Cztery ściany absurdu -30- Hrabia

<<<<<<<<<<<<<<<<<

Rozdział XVI - Hrabia

>>>>>>>>>>>>>>>>>

 

Chociaż niewyspany, wyjechał z lżejszym sercem. Colombon zapewnił go, że zlokalizował drania, pomimo zmiany przez tamtego lokalu i wnikliwie przyjrzy się Ildonowi, a i Holmes obiecał wsparcie. Jednocześnie, wszyscy z ulgą przyjęli zdanie Jamesa o pani Manon, w którym przedstawił ją jako inteligentną i konkretną, ale nie jako osobę zainteresowaną współpracą z kimś, kto zamierzał krzywdzić obywateli Anglii. James uważał, że kobieta nie przyjechała jako turystka, że najprawdopodobniej wykonuje jakieś zadanie, ale powiązań bezpośrednich z jatkami na dziewczynkach bądź ludźmi za tym mordami stojącymi, wyobrazić sobie nie potrafił. Przy tym wspomniał, że wprawdzie to banał, ale kobietę czasami trudno zrozumieć, więc i stuprocentowej pewności co do charakteru Francuzki, mieć nie może.

— To nie jest banał — orzekła wówczas pani Christine. — To jest, panie Tager — położyła wyraźny nacisk — po prostu niesmaczne... — Nie tylko James był zaskoczony tymi słowami. Nawet sam Holmes wytrzeszczył na kobietę oczy. Widząc to, zdecydowała się swój punkt widzenia objaśnić. — Kobieta, która nie wie, czego chce i której nie sposób zrozumieć, to zwykła gęś i jeżeli mężczyzna w taki sposób się o kobiecie wyraża, za gęś ją uznaje. To... — Uniosła palec w stylu Jamesa — że wy nas rzekomo nie rozumiecie, jest bzdurą, wymówką, kłamstwem albo lenistwem — oznajmiła pewnie. — Kobiety doskonale wiedzą, czego chcą, a to, że wam się z reguły nie chce tego dowiedzieć, to już świadczy o was, nie o nas...

Pan Tager miał zapewne na uwadze waszą tajemniczość — bronił Jamesa Conan.

Ależ ja o nic pana Tagera nie oskarżam — żachnęła się kobieta. — Wyrażam jedynie swój punkt widzenia, ponieważ pan Tager jest młodym człowiekiem i ma prawo wiedzieć, co kobiety o tym i owym myślą... Chyba lepiej będzie, gdy dowie się o niektórych sprawach z ust starej kobiety, która już niejedno i niejednego... w życiu widziała... — zakończyła ze złośliwym uśmieszkiem na widok skonsternowanych min panów.

James uśmiechał się na to wspomnienie, podjeżdżając do „Słonia” i nie tylko z tego powodu, gdyż dzień był owocny i udany, także, jeżeli chodziło o stadninę.

Markiz Galen przywiózł patent Terbreekowi, z oznajmieniem, że ma się natychmiast zgłosić do kanclerza po przydział do wskazanej jednostki. W tym wypadku James miał tylko nadzieję, że mieści się ona z dala od stadniny.

Uśmiech mu jednak zgasł przy przywitaniu się z Karczmarzową.

— Jak tam w Londynie? Nie spotkałeś przypadkiem Lulu?

— Lulu...?! — zdumiał się.

— Rebeka Daren widziała ją w powozie. Chyba tym, który przedtem widziano na podjeździe hrabiów...

>>><><<<

Hrabia zajmował się handlem zagranicznym, a jego firma, założona wraz z dwoma wspólnikami, doskonale sobie radziła na rynku, więc przy tym trwał. Wybrał zaś takie życie, dlatego że tego chciał. Ponieważ hrabia, wcale hrabią być, nie miał.

Jako drugi syn lorda dostał do wyboru karierę oficerską, zostanie duszpasterzem albo- kim mu się żywnie spodoba, więc wybrał to trzecie, a pewnego dnia poznał dziewczynę, niejaką Kirę Ritten. A że ta siedemnastolatka miała o zgrozo czelność, pyskować do utytłanych dam, w tym i matki Hrabiego, mężczyzna nie miał innego wyjścia, jak się w dziewczynie zakochać. I wtedy nastąpiła tragedia. Konrad, nie będąc jeszcze po słowie z Kirą, a jedynie we wstępnej fazie wzajemnego zauroczenia, został zmuszony do zmierzenia się z konwencją. Nie dość, że z idiotyczną śmiercią starszego brata (szkoda gadać), to na dodatek z matką, której życzeniem było natychmiastowe oświadczenie się „owdowiałej”, zmarłego narzeczonej. Dziewczyna była nawet ładna, ale miała ten feler, że hrabia jej nie kochał ani nawet nie lubił. Matka usłyszała z niemałym zaskoczeniem zdecydowane: „Wykluczone! Mam już narzeczoną!” — i zanim zdążyła ochłonąć z osłupienia, Konrad, zgarniając po drodze pierścionek (który potem trzeba było przerobić), pognał z oświadczynami do Kiry. Dziewczyna nie była trzpiotką i bez ceregieli zgodziła się je przyjąć, a rok później zostać hrabiną. Hrabiną, która letnią porą cierpiała na samotność.

I ten właśnie człowiek, starszy o szesnaście lat, stanął wieczorem niespodziewanie dla większości domowników w hallu swego pałacu.

James tam dotarł zaledwie godzinę wcześniej, wściekły na siebie za niezajrzenie do powozu i na niefrasobliwość Lulu. Rebeka opowiedziaa karczmarzom, że ta machała do niej ręką z powozu i wyglądała na prawdziwie zachwyconą, ale Jamesowi to się nie spodobało i podejrzewał wszystko, co najgorsze. Obecnie wezwany przez zaniepokojoną Mai, wchodził do hallu, gdzie zastał spory tłumek obcych ludzi. Hrabina witała ich skonsternowana, a hrabia ją czule, gdy już z kpiącym uśmieszkiem- zerkał na Jamesa. Na tego, gapiło się zresztą z zaciekawieniem, pozostałych ośmioro przybyłych, na kłaniającą się służbę nawet nie zwracając uwagi. Jednak były to tylko pozory. W hrabim i innych wyczuwało się namacalne napięcie. Nikt, oprócz niego, nic nie mówił.

— Państwo zostają na noc, czy wpadli tylko obejrzeć atrakcję wieczoru? — uznał za konieczne zapytać James, kierując swoje słowa ni to do hrabiny, ni do hrabiego.

— James Tager! — Hrabia się roześmiał. — Cieszę się, że pomimo obiekcji, zgodziłeś się nie tylko pracować dla mojej matki, ale i domu! — zawołał jowialnie. James miał ochotę go trzepnąć. — Chyba muszę ciebie, kochanie — ujął dłonie żony i po raz kolejny ucałował — i ciebie, mój nietypowy majordomusie, solennie przeprosić za to najście. Ale chyba rozumiecie, że moi wspólnicy byli ciekawi najmłodszego w tym zawodzie w kraju? Albo i na świecie...? Poza tym przywiozłem narowistego ogiera i nie mam, zdaje się, stajennych...?

— Mam się okręcić, czy wystarczy widok z przodu? — chciał odpowiedzieć James, zaciskając zęby, bo cóż była winna hrabina, że mąż-kutas ją stawia w niezręcznej sytuacji. A wbrew temu, co hrabia sobie roił, nie pracował dla niego, lecz dla niej. Odpowiedział: — Ma pan za to koniuszego z prawdziwego zdarzenia.

— Czyszczenie stajni, Hartley, guwerner i... Spore porządki...? Nowy guwerner ma przybyć podobno jutro. Jak myślisz, spodoba ci się? Wybrała go moja matka...?

— Sądzę, że spodobać się ma państwu, nie mnie. John wywalił się zaś sam, bez mego udziału. — James kompletnie nie rozumiał, w jakim celu hrabia szuka z nim awantury. Czyżby go wtedy widział? Może Francuzka mu o spotkaniu z nim opowiedziała, a hrabia właśnie dodaje jakieś dwa do dwóch i dolicza się... spisku? — Obejrzał sobie dokładnie, przybyłe, obie panie. Żadna z nich nie była nawet odrobinę w stylu Jenevie. Pomyślał, że hrabia nie ma za grosz przyzwoitości.

— Jeżeli państwo zostają na herbatę...? — wtrąciła Kira, z nie do końca dobrze ukrytym niesmakiem.

— Nie, nie! — zaprotestował żywo drugi, obok Kounta, z przybyłych, o których można było wyrazić się, że cokolwiek sobą reprezentują. — Jesteśmy zdrożeni, a pan... Majordomus jest, jak widać drażliwy... Wpadniemy jutro obejrzeć ujeżdżanie, może nas nie wyrzuci...?

Hrabia spurpurowiał, zaciskając zęby, James popatrzył na dowcipnisia nieżyczliwie i lekceważąco, czym tamtego wyraźnie zdenerwował. Gość jednak zrezygnował ze sprzeczki, wychodząc najprawdopodobniej z założenia, że ani łatwo nie wygra, ani niczego nie osiągnie- prócz gniewu hrabiów. Ruszył do wyjścia, a szóstka gości niechętnie za nim. Zauważalnie nastawili się już na awanturę, a jedna z wymalowanych wyzywająco kobiet, obrzuciła Jamesa na odchodnym wyniosłym, ale i kokieteryjnym spojrzeniem. Odpowiedział uwodzicielskim, wzbudzając w niej, ni to popłoch, ni zainteresowanie.

— To było... Niestosowne! — oznajmił gniewnie hrabia, kiedy w hallu zostali jedynie domownicy i jegomość będący jego kamerdynerem.

— Bardzo — przyznał z przekąsem James. — Ale jest późno i chyba rozmowa między nami powinna zostać odłożona. Dawno się państwo nie widzieli...?

— Taaak... — zgodził się Hrabia. — Stajenni i ty... Jutro! — zabrzmiało to groźnie, ale Jamesa niewiele obeszło. Praca dla hrabiego i tak nie wchodziła w rachubę, a poza tym chciał natychmiast wracać do Londynu. Ukłonił się hrabiostwu i poszedł do kuchni. Mai usiadła zaraz przy stole, wyraźnie podenerwowana.

— Aleś pewny siebie! — zauważyła sarkastycznie. — Coś mi się wydaje, że szybciej stąd wylecisz niż ja...!

— I ciebie to cieszy?! — zbulwersowała się Klaudia, patrząc na Mai niemal z nienawiścią. James aż się roześmiał.

— No coś ty, Klaudio! — zauważył wesoło. — Naszej Mai, nie cieszy już nic absolutnie. Wszędzie szuka tragedii i spisków. To taka wieczna, becząca cipa. Gorsza od Suzi i Loli...

Mai zagapiła się na niego wściekle.

— Wyrzuci cię! — wrzasnęła. — A my znów dostaniemy...! Ta twoja niewyparzona gęba...!

— Ja tu i tak jestem tymczasowo. Musisz się z tym pogodzić i mam sporo możliwości wyboru, wiesz...?

— Ale my nie, James! — zauważyła oskarżycielsko, przedrzeźniając go: — Wiesz...?! — I zapewne kontynuowaliby ową przyjacielską dysputę, gdyby nie przerwał jej ktoś, wchodzący bez pukania do kuchni.

— To nie chlew! — zareagował natychmiast James.

— Kolację zjem u siebie — poinformował kamerdyner Hrabiego, we własnej osobie, a jak odebrał go James, zapewne pobratymiec Hartleya; identyczna postura i dumnie zadarty podbródek. — Klaudio, moja droga...?

— Oczywiście, Oskarze. — Kucharka, nieco młodsza od przybyłego, sprawiała wrażenie onieśmielonej i zagubionej. James, zawstydzony słowami Mai, odwracając od nich myśli, przyglądał się temu z ciekawością. Mai, która w domu przebywała niewiele dłużej od niego, przypatrywała się parce z rozbawieniem. Kamerdyner to spostrzegł i wyraźnie speszony, wybełkotał:

— Więc...? Czy ktoś zechce mi przynieść...?

— Zechce — odpowiedział James. — Skoro zjedzenie posiłku z Klaudią, uważasz za afront dla siebie...

Ten poczerwieniał.

— Dla pana, panie Tager, jestem pan Wilden i nie należę do pańskiej służby!

James się nim nie przejął, ale kątem oka zauważył, że kucharce jest przykro.

— Nie mam służby — odpowiedział nieprzyjemnym tonem. — A i pan, panie Wilden, takowej nie posiada. — Wstał. — Odnoszę wrażenie, że nie w smak panu wywalenie Hartleya! On także łaził po domu, jak chciał...! Ale dopóki tu jestem, będzie pan pukał do drzwi!

— Niedługo! — uznał kamerdyner. — I wypraszam sobie pańskie...! Jestem przyzwyczajony do traktowania z szacunkiem! A Klaudię szanuję bardziej niż pan, który z niewielkiej przyczyny, dopowiadasz historyjkę na własny użytek! — James nie przerywał, mając poważne wątpliwości, czy Kamerdyner rozumie sens, wypowiadanych przez siebie zdań albo, co mu przemknęło przez myśl, że ma całkowitą rację. — Dziś jestem zmęczony podróżą i chciałbym w spokoju zjeść i odpocząć u siebie. A panu to najwyraźniej nie w smak, że ktoś w tym domu ma czelność, nie naginać się do pańskiej woli! Nawet pana hrabiego ośmielił się pan... Upominać! A to jest niedopuszczalne! Mogę mieć jedynie nadzieję, że państwo wyciągną odpowiednie wnioski wobec pana, który się tu rządzisz, jakbyś był u siebie! — zakończył.

James milczał, zastanawiając się nad wpływem uczuć wobec hrabiego na innych domowników. Kucharka patrzyła zakłopotana, a Mai zafascynowana.

— Sporo w tym racji — przyznał po chwili. — Hrabiemu rzeczywiście nie należała się reprymenda... Lepszy byłby kopniak, może by się zachowywać nauczył...

— To jest...! - Kamerdyner, oburzony, aż się zachłysnął.

— Mąż, który nie raczył nawet powiadomić żony, o własnym przybyciu... I do tego z gośćmi... Z jakiejś... Instytucji... — Mai, która widziała kobiety, zachichotała. Kamerdyner poczerwieniał, co oznaczało trafność spostrzeżeń Jamesa. — Innymi słowy, twój szef zachował się jak szczeniak, stawiając żonę i dom w niezręcznej sytuacji, a że ja niezbyt czarująco z tego wybrnąłem? Skłonny jestem się zgodzić. I ani mi się będzie śniło pozostawać w domu, w którym domowników wystawia się, niczym małpy, na pokaz. A co do pańskich zmęczonych manier, to wygląda to tak, jakby wpadał pan tutaj, aby kogoś przyłapać na jakichś niecnych uczynkach. Ale cóż — dopowiedział — jaki szef, taki i sługa... A teraz się pan wynoś do siebie! Mai przyniesie, jaśnie panu kolację!

Kamerdyner nie uznał za stosowne odpowiedzieć. Skinął głową jedynie Klaudii i wyszedł.

— Tak Klaudio, wiem, że to ja zacząłem... — powiedział James skruszony.

— To nic, James — odpowiedziała Klaudia, szykując tamtemu kolację. — On tak nie powinien tu wpadać. Tylko... On nie taki jak Hartley... Nie taki...

James z Mai, wymienili się spojrzeniami i już nikt nic nie dodał.

>>><><<<

Jeszcze przed śniadaniem, Hrabia zjawił się u niego osobiście. Barry szykował się do wyjścia, James dopijał wczorajszą herbatę i zabierał za przypalanie cygaretki, myślami będąc w Londynie. Przybyły przyjrzał się otwartemu opakowaniu.

— Sprowadzam takie — poinformował. — Są dosyć drogie... Dajesz zarabiać mojej konkurencji?

— Nie mam pojęcia — odparł James. — Nie znam pańskiej konkurencji, a mojego popalania nie nazwałbym nałogiem.

— A tak... — hrabia nie uwierzył. — W naszym hrabstwie wszak nie ma przemytników...

— Rzeczywiście nie miał pan być hrabią... — odciął się James.

— Taaak... Nie po to przyszedłem. — Hrabia jakby zmarkotniał, a Barry, wykorzystując chwilę milczenia, spróbował opuścić pokój. Konrad Nathley zatrzymał go jednak władczym gestem. — Z tobą także będę miał do pomówienia — poinformował bez wrogości. Westchnął i mówił dalej, patrząc na Jamesa. — Wczoraj... Mniejsza z tym... Kira opowiedziała mi o stajennych. — Przygryzł wargę. — I... No cóż... Jestem zmuszony uznać zasadność twojego zachowania — wyrzucił z siebie z wyraźną ulgą. — Także inne aspekty twojej pracy sugerują, że troszczysz się o dom. — Zaśmiał się nieco sztucznie. — Zdaje się, że uważasz moją żonę za panią... Hmm, hmm... Jedyną panią tego domu...? — zapytał kpiąco. James się nie odezwał. — Jaaameees...? Chyba nie masz kłopotów z wysławianiem się...? Wobec nikogo?

— Jeśli chce pan mnie sprowokować, do bycia wobec pana niemiłym, aby otrzymać alibi — nieco zrezygnowany, odpowiadał James — żeby móc wyrzucić mnie z hukiem z pracy, to mogę je panu dostarczyć, bez zachowywania grzecznościowych form... I owszem. Nie pan rządzi w domu, w którym jest co najwyżej gościem, a kiedy już się zjawia, to bez zapowiedzi i niczym uczniak, z zabranymi ze sobą w ostatniej chwili kumplami...

— Łatwo oceniasz i klasyfikujesz ludzi — Hrabia zajął krzesło. — To moi wspólnicy, a ja mam zobowiązania, panie Tager — oświadczył twardo. James pomyślał, że jednak o niczym nie wie. Ani o poznaniu przez niego Jenevie, ani o obserwacji przez służby. Stłumił w sobie narastającą niechęć. Hrabia kontynuował, ale już bez gróźb w tonie głosu. — Kto wie, może niebawem to się zmieni, ale póki pan tu pracuje, wypadałoby zachowywać pewne pozory, nie uważa pan...?

— Ma pan rację, bywam popędliwy, nawet pomimo tego, że według wszelkich prawideł powinienem był się tego oduczyć... Nie neguję, że ma pan takie prawo — mówił James bez skruchy, ale i bez zniecierpliwienia. — To jedynie odpowiedź na pańskie pytanie. Czy pana w ogóle ten dom interesuje? Żona? Ona tu mieszka i o dom się martwi. Pan ma to raczej gdzieś... — Hrabia chciał zaprotestować, lecz James mu na to nie pozwolił. — Widać po stajennych, jak interesują pana ludzie tutaj pracujący... Gdyby dbał pan o dom, nigdy podobnych szumowin by pan nie zatrudnił. A wczorajsze...?

— Twoje żarciki były niestosowne. I gapiłeś się na kobiety...

— Wyjął mi pan to z ust — przyznał James. — Niestosowne. Wybitnie niestosowne... A te kobiety? To z teatru chociaż, czy też może...? Z całą pewnością są przyzwyczajone do oglądania.

— Nie interesuje mnie, z kim się zadają moi wspólnicy?! — odpowiedział Hrabia ze złością. — Ani też ciebie, to obchodzić nie powinno! — Wstał z krzesła.

— I nie obchodzi, panie hrabio — zapewnił James. — Ani oni, ani tym bardziej te panie. Ale ma pan żonę i... Młodziutką córkę. I doprawdy, to wstyd...

— Koniec tematu! — twardo postawił hrabia. — Mam powody, by się tym nie przejmować. Chodzi tylko o tego cholernego konia! Kto go ujeździ, ten zostanie właścicielem i... Wygra zakład — dodał jakby ze wstydem.

— Chce pan go wygrać? — zapytał James, zerkając na Barry'ego.

— Niekoniecznie — zabrzmiała odpowiedź. — Ale nie przystąpienie...

— Tego konia nikt nie ujeździ — odezwał się głucho Barry. — To przewodnik. Nikt nim nie zawładnie. On sam wybierze...

— Co to znaczy?! — zdumiał się, ale i zainteresował hrabia.

— Że prędzej zdechnie, zabije siebie i kogoś po drodze, niż się pozwoli ujarzmić — odpowiedział z powagą koniuszy. James przyglądał mu się z udawanym zdumieniem.

— I ty to mówisz? — zakpił. — Five miał podobno takiego konia? Powinieneś go znać. Chyba że kłamał...?

— Nie kłamał, James. Pewno, że miał...! Zwał się „Rycerz” i uwierz mi, nigdy nikt go nie dosiadł prócz majora. — Zaśmiał się do wspomnień. — Kiedy major wyjeżdżał, a Rycerz zostawał w majątku, służyliśmy mu tylko do otwierania wrót stajni. Do pojenia, karmienia, wyczesywania. Spacery urządzał sobie sam i sam dobierał sobie klacze. Ten tutaj ma w oczach to samo i już mi powiedział nimi, żebym nawet nie próbował.

— A ja? — zapytał James. — Jestem wystarczająco dobry?

— Nie mam pojęcia — Barry wzruszył ramionami. — Ty, pan hrabia, jakieś małe dziecko... Umiejętności nie mają tu nic do rzeczy. Możesz spróbować...

— Czyli... Mam wygrać konia... Dla siebie...? — zapytał James niedbale, gdy dwaj pozostali patrzyli na niego pobłażliwie i kpiąco. — A dom ma przetrwać grzecznie i bez uszczerbku dla reputacji, pańskich gości...?

— Właśnie! I możesz sobie wziąć tego diabła — zgodził się hrabia. — O ile ci się to uda... — Nie wiedział ni on, ni Barry, że major Five dał Jamesowi wskazówki na wypadek spotkania takiego konia.

— A zakład?

— A zakład wygram ja! — Hrabia wskazał na cygaretki. — Mogę się poczęstować?

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Cdn.

<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Następne częściCztery ściany absurdu -31- Ogier

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Canulas 29.04.2018
    Witam.

    "A że ta siedemnastolatka miała o zgrozo czelność, pyskować do utytłanych dam, w tym i matki Hrabiego, mężczyzna nie miał innego wyjścia, jak się w dziewczynie zakochać." bardzo łądne. Lubię, kiedy tak piszesz.


    Tak czytam, czytam. Zajebisty jest ten James w szermierce słownej. Czuć, jakbyś była wygłodniała tego tekstu. Zauważalne jest uczucie świeżości.

    "— Jeśli chce pan mnie sprowokować, do bycia wobec pana niemiłym, aby otrzymać alibi — nieco zrezygnowany, odpowiadał James — żeby móc wyrzucić mnie z hukiem z pracy, to mogę je panu dostarczyć, bez zachowywania grzecznościowych form... I owszem. Nie pan rządzi w domu, w którym jest co najwyżej gościem, a kiedy już się zjawia, to bez zapowiedzi i niczym uczniak, z zabranymi ze sobą w ostatniej chwili kumplami..." - tu wlazłaś na wyżyny już. Kapitalnie się wczuwasz w ludzi, Fel. Kapitalnie.

    Oooo, końcóka to mi Thorgalem zaleciała. Chyba "Zdradzoną Czarodziejką". Kurde. Wsawiaj jakoś częściej. Chociaż na tydzień jedną część.
    Pozdrówki.
  • pasja 29.04.2018
    Kobiety doskonale wiedzą, czego chcą, a to, że wam się z reguły nie chce tego dowiedzieć, to już świadczy o was, nie o nas...Christine umarła nosa.
    Świetne dialogi na zasadzie pyskówki. Strasznie ta etykieta jest skomplikowana.
    James posiada ostry języczek i potrafi ostro zripostować swojego konkurenta w rozmowie. Zresztą całą służba jest wygadana.
    Ujeżdżanie konia pewnie uda się Jamesowi. W końcu dostał wskazówki.
    Bardzo ciekawa część.
    Pozdrawiam gorąco
  • pasja 29.04.2018
    Utarła*
  • Ritha 08.05.2018
    „Kobieta, która nie wie, czego chce i której nie sposób zrozumieć, to zwykła gęś i jeżeli mężczyzna w taki sposób się o kobiecie wyraża, za gęś ją uznaje” – to plus cała wypowiedź o komunikacji damsko-męskiej mi sie widzi :)

    „Pan Tager miał zapewne na uwadze waszą tajemniczość — bronił Jamesa Conan” – tu brakuje chyba kreseczki z przodu, jeśli to wypowiedź dialogowa, a takem zrozumiała

    „Jako drugi syn lorda dostał do wyboru karierę oficerską, zostanie duszpasterzem albo- kim mu się żywnie spodoba, więc wybrał to trzecie” – git, zwłaszcza zakończenie zdania

    „Praca dla hrabiego/poinformował kamerdyner Hrabiego” – hrabiego raz dużą, raz małą ;)

    „że państwo wyciągną odpowiednie wnioski wobec pana, który się tu rządzisz, jakbyś był u siebie! — zakończył” – który się tu rządzi*
    „— To jest...! – Kamerdyner” – tu mała kreseczka się wdarła

    „— Jeśli chce pan mnie sprowokować, do bycia wobec pana niemiłym, aby otrzymać alibi — nieco zrezygnowany, odpowiadał James — żeby móc wyrzucić mnie z hukiem z pracy, to mogę je panu dostarczyć, bez zachowywania grzecznościowych form...” – ach te gadki Jamesa, lubię ;)

    Jakieś spiski i szemrane interesy, przepychanki słowne, James w formie ale jakoś mi brakuje dwóch rzeczy w tej części – tytułowego absurdu, choć w minimalnych ilosciach (dorożkę na londyńskich blachach nadal wspominam:)) i elektryzujących, okołoerotycznych scen. Być moze jestem po prostu marudna :D Poza tym poziom zachowany.
    Oczywiście pięć i oczywiście pozdrawiam :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania