Cztery ściany absurdu -06- Koniec pierwszej randki

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Rozdział VI - Koniec pierwszej randki

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

 

Ocean nie oblewał wysepek równomiernie. Przy jednych tworzył rozległe, pełne turystów plaże, przy innych klify, wysokie na kilkadziesiąt nierzadko yardów. Aby ominąć mielizny hiszpański galeon w swej drodze na otwarty ocean, musiał wpłynąć pomiędzy dwie niezamieszkane wysepki, dla kursu wykorzystując rów przy jednej z nich.

Kapitan, za radą Humbaka, w nowej sytuacji życiowej pragnącego coś ugrać dla siebie, rozkazał wtoczyć na dwudziestokilkuyardową ścianę jednej z wysepek dwa działa. Towarzyszyła im obsługa w liczbie sześciu kanonierów plus Meryl oraz dwudziestu strzelców, mających za zadanie pozabijanie przede wszystkim oficerów. Dowodził nimi porucznik Mardock, o którym Dracen nie miał dobrego mniemania, ale w tym wypadku ten synalek lorda (trzeci albo i piąty- nikt nie wiedział dokładnie), zepsuć prostego zadania miał nie potrafić.

James chciał zostać na pokładzie ustawionego burtą do hiszpańskiego kursu, ukrytego za wysepką okrętu, na którym każdy miał nadzieję, że nie przyjdzie im oddać do Hiszpanów morderczej salwy. Jako przydatny w ewentualnym abordażu, wzbudził jednak w kapitanie wyrzuty sumienia i chociaż rwał się do bitki, Dracen zdecydował się ostatecznie posłać go na klif. Z tubą wzmacniającą głos, miał za zadanie nawoływać Hiszpanów do poddania się.

Ten nie był na szczęście nagą skałą, ale porastały go rozłożyste paprocie w cieniu kilku skarlałych palm. Mogli ukryć więc działa i sami siebie, oczekując niecierpliwie chwili, w której Hiszpan przekroczy punkt, po którym nie będzie miał już szansy na zwrot i ucieczkę.

Pierwszy widok statku rozczarował ich i ucieszył zarazem. Trzymasztowy galeon należał do tych mniejszych i w tym wypadku wybitnie handlowych jednostek. Z załogą nieprzekraczającą dwustu osób oraz uzbrojonym w zaledwie trzydzieści dział, nie mógł mieć w walce z „Kunta-Kinte” najmniejszych szans. Ale załogę miał czujną.

Mardock w chwili ujrzenia jednostki, całkowicie Hiszpanów zlekceważył i tylko stanowcze spojrzenie Jamesa i zawstydzenie przed tym znajdą, powstrzymało go przed wyprostowaniem się przed czasem i zdradą planu. Nie wytrzymał jednak napięcia niesławny drugi bosman, a Meryl za późno złapał go za łydkę i w dół pociągnął już konającego.

Na szczęście Hiszpańska „Lampucerendia” przekroczyła punkt krytyczny, a jej załoganci, nie widząc nieprzyjacielskiej jednostki, uznali napaść w pierwszej chwili za marną zasadzkę wyspiarskich rzezimieszków. Z pistoletami i muszkietami wdrapując się na olinowanie, gromko odgrażali się niewidocznym przeciwnikom, posyłając kilkanaście niepotrzebnych kul ponad ich głowami.

— Zajcew! — Mardock się w końcu ogarnął. — I pozostali. Tych najwyżej!

Pierwszy spadł z bocianiego gniazda zabójca Simonsa, trafiony precyzyjnie przez Zajcewa w głowę, a pomocnicy już podawali snajperowi kolejne, załadowane muszkiety. I tak trwała, nierówna wymiana ognia, w której korsarze mieli Hiszpanów jak na talerzu, gdy ci zaledwie widzieli czubki ich głów i lufy muszkietów. A gdy tylko statek się z nimi zrównał, także i lufy dział.

Z odległości kilkunastu yardów, jaka ich dzieliła, nie mieli wielkich szans. Trudno byłoby także doświadczonym kanonierom chybić na takim dystansie i rozkaz zrąbania dwóch głównych masztów został wykonany wzorowo za pierwszą salwą. James natychmiast wezwał Hiszpanów do poddania się.

Nie posłuchali za pierwszym razem. Prąd wodny otulający wyspę niósł ich nieco bokiem do przodu i dopiero kolejna salwa z dział, wraz z wybiciem muszkietami wszystkich oficerów i większość podoficerów, zmiękczyła i odebrała zaatakowanym wolę walki, które przypieczętował widok, najeżonego przygotowanymi do strzału działami „Kunta-Kinte".

Bez strat się nie obyło. Oprócz Simonsa zginęło dwóch, najbardziej narażonych na odsłonięcie kanonierów, a pozostali zostali ranni. Trafiono także jednego strzelca i tak nieszczęśliwie w oko, że po wdaniu się zakażenia, został zrzucony do morza jako czwarty poległy wyprawy. Ale korsarze się obłowili i po przeładowaniu łupów i odesłaniu ocalałych Hiszpanów w łodziach na wysepkę, po zezwoleniu na zabranie prowiantu i wody na kilka dni, „Lampucerendia” została zatopiona, a „Kunta-Kinte” obrał kurs bezpośrednio na dom.

Był to najkrótszy rejs korsarski w historii okrętu i jego kapitana, wchodzącego po dwóch tygodniach od bitwy do portu w Dover.

>>><><<<

James trzy dni wcześniej hucznie obszedł osiemnaste urodziny, a branki ochoczo uczestniczyły w balandze, ciesząc się na rychły powrót do domu, w towarzystwie woreczka zielonych kamyków, połowy hiszpańskiej biżuterii i kilku sztabek srebra. Dracen obiecał im także pierwszą klasę na "Quinn Mary".

Do przybicia brakowało kilkunastu minut. Już zbliżały się do nich dwa holowniki. Kapitan wezwał pełniącego, od śmierci Simonsa, obowiązki drugiego bosmana, Jamesa, na mostek.

— Co zamierzasz? — zapytał.

— Gdy major Five umierał — odpowiadał bez namysłu James — prosił, żebym po ukończeniu osiemnastu lat stawił się na rozmowę u lorda Kanclerza. Obiecałem, że tak postąpię. Powiadomił mnie jedynie, że to będzie dotyczyć mojej przyszłości. Więc... Lord zapewne coś dla mnie ma...?

— I zastosujesz się? — Dracen nie ukrywał zdziwienia.

— Nie wiem — James nie zamierzał kręcić. — Ale prawdopodobnie moje domysły, dotyczące planów majora względem mnie, mogą mi się nie spodobać... — Westchnął. — Ale...

— Ale...?

— To skomplikowane. Przypuszczam, że lord może wiedzieć coś o moim pochodzeniu, chociaż twierdzi zdecydowanie, że nie.

— Znam lorda Brixtona, raczej nie kłamie... — uważał Dracen.

— O ile nie zmusiły go do tego okoliczności...

— No, dobrze — przyznał kapitan. — Ale masz wyjście, a w kapitanacie będzie na ciebie czekał patent bosmański — James spojrzał na dowódcę zaskoczony. — Nie dziw się temu i w razie kłopotów, wykorzystaj. Jako drugi bosman masz także na moim okręcie miejsce i co ważne, szacunek u załogi. Poza tym udziały, których rozmiar pozwoli ci na dostatnie życie przez kilka lat i uniezależni od ewentualnych kaprysów lorda. Tego czy innego.

— A od rozkazów?

— Czy lord może ci rozkazywać? Ot, tak?

James tego nie wiedział.

>>><><<<

— To lord — odpowiedział na koniec on sam, a gdy już schodzili z pokładu, kapitan nie omieszkał mu tego przypomnieć.

— Pamiętaj, że to jednak jest lord.

Stał właśnie na schodach, słysząc swój przydomek. Okazało się, że dwa dni przedtem przybił do portu statek kurierski z Port Rympał i wszystkie gazety trąbiły na pierwszych stronach o Rudobrodym bez głowy i jego pogromcy Maderze. Z ochoty przedstawienia się tym mianem zrezygnował jednak kiedy rozpoznał dziecinny podziw w głosach strażników, obcy na szczęście korsarzom przechodzącymi nad takimi zdarzeniami szybko do porządku dziennego.

— Ja do lorda kanclerza — przerwał im peany na swoją cześć.

Pokazali palcami kantorek pierwszego urzędasa z brzegu, a ten, po obejrzeniu Jamesa dowodu tożsamości, raczył go poinformować:

„Lord nie przyjmuje na zawołanie, panie Tiger” i zapewne przyznałby mu rację i nawet odłożył spotkanie na następny dzień, ten przeznaczając na wizytę w sierocińcu, gdyby urzędnik nie przekręcił jego nazwiska. Postanowił być jednak spokojny.

— Lord jest moim mentorem — oznajmił. — Mógłbym pana pominąć w hierarchii, udając się bezpośrednio do jego sekretarza, ale ze względu na szacunek dla urzędu lorda, chciałem także okazać takowy jego pracownikom. — Na chwilę zawiesił głos. — Wspomnę mu jednakże, z bólem serca, że jego najniższy personel nie nauczył się jeszcze czytać...

Kilka minut później stał przed panem Hamiltontem, sekretarzem lorda. Ten wiedział o wizytach Brixtona w sierocińcu i chociaż nie obdarzył Jamesa atencją, zgodził się go zaanonsować. Po trzech godzinach, podczas których chłopiec uczył się cierpliwości, obserwując i licząc wchodzących i wychodzących oficjeli.

Kiedy w końcu sekretarz poinformował go, że właśnie zmierza do gabinetu z zapytaniem lorda o jego sprawę, wypadł stamtąd szybciej, niż wszedł.

— Lord i... Lord prosi! — wykrztusił.

>>><><<<

Cdn.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (10)

  • pasja 05.03.2018
    Pokonanie Hiszpanów, powrót do domu, osiemnastka i branki. Szybko James pnie się w górę. Co u Lorda się wydarzy? Czekam na ciąg dalszy.
    Świetne nazwy... działa „Kunta-Kinte".
    Lekko i przyjemnie się czyta.
    Pozdrawiam
  • Felicjanna 06.03.2018
    jutro kolejna
  • Canulas 06.03.2018
    Ale urwane kapitalnie. W ogóle jakieś takie już rozdmuchane się robi (w pozytywnym sensie) ooo, poukładane bardziej. Nieprzypadkowe.

    Wasilij Zajcew nawet był. Ciekawe ile nawiązań przeszło mi między palcami.
    Dobry tekst.
    Dobra sesja, ale... chyba nie koniec?
  • Felicjanna 06.03.2018
    No skąd koniec. Dopiero się rozkręcam
  • Canulas 06.03.2018
    Felicjanna, no bo mię zmyliło we tytule. Ty tak nie rób, Ty.
  • Felicjanna 06.03.2018
    to tyczy rejsu, że zaspoileruję - minimalnie, gdyż poprowadzę opko nieco inaczej
  • Canulas 06.03.2018
    No ale ja żem w pierwszym odruchu, koniec przeczytał i... dalej już samo się ułożyło we łbie. Ale to ok. Fajnie wyjaśnił tego biurokratę. Lubię zakłopotanie biurokraty. Strach też.
  • Ritha 24.03.2018
    "Bez strat się nie obyło. Oprócz Simonsa zginęło dwóch, najbardziej narażonych na odsłonięcie kanonierów, a pozostali zostali ranni" - i dobrze, dodaje naturalności, tak by było w realnym starciu

    "Trafiono także jednego strzelca i tak nieszczęśliwie w oko, że po wdaniu się zakażenia, został zrzucony do morza jako czwarty poległy wyprawy" - hahaha brutalnie, szkoda chłopa, ale cóż, taki mamy klimat ;)

    Osiemnaaaaście lat ma James???? Taaaki młodziutki? No ok, muszę to zaakceptować ;p :D

    Żarty żartami ale nadal jest git, czyta się przyjemnie, lordem zaciekawiłaś.
    Piąteczkę zostawiam i pozdrawiam :)
  • Felicjanna 24.03.2018
    James jest młody, za młody do wielu spraw, bo tak wyszło w prologu, który przecież nie był pomyślany z zamiarem epopei. To wyszło dopiero na drugi dzień, gdy nanosiłam poprawki, a potem. Sama wiesz, że opowieści pisane w nasz sposób, czyli bez konspektu i planu, ewoluują i coraz to nowe sytuacje z nich wynikają. Ja, w chwili obecnej, końca jakoś nie widzę, za to komplikacji nasuwa się kilka.
    Ale spokojnie, znalazłam radę na te 18 lat. Czytaj, a za jakiś czasik Ci to przestanie przeszkadzać.
  • Ritha 24.03.2018
    Felicjanna oki :)))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania