Dzień cd 18
Trzaski w radiu przerwały audycję.
Tobiasz podniósł wzrok i zdębiał.
Wszyscy przechodnie szli, niosąc znaki.
Pierwsza była młoda dziewczyna. Szczupła, w krótkiej kurtce, z telefonem uniesionym przed twarzą. W drugiej ręce trzymała znak na długim kiju. Tablica miała kształt znaku STOP: czerwone tło, biała obwódka i białe litery.
NARCYSIA.
Zatrzymała się przed wystawą sklepową. Przez chwilę patrzyła na swoje odbicie. Poprawiła włosy, uniosła podbródek, zrobiła zdjęcie i ruszyła dalej.
Tobiasz zwolnił.
Po drugiej stronie ulicy starszy, zaniedbany mężczyzna zataczał się lekko. Potykał się o własny znak, którego dolny brzeg co chwilę uderzał o chodnik.
MENEL.
Mężczyzna zatrzymał się przy latarni. Oparł się o nią, wytarł usta rękawem i ruszył dalej. Po kilku krokach znów zahaczył o tablicę.
Zachybotała się.
Tobiasz przetarł oczy.
Dalej szła para. Oboje elegancko ubrani. Mężczyzna obejmował kobietę w pasie, kobieta trzymała głowę opartą o jego ramię. Każde niosło własny znak.
Kiedy szli blisko siebie, tablice uderzały o siebie.
O JACY JESTEŚMY.
NA POKAZ.
Stuk.
Stuk.
Stuk.
Kobieta poprawiła włosy. Mężczyzna zerknął w szybę zaparkowanego samochodu.
Tobiasz przejechał obok.
Na przystanku stała kobieta w średnim wieku. Starannie uczesana, w czystym płaszczu i wypastowanych butach. W jednej ręce trzymała parasol, w drugiej siatkę z zakupami. Za nią, na wysokim kiju, sterczała tablica.
ZANIEDBANA.
Kobieta wyjęła z torebki lusterko. Poprawiła usta, schowała je i ruszyła za innymi.
Kilka metrów dalej siedział chłopak w słuchawkach. Plecak zsunął mu się z jednego ramienia. Patrzył przed siebie, jakby na coś czekał, choć sam nie wiedział na co.
Obok ławki stał znak.
LEŃ.
Telefon zawibrował.
Chłopak spojrzał na ekran, zerwał się i pobiegł. Po kilku krokach zatrzymał się, zawrócił, chwycił znak i ruszył dalej.
Tobiasz uśmiechnął się krótko.
Zaraz potem przestał.
Przy następnej ulicy minął mężczyznę w garniturze. Szedł szybko, z teczką pod pachą. Telefon przyciskał ramieniem do ucha, a wolną ręką co chwilę sprawdzał zegarek.
PRACOHOLIK.
Za nim szła kobieta z podobną teczką. Jej krok był szybki i równy. Nie rozglądała się. Nawet gdy przechodziła przez kałużę, nie spojrzała pod nogi.
NIE MA CZASU DLA RODZINY.
Deszcz zaczął rozmazywać litery.
Tobiasz ruszył dalej.
Przy kolejnym skrzyżowaniu zobaczył starszą kobietę z małym psem. Pies dreptał za nią, ciągnąc smycz.
Na jego małym znaku widniało:
ROZPIESZCZONY.
Kobieta niosła większy.
NADOPIEKUŃCZA.
Pies zatrzymał się przy drzewie. Kobieta szarpnęła smycz. Nie pomogło. Westchnęła, przykucnęła i zaczęła głaskać go po głowie.
Tobiasz minął ich powoli.
Po drugiej stronie ulicy stał mężczyzna z brodą, okularami i grubą książką pod pachą.
INTELIGENT.
Naprzeciw niego czekała kobieta z zakupami.
GŁUPIA PIPA.
Tobiasz spojrzał na nią dłużej. Miała spokojną twarz. Nie wyglądała ani na głupią, ani na szczególnie mądrą. Po prostu czekała na zielone światło.
Kiedy się zapaliło, ruszyła.
Mężczyzna z książką ruszył w tym samym momencie.
Minęli się.
Krawędzie ich tablic zetknęły się na moment.
Żadne z nich tego nie zauważyło.
Na następnym rogu kobieta prowadziła małego chłopca za rękę.
Dziecko niosło ogromną tablicę.
WREDNY BACHOR.
Kobieta miała swoją.
DOBRA MATKA.
Chłopiec podskakiwał, wymachiwał nogami, próbował kopnąć kałużę. Kobieta za każdym razem przyciągała go do siebie. Dziecko szarpało rękę, kobieta poprawiała mu kaptur.
Na chwilę Tobiasz pomyślał, że wystarczyłoby zamienić tablice.
Chłopiec nagle przestał się szarpać. Spojrzał na matkę i przytulił się do jej boku.
Kobieta pogładziła go po głowie.
Tobiasz pojechał dalej.
Na ławce siedziało dwóch mężczyzn.
Jeden patrzył w ziemię.
PESYMISTA.
Drugi patrzył przed siebie.
REALISTA.
Siedzieli nieruchomo, każdy ze swoim znakiem opartym o kolano.
Tobiasz zwolnił.
Nie wiedział, który z nich miał rację.
Dalej było ich coraz więcej.
Niektóre znaki były wielkie jak drzwi, inne tak małe, że można je było zasłonić dłonią. Jedni nieśli je wysoko, jak sztandary. Inni trzymali nisko, przy ziemi. Jeszcze inni ciągnęli swoje po chodniku, a dolne krawędzie zgrzytały o mokre płyty.
KŁAMCA.
ŚWIĘTY.
OFIARA.
WINOWAJCA.
EMPATA.
MANIPULANT.
Niektórzy mieli po kilka.
Kobieta niosła trzy.
ŻONA.
MATKA.
CÓRKA.
Mężczyzna idący kilka kroków za nią miał cztery.
MĄŻ.
OJCIEC.
SYN.
ŻYWICIEL.
Tłum gęstniał.
Tobiasz zwolnił jeszcze bardziej.
Deszcz padał coraz mocniej. Znaki pojawiały się wszędzie — między parasolami, nad głowami, przy krawężnikach, wzdłuż przejść. Jedne kołysały się na długich kijach, inne przechylały pod ciężarem mokrego kartonu. Ludzie mijali się, wyprzedzali, przecinali swoje drogi.
Na chodniku leżały oderwane tablice.
Ktoś podniósł jedną, obejrzał z obu stron i oparł o latarnię.
Samochód toczył się dalej.
Przed Tobiaszem otworzył się plac.
Dziesiątki, może setki ludzi stały, chodziły, przeciskały się między sobą. Jedni zatrzymywali się na chwilę, inni krążyli bez wyraźnego celu. Nad tłumem falował las znaków.
Poruszały się razem i osobno.
Jedne opadały, gdy człowiek pochylał głowę, inne unosiły się wysoko, gdy przechodził przez tłum. Tablice ocierały się o siebie, obracały na kijach, znikały za plecami i znów wypływały nad głowami.
Czerwone, białe, z plamami liter, mokre od deszczu.
Kołysały się jak łan wysokiej trawy.
Tobiasz patrzył na nie przez szybę.
Nie czytał już napisów.
Widział tylko ruch.
Dziesiątki ośmiokątnych tablic płynęły nad ludźmi, splatały się i rozdzielały. Jedna dotykała drugiej. Kolejna przechodziła między nimi. Cały plac falował.
Tobiasz ruszył dalej.
Deszcz spływał po szybie.
Plac został za nim.
Ulica przed nim rozmazywała się coraz bardziej.
Tobiasz spojrzał w lusterko wsteczne.
Na przystanku siedział starzec.
Ten sam.
Patrzył przed siebie.
Obok niego stał znak na długim kiju. Czerwone, ośmiokątne pole z białą obwódką.
Nie było na nim żadnego napisu.
Tobiasz patrzył na niego przez chwilę.
Potem przechylił lusterko.
Starzec zniknął z pola widzenia.
Została ulica.
Tobiasz sięgnął do lusterka jeszcze raz i przechylił je lekko.
Zobaczył swoją twarz.
Przez chwilę niczego więcej.
Potem, za jego głową, pojawiła się tablica.
Nie wiedział, skąd się wzięła.
Nie trzymał jej.
Nie wisiała na szyi.
Stała za nim.
Białe litery były wyraźne.
ETYKIECIARZ.
Tobiasz patrzył.
Nie odwrócił się.
Po chwili przechylił lusterko jeszcze trochę.
Napis zniknął.
Została tylko jego twarz.
Zawrócił na kolejnym rondzie.
Wrócił na przystanek.
Był pusty.
Komentarze (1)
Może bym przeczytała ale za długie
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania