli ze strachu, co James zarejestrował z przyjemnością. — Ci dwaj, których chronicie, są tutaj na przeszpiegach — nie zgadywał, informował na wszelki wypadek. — A mnie interesuje, jakich informacji i kto, zażyczył sobie na dzisiaj...? — Patrzył już tylko na psiarczyków.

— Spierdalaj! — zabrzmiała odpowiedź. — I oddawaj psy! To psy Lorda!

— I to je upoważnia do robienia na hrabiowski trawnik...?!

— Oddawaj! — brzmiało to średnio groźnie, pomimo podniesionego głosu.

— Co psy lorda Remixa robią na terenach lorda Nathleya? — zapytał James jeszcze raz i jeszcze względnie przyjaźnie.

— Lord ma przy granicy jedną z rezydencji!

James o tym wiedział, jak i o wszystkich domostwach w okolicy oraz jego szlacheckich lokatorach, czego nie omieszkała mu wbijać do głowy przez całą drogę do domu Nathley, hrabina Natalie. Tyle że granica pomiędzy Hrabstwami leżała, idąc łąkami i polami, o dobre pięć mil stąd.

— Pracodawca musiał obiecać wam niezłą premię za taki spacerek...? — Idźcie! — nakazał. — A ja pójdę za wami i odprowadzę psy... Zapytam też lorda Remixa, czego chciałby się dowiedzieć o Nathleyach. Może i ja zarobię...? — James powstał z przysiadu.

Ze strony psiarczyków padły jakieś tajne komendy, ale psy nie zareagowały. James rozpoznał przewodnika sfory i trzymał go przy sobie, opartego o łydkę. Zwierzę machało ogonem, a towarzysze mu wtórowali.

— Jazda! — ponowił rozkaz głośniej. — Albo zaraz będziecie przed nimi biec! — Wskazał im ręką kierunek.

— Lorda nie ma! Baronet Barton i lady chcą tylko wiedzieć, czy hrabiny wybierają się do Five'a na aukcję? — wymiękł jeden.

Jamesowi już w kuchni wyjaśniono, że lady Remix krzywo spogląda na dom Nathley. Chociaż nikt nie wiedział do końca, skąd wzięła się niechęć do siebie obu lordowskich domów. Plotkowano także o zażyłości lady z Bartonem, nie wierząc jednakże ani na jotę w jej sens, gdyż podobno do lady, pasowało jedynie określenie: straszna. Ale James, wymyślił sobie w głowie historyjkę pasującą do pewnego wydarzenia z udziałem obojga i tylko dla rozweselenia samego siebie, gdyż była nazbyt pikantna i niedorzeczna. Nie sądził, że już w najbliższej przyszłości, okoliczności pozwolą mu jednak, na zademonstrowanie jej na głos.

— I tyle? — udał zdziwienie.

— I co tutaj robi, do cholery! — było to oczywiste przedrzeźnienie — Mai Ildon i... No pan... Kim pan, do cholery, jest?! — Drugi z psiarczyków również uznał, że jeśli Remix, człowiek raczej stateczny, dowie się o ich eskapadzie, nie będzie tym zachwycony

— Po co im to?

— Lady jest ciekawska, tylko tyle. — Ten wzruszył ramionami. — A Baronet ma na nią chrapkę...

— Na lady? — strzelił James, wiedząc, że wzbudzi i licząc na wesołość otoczenia. Nie zawiedziono go. Do tego stopnia, że po policzkach dziewcząt pociekły łzy, wyprodukowane szaleńczym rozbawieniem. Napięcie, które zbudował James, zaczęło opadać.

— Na Mai! — Ciągle jeszcze śmiał się psiarczyk. — Mai jest niezła... Chyba, pan, zauważyłeś...?

Tym razem to James zaczął się śmiać. Patrząc na miny dziewcząt.

— Powiedzcie im — zaproponował, rozkazując w rzeczywistości — że hrabiny nie interesują się końmi na tyle, by uczestniczyć w aukcjach. I radzę wykonać moją prośbę, jeżeli chcecie w spokoju odwiedzać dziewczyny...! No i pod warunkiem... — Znowu się zaśmiał. — Że to je będziecie uznawać za apetyczne. — Obejrzał je sobie bezczelnie. — A jest to niezbitym faktem — zakomunikował. — Przychodzenie tutaj, żeby zachwalać jakąś mężatkę...? Och, doprawdy...?! — Popatrzył na nich ze wzgardą. — No, a poza tym... — Uniósł palec, by skierować go zaraz na bucik Polli. — Musicie przedtem wysrywać psy...!

— O żeż...! — wrzasnęła dziewczyna, zabierając się za podskakiwanie na jednej nodze. — Pieprzone kundle!

— Wasze psy. — Oddał najbliższemu psiarczykowi smycz.

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Cdn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Canulas 22.03.2018
    " z doświadczoną dwadziestodwulatką." - hmm?

    Czytam z wypiekami na ryju, choć to trochę też o bliskości piecyka. Jak są błedy, to znajdzie Ritha, bo ja za głeboko w fabule. Przy stole akcja - mio-dzio. U-RZE-CZO-NYM. (Chuj czy dobrze to podzieliłem) Scrolluję na środek i lecę dalej.

    "— Niewiele wiem o Lulu — James głęboko i głośno westchnął. — Ale wiem jedno. Współczuję i jej i wszystkim kobietom wizyt, w których obrębach czasowych pan się specjalizuje..." -AAAAA, kurwa, cudny sztylet. Lubię. LUBIEM.

    Czytamn dalej. Fel, słuchaj, wleź se na serię Ewoile albo Nazaretha i zobacz co wyczynia Ozar. Jak sie dobija o kolejne częśći.
    Zaklinam CIę - prowadź to jak naj-kurwa-dłużej. 100% w mój gust.
    Cudo.

    Idę dalej.

    Noo, powiem, że część taka iż najpierw zabrałem łąpy z klawiatury "wykichałem się" (Tak Łito, można) i dopiero "wcisłem" piątaka.
    Brawura.
    200 odcinków minimum ma być.
    Miss Fel, nie żartuję. Robotę robisz wyborną.
  • Felicjanna 23.03.2018
    w tamtych nieczasach, można by taką uznać za starą babę, heh
    I spoko, będę pisać, choćby dla paru osób, w których gust trafiam, dobrze się bawię w tym nieświecie i poprzemycam parę mych spojrzeń na świat rzeczywisty.
  • Canulas 23.03.2018
    Chodzi mi o zapis. Dwadziestodwulatką - NIe - dwudziestodwu? ;)
  • Felicjanna 23.03.2018
    o matko! hahahaha, dopiero widzę, hehe, ale babol! Dzięki Canu, zaraz poprawiam.
  • pasja 24.03.2018
    Intrygi gonią intrygi. Pastorowa niezła hetera. Widać kto w ich związku ma władzę. James jest bardzo dobry w tym co robi i ma przyzwolenie. W tak młodym wieku potrafi być dobrym obserwatorem i mediatorem. A przy tym ma cięty język i niezły humor.
    Kawał dobrej roboty Felicjanno.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Felicjanna 25.03.2018
    Tak, spokoju w jego żywocie to ja nie przewiduję i cieszę się, że kupujesz treść.
    Dzięki za komentarz i pozdrówka
  • Ritha 06.04.2018
    Fajny wywód o plotkach.
    „Dowodzenie korsarzami, czy starcia z ograniczonymi wieśniakami, miały się nijak do prowadzenia bezpiecznej konwersacji ze szlachtą” – no tak, biorąc pod uwagę jego umiłowanie do wolności wypowiedzi, to nie lada wyzwanie

    „pogarda i pycha, oznajmiająca całemu światu, że robi mu łaskę, stawiając stopy na jego gruncie, a jednocześnie wyraz oczu świadczący o niezbyt lotnym umyśle” – dobry opis

    „Milczenie, które ciężką kotarą przykryło stół” – ładnie ujęte
    „ Czy, jako żona pastora nie powinna pani mieć więcej miłosierdzia w sercu, a w łapkach mniej kamieni...?!” – świetne

    „— I przez kilka minut można wiele zdziałać...! — Wymiana zdań już dawno przekroczyła wszelkie normy obyczajowe, a baronet zatrzaskiwał sobie właśnie wiele drzwi” – to + zła słowna przepychanka świetna

    „— Niewiele wiem o Lulu — James głęboko i głośno westchnął. — Ale wiem jedno. Współczuję i jej i wszystkim kobietom wizyt, w których obrębach czasowych pan się specjalizuje...” :DDD

    „Towarzystwo jedynie pisnęło z przejęcia, gdy James strzelił szlachcica w pysk wierzchem dłoni” – wow, tego się nie spodziewałam

    „o dobre pięć mil stąd” – pamiętasz o jednostkach, zazdro ;)

    Fel, jest zajebiście. Serio.

    Ps.
    „Jak są błędy, to znajdzie Ritha” pedziano, otóż, hm, no nie znalazłam, a patrzyłam dość wnikliwie :)

    „Noo, powiem, że część taka iż najpierw zabrałem łąpy z klawiatury "wykichałem się" (Tak Łito, można) i dopiero "wcisłem" piątaka” hahahaha, też już się skupiam naciskając :D

    Gwiazdy *****
  • Ritha 06.04.2018
    to + zła słowna - cała*
  • Felicjanna 08.04.2018
    Ritha zawsze mi miło, jak błędów nie nawalę, ale lubię gdy ktoś je dostrzega. I cieszę się, że to bez. No, ale bardzie, że tekst Ci leży, bo lepiej z błędami niż bez i niczego, z zamierzonych przeze mnie odbiorów.
    Jak się śmiejesz, praca udana
    Pozdrówka

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania