Dzień cd 17
Tobiasz wysiadł z samochodu. Powietrze było czyste po deszczu, miało swój zapach. Zamknął drzwi i poszedł za dom.
Odszukał klucz. Zamek komórki nie chciał łatwo się poddać. Przekręcił klucz raz, drugi. Coś zazgrzytało. Nacisnął klamkę, ale drzwi nawet nie drgnęły.
Spróbował jeszcze raz, mocniej.
Zamek puścił.
Drzwi, pokonując opór nagromadzonej ziemi, otworzyły się ciężko. Poszukał wzrokiem drabiny.
Stała pod ścianą, zawalona starymi krzesłami ogrodowymi. Wyciągnął pierwsze. Potem drugie. Trzecie. Zaczął wkładać je jedno w drugie. Plastik zaskrzypiał, nogi przesunęły się po betonie. Z bezładnej sterty zrobił się jeden równy słupek.
Szarpnął drabinę i wyciągnął ją na zewnątrz. Jedna noga zahaczyła o próg. Cofnął ją, poprawił chwyt i spróbował jeszcze raz.
Tym razem wyszła.
Przeszedł od frontu, podniósł drabinę i oparł ją o mur, tuż pod rynną. Rozłożył wszystkie trzy części. Szczeble przesunęły się po sobie z metalicznym trzaskiem.
Wspiął się powoli. Drabina lekko zadrżała pod jego ciężarem. Kiedy znalazł się na wysokości rynny, spojrzał w bok. Przedszkole, okna, wszystko za szybą było mniejsze.
Dzieci stały się kolorowymi plamami poruszającymi się po jasnej podłodze. Zosia była jedną z nich. Nie widział już ruchu jej ust. Gesty również straciły wyrazistość. Z tej odległości nie dało się odczytać ani słów, ani znaczeń. Został sam obraz.
Patrzył jeszcze chwilę.
Z góry wszystko wygląda inaczej.
Odwrócił się do rynny.
Była pełna mokrych liści. Wsunął w nie dłoń i wyciągnął pierwszą garść. Woda spłynęła mu po nadgarstku. Zrzucił liście na ziemię.
Potem następną.
I jeszcze jedną.
Pod liśćmi pojawił się metal. Przesunął dłonią wzdłuż rynny. Nie było pęknięcia ani dziury. Dopiero na łączeniu zauważył, że jeden z elementów wysunął się z drugiego.
Chwycił go i wsunął głębiej.
Wszedł na miejsce z krótkim kliknięciem.
Poruszył łączeniem.
Trzymało.
Woda, która wcześniej sączyła się bokiem, popłynęła rynną.
Jeszcze raz przejechał dłonią po łączeniu, a potem sięgnął po kolejną garść liści.
Starał się zrzucać je na trawnik, jednak nie zawsze trafiał. Ciężkie od wody kępy spadały szybko, uderzając o ziemię.
Kiedy skończył, wrócił do komórki. Odłożył drabinę, zabrał miotłę i szuflę do śniegu. Oczyścił chodnik i trawnik.
Dwa lata skompresowane do dwudziestu minut.
Deszcz znowu zaczął padać.
Woda posłusznie popłynęła rynną do studzienki burzowej.
Był zadowolony.
Odłożył narzędzia i poczuł, że odkłada coś znacznie cięższego.
Stał jeszcze chwilę przed domem.
Nie miał już nic do zrobienia.
Miotła oparta o ścianę była mokra. Z końca rynny kapały pojedyncze krople do studzienki. Za każdym razem rozlegało się ciche stuknięcie.
Mokra plama nadal była widoczna.
Przetarł dłonie o spodnie. Na palcach zostały drobne kawałki liści i ciemna ziemia. Obejrzał je przez chwilę, po czym strzepnął jednym ruchem.
Pomyślał o Zosi.
Po południu będzie w domu.
Trzeba będzie z nią porozmawiać.
Ruszył w stronę samochodu, ale po kilku krokach zwolnił.
Rozmowa.
Przypomniał sobie telefon.
„Byłeś na badaniu?”
„Tak. Wszystko dobrze.”
A potem rynna.
„Miałeś poprawić.”
„Zrobię to. Zrobię.”
Zrobił.
Przez dwa lata nie mógł znaleźć na to czasu, a dzisiaj wystarczyło dwadzieścia minut.
Uśmiechnął się krótko.
Tylko że z Zosią nie będzie tak łatwo.
Pewnie zacznie od pytania o badanie. Potem zapyta, dlaczego był taki nieobecny. Może wróci do porannej kłótni. Przypomni mu, że znowu ją zbywał. Że znowu coś przed nią ukrywał.
A on co?
Miał jej powiedzieć o Starcu?
O tym, że siedział obok niego w samochodzie?
Że znał myśli Tobiasza, zanim Tobiasz je wypowiedział?
Że mówił o teatrze, rolach, pokrętłach, o tym, że Tobiasz nie jest Tobiaszem?
Że potem zniknął?
A może o Ignasiu.
„Pomaga się myć Ignasiowi.”
Skąd wiedział?
Zatrzymał się.
Przecież właśnie to było najważniejsze.
Przedszkole.
Spojrzał w stronę okien. Były już ciemniejsze. Z tej odległości nie widział, co dzieje się w środku. Nie było kolorowych plam, tylko prostokąty szyb odbijające niebo.
Odwrócił wzrok.
Nie.
Nie teraz.
Najpierw musiałby powiedzieć jej o wszystkim. A potem odpowiedzieć, dlaczego nie powiedział wcześniej.
I jeszcze jedno.
Musiałby powiedzieć prawdę o tym, co czuł podczas ich rozmowy.
Nie chciał.
Nie dlatego, że nie wiedział.
Wiedział aż za dobrze.
Bał się.
Złości Zosi. Jej rozczarowania. Tego spojrzenia, które pojawiało się czasem, gdy milczał zbyt długo.
Bał się też, że kiedy wszystko jej opowie, usłyszy własne słowa na głos i nagle przestaną mieć sens.
A jeśli zapyta, czy naprawdę widział Starca?
Co odpowie?
Że tak?
A jeśli go nie było?
Westchnął.
Może powinien najpierw odpocząć.
Pojechać do miasta. Do pracy.
Tam przynajmniej będzie musiał zajmować się czymś konkretnym. Ktoś coś powie, ktoś czegoś będzie chciał, trzeba będzie odpowiedzieć. Rzeczy będą miały swoje miejsce. Ludzie będą chodzili, rozmawiali, wykonywali swoje zadania.
Nie trzeba będzie od razu wszystkiego wyjaśniać.
Wróci wieczorem.
Może wtedy będzie gotowy.
A jeśli nie?
To jutro.
Pokręcił głową.
Nie. Jutro nie.
Zrobiło mu się głupio.
Przez dwa lata odkładał rynnę. Naprawił ją w dwadzieścia minut, a rozmowę z Zosią już zaczynał odkładać.
Tylko że rynna była prostsza.
Wystarczyło wejść na drabinę, wyciągnąć liście, wsunąć element rury.
Z człowiekiem nie dało się tak zrobić.
Ruszył dalej.
Przy samochodzie zatrzymał się jeszcze raz.
Mógł do niej zadzwonić.
Nie powiedzieć wszystkiego. Po prostu zadzwonić.
„Co robisz?”
„Jeszcze pracuję.”
„Dobrze.”
I co dalej?
Nic.
Nie chciał kolejnej rozmowy, która po kilku zdaniach zmieni się w kłótnię.
Nie dzisiaj.
Otworzył drzwi i usiadł za kierownicą.
Na siedzeniu pasażera leżał telefon. Spojrzał na niego. Przez chwilę miał ochotę go wziąć.
Nie wziął.
Przez przednią szybę patrzył na dom.
Rynna działała.
Woda spływała tam, gdzie powinna.
To wystarczy.
Przynajmniej na dzisiaj.
Zatrzasnął drzwi i oparł dłonie na kierownicy.
Miasto.
Tak.
Miasto będzie dobre.
Przy przejściu dla pieszych pojawiły się dzieci wracające ze szkoły. Plecaki podskakiwały im na plecach, niektóre były większe od swoich właścicieli. Dzieci rozmawiały, potrącały się, co chwilę któreś wybiegało do przodu.
Przy pasach stał Mietek.
Zamyślił się, po czym opuścił szybę.
— Mietek!
Mężczyzna odwrócił się.
— No?
— Ale pada.
Mietek spojrzał na swoją mokrą kurtkę.
— No. Dzisiaj wyjątkowo.
— Nie zazdroszczę.
— Nie jest tak źle.
Tobiasz uśmiechnął się.
— Chce pan herbatę?
Mężczyzna spojrzał na niego, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
— Herbatę?
— Gorącą. Mogę zrobić.
Mietek roześmiał się.
— Może bym chciał, ale nie mogę opuścić pasów.
Spojrzał na przejście. Kolejna grupa dzieci czekała na chodniku.
— No dobra. Tylko niech pan nie robi z tego obiadu.
— Dwie minuty.
Tobiasz wysiadł z samochodu.
— Zaraz wracam.
Pobiegł do domu.
W kuchni zdjął czajnik z podstawki i nalał wody. Włączył go. Wyjął kubek, wsypał herbatę.
Czajnik zagotował wodę.
Zalał herbatę i poczekał chwilę. Dodał cukier. Zawahał się, po czym wsypał jeszcze pół łyżeczki.
Wziął kubek i wrócił na zewnątrz.
Mietek stał przy przejściu. Kiedy go zobaczył, podniósł znak, zatrzymując samochody, a drugą ręką odebrał kubek.
— O, dziękuję.
— Proszę.
Oparł znak o ogrodzenie i ogrzał dłonie o parujący napar.
— Tego mi było trzeba.
Tobiasz oparł się o samochód.
— Proszę bardzo.
Mietek upił łyk.
— Dobra.
Popatrzył na dom.
— Naprawił pan rynnę.
Tobiasz spojrzał w górę.
— Widać?
— Z tej strony wszystko widać.
— Dwa lata ciekła.
— Wiem.
Tobiasz spojrzał na niego.
— Wie pan?
Mietek wzruszył ramionami.
— Zosia się skarżyła.
Tobiasz roześmiał się.
— Panu?
— A komu? Jak się stoi tyle godzin przy pasach, to człowiek się wszystkiego nasłucha.
— To dużo pan wie.
— O panu trochę.
Wypił kolejny łyk.
— Zosia się ucieszy.
Tobiasz przez chwilę nic nie mówił.
— Myśli pan?
— Pewnie. Tyle razy mówiła.
Popatrzył na niego.
Nagle przypomniał sobie wszystkie te poranki, kiedy przejeżdżał obok Mietka. Krótkie skinienie głową. Podniesiona ręka. Znak. Czasem uśmiech.
A więc to nie było tylko to.
— Kubek proszę zostawić na progu.
— Dzięki.
— Nie ma za co.
Mietek poprawił kamizelkę.
— Do widzenia, panie Mietku. Miłej pracy.
Mężczyzna uśmiechnął się.
— Do widzenia.
Podniósł znak.
Tobiasz patrzył, jak wraca na swoje miejsce przy przejściu.
Potem otworzył drzwi i usiadł za kierownicą.
Wyjechał spod domu i skierował samochód w stronę miasta.
Deszcz nie przestawał padać, ale teraz był już słabszy. Krople uderzały o szybę pojedynczo, coraz rzadziej. Wycieraczki przesuwały się po szkle z jednostajnym skrzypnięciem.
Minął ostatnie domy.
Za nimi droga otworzyła się między polami. Mokry asfalt ciągnął się przed nim ciemną wstęgą. Starał się nie wpaść w automatyzm. Przyspieszył.
Po chwili z naprzeciwka pojawiła się ciężarówka.
Duża, ciemna, z naczepą zasłaniającą niemal całą drogę. Odruchowo zwolnił. Kiedy samochody się mijały, odbił nieco w prawo.
Koło wpadło w dziurę.
Samochodem gwałtownie wstrząsnęło.
— Kurwa.
Kierownica zadrżała mu w dłoniach. Coś stuknęło pod podwoziem.
I wtedy radio trzasnęło.
Spojrzał na deskę rozdzielczą.
Przez chwilę nic.
Potem z głośników dobiegł szum.
Krótki trzask.
Jakiś głos, urwany w połowie słowa.
Znowu szum.
Zwolnił.
Radio było zepsute od tak dawna, że zdążył zapomnieć, że może jeszcze działać.
Z głośników dobiegł kolejny trzask.
Tym razem głos był wyraźniejszy.
— ...od FM, sto cztery i cztery. A teraz specjalnie dla państwa... z dna szuflady... utwór „...ała flaga” zespołu...
Trzask.
Szum.
Głos powrócił dopiero po chwili.
— ...publika.
Spojrzał przed siebie.
Wsłuchał się w muzykę. Była energiczna. Po chwili zaczął mimowolnie kiwać głową. Niespodziewana naprawa radia wprawiła go w dobry nastrój.
Przy słowach „Co to za pan” nagle posmutniał.
„Co za wiara”...
Wciąż kiwał głową.
„Mądre przekonania”...
Ostatnia sylaba każdej linijki powtarzała się w rytmie.
Czy tęsknię?
Chyba tak.
Ale za czym?
Za obłędem?
Raczej za prawdą — odpowiedział sam sobie.
Prawdą, której nikt przede mną nie chowa, która jest cały czas na wierzchu a tak trudno mi ją zobaczyć.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania