Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Cztery ściany absurdu -08- Sierociniec i dalej

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Rozdział VIII - Sierociniec

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

 

Markiza była ostatnim ogniwem łączącym go z sierocińcem w rozumieniu emocjonalnym. Inni wychowawcy oraz wychowankowie byli jedynie współlokatorami. Żył z nimi, czasami o nich troszczył, lecz zbliżył się jedynie do Five, Malen i Mary Sue. Dziewczynki, która opuściła sierociniec trzy lata wcześniej, a rok później i ziemski padół, skacząc w letniej sukienczynie do przerębla. Obecnie potrzebował dużej dozy samokontroli, by bez widocznych emocji, stawić czoła śmierci ukochanej nauczycielki. Nie chciał okazywać smutku i bólu, szczególnie przy wychowawcach.

Pani Malen zostawiła wszystko jemu. Trochę pieniędzy, złoty łańcuszek z krzyżykiem i broszkę oraz zapieczętowany list- do niego. Szukał innych, ale oprócz sporego zbioru nut, w tym jego własnych próbek kompozycji, niczego nie znalazł.

— Szukaliśmy. — Stał przy nim Rob Blaminn. — Ale chyba nie zdążyła napisać do innych. Do syna...

— Szkoda... Ale ważne, że porozmawiali i pogodzili się. Wybaczyli sobie. — James westchnął. Blaminn okazał zdziwienie. — Jakieś dwa lata temu — doobjaśniał chłopak. — Powiedziała mi, że przyjechał do Anglii. Była taka tym przerażona i zachwycona... Wzięła wtedy urlop i wróciła szczęśliwsza. O wiele. To zostaje. — Odłożył pieniądze na stół.

— No tak, pamiętam. Chyba pamiętam. — Pokiwał głową Blaminn. — Ale myślałem. Myśleliśmy...?

— Że w wieku sześćdziesięciu trzech lat, znalazła sobie kochasia?! — parsknął James bez gniewu, pakując wszystko do walizeczki i odkładając przeczytanie listu od ukochanej nauczycielki na później. Zbierał się do wyjścia.

— A ty, James? — Rob Blaminn przyjrzał się chłopcu, już nie chłopcu, z nieukrywanym żalem i wstydem. — Wybaczysz mi kiedyś swoje plecy? Że cię o mało nie zabiłem...?

— Tam nic już nie ma, Rob. — James, po raz pierwszy, zwrócił się do wychowawcy po imieniu. — Dawno ci wybaczyłem — dodał, nie do końca uczciwie. — W chwili, w której zacząłeś nas uczyć, nie tylko karać. Ucz te dzieciaki, niech mają jakiś wybór. — Wyciągnął do zgody dłoń. — Jak ja. — Nauczyciel uścisnął rękę Jamesa, kiwając głową, nieprzekonany do końca. Ale czyż miał prawo oczekiwać więcej? Nawet pomimo tego, że minęło już osiem lat?

W sierocińcu pracował od ponad roku i na początku, wszystko układało się dobrze. Ale własne problemy, złamane serce i poczucie sponiewierania, szybko dały o sobie znać i dzieciaki zaczęły go irytować. Zrazu, wyłącznie upominał, czasami krzyknął, lecz te gnojki niczego nie rozumiały, nie chciały słuchać. Zaczął więc wrzeszczeć, a potem poszturchiwać. Poszły w ruch ścięcia grzywek, rozdawanie policzków, nawet kopniaki- na rozwiercone, niegrzeczne bachory. I w końcu, razy szpicrutą, po których cierpiał katusze wyrzutów sumienia.

Tamtego dnia jedna z nauczycielek, przyprowadziła do jego klasy dziewczynkę. Mała miała dwanaście lat i w sierocińcu przebywała od miesiąca, od początku stwarzając problemy. Trafiła tam po tym, jak powieszono jej matkę, a o ojcu niczego nie było wiadomo i bawiło ją przeciwstawianie się wszystkiemu i wszystkim- mała szkodnica.

Miała w oczach ten rys. Przerażające go, bezczelne i wyzywające spojrzenie, pełne chytrości i nienawiści. Rys tamtej, jego ukochanej: lafiryndy, która o mały włos, nie zawiodłaby go na szubienicę. Tylko dzięki znajomemu stójkowemu, zatrzymał się w pół drogi i tamtej perfidii nie zabił- niejednokrotnie tego żałując. Uciekł do Londynu i znalazł nową pracę. Liczył, że dzieci go ukoją. Że zajmując się sierotami, odnajdzie sens i spokój. I tak też się stało, ale dopiero po starciu z Jamesem...

Kiedy wysłuchał kolejnego biadolenia biednej Fanking, odeszłej nazajutrz z pracy z powodu załamania nerwowego, nie zważając na konsekwencje, zabrał się za dziewczynkę. Przechylił ją przez ławkę, zamierzając ściągnąć rajstopki, w gotowości trzymając szpicrutę. I wtedy James wrzasnął.

— Ty gnoju!!! — Nauczyciela zamurowało. A ten mały, dziesięcioletni, wiecznie zadumany chłopiec, w jednej chwili znalazł się przy nim.

Szarpnął i wyrwał mu z łap dziewczynkę. A zaraz potem szpicrutę, natychmiast użytą na odlew.

Uderzenie po twarzy pozostawiło bliznę, która stała się wizytówką Blaminna na kilka lat. A na tym James nie poprzestał. Bił po głowie i próbujących, zasłaniać się przed razami rękach. Bez wytchnienia, aż nauczyciel wpadł w szał.

Rzucił się na chłopca, próbując go schwytać, ale malec był sprytny. Biegał po całej klasie, turlał się, skakał po ławkach i zasłaniał krzesłami. Uczniaki miały ubaw i nie omieszkując tego okazać, ryczały ze śmiechu. Fanking załamywała ręce, a mała suczka, Mary Sue, stała w rozkroku, podparta pod boki dłońmi, obserwując chytrze ich obu. Jakby badając. I milcząc.

Gdy Blaminn dorwał w końcu Jamesa, znajdował się w apogeum wściekłości i rozżalenia. Nawet nie specjalnie na niego. Raczej, na wszystkie ladacznice albo zwyczajnie płeć odmienną świata. I kiedy okładał chłopca, patrzył na dziewczynkę, która w jego oczach dziewczynką nie była. Na jej bezwstyd, pogardę i nienawiść.

Klasa powoli zamierała. Fanking zemdlała. Jakiś uczeń, widząc szaleństwo nauczyciela, pobiegł po pomoc i dzięki temu go oderwano. Patrzył po tym na znieruchomiałego Jamesa w zdumieniu. Przez wytartą, pociętą razami marynareczkę chłopca, przeciekała krew.

Rannego zabrano, a jego pozostawiono w klasie samego. W uszach dźwięczały mu wywrzaskiwane dziko, a potem już wydobywane w rytmie razów i wręcz wyszeptywane, słowa Jamesa.

— Nigdy więcej ła-chu-dro! Nie u-de-rzysz ni-ko-go! By-dla-ku! Al-bo cię chu-ju za-bi- ję! Ty śmie-ciu!!! — i tak dalej, w tym tonie.

Zatuszowano to. Nikt by się zresztą nie ujął za małym sierotą, a James przecież przeżył. Kiedy Blaminn odwiedził go w izbie dla chorych, próbując przeprosić, tamten spokojnie powiedział:

— Spierdalaj! I weź się za siebie! — Rob się wycofał. — Albo cię chuju, zakłuję we śnie! — dosłyszał, wychodząc i rozumiejąc, że nie jest to czcza pogróżka. A potem się nawet na wpół zaprzyjaźnili i w chwili szczerości, Rob ostrzegł Jamesa przed tamtą dziewczynką.

Opowiedział o sobie i podobnej do niej, dojrzałej kobiecie. O zwodzeniu, kłamstwach, czerpaniu satysfakcji z jego upodlenia. James wysłuchał uważnie, a potem ten, już wówczas trzynastolatek, poklepał nauczyciela po ramieniu.

— Na świecie nie tylko są kurwy, wie pan? — powiedział i się uśmiechnął. — Są też dziewczyny, wie pan? Cały świat dziewczyn...!

 

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Rozdział IX - Drugie spotkanie pierwszego stopnia

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

 

Do pensjonatu wpadł tylko na chwilę i po zostawieniu walizeczki pojechał do portu. Chciał jakoś zapomnieć o smutku, ogarniającym go na każde wspomnienie nauczycielki. Łagodnej, pełnej wdzięku kobiety, w najtrudniejszych dla niego chwilach w sierocińcu, stanowiącej oparcie. Jej trudnego, a nawet okropnego życia, które w przeciwieństwie do Blaminna i jemu podobnych, nigdy nie stanowiło problemu w kontaktach z dziećmi.

Jamesa uczyła od zawsze i nigdy nie gniewały jej błędy przez niego popełniane. Co najwyżej, gdy przyłapała go na czytelnym lenistwie, miała w zwyczaju unosić do góry jedną brew.

— Doprawdy?! — dziwiła się kpiąco. — Och, James! Doprawdy...?! Jaaames...?!

Zbliżyli się do siebie i gdy syn zapowiedział swój przyjazd do Anglii, opowiedziała mu o sobie prawdę. O swym nazwisku, pochodzeniu, kochankach męża i dojmującej samotności i wstydzie i kochanku swoim, który ją zdradził. O hańbie, napiętnowaniu, skazaniu i ucieczce na wygnanie. Z dala od syna i córki, którzy z woli męża mieli o niej zapomnieć.

Dwoje ludzi bez rodziny, wśród innych sobie podobnych.

>>><><<<

W kapitanacie odebrał patent. Na prawdziwe nazwisko, dzięki czemu uniknął opowieści o swym niesłychanym męstwie, a kilkadziesiąt yardów później napotkani korsarze zaprowadzili go prosto na kwaterę kapitana.

Zdziwił się, ponieważ przypuszczał, że Dracen wyjechał pod Londyn do rodzinnego domu i z miejsca o to zapytał, gratulując tytułu szlacheckiego.

— Nieoficjalnie. — Machnął ręką kapitan. — Uroczyście będzie po powrocie.

— Chyba nie wypływacie? — zdziwił się James jeszcze bardziej.

— Za cztery dni. Okręt nie potrzebuje napraw, a za to Królowa potrzebuje złota.

— A, tak... — James skorzystał z zaproszenia, wykonanego gestem przez kapitana i przyjął w dłoń kubek z winem. — Przyczepiła się do podwiązki... — mruknął.

— Rozmawiałeś z Królową?! Ha! I masz żal?

— A nie powinienem?

— O tej podwiązce trąbią już w każdej pijbudzie Anglii, a za kilka dni będą w pozostałej części cywilizowanego świata. A poza tym, Królowa się z tobą droczyła, James. Nie powinieneś się przejmować takimi drobiazgami.

James skinął głową w zgodzie, ale i tak czuł się, jak zdrajca.

Kapitan zakończył temat, oznajmiając, że za chwilę wyjeżdża na dwa dni do domu i chce wiedzieć, czy James płynie z nimi. Dodał przy tym, że Królowa jest przekonana, że tak właśnie się stanie.

— Rozmowa została przerwana i nie dotrwałem do planów względem mnie, ze strony Królowej czy lorda — oświadczył chłopak zaniepokojony. — Ale dowiedziałem się, że jestem w niełasce.

Dracen roześmiał się.

— Musiałeś ją zaintrygować — oznajmił.

>>><><<<

Nazajutrz zjawił się punktualnie z duszą na ramieniu, ale Królowej nie zastał. Wyglądało jednak na to, że kanclerz się jej spodziewa, gdyż bez przedłużania okólnikami rozpoczął przemowę o testamencie Five'a, jakby chcąc oszczędzić chłopcu spotkania z władczynią. Nic z tego.

Ledwie się rozsiedli, gdy zapukano i ponownie ukazała się jedna z dwórek, za nią ów tajemniczy mężczyzna, a dalej Królowa. Pochód zamknęła dwórka druga.

— Kontynuuj, lordzie. — Pani rozsiadła się wygodnie, nakazując to samo pozostałym. — Tylko raz-dwa. Pan bosman nie jest najważniejszą personą w państwie...

Lord odchrząknął.

— Major Five zapisał ci to i owo — zwrócił się do Jamesa. — Patent oficerski i nadzór nad swym, dosyć pokaźnym majątkiem. Bądź łaskaw nie przerywać! — zastrzegł, gdy chłopak chciał zerwać się z krzesła z nasuwającymi się pytaniami. — Nadzór obejmiesz w wieku dwudziestu jeden lat, a gdyby cioteczna wnuczka majora, pani Terbreek nie urodziła męskiego potomka, majątek stanie się twoją własnością- z rezydencją jej i jej rodziny... — Lord zamilkł. James miał minę, jakby się zamierzał roześmiać.

— A nie mówiłam? — Królowa to spostrzegła.

— Co ty na to? — zapytał Brixton.

— Kim oni dla mnie są? — odpowiedział pytaniem James.

— Obcymi ludźmi. Major Five...

— Zjawił się przypadkiem w sierocińcu?

— Nie zjawił się tam przypadkiem — odpowiedział za lorda nieznajomy. Po jego postawie, oszczędnych ruchach i stonowanym ubiorze, James określił mężczyznę jako pokrewnego w zawodzie do majora, a że był blisko Królowej, także najprawdopodobniej w hierarchii ważniejszego. W myślach nazwał go więc Agentem numer jeden. — Musiał na jakiś czas zniknąć i padło na pański sierociniec — James poczuł się wyniesiony po grzecznym tonie agenta, mimo że w głębi duszy uważał to za celowe zagranie na emocjach.

— Po roku pobytu coś w tobie dostrzegł — do wyjaśnień włączył się lord. — A że, jak wiesz, jego zdrowie zaczęło szwankować, postanowił uśpić swój patent, odejść ze służby i zająć tobą.

— Żebym mógł przejąć jego majątek? — James nie uwierzył.

— Mówił, że troszczysz się o innych i masz predyspozycje do służby dla kraju — odpowiedział lord, niezrażony sceptycyzmem chłopca. — Niestety jego wnuczka... Dość powiedzieć, że wyszła za nieodpowiedniego człowieka.

— Dlaczego na to pozwolono?

— Nie pozwolono, James! — Brixton powiedział to z naciskiem. Najwyraźniej miał dość tłumaczenia się z jakiejś nieistotnej Terbreek. — Dziewczyna uciekła i nie było innego wyjścia! — James postanowił już nie przerywać. — Kiedy poznasz państwo Terbreek, zrozumiesz, dlaczego major zachował się tak, a nie inaczej. I jest też patent, który umożliwia ci służbę w dowolnym pułku, w kraju i w koloniach, a co za tym idzie, nie musi kolidować ze sprawowaniem pieczy nad majątkiem. Więc...?

— Specjalny patent? Czyli co? Mogę służyć, gdzie chcę, a skoro jest uśpiony, to dla zachowania ciągłości, w stopniu majora? — Nie śmiano się głośno. Napotkał jedynie uśmieszki politowania. — No, jasne...

— Oficerem możesz zostać również, dopiero kiedy ukończysz dwadzieścia jeden lat i w stopniu podporucznika.

— Och, niekoniecznie! — wtrąciła Królowa.

— Najjaśniejsza Pani może zdecydować inaczej — zgodził się z ukłonem lord. — Mów, James. Nie mamy całego dnia, na zajmowanie się twoimi sprawami!

— Podporucznik bez tytułu, z hiszpańską gębą, którym będą pomiatać wszyscy w pułku. Nadzorca jakiejś obcej rodzinki, w domyśle, nieumiejącej zarządzać własnymi dobrami i wychowywanie ich dzieciaków, w duchu od rodziców odmiennym... Innymi słowy, użeranie się z nimi. Nie, dziękuję. Mam umiejętności i wiedzę, dzięki której mogę o siebie zadbać sam.

— Sam, jak samolub — skwitowała Królowa. — Mały, niedojrzały gówniarz, gotowy zostawić na pastwę ignorantów jedną z najlepszych stadnin w kraju! Ale... — Wstała, a za nią wszyscy pozostali. — Ale także posiadacz patentu bosmana, którą to posadę, jako bosman drugi, może objąć na „Kunta-Kinte". Dopóki nie dorośnie. Wraca więc na okręt...?

James zrozumiał to jako życzenie, nie rozkaz.

— Może jednak go szkoda na morze — zabrał głos Agent. — Słyszałem od Five'a wiele pochlebnych słów na temat pana, już bosmana. Mógłby mi się przydać.

— I u nas znalazłby zatrudnienie — odezwała się także niespodziewanie jedna z dwórek.

Królowa zaśmiała się. James zdenerwował.

— Jako kto? Błazen? — zapytał, patrząc dwórce w oczy. Była kilka lat starsza od swojej suwerenki, ale gdy James w nie spojrzał, zrozumiał natychmiast, że nie jest zwykłą damą dworu.

— Chodzą słuchy, że lubisz pan kolekcjonować ordery — odpowiedziała złośliwie. — Mógłbyś okazać się bardzo przydatny...

Władczyni śmiała się już głośno i otwarcie.

— Tyle propozycji! — zawołała. — Dorzucę jeszcze, że mogę cię wysłać, panie... Tager-Madera, do wojska. Żebyś przed uruchomieniem patentu, mógł się nauczyć bycia żołnierzem.

— Jako korsarz, byłem twoim żołnierzem, Najjaśniejsza Pani — spróbował zauważyć.

— I nie do końca zrozumiałeś, że korsarz, oznacza pirata w mej służbie! Masz obiekcje. Nie kradniesz, kiedy nadarza się sposobność i... Mordujesz morskie legendy — dodała. — Sporo przed tobą nauki, nie uważasz?

— Czy takie jest twoje życzenie? — zapytał.

Nie oczekiwał, żeby odpowiedź go zaskoczyła.

>>><><<<

Brzegi Anglii pożegnał w zasłonie gęsto padającego śniegu. Powitał w mglisty poranek, czerwcowego dnia. Dwa i pół roku później.

>>><><<<

Cdn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (10)

  • Canulas 09.03.2018
    — Na świecie nie tylko są kurwy, wie pan...? — powiedział i się uśmiechnął. — Są też dziewczyny, wie pan...? Cały świat dziewczyn...! - cudo. Przeczytałem pół. Wysyłam komentarz na gorąco. Cudo.
    To bezapelacyjnie najlepsza cześć tej serii i jeden z trzech najlepszych, napisanych przez Ciebie tekstów.
    Pierdolone, ociekające polpłynnym metalem, Sztosiwo.
    Czytam dalej. Klienci poczekają
  • Canulas 09.03.2018
    Zajebiste. I tyle.
    Kategoria "śmieszne" ni chuj nie pasuje. Za dobry tekst na śmieszkowanie.
  • Felicjanna 09.03.2018
    Masz rację, Canu, że kategoria jest do dupy. Ale tutaj po prostu nie ma odpowiedniej, bo pasowałaby jak ulał przygodowa, a jeszcze lepiej obyczajowa. Może zmienię na o życiu, bo za historyczną to mnie histerycy zlinczują. Fantazy też nie podchodzi, ale pozmieniam i to zaraz. A owszem, zgadzam się, że ten sierociniec mi wyszedł i w sumie poddał pomysł do już odleglejszych odcinków. Zresztą piszę jak najęta, bo temat mi podszedł, a tych durnowatych wstawek nijak nie mogę wyrzucić, bo mnie rozśmieszają i mam tylko nadzieję, że u innych nie wywołują jedynie uśmieszków politowania.
    Heh, jak oderwałam od roboty, to znaczy było git.
    Pozdrówka
  • Canulas 09.03.2018
    Fell - tekst jest wykurwisty. Jak nie ma kategorii, daj sama wzmiankę, że... Ten a ten jest w naleciałości takiej, a takiej.
    Malo powiedziane, że Ci wyszedł.
    Patrząc w przeszłość (wiem, że teraz się nazywają już inaczej, ale) - "bobrowałaś".
    Najlepsza cześć. Najlepszy kawałek.
    Napędził mi dzień.
  • Felicjanna 09.03.2018
    Nie inaczej -wrócił stary tytuł, miałeś rację co do wymowy.
  • Felicjanna 09.03.2018
    A tak a'propos, to właśnie dopicowuję kolejny kawałek. Pewno nie tak wyrazisty, niemniej kontynuacja oraz zawiązywanie nowych wątków musi trwać.
  • Canulas 09.03.2018
    No pewnie. Na limit tylko uważaj
  • pasja 09.03.2018
    Wszyscy kochają tego chłopca. Pewnie po drodze wyjdą może jakieś koligacje rodzinne. Od małego wieku miał mocne spojrzenie na niesprawiedliwość dlatego nauczycielka jemu zaufała. Jeszcze parę lat mu zostało do podjęcia ważnych decyzji w związku ze schedą. Na pewno stopień podporucznika go nie zadowoli.
    Znowu wypłynął w morze.
    Świetna część i z lekką nutą tajemniczości.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Ritha 26.03.2018
    „by bez okazywania emocji, stawić czoła śmierci ukochanej nauczycielki. Nie chciał okazywać smutku i bólu, szczególnie przy wychowawcach” – tu mi to okazywania/okazywać zgrzyta (ale to są wszystko moje subiektywne odczucia, pamiętaj ;))

    Toniemy w wielokropkach proszę Pani. Toniemy :D Połowa do wywalenia, serio, bez sentymentów może zamienić na kropki, tekst nie straci, a zyska.

    „Rob Blaminn przyjrzał się chłopcu, już nie chłopcu” – tu chyba nie kumam

    „poczucie sponiewierania” – ten niuansik mi się widzi
    Dobry opis dziewczynki.
    „Uderzenie po twarzy pozostawiło bliznę, która stała się wizytówką Blaminna na kilka lat” – brawo James, obrońca uciśnionych dziewczynek, gites
    Potem szał nauczyciela – cała akcja dobra. Lubię jak się cosik dzieje. No i fajnie, ze koniec końców się nawet zaprzyjaźnili.

    „W uszach dźwięczały mu wywrzaskiwane dziko, coraz to cichsze słowa Jamesa” – tu mi się gryzie, bo jak wywrzaskiwane dziko, to nie ciche, ale rozumiem, że w głowie cichną, no ok, w sumie może tak być

    „O swym nazwisku, pochodzeniu, kochankach męża i dojmującej samotności i wstydzie i kochanku swoim, który ją zdradził” – tu masz kilka „i”, więc pierwsze normalne, a przed kolejnymi przecinki (tak mi się przynajmniej wydaje, obadaj)

    „Dwoje ludzi bez rodziny, wśród innych sobie podobnych” – cudne
    „Okręt nie potrzebuje napraw, a za to Królowa potrzebuje złota...” – i to godne skopiowania, bo fajne (aczkolwiek ten wielokropek bym tu wywaliła, Królowa potrzebuje złota ciach, kropka)

    „— Rozmawiałeś z Królową?! Ha! I masz żal?
    (...) A poza tym, królowa się” – raz królowa jest z dużej, raz z małej

    „— Podporucznik bez tytułu, z hiszpańską gębą, którym będą pomiatać wszyscy w pułku. Nadzorca jakiejś obcej rodzinki, w domyśle, nieumiejącej zarządzać własnymi dobrami i wychowywanie ich dzieciaków, w duchu od rodziców odmiennym... Innymi słowy, użeranie się z nimi. Nie, dziękuję. Mam umiejętności i wiedzę, dzięki której mogę o siebie zadbać sam” – fajnie gada :)

    „Królowa zaśmiała się. James zdenerwował” – dobre, dynamizuje
    „— Jako kto? Błazen? — zapytał, patrząc dwórce w oczy” :D

    Świetne zakończenie. I logikę fabuły elegancko sklejasz. Jest super Fel, szczerze i z serca, ciekawam co dalej, zara czytam następną ;)
    Pięć ofkors :)
  • Felicjanna 26.03.2018
    Od końca- potrzeba było mu dodać trochę do wieku i doświadczenia.
    Błędy poprawiłam. Usunęłam też sporo wielokropów.
    Rob Blaminn przyjrzał się chłopcu, już nie chłopcu” – tu chyba nie kumam -
    chodziło mi o to, że wprawdzie krótko Jamesa nie było, to jednak walczył i zabijał, był z kobietą etc.- takie przeżycia odbijają się na twarzy - w domyśle, niewinność stracona bezpowrotnie, pomimo nawet jeszcze nastoletniego wyglądu.
    Błędy uznaję za normalkę i poprawiam, jeżeli żenady nie było, to można z czystym sumieniem kontynuować.
    Pozdrówka

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania