Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Cztery ściany absurdu -01- Wycieczka

Jeżeli nie czytałeś, wróć do prologu. Jest istotny dla całych przygód.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

CZĘŚĆ I _ Przedmurze

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Rozdział I - Wycieczka

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

— Statek!!!

Bocianie gniazdo darło mordę na cały regulator. Jak zwykle, gdy służbę pełnił Gonzo, typowo budząc przez radiowęzeł nocną wachtę. Przeklinali sukinsyna, niezmiennie zarzekając się, że któregoś dnia zrąbią jego miejsce pracy podczas jej trwania i tylko James, obudzony i zaciekawiony, postanowił się przyjrzeć nowince.

Brzmienie meldunku sugerowało, że nie chodziło o Hiszpana, gdyż wówczas ogłoszono by alarm pościgowy, ale i tak po miesiącu pustki stanowiło to jakąś atrakcję.

Oparty o reling obserwował, jak szybko maleje dystans do jednostki. Małego dwumasztowego wycieczkowca, używanego na Karaibach do pływania pomiędzy wysepkami, a tutaj w rejsie po obrzeżach otwartego oceanu. I o mało nie wypadł za burtę z wrażenia, gdy Horatio Birt podał mu lunetę ze słowami:

— A cóż to, za cholerna bandera?!

— Nie wiedziałem, że Szwajcaria ma dostęp do morza — odpowiedział James, zaraz po pierwszym zerknięciu. — Coś mi tu nie pasuje, panie bosmanie...

— Kapitan śpi, Madera...! — zauważył ten groźnie i znacząco, używając Jamesa przydomka. Przezwiska nadanego mu zaraz po pierwszym wejściu na pokład, a związanego ze skrzynką „Madery” kapitana, którą uratował przed wylotem za burtę. Od zderzenia się z mało rozgarniętym stewardem Nickiem Nickiem, po miesiącu rejsu, już niemal nikt nie nazywał go inaczej.

— Wiem, mój „Bohu” — było to wet za wet. — Ale Szwajcarzy nie mają floty i chociaż może to być jakiś bankier z laluniami na wycieczce...

— Z laluniami?! — zdumiał się Birt.

— Naliczyłem pięć — potwierdził James. — Na pokładzie. A kto wie, co tam w czeluściach przepastnych, obleczonych szkarłatem...

— Przymknij się! — wesoło warknął bosman. Jak zawsze, na poetycką manierę stosowaną czasami przez pana masztowego, a będącego w rzeczywistości jego bezpośrednim podwładnym i uczniem. I na odwrót, sam uczył się także od niego, przede wszystkim nieignorowania spostrzeżeń. Podchodząc zaś w pierwszej kolejności do zastępującego kapitana na mostku, porucznika Birko, umożliwił Jamesowi spokojny powrót do obserwacji. Birko, w przeciwieństwie do drugiego z poruczników, nadętego Mardocka, był inteligentny.

>>><><<<

Po pięć małych dział na każdej z burt, ludzie na pokładzie uzbrojeni w muszkiety, pistolety i broń białą. Zaledwie, albo aż trzydziestu. Do zdmuchnięcia jedną salwą, ale na walkę się nie zanosiło. Szeregowi marynarze, pod dowództwem kapitana, w nieznanych dla podpływających mundurach, stali w karnym dwurzędzie z muszkietami przy nodze, zwyczajnie przerażeni. „Kunta-Kinte” wyglądał przy ich łupince, jak lotniskowiec przy niszczycielu, a gdy jednostki zetknęły się burtami, z góry patrzyło na nich ponad dwieście par oczu. Lekceważąco i drapieżnie.

James spojrzał z zaciekawieniem na kobiety. Południowa uroda o niczym nieświadcząca, a u jednej nawet zanadto południowa- zapewne przez nieopatrzne, nazbyt długie przebywanie na słońcu. Mogły być Hiszpankami, ale równie dobrze Włoszkami, czy nawet i rzeczywiście Szwajcarkami z południowych kantonów. Elegancko ubrane, chroniące twarze przed słońcem parasolkami, ochładzały się dodatkowo nerwowo wachlarzami. Trzech młodych mężczyzn w garniturach od Armaniego, towarzyszyło im w nonszalanckich pozach, nie potrafiąc jednakże ukryć strachu. Szczególnie jeden.

— Ciekawe, czy mają „Milkę"? — Stojący obok Jamesa Jankins, głośno przełknął ślinę.

— Ja tam bym wolał inną słodycz... — stwierdził nie kto inny jak Larwon. Jeden z piątki, która nie pasowała Jamesowi do załogi, ale którzy, pod wodzą „swego” drugiego bosmana Simonsa, zachowywali się przez miniony okres rejsu wzorcowo.

— Kapitan nie pozwoli — orzekł ktoś z tyłu.

James patrzył na kobiety i myślał o „Milce". O sierocińcu, w pokrytej już zapewne śniegiem zimnej Anglii i jego mieszkańcach, owładniętych wieczną tęsknotą za słodyczami. Nie odezwał się jednak do tych na dole z myślą o sierotach:

— Macie „Milkę"?! — zapytał tonem szczeniaka-urwipołcia, głośno i po hiszpańsku.

Nie spodziewali się tak idiotycznego pytania, a Dracenowi nie trzeba było meldować, co właśnie się wydarza. Dosłownie wszyscy „Szwajcarzy” unieśli w kierunku Jamesa zdumiony wzrok, a jeden żołnierz, skołowany całkowicie, nawet odpowiedział. Po hiszpańsku:

— „Milki” nie, ale naszą... — i zamilkł spłoszony, gdy po „Kunta-Kinte” rozległ się głośny rechot, rozumiejących dostatecznie język hiszpański, korsarzy. I trwał dobrą chwilę. A gdy wytłumaczono także nieznającym języków obcych wagę zajścia, ci sukcesywnie przyłączali się do wesołości. Ale nie tylko to robili.

Już w chwili odpowiedzi żołnierza i bez rozkazu kapitana, kilkanaście muszkietów zostało wycelowanych w dół. Ten to tylko usankcjonował.

— Moi ludzie wchodzą na pokład! Proszę przygotować do oddania broń i nie robić niczego głupiego! — oznajmił groźnie. — Panie Birt, dwudziestu ludzi! Madera, pan zrewiduje kobiety!

Po pokładzie rozległ się szmer i chichot. Odgłosy zazdrości, pokpiwania, podekscytowania. Kapitan dorzucił:

— W jednej z ich kajut.

Dało się słychać liczne szepty:

— Poradzi pan sobie? Może pana zastąpić? Weź mnie pan do pomocy. — I tak dalej. James nie skorzystał. Jeszcze tego brakowało, aby przy kapitanie pokazał po sobie, że się poczuł niepewnie.

>>><><<<

Zanim do tego doszło, wspomógł bosmana. Kapitan zajmowanego okręciku zaczął odgrażać się złożeniem skargi na forum ONZ, na co odpowiedział dość zwięźle i tylko odrobinę naciąganie.

— Nosisz obcy mundur, żołnierzu — poinformował blednącego — w stanie wojny z naszym krajem. Może powinienem zaraportować kapitanowi, że trzeba pana potraktować, jak szpiega...?

— To nie jest mundur angielski — kapitan potwierdził ostatecznie swoją winę i zamilknął, widząc politowanie w oczach chłopca. Zabolało go to i chociaż poczuł się wystrychniętym na dudka, odezwał się nienawistnie. — A pan? Zdrajca?!

— Jeśli mam w sobie waszą krew, to chętnie się dowiem, który łotr zostawił mnie na siedemnaście lat w angielskim sierocińcu. Co przewozicie?

— Nic. To rejs turystyczny.

— Aha — James zauważył popłoch w oczach adwersarza i zwrócił się do Birta. — Moim zdaniem należy wezwać więcej ludzi i porąbać im ściany. — Skłonił głowę i poszedł robić swoje.

>>><><<<

Panie i ich towarzysze język angielski rozumieli doskonale. Chwilę także trwało, zanim oba okręty się ze sobą spotkały. Mogli się przygotować i uczynili to. Ich dłonie zdobiło dokładnie po jednym pierścionku na kobietę, a gdy James się przywitał, usłyszał, że dwa z nich są pierścionkami zaręczynowymi. Uśmiechały się do niego nieśmiało, z przebitymi, nagimi uszami, golutkimi szyjami i dekoltami, i stanikami, nerwowo oddychającymi, w uldze zapewne, po pozbawieniu ich ciężaru brosz. Pomyślał, że mają go za kretyna.

— To pani narzeczony, jak sądzę — stwierdził, patrząc w oczy tej, trzymającej rękę przestraszonego najbardziej mężczyzny. Niewiele starszego od Jamesa i bojącego się chyba bardziej o dziewczynę niż o siebie.

Potwierdziła, ostrożnym skinieniem główki.

— Nie chcę pań rozbierać — powiedział. — Nie tak mnie wychowywano. — Co było faktem, gdyż pani Malen, nauczycielka muzyki i tańca, dbała u niego także o ogładę i już sam fakt powierzonego mu zadania mógł u niej wywołać nieudawany zawał. — Mam jednak rozkazy, a wy kłamiecie — orzekł. — Za chwilę będziemy rąbać ściany i jeśli znajdziemy w nich skrytki z waszymi klejnocikami, każę odrąbać pani narzeczonemu... — zawiesił głos. — Dłoń, dla przykładu. Więc...?

Poczerwieniały niby wszystkie, Jamesowi udało się jednak dostrzec, u trójki z nich, rys kłócący się z jego wyobrażeniem o damach.

Podszedł do całej grupki, leniwie powłócząc nogami, korsarz Dart. Niósł klatki z ptakami. James nie należał do tych, którym się składa meldunki.

— Ich komuni... No, wiadomo, co... — Uniósł do góry gołębie. — Komórek nie majo, spawdzili my. Chyba że te, tutaj...? — Wiercił się w miejscu, przechylony w kierunku kobiet, głośno i bezczelnie wdychając ich zapach. James, połechtany lekko po próżności, pozwolił mu na kilka chwil.

— Dziękuję, marynarzu — zastosował się do tonu korsarza. — Sprawdzę — zapewnił. — A ptaki, kucharzowi!

— To okrutne! — zawołały damy. Ponownie w rozdźwięku tonacji, wskazującym o zróżnicowanym pochodzeniu całej piątki.

Dart zarechotał wesoło, by po chwili wręcz nienawistnie na to odpowiedzieć.

— Delikutaśne. Pewno nie bywajo na ichnych stosach...?

Bywały. Wszystkie. James domyślił się tego po ich rumieńcach.

— Chcesz mi może pomóc, panie Dart...? — zapytał.

>>><><<<

Dart był widokiem niepocieszony. Kilkanaście pierścionków oraz pięć pełnych zestawów biżuterii, na które składały się kolczyki, naszyjniki, brosze i bransolety- od przerażonych i wściekłych pań, plus po sygnecie i roleksie, od zbulwersowanych łupieżcością korsarską panów. Ci akurat byli Włochami, ale jak wkrótce wyznał, przyciśnięty do ścian widokiem siekier, kapitan- na okręcie hiszpańskim. Znalazła się także oryginalna bandera.

James sam wziął do ręki siekierę, zdecydowanie wybierając największą z przyniesionych i gdy jego pobratymcy rozbierali okręcik ze wszystkiego, co nadawałoby się do spieniężenia bądź na pamiątkę, sam zajął się „przeszukaniem” kajuty kapitańskiej.

Na pokład „Kunta-Kinte” trafiła cała broń, a nawet działka, które kapitan zamierzał sprzedać w najbliższym z neutralnych portów; prowiant, prócz wody i racji na trzy dni, obrazki, meble z zawartością, w tym biurko z ukrytym w szufladzie laptopem, kobierce oraz pieniądze i błyskotki załogi, i kilkanaście dających się rozmontować części statku. Wszystko to jednak zblakło przy niepozornym łupie Jamesa, którym okazał się wyrąbany z przemyślnej szczeliny liścik.

Przeczytał go na miejscu, odkrywając tym samym cel rejsu zdobytego okrętu i z miejsca zaniósł go bosmanowi, ujawniając dyskretnie treść.

Birt powrócił na „Kunta-Kinte”, a James pozostał, z obawami na karku i zafrasowaną, lecz zdecydowaną i srogą miną, powodując w pojmanych narastające przerażenie. Nadeszły rozkaz z ust kapitana, przyniósł mu jednak pewną ulgę.

— Panie Madera! Proszę przeprowadzić kobiety na nasz okręt!

Hiszpanie i Włosi próbowali zaprotestować, ale kapitan nie zmienił zdania. A gdy James uporał się z tym zadaniem, został posłany z powrotem. Tym razem kierował Simsons, z lubością niszcząc takielunek, rozkazując ze śmiechem Jamesowi, zrąbać też jeden z masztów, a kilku innym uszkodzić poważnie urządzenia sterujące.

— Naprawita w trzy dnia! — śmiał się. — I cieszta się, że kapitan... Bo ja, to bym was...! — mówił po angielsku i James to musiał tłumaczyć, i gdy Simons coś dodał o odpowiednim potraktowaniu zabranych kobiet, był autentycznie zniesmaczony.

Ogólnie jednak decyzja Dracena wydała mu się słuszna i trafna. Okręt wprawdzie udawał Szwajcara, ale nie walczył, więc zatapianie go byłoby nadużyciem. Dopuszczalnym, jak sądził, lecz nierozsądnym, gdyż zamordowanie z zimną krwią nie wchodziło w rachubę, a przeładowanie jeńców do szalup, dawało im większe szanse na szybsze dotarcie do najbliższej z wysepek archipelagu. Pozostawienie na okręcie, zmuszało do jego naprawy. I nie mogli zachować się inaczej. Przynajmniej tak założono.

Na odjezdnym, poinstruowany przez kapitana, zapowiedział im, że jeśli pokrzyżują korsarzom plany, kobiety, jako zakładniczki, zostaną stracone bądź sprzedane w niewolę.

Schodził z wrogiego pokładu ostatni. Z pałaszem na plecach, pistoletem za pasem i wielką siekierą w dłoni.

— Jeżeli ja jestem Bohu, to tyś sam diabeł! — podsumował go bosman.

>>><><<<

Cdn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (25)

  • Something 16.02.2018
    Dobry pomysł na opowiadanie :) Czekam na kolejną część :)
  • Felicjanna 16.02.2018
    Dzięki i już się pisze -:))
  • pasja 17.02.2018
    No i mają kobiety, wino i śpiew. Ciekawi mnie ten wyrąbany liścik i jaki jest kurs statku. Szkoda tylko gołębi, że pójdą do gara. Nie myliłam się Masztowy został Bondem.
    Płyń do przodu, bo czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Felicjanna 17.02.2018
    zgadłaś bez pudła, jak już po poprzednim komencie Twym napisałam, ale w sensie stricte Bondem nie będzie.
    Liścik w odsłonie kolejnej.
    Pozdrówka
  • Canulas 19.02.2018
    "Elegancko ubrane, chroniące się przed słońcem parasolkami, ochładzały się dodatkowo nerwowo wachlarzami." może zamiast drugiego "się" np - "twarze?"

    A tak to... Ale to jest kapitalnie pojebane. Statki, laptopy, Armani, komórki.
    Miszmasz przedni i nie nachalnie pisany.
    Very git.
  • Canulas 19.02.2018
    A tak w ogóle, to w końcu jestem jako tako ukontentowany ilością odwiedzających Cię osób.
    Pamiętam, że ten portal, to nie Twój główny (przynajmniej kiedyś tak pisałaś) target, ale poducha "odwiedzinowa" pod Twoją pierwszą serią zawsze mnie ostro wkurwiała.
    Na szczęście się to zmieniło.
    Pozdro, mis Fel.
  • Felicjanna 19.02.2018
    poprawiłam, a co do portalu, to obecnie opowi. jest moim startem, a w tamtym dostaję, cóż, hehe, manto prawdziwe. To, co Tobie tak się podobało najbardziej, tam zostało zmasakrowane i "musiałam" wprowadzić sporo zmian [tutaj także wersję poprawiłam i Bobry przechrzciłam na Wy...strzyg...li.]
    Tam możesz znaleźć konkursy literackie. Może Ci któryś podejdzie.
    Posłuchałam Twojej sugestii, ale chciałabym wiedzieć, czy nie przesadzam z wariacjami, bo wszak akcja jakaś ma być tutaj zawarta?
    Pozdrówka
  • Canulas 19.02.2018
    Ja tam teoretycznie zajrzałem pod kątem konkursu, ale mam mieszane uczucia jakoś, więc chyba nie przewiduję jakiegoś prężnego działania na kilku frontach.
    Zobaczymy.

    Czy nie mieszkasz za bardzo?
    Kurde, ciężko mi się odnieść.
    Jest to napisane bardzo naturalnie. Nie robisz z tych przyszłościowych wstawek jakichś hiper akcentów. Nie pokazujesz, że: o, patrzcie jak fajnie zaśmieszkowałam. Ta naturalność, to że mix jest podany tym samym torem, powoduje, że jest bardzo fajny.
    Mi pasuje, bo jest nienachalny.

    Bobry, to Twój złoty grall w mojej ocenie. Nie, że się muszą Bobry nazywać, bo nie muszą. Choć jako Bobry robiły właśnie kapitalną robotę.

    Kazdy wie, że strzygi, demony, upiory, są niebezpieczne. Ale potwory nazwane w ten deseń symbolizują naturę.
    Ale już nie o to chodzi.

    Mam nadzieję, że zostala ta wstawka: "Ostatnie spłonęła syte." - to robiło dla mnie, a jestem pojebany na punkcie detalu, kapitalną robotę.
  • Canulas 19.02.2018
    mieszasz* - autokorekta
  • Felicjanna 19.02.2018
    no pewnie, że takich detali nie tknęłam i masz rację z tytułem. Nie pomyślałam o tym, buuuu.
    Popoprawiałam jedynie zdania.
  • Kim 24.02.2018
    No to jadę z tym koksem, bo już dawno się przymierzałam, żeby do Ciebie zajrzeć ;)
    Czepiać się za bardzo nie ma czego. Miszmasz o którym wspomniał Can sprawia, że się trochę gubię i nie za bardzo potrafię sobie wyobrazić całą sytuację. Zazwyczaj widzę przed oczami całe scenariusze, a tutaj tylko te 'sceny' które potraktowałaś nieco większą dozą opisu. Aczkolwiek tekst ciekawy. No i ta tajemnicza karteczka z kursem ... zobaczymy, co z tego wyjdzie
    Lecę dalej :D
  • Ritha 22.03.2018
    Ok, jadę z tym :)
    „któregoś dnia zrąbią jego miejsce pracy podczas jej trwania” – ciekawa wizja, niektórzy by się ucieszyli ze zrąbanego miejsca pracy :D
    „— Naliczyłem pięć — potwierdził James. — Na pokładzie. A kto wie, co tam w czeluściach przepastnych, obleczonych szkarłatem...” – będzie z humorem, o jak dobrze, zresztą tytuł sugeruje, ale to nigdy nie wiadomo :D
    „z góry patrzyło na nich ponad dwieście par oczu. Lekceważąco i drapieżnie” – ładne uzupełnienie myśli na końcu

    „— Aha — James zauważył popłoch w oczach adwersarza i zwrócił się do Birta. — Moim zdaniem należy wezwać więcej ludzi i porąbać im ściany. — Skłonił głowę i poszedł robić swoje” – spoko gość, możliwe, że będę go lubić

    „— Delikutaśne. Pewno nie bywajo na ichnych stosach...?
    Bywały. Wszystkie. James domyślił się tego po ich rumieńcach” – tu szyk fajny


    „południowa- zapewne” – spacji brakło przed kreseczką
    ‘brosze i bransolety- od” – tu też, albo w ogóle niepotrzebna
    „kapitan- na” – tu też taka se jest kreseczka, se odstaje i se dynda i se jest może niepotrzebna? ;)
    „ z przebitymi, nagimi uszami”- nagie uszy? deczko dziwne, bo uszy zwykle są nagie, no nie wiem

    Ok. Klimat mi odpowiada. Lubię morskie opowieści, bardzo. Statki, wyspy, bosmanów, szalupy, te sprawy.
    A jeszcze bardziej lubię wyrazistych bohaterów. Jakiś taki charakterologiczny fetysz. W sensie choćby nie wiem jaka fabuła była, bez konkretnych postaci bardzo możliwe, że mnie nie zainteresuje. Tu póki co zapowiada się i fabuła, i bohaterowie. Zobaczymy. Póki co jest gites :)
  • Felicjanna 22.03.2018
    widzę Twoje komenty już pod trzema, ale od pierwszej.
    A więc, kreseczki, które tak Cię denerwują. Wahałam się przy ich użciu, ale to nie błąd. Tak właśnie zapisuje się dywiz jako odnośni. Czasami zastępuje przecinek, czasami dwukropek, ale ogólnie wskazuje, czego tyczy.
    Nagie uszy były dziwne, bo kobiety zawsze je ozdabiają. Tu zdjęto ozdoby, stąd taki opis.
    Cieszę się, że wdepnęłaś, ale od razu lojalnie ostrzegam, że napięcia CMYK-a u mnie, póki co brak. Wychodzi mi epopeja obyczajowo-pseudohistoryczno-przygodowo-porąbana, a że nie mam kata w postaci klienta nad tekstem, tak bawię się nim i podróżuję, bardzo daleko w oddali widząc cel. Tak czeka Cię długa podróż, ale mam nadzieję, że zabawna i jak ja, uśmiechniesz się czasami z moich dyrdymałów.
    Pozdrówka
  • Ritha 22.03.2018
    Nie to, ze mnie denerwują kreseczki, po prostu ich nie rozumiałam. Tera już są jasne, nie znam się na wszystkich interpunkcyjnych trikach ;)
    Nie szukam napięcia, starczy mi, że se piszę pod napieciem :D Szukam dobrych opek i to się takie zapowiada, epopeja obyczajowo-pseudohistoryczno-przygodowo-porąbana brzmi świetnie.
    Pozdrówka
  • Okropny 24.03.2018
    Zacząłem. Kilka błędów na początku, jakieś "Jak zwykle, gdy służbę pełnił Gonzo i budząc przez radiowęzeł nocną wachtę.", (dlaczego i budząc?)

    Tematyka marynistyczna, niby złota era, muszkiety, a i laptop, komórki? Hm. Jadę dalej, może mi się wyklaruje.
  • Felicjanna 24.03.2018
    powinieneś zacząć od prologu - laptopy to ogólnie "durnote" - wstawki humorystyczno-irytujące- do wyboru. Czasami czemuś służą, czasami nie. Chyba ten manewr widzę także u Ciebie, w ostatnich kawałkach.
    Jak wytrzymasz, czeka Cię długa podróż.
  • Agnieszka Gu 27.03.2018
    Witam.... Właśnie się tu dogrzebałam. Więc jednak pisałaś cd TW. Dziś padam, ale niedługo tu podlecę. Zaznaczam sobie teraz komentarzem, coby mi nie uciekło. Pozdrowionka :))
  • Felicjanna 28.03.2018
    Agnieszka Gu - a witam, witam. Bardzo proszę
  • Agnieszka Gu 29.03.2018
    No to jestem :)

    "Gonzo" - ? Jak ten z bajki o Fraglesach ;)) Przezywaliśmy się tak sto lat temu, jak chodziłam do przedszkola ;))
    Fajne i luzackie, w sam raz do porannej kawy :))
    Rozgoszczę się u ciebie trochę ;)
    Pozdrawiam
  • Felicjanna 29.03.2018
    Agnieszka Gu - a witam! Musisz pamiętać o motto; [wróć do prologu, 4 górne wersy] i nie przejmować się wstawkami z d... Bo Cię wywieje, jak Maurycego L. Może to być uciążliwe dla kogoś, kto pragnie epokowych realiów, a to jest zabawa. Plus - co my ludzie, na to czy na tamto...?
    Witam i pozdrówka
  • Agnieszka Gu 29.03.2018
    Felicjanna ok zastosuję się Prze Pani ;))
  • No dobra zacznę od prologu...:)
  • Canulas 28.03.2018
    No, kurw... czytaj, czytaj.
  • Dobre, to jestem po tej części i co powiem to powiem, ciekawie jest.
    Trochę zgłupiałem jakie to lata niby gdzieś tam ONZ (powstał w dwudziestym wieku) i muszkiety 16-17 moze 15 wiek. I jeszcze kilka nieścisłości. Nie wiem czy czytam zbyt nieuważnie, nie będę czytał ponownie. Troche skonfundowany, ale jednak na tak. Obaczym dalej
  • I odkopane :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania