Poprzednie częściDzień

Dzień cd19

Tobiasz jechał dalej.

Znaki zostały za nim, ale coś się zmieniło.

Najpierw pomyślał, że to deszcz.

Drzewo przy ulicy miało dziwnie rozmazany kształt. Zatrzymał wzrok na jego koronie. Przycięte konary były wyraźne, czarne od wilgoci, ale nad nimi, jakby pod obecną warstwą obrazu, widział inne.

Dłuższe.

Rozłożyste.

Jeszcze wyżej pojawiały się kolejne — cienkie, młode, wyrastające z pnia, którego teraz już nie było widać.

Mrugnął.

Drzewo znów było jedno.

Pojechał kilka metrów.

Zobaczył sklep.

Nad wejściem wisiał szyld:

STUDIO URODY.

Litery były duże, jasne, podświetlone od środka.

Tobiasz spojrzał jeszcze raz.

Szyld drgnął.

Litery przesunęły się, jakby ktoś od drugiej strony szkła przeciągnął po nich dłonią.

STUDIO URODY zbladło.

Pojawił się inny napis.

ODZIEŻ NA WAGĘ.

Przed sklepem stał metalowy stojak, a na nim wisiały kurtki, płaszcze i spodnie. Wszystko poruszało się na wietrze.

Tobiasz zwolnił.

Pamiętał ten sklep.

Pamiętał nawet kurtkę.

Czarną, grubą, trochę za dużą w ramionach.

Wszedł wtedy do środka tylko na chwilę. Miał kupić coś innego. Przymierzył ją. Kieszenie były głębokie, rękawy trochę za długie.

Stanął przed lustrem.

Wyglądał w niej świetnie.

Kupił ją.

Obraz zniknął.

Nad wejściem znów było:

STUDIO URODY.

Tobiasz przejechał dalej.

Kilka lokali dalej mieściła się cukiernia.

Szyld był biały z czerwonym napisem.

CUKIERNIA.

W witrynie stały ciastka.

Tobiasz mrugnął.

Za szybą pojawił się inny obraz.

Nie było ciastek.

Były telefony. Dziesiątki telefonów na stojakach, ładowarki, słuchawki, kolorowe etui.

PLUS.

Obraz przesunął się.

CUKIERNIA.

PLUS.

CUKIERNIA.

PLUS.

Napisy zaczęły nakładać się na siebie.

Tobiasz zwolnił jeszcze bardziej.

W szybie odbijały się twarze ludzi, którzy kiedyś przechodzili tędy z zakupami. Przez moment zobaczył kobietę z papierową torbą, chłopaka z telefonem przy uchu, starszego mężczyznę niosącego pudełko przewiązane sznurkiem.

Wszyscy byli przezroczyści.

Pojawiali się i znikali.

Sklep trwał.

Zmieniały się tylko warstwy.

Tobiasz minął cukiernię.

Kilka metrów dalej stała kamienica.

Nowa elewacja była jasna i gładka.

Bez ozdób.

Pod powierzchnią zaczęły pojawiać się kształty.

Najpierw bogate sztukaterie wokół okien.

Gzymsy.

Pilastry.

Ornamenty.

Cała fasada nabrała ciężaru.

Potem obraz drgnął.

Sztukaterie były popękane.

Fragmenty odpadały.

Tynk był szary.

Jeszcze jedna warstwa.

Ciemna elewacja z odrapanymi oknami.

Jeszcze jedna.

Cegła.

Tobiasz patrzył przez przednią szybę.

Wszystkie fasady były jednocześnie.

Nie następowały po sobie.

Prześwitywały jedna przez drugą, jakby ktoś położył na sobie kilka przezroczystych fotografii tego samego domu.

Przejechał dalej.

Po prawej stronie ulicy stało ogrodzenie.

Za nim był dziś równy plac wyłożony polbrukiem. Kilka samochodów, kosz na śmieci, betonowy mur.

Tobiasz spojrzał.

Plac zniknął.

Za zwykłą siatką rosły drzewa.

Wysokie.

Gęste.

Niektóre pochylały się nad ogrodzeniem, a ich liście niemal sięgały chodnika.

Obraz drgnął.

Drzewa były młodsze.

Jeszcze cieńsze.

Między nimi biegały dzieci.

Jedno przewróciło się na trawie.

Drugie podało mu rękę.

Tobiasz patrzył.

Nie znał tych dzieci.

Obraz przesunął się.

Nie było dzieci.

Był tylko ogród.

Jeszcze jedna warstwa.

Pusty plac.

Zwykła siatka.

Dopiero później pojawił się polbruk.

Samochody.

Mur.

Teraz.

Tobiasz zwolnił.

Zaczął rozglądać się nerwowo.

Nie wiedział już, czy jedzie ulicą, którą zna, czy ulicą złożoną z wielu ulic.

Zobaczył drzewo.

To samo co wcześniej.

Przycięte konary.

Pod nimi dawne gałęzie.

Jeszcze niżej młode drzewo.

Wszystkie tkwiły w jednym pniu.

Tobiasz zahamował.

Samochód zatrzymał się przy krawężniku.

Silnik pracował jeszcze chwilę.

Wyłączył go.

Wysiadł i zamknął auto.

Kliknięcie zamka zabrzmiało dziwnie wyraźnie.

Deszcz osiadał na kurtce i włosach.

Tobiasz stał przy samochodzie i patrzył.

Teraz widział wyraźniej.

Dom miał pod elewacją wszystkie swoje poprzednie fasady.

Plac miał drzewa.

Drzewa miały swoje wcześniejsze drzewa.

Sklep miał swoje dawne szyldy.

Ulica była pełna ludzi, którzy już dawno z niej zniknęli.

Nie znikali naprawdę.

Byli tam.

Jedni pod drugimi.

Jakby wszystko, co kiedykolwiek wydarzyło się w tym miejscu, nadal pozostawało w nim zapisane.

Tobiasz zrobił kilka kroków.

Na murku siedział stary mężczyzna i pił piwo.

Zatrzymał się.

Starzec miał siwe włosy, pomarszczoną twarz i mokre od deszczu ramiona.

Spojrzał na Tobiasza.

Nie powiedział nic.

Tobiasz usiadł obok niego.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

Starzec nadal pił piwo, patrząc gdzieś przed siebie.

Tobiasz wyjął portfel i z jednej z przegródek wysunął fotografię Zosi.

Na początku była tylko ona.

Ta sama twarz co zawsze.

Patrzyła prosto w obiektyw, lekko uśmiechnięta.

Potem obraz zadrżał.

Włosy miała krótsze.

Tobiasz przypomniał sobie wesele jej przyjaciółki. Zosia długo wybierała wtedy sukienkę, a później poprawiała włosy przed lustrem. Pamiętał, jak przez pół wieczoru patrzył na mężczyznę, który zbyt długo z nią tańczył.

Poczuł złość.

Tak nagłą, jakby tamto wesele odbywało się właśnie teraz.

Twarz Zosi zmieniła się.

Włosy były ciemne, niemal czarne.

Wakacje.

Droga nad morze.

Zatrzymali się przy stacji benzynowej. Pokłócili się o coś, czego dziś już nie potrafił sobie przypomnieć. Zosia wysiadła z samochodu i zatrzasnęła drzwi. Powiedziała, żeby jechał sam.

Po kilku minutach wróciła.

Pamiętał jednak tamtą chwilę, kiedy stał za kierownicą i patrzył, jak odchodzi.

Poczuł żal.

Głęboki, ciężki.

Obraz znów się przesunął.

Zosia miała rozpuszczone włosy i śmiała się.

Dom.

Kuchnia.

Mąka na jej policzku.

Próbowała zrobić ciasto, które miało być niespodzianką. Wyszedł zakalec. Jedli go później łyżkami prosto z formy i śmiali się tak długo, że bolały ich brzuchy.

Tobiasz też się uśmiechnął.

Poczuł radość.

Na chwilę całe ciało zrobiło się lekkie.

Obraz drgnął ponownie.

Zosia miała krótkie włosy.

Szpital.

Biała ściana.

Jej dłonie zaciśnięte na kolanach.

Lekarz mówił spokojnie. Zbyt spokojnie.

Pamiętał moment, kiedy usłyszał słowo „guz”.

Strach pojawił się natychmiast.

Zimny.

Pierwotny.

Ścisnął mu gardło.

Przez chwilę znów siedział tam, w tamtym pokoju, i czekał na następne słowo lekarza.

Potem zobaczył jej twarz.

I swoją dłoń położoną na jej dłoni.

Strach ustąpił miejsca wzruszeniu.

Tak silnemu, że musiał opuścić fotografię.

Po chwili podniósł ją znowu.

Zosia była młodsza.

Stała na schodach ich pierwszego mieszkania. Miała na sobie jego za dużą bluzę. Powiedziała coś, czego nie dosłyszał, bo właśnie wnosił karton.

Potem zobaczył ją w samochodzie.

Na ławce.

W drzwiach.

Przy stole.

W łóżku, odwróconą do niego plecami.

W dni, których już nie pamiętał.

W takich, które pamiętał aż za dobrze.

Twarze zaczęły pojawiać się szybciej.

Jedna przez drugą.

Młoda Zosia.

Starsza Zosia.

Roześmiana.

Zła.

Zmęczona.

Chora.

Zdrowa.

Ta, którą kochał.

Ta, na którą był wściekły.

Ta, której nie rozumiał.

Ta, za którą tęsknił, choć siedziała wtedy obok niego.

Tobiasz poczuł kolejno złość, czułość, radość, strach, żal.

Nie wybierał ich.

Nie próbował żadnego zatrzymać.

Przychodziły wraz z obrazami i odpływały, ustępując miejsca następnym.

Zosia płynęła przez fotografię.

A razem z nią płynęło wszystko, co Tobiasz przy niej przeżył.

Nagle nie potrafił już powiedzieć, które wspomnienie należy do którego uczucia.

Wszystko zaczęło się nakładać.

Wesele pojawiło się obok szpitala.

Plaża obok kuchni.

Pierwsze mieszkanie obok ostatniej kłótni.

Śmiech mieszał się ze łzami.

Złość z czułością.

Strach z ulgą.

Tobiasz patrzył, a warstwy przesuwały się coraz szybciej, aż przestał rozpoznawać poszczególne chwile.

W końcu wszystkie zsunęły się w jedno.

Fotografia znów była nieruchoma.

Zosia patrzyła prosto w obiektyw.

Tak samo jak na początku.

Ten sam lekki uśmiech.

Ta sama twarz.

Tobiasz przez chwilę siedział bez ruchu.

Potem opuścił fotografię, słyszał dzwięk przesyłanego płynu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania