Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 19

Nadszedł kolejny dzień, a wraz z nim pierwsza od dawna poranna chwila, w której w obozie na płaskowyżu można było odetchnąć z odrobiną ulgi. Nie oznaczało to oczywiście, że ktokolwiek nagle uznał sytuację za bezpieczną. Po wydarzeniach z Gilheimem słowo „bezpiecznie” nabrało tutaj zresztą dość umownego znaczenia. Jeszcze kilka dni wcześniej największym problemem było to, że nie wiedzieli, kiedy pojawi się cienista smoczyca. Teraz mieli również niewidzialnego demona, który potrafił zaatakować człowieka bez pozostawienia na jego ciele choćby jednej rany. Mimo to stan Gilheima poprawił się na tyle, że po całonocnej walce z chorobą cienia jego oddech stał się spokojniejszy, a fioletowa poświata w oczach zaczęła powoli zanikać. Magowie natury, którzy od początku zajmowali się jego organizmem, pracowali niemal bez przerwy. Ich zaklęcia nie były w stanie zaatakować samego demona, lecz mogły wspomóc ciało Gilheima w odzyskiwaniu sił i przeciwdziałać skutkom utraty energii. Co jakiś czas jeden z nich podawał mu przygotowane wcześniej wywary, drugi sprawdzał jego puls, a trzeci obserwował przepływ magicznej energii. W końcu, jeszcze przed wschodem słońca, Gilheim odzyskał przytomność na tyle, by świadomie odpowiadać na pytania. Nadal był bardzo słaby, nie mógł samodzielnie wstać, a nawet najprostsze zaklęcia sprawiały mu trudność, ale najważniejsze było to, że jego stan przestał się pogarszać. Kiedy Zheron dowiedział się o poprawie, pozwolił sobie na pierwszy od wielu godzin spokojniejszy oddech. Nie oznaczało to jednak, że uznał sprawę za zakończoną. Wszyscy wiedzieli, że Demon Duszy wciąż gdzieś tam był. I jeśli rzeczywiście pozostawał w pobliżu, to każda kolejna godzina zwłoki mogła oznaczać następną ofiarę.

Dlatego jeszcze przed śniadaniem przygotowano grupę poszukiwawczą. Tym razem miało wyruszyć siedmioro magów. Lucien, Zhana, Bram, Kadir, Filius i Laeria otrzymali lekkie wyposażenie, które miało pozwolić im poruszać się szybko po górskim terenie. Nie zabierali ciężkich pancerzy, jak podczas wyprawy do opuszczonej kopalni. Demon Duszy nie był przeciwnikiem, przed którym można było ochronić się grubą warstwą metalu. Najważniejsza była mobilność, możliwość szybkiego wycofania się i, przede wszystkim, obecność Luxery. Magini światła od samego początku przygotowywała się wyjątkowo dokładnie. Na jej pasie wisiały kryształy wzmacniające zaklęcia, przy boku miała niewielką różdżkę z jasnego drewna, a na szyi zawieszony był srebrny amulet, który miał pomagać jej wykrywać zaburzenia magiczne. Nie należała do osób, które przesadnie okazują zdenerwowanie, ale nawet ona tego ranka sprawdzała swoje wyposażenie po raz trzeci. W końcu Demon Duszy nie był stworzeniem, z którym można było popełnić wiele błędów. Jeden nieostrożny kontakt mógł wystarczyć, aby sytuacja powtórzyła się z kolejnym człowiekiem. Zheron osobiście przekazał im ostatnie instrukcje. Mieli poruszać się w zwartej grupie, nie rozdzielać się bez wyraźnego powodu i natychmiast informować pozostałych o każdej nietypowej zmianie w otoczeniu. Szczególnie ważne było unikanie samotnego kontaktu z jakimikolwiek śladami magicznej energii. Nie wiedzieli jeszcze, jak dokładnie Demon Duszy wybierał swoje ofiary ani czy potrafił przenosić się pomiędzy nimi. Nie wiedzieli również, czy Gilheim został zaatakowany przypadkowo, czy demon obserwował obóz już od dłuższego czasu i świadomie wybrał właśnie jego. W tej sytuacji ostrożność nie była przesadą. Była jedyną rozsądną metodą przetrwania.

Ruszyli wkrótce po śniadaniu, pozostawiając za sobą obóz, który z każdym dniem coraz bardziej przypominał wojskową placówkę niż tymczasowe miejsce oczekiwania na smoczycę. Zheron został z pozostałymi magami, a także z rannym Gilheimem i grupą zwiadowców. Nie zamierzał wysyłać wszystkich ludzi w teren, szczególnie teraz, gdy nie było wiadomo, czy Demon Duszy nie zaatakuje właśnie wtedy, kiedy obóz zostanie pozbawiony części obrońców. Siódemka zeszła z płaskowyżu tą samą drogą, którą przybyli kilka dni wcześniej. Tym razem jednak nie było w tym marszu nic z wcześniejszej atmosfery oczekiwania. Każdy z nich wiedział, po co idzie. Nie szukali już czegoś, co mogło się gdzieś ukrywać. Szukali przeciwnika, który już ich znalazł. Lucien początkowo próbował zachowywać się tak, jak zwykle, rzucając od czasu do czasu jakieś uwagi i udając większą pewność siebie, niż prawdopodobnie rzeczywiście odczuwał, ale nawet on szybko zamilkł. Zhana szła blisko niego, a jej wzrok bez przerwy przesuwał się po otaczających ich skałach i drzewach. Bram, ku zdziwieniu wszystkich, nie narzekał na długość drogi. Być może dlatego, że po walce z cienistym bykiem zaczął traktować każde spokojne przejście jako miłą odmianę. Kadir prowadziła grupę zgodnie z przygotowaną wcześniej mapą. Filius obserwował roślinność, zwracając uwagę na najmniejsze oznaki jej uszkodzenia, a Laeria co kilka chwil oglądała się za siebie. Luxera natomiast pozostawała w centrum grupy, dokładnie tak, jak nakazał Zheron.

Ja, rzecz jasna, również wyruszyłem razem z nimi. Nie żebym miał szczególną ochotę znajdować się w pobliżu demona, który potrafił doprowadzić człowieka do stanu, w jakim znalazł się Gilheim. Z drugiej strony, po tylu latach nauczyłem się, że kiedy człowiek znajduje się w samym środku wydarzeń, trudno nagle przekonać własną ciekawość, żeby została w domu. Poza tym obserwowanie grupy z góry, pod postacią muchy, dawało mi pewną przewagę, której większość z nich nie posiadała. Nie byłem jednak na tyle głupi, by uznać się za całkowicie bezpiecznego. Demon Duszy był dla mnie zagadką, a zagadki mają tę irytującą właściwość, że czasami zabijają człowieka, zanim zdąży je rozwiązać. Trzymałem się więc blisko, lecz nie przesadnie blisko, i przede wszystkim starałem się obserwować nie tylko magów, ale również otoczenie. Gdybym miał wtedy powiedzieć, czego właściwie szukałem, odpowiedziałbym, że wszystkiego, co nie pasowało do reszty świata. Śladów na ziemi, nienaturalnych zmian roślinności, zaburzeń energii, zwierząt zachowujących się dziwnie. Demon Duszy nie miał przecież ciała. Jeśli więc pozostawiał jakiekolwiek ślady, musiały być subtelniejsze niż odciski łap czy krople czarnej mazi pozostawiane przez inne demony.

Pierwsze godziny poszukiwań nie przyniosły jednak niczego. Grupa zeszła niżej, w stronę terenów porośniętych gęstszymi lasami, a następnie zaczęła zataczać szeroki łuk wokół płaskowyżu. W pewnym momencie Kadir zatrzymała wszystkich i wskazała na niewielką polanę. Rosnące tam trawy były dziwnie przygaszone, jakby pozbawione części życia. Nie były spalone, nie były połamane. Po prostu wyglądały na zmęczone. Filius uklęknął i przesunął dłonią nad ziemią. Przez chwilę nic nie mówił. Potem zmarszczył brwi.

– Coś tutaj było – powiedział w końcu.

– Coś, co zabrało energię roślinom.

Lucien rozejrzał się dookoła.

– Demon?

– Możliwe. Ale nie wiem kiedy – odpowiedział Filius – Mogło to być wczoraj. Mogło być kilka dni temu.

Luxera podeszła bliżej i również spróbowała wyczuć pozostałości magii. Po chwili pokręciła głową.

– Jeśli to był on, ślad jest bardzo słaby. Zdecydowanie słabszy niż powinien być po bezpośrednim ataku.

– Czyli jesteśmy na dobrej drodze? – zapytał Lucien.

– Albo oglądamy martwą trawę – odpowiedziała Luxera.

– W górach zdarzają się obie rzeczy.

Bram spojrzał na Filiusa.

– A ty?

– Nie wiem. I właśnie to mnie martwi.

Była to chyba najgorsza możliwa odpowiedź. Filius zwykle potrafił znaleźć jakieś wyjaśnienie związane z naturą. Tym razem sam nie był pewien, co właściwie widzi.

Poszukiwania trwały dalej. Magowie zaczęli zwracać uwagę na coraz drobniejsze szczegóły. Kadir zaznaczała na mapie wszystkie miejsca, w których wykryto choćby niewielkie zaburzenia magiczne. Filius badał rośliny, kamienie i niewielkie zbiorniki wody. Luxera natomiast co jakiś czas wykonywała krótkie zaklęcia światła, nie po to, by zaatakować, lecz by sprawdzić, czy w pobliżu znajduje się coś, co reaguje na rozproszenie magicznej energii. Za każdym razem światło znikało bez żadnego efektu. Laeria zaczęła obserwować ptaki, licząc na to, że ich zachowanie zdradzi obecność czegoś niezwykłego. Bram zajął się ziemią. Jego zdolność wykrywania drgań mogła nie być szczególnie przydatna przeciwko istocie pozbawionej fizycznego ciała, ale pozwalała mu przynajmniej stwierdzić, czy w pobliżu ktoś się porusza. Lucien natomiast przez większość czasu próbował zachowywać czujność, choć kilka razy niemal podpalił krzaki, kiedy coś poruszyło się w nich niespodziewanie. Za pierwszym razem okazało się, że był to zwykły zając. Za drugim – jeszcze zwyklejszy zając. Za trzecim Lucien przygotował zaklęcie, lecz Zhana zdążyła złapać go za nadgarstek.

– Jeśli jeszcze raz podpalisz krzaki, zacznę podejrzewać, że bardziej polujesz na las niż na demona – stwierdziła.

Lucien westchnął.

– Po prostu jestem czujny.

– Jesteś nerwowy – poprawiła go Kadir.

– To też.

Mimo tych drobnych momentów napięcie nie opuszczało grupy. Wszyscy wiedzieli, że Demon Duszy mógł znajdować się niedaleko i pozostawać całkowicie niewidoczny. Najgorsza była świadomość, że nie mieli pewności, jak go wykryć. Można było patrzeć na ziemię i nie zobaczyć niczego. Można było słuchać lasu i słyszeć tylko wiatr. Można było nawet użyć magii i otrzymać wynik, który niczego nie wyjaśniał. W pewnym momencie Laeria zatrzymała się tak nagle, że idący za nią Bram niemal na nią wpadł.

– Co jest? – zapytał. Laeria spojrzała w bok.

– Nic. Chyba.

– To bardzo uspokajające „chyba” – mruknął Bram.

– Wydawało mi się, że coś widziałam.

– Co?

– Nie wiem. Jakby cień.

– W lesie? – zapytał Lucien.

– Tak. –

To chyba mamy ich tutaj całkiem sporo – odpowiedział Bram. – Drzewa mają bardzo ambitne życie towarzyskie.

Ruszyli dalej. Po pewnym czasie las stał się gęstszy, a światło słoneczne coraz słabiej docierało między gałęzie. To miejsce zdecydowanie nie przypadło Luxerze do gustu. Magini światła zatrzymała się i spojrzała na drzewa.

– Wolałabym znaleźć go na otwartej przestrzeni – powiedziała – Tutaj będzie miał zbyt wiele możliwości ukrycia się.

– Jeśli nie ma ciała, to chyba drzewa niewiele mu pomogą – zauważyła Zhana.

– Nie jestem tego pewna. Jeśli potrafi ukryć swoją energię, gęsty las może być dla niego idealnym miejscem.

Filius pokiwał głową.

– Zwłaszcza jeśli żywi się energią. Rośliny, zwierzęta... wszystko tutaj ma jej trochę.

– Czyli możemy chodzić po lesie i szukać czegoś, co może być wszędzie? – zapytał Lucien.

– W skrócie – odpowiedziała Kadir – tak.

– Wspaniale. Zawsze marzyłem o misji, na której największym problemem będzie znalezienie czegoś, czego nie widać.

– Nie martw się – powiedział Bram. – Jak znajdziemy, to pewnie też nie będzie widać, że jest martwe.

Nie wiedzieli jeszcze, że ich poszukiwania właśnie zaczynały nabierać sensu. Kilkaset kroków dalej, na skraju niewielkiego zagłębienia terenu, Filius znalazł kolejne oznaki wyczerpania magicznego. Tym razem były znacznie wyraźniejsze. Trawa była niemal całkowicie pozbawiona życia, kilka krzewów miało liście, które nie powinny jeszcze o tej porze roku opaść, a pomiędzy korzeniami jednego z drzew znajdowała się martwa jaszczurka. Nie miała żadnych widocznych ran. Po prostu leżała nieruchomo, jakby cała energia została z niej wypompowana. Luxera podeszła do niej i przez chwilę badała ją zaklęciem. Tym razem jej twarz wyraźnie się zmieniła.

– To on – powiedziała cicho.

Wszyscy natychmiast przestali się poruszać.

– Jesteś pewna? – zapytała Zhana.

Luxera pokiwała głową.

– Nie wiem, gdzie jest. Ale to ślad tego samego rodzaju energii, który wyczułam przy Gilheimie.

Kadir natychmiast wyjęła mapę. Filius zaczął przeszukiwać okolicę, a Bram spojrzał w stronę ciemniejszej części lasu. Lucien zacisnął dłonie. Po raz pierwszy od rozpoczęcia wyprawy nie musieli już pytać, czy Demon Duszy rzeczywiście znajduje się gdzieś w pobliżu. Teraz wiedzieli, że tu był.

Im głębiej zagłębiali się w górski las, tym bardziej świat wokół nich zdawał się odcinać od reszty świata. Drzewa rosły tutaj znacznie gęściej niż na zboczach poniżej, ich korony splatały się wysoko nad głowami magów, a pomiędzy potężnymi pniami zalegał półmrok, mimo że słońce wciąż znajdowało się wysoko nad horyzontem. Kamieniste podłoże zmuszało ich do ostrożnego stawiania kroków, a wystające korzenie i porośnięte mchem głazy tworzyły naturalny labirynt, w którym bardzo łatwo można było stracić orientację. Nikt nie rozmawiał już tak swobodnie jak wcześniej. Znaleziony przez Luxerę ślad całkowicie zmienił atmosferę wyprawy. Teraz każdy szelest mógł oznaczać obecność demona, każde dziwne załamanie światła mogło być czymś więcej niż tylko cieniem drzewa, a każdy chłodniejszy podmuch powietrza sprawiał, że magowie odruchowo rozglądali się wokół siebie. Nawet ja, choć w postaci muchy mogłem obserwować ich z góry, zacząłem zachowywać większą ostrożność. Las przed nami nagle ucichł. Nie stało się to gwałtownie. Najpierw ucichł jeden ptak, potem drugi. Szum liści jakby przygasł, a nawet wiatr przestał poruszać najwyższymi gałęziami. Magowie jeszcze tego nie zauważyli. Szli dalej, skupieni na śladach. Wtedy z jednego z cieni pomiędzy drzewami ktoś wyszedł.

Nie pojawił się z hukiem, błyskiem ani żadnym widowiskowym zaklęciem. Po prostu wyszedł z ciemności, jakby przez cały czas tam stał, ukryty w miejscu, którego nikt wcześniej nie miał powodu obserwować. Najpierw dostrzegłem sylwetkę, potem jej szczegóły. Był mężczyzną średniego wzrostu, może nieco wyższym od Zherona, choć jego postura sprawiała, że trudno było określić to dokładnie. Był szczupły, ale pod ciemnym materiałem szat wyraźnie rysowała się sylwetka człowieka przyzwyczajonego do wysiłku. Nie wyglądał jak ktoś, kto całe życie spędził nad księgami. Ramiona miał dobrze zbudowane, ruchy pewne i oszczędne, a sposób, w jaki stawiał kroki, zdradzał doskonałą kontrolę nad własnym ciałem. Nie było w nim nic z przesadnie umięśnionego wojownika. Raczej przypominał człowieka, który przez wiele lat nauczył się, że siła nie zawsze wymaga jej pokazywania.

Na pierwszy rzut oka można było określić jego wiek na nieco ponad czterdzieści lat. Może czterdzieści pięć, może kilka więcej. Trudno powiedzieć, szczególnie w przypadku maga, którego twarz nie zdradzała dokładnie upływu czasu. Nie był jednak młodzieńcem. W jego sylwetce, sposobie poruszania się i przede wszystkim spojrzeniu znajdowało się coś, czego nie dało się wyćwiczyć w żadnej akademii. Doświadczenie. Był w wieku, w którym większość ludzi zaczynała już uważać się za doświadczonych, podczas gdy on sprawiał wrażenie kogoś, kto zdążył przeżyć wystarczająco wiele, aby przestać przejmować się własną opinią innych. Jego twarz była przy tym zaskakująco łagodna. Nie miał ostrych, wykrzywionych rysów typowych dla czarnych charakterów z kiepskich opowieści, nie wyglądał również na szaleńca. Wręcz przeciwnie. Twarz miał spokojną, niemal sympatyczną. Delikatnie zarysowane kości policzkowe, prosty nos, lekko zaznaczoną szczękę i usta, które układały się w subtelny, niemal uprzejmy uśmiech. Gdyby minąć go na ulicy w Grand Elorid, prawdopodobnie większość ludzi nie zwróciłaby na niego szczególnej uwagi. Być może uznaliby go za któregoś z urzędników, nauczyciela albo podróżującego maga.

Ale potem patrzyło się w jego oczy. I wtedy wszystko się zmieniało. Jego oczy były ciemne, niemal czarne, choć przy odpowiednim kącie światła można było dostrzec w nich głęboki fiolet. Nie było w nich jednak zwykłej surowości czy gniewu. To był raczej błysk inteligencji, który sprawiał, że człowiek natychmiast zaczynał czuć się obserwowany i oceniany. Patrzył na magów tak, jakby znał ich znacznie dłużej, niż powinien. Jakby widział nie tylko to, co robili, ale również to, co zamierzali zrobić. W jego spojrzeniu było coś niepokojąco spokojnego. Nie musiał grozić. Nie musiał podnosić głosu. Wystarczyło, że patrzył. I chyba właśnie to było najbardziej przerażające. Po tylu latach życia widziałem wiele osób, które próbowały wyglądać na groźne. Zwykle wystarczyło poczekać kilka minut, aby odkryć, że pod całą tą groźną miną kryje się strach, niepewność albo zwykła głupota. Ten człowiek nie wyglądał na kogoś, kto musi udowadniać własną siłę.

Jego włosy były ciemne jak noc. Średniej długości, opadały swobodnie na kark i częściowo na czoło. Nie były idealnie ułożone, ale nie sprawiały również wrażenia zaniedbanych. Kilka kosmyków opadło mu na twarz, kiedy wychodził z cienia, a mimo to nawet nie próbował ich poprawić. Cała jego sylwetka sprawiała wrażenie dziwnie naturalnej. Jakby las był miejscem, w którym czuł się równie swobodnie jak we własnym domu. Miał na sobie długie szaty w kolorze głębokiej czerni, przełamanej ciemnym fioletem. Materiał był ciężki, ale poruszał się niemal bezgłośnie. Na rękawach i przy krawędziach można było dostrzec delikatne fioletowe wzory, które w pierwszej chwili wyglądały jak zwykłe zdobienia, lecz po dokładniejszym przyjrzeniu się przypominały skomplikowane symbole magiczne. Nie były to jednak typowe oznaczenia żadnej szkoły magii, którą znałem. Na piersi miał prosty, pozbawiony ozdób pas, przy którym wisiały niewielkie sakiewki i kilka przedmiotów, których przeznaczenia nie potrafiłem od razu rozpoznać. Nie nosił zbroi. Nie potrzebował jej. Nie miał również widocznej broni. To samo w sobie mówiło wystarczająco dużo o jego pewności siebie.

Młodzi magowie zatrzymali się niemal jednocześnie. Zhana automatycznie przesunęła się pół kroku bliżej pozostałych, Kadir uniosła dłoń, dając znak, aby nikt się nie ruszał, a Bram położył rękę w pobliżu ziemi, jakby chciał w każdej chwili wykorzystać swoje zdolności. Lucien natomiast spojrzał na mężczyznę z niedowierzaniem. Jeszcze chwilę wcześniej szukali niewidzialnego demona. Teraz przed nimi stał człowiek, którego nie spodziewali się zobaczyć w najmniejszym stopniu. Filius patrzył na niego z wyraźną ostrożnością, a Laeria chyba dopiero po chwili zrozumiała, że właśnie patrzą na kogoś, o kim słyszeli już wcześniej. Luxera była jedyną osobą, która niemal natychmiast przyjęła pozycję gotową do rzucenia zaklęcia. Wokół jej dłoni pojawiła się ledwo widoczna poświata światła.

Mężczyzna tymczasem nawet nie drgnął. Spojrzał po kolei na każdego z nich, jak nauczyciel sprawdzający obecność swoich uczniów. Na Lucienie zatrzymał wzrok odrobinę dłużej. Potem przeniósł go na Zhanę, Brama, Kadir, Filiusa i Laerię. Na końcu spojrzał na Luxerę. W jego oczach pojawiło się coś, co przypominało rozbawienie. Nie zdziwienie. Nie niepokój. Rozbawienie. Jakby dokładnie takiego spotkania oczekiwał. Jakby wiedział, że prędzej czy później znajdą się właśnie tutaj. Jakby cała ich wyprawa od początku prowadziła ich wprost do niego.

A potem się uśmiechnął. Nie był to szeroki, szalony uśmiech. Nie było w nim nic groteskowego. Był spokojny, niemal uprzejmy. I właśnie dlatego wyglądał znacznie gorzej. Mężczyzna stał pośród drzew, otoczony przez cienie, z łagodnym wyrazem twarzy i tym przerażającym błyskiem w oczach, a ja, zawisając kilka metrów nad ziemią, po raz pierwszy mogłem zobaczyć twarz człowieka, którego głos od tak dawna pojawiał się w tej historii. Wreszcie przestał być cieniem. I muszę przyznać, że po wszystkim, co o nim wiedziałem, spodziewałem się czegoś znacznie bardziej przerażającego. Zamiast potwora zobaczyłem człowieka – co być może było znacznie gorsze.

Lucien nie wytrzymał pierwszy. Być może było to kwestią jego charakteru, być może napięcia, które narastało w nim od chwili, gdy zobaczyli mężczyznę wychodzącego z cienia, a być może po prostu uznał, że skoro wreszcie mają przed sobą człowieka odpowiedzialnego za całe to zamieszanie, należy natychmiast coś z tym zrobić. Uniósł dłoń i bez ostrzeżenia posłał w stronę wroga kulę ognia. Zaklęcie przecięło powietrze z charakterystycznym świstem, rozświetlając na moment ciemny las pomarańczowym blaskiem, lecz mag nawet nie drgnął. Wystarczyło jedno spokojne uniesienie dłoni. Przed nim pojawiła się warstwa gęstej, czarnej jak noc energii, przypominającej bardziej fragment żywego cienia niż zwykłą barierę. Kula ognia uderzyła w nią, rozpryskując się na dziesiątki płomiennych iskier, które zgasły niemal natychmiast. Postać spojrzała na Luciena z tym samym łagodnym uśmiechem, który miał chwilę wcześniej. Nie wyglądał nawet na zirytowanego. Luxera natychmiast chwyciła Luciena za ramię i powstrzymała go przed kolejnym atakiem, a pozostali magowie jeszcze mocniej skupili się wokół siebie. Przez kilka sekund panowała cisza. W końcu mężczyzna westchnął lekko, jakby właśnie zakończyła się wyjątkowo przewidywalna część rozmowy, na którą i tak był przygotowany.

– Wreszcie – powiedział spokojnie. – Chyba nadszedł odpowiedni moment, abym przestał być dla was jedynie głosem dobiegającym z ciemności. Nazywam się Astratus. I muszę przyznać, że jestem nieco zawiedziony. Liczyłem, że młodzi magowie waszego pokolenia okażą się bardziej... otwarci na możliwości, które przed nimi postawiłem. Przecież nie wymagam od was rzeczy niemożliwej. Małego demona macie niemal na wyciągnięcie ręki. Wystarczy jedno zaklęcie. Jedna chwila zdecydowania. I wasze zadanie zostanie zakończone.

Zrobił krótką przerwę, przyglądając się każdemu z nich.

– Daję wam jednak jeszcze trochę czasu. Do końca jutrzejszego wieczora. Do tego momentu możecie podjąć właściwą decyzję. Później... cóż, nastąpią konsekwencje.

Astratus zrobił kilka spokojnych kroków między drzewami. Nie zbliżał się do nich szczególnie, ale też nie zachowywał dystansu człowieka, który obawia się ataku. Wyglądał raczej tak, jakby prowadził wykład. Jakby ciemny las był salą wykładową, a siedmioro magów jego uczniami.

– Domyślacie się zapewne, czym będą te konsekwencje – ciągnął – Oczywiście chodzi o smoczycę. Wasze wnioski były prawidłowe. Jest matką waszego małego, czarnego przyjaciela. Odnalazła jego ślad i przemierza kolejne krainy, szukając swojego potomka. Można by powiedzieć, że jest to historia niezwykle prosta. Matka szukająca dziecka. Natura w swojej najbardziej pierwotnej postaci. Jest jednak pewien szczegół, którego jeszcze nie znaliście.

Na twarzach magów pojawiło się napięcie. Astratus zauważył to natychmiast.

– Demony – powiedział niemal z rozbawieniem – To stworzenia potężne, nieprzewidywalne i często niezwykle trudne do poskromienia. Ale trudne nie oznacza niemożliwe. Nawet te najpotężniejsze można zmusić do działania, jeśli zna się odpowiednie metody. Cień jest bowiem znacznie bardziej użyteczny, niż chcieliby przyznać wasi nauczyciele. Między magią cienia a czarną magią istnieje bardzo cienka granica. Czasami wręcz absurdalnie cienka. Nie przekroczyłem jej. Nigdy. Nie jestem jednym z tych, którzy oddali się czarnej magii i pozwolili, aby to ona zaczęła decydować o ich działaniach. Ale nauczyłem się wykorzystywać cień. A cień daje coś, czego wasza uporządkowana, bezpieczna magia niemal całkowicie zapomniała. Kontrolę. Potrafi wywołać strach. Potrafi wzbudzić niepewność. Potrafi sprawić, że ktoś zacznie wątpić we własne decyzje. A człowiek, który się boi i nie wie, co nastąpi za chwilę, jest znacznie łatwiejszy do prowadzenia niż człowiek pewny siebie. Strach i niepewność są narzędziami. Bardzo skutecznymi narzędziami.

Przez moment jego wzrok zatrzymał się na Luxerze.

– Myślicie zapewne, że wasze spotkania z demonami były przypadkowe. Nie były. Demon z Dalewood najpierw miał was odnaleźć. Potem już w górach… rozgrzać wasze wątpliwości. Cienisty byk miał sprawdzić wasze możliwości. Czwarty demon... cóż, jego zadanie na początku było trochę inne. Miał osłabiać wasze szyki. Zmieniłem jednak zdanie, patrząc co postanowiliście. Teraz miał was po prostu tutaj przyprowadzić. Miał sprawić, żebyście znaleźli się dokładnie tam, gdzie jesteście teraz. Nie musiał was pokonać. Nie musiał nawet was zabić. Wystarczyło, że zwrócił na siebie uwagę. Przyznaję, że plan zadziałał lepiej, niż oczekiwałem. Nie będę wam utrudniał wytropienia go i szybkiej jego eliminacji. – Uśmiechnął się lekko. – A skoro już tutaj jesteście, potem pozostanie tylko jedna rzecz do zrobienia. Demonek musi zginąć.

Filius wyraźnie zesztywniał. Astratus zauważył to natychmiast.

– Wiem, co myślisz – powiedział spokojnie. – Że to tylko młode stworzenie. Że może nie jest takie jak pozostałe demony. Że być może można je ocalić. Być może nawet masz rację. To zresztą jedna z rzeczy, które w tobie cenię. Wciąż potrafisz patrzeć na istotę, którą inni uznaliby za potwora, i dostrzec w niej coś więcej. To rzadka cecha. Nie pozwól, aby wasza szkoła ją z ciebie wyrwała. Ale nie zmienia to faktu, że jeśli go nie zabijecie, będę musiał skierować jego matkę tam, gdzie mogą przebywać moi potencjalni wrogowie. Astratus zrobił krótką pauzę, a jego spokojny uśmiech zniknął. – Do Elorien.

Twarz Luciena natychmiast stężała. Zhana spojrzała na Filiusa, Kadir zacisnęła dłonie, a Laeria wyraźnie pobladła. Nawet Bram, który zazwyczaj potrafił znaleźć jakiś sarkastyczny komentarz na każdą okazję, tym razem nie powiedział ani słowa. Luxera zrobiła krok do przodu, ale Astratus nawet na nią nie spojrzał.

– Tak. Wasz ukochany obóz magów. Miejsce, które przez pięćset lat miało być bezpiecznym domem dla kolejnych pokoleń czarodziejów. Wyobraźcie sobie, co się stanie, kiedy w jego okolice dotrze cienista smoczyca. Nie musicie sobie tego wyobrażać zbyt długo. Wystarczy, że przypomnicie sobie, czego dokonują smoki, kiedy naprawdę czują się zagrożone. Nie będę jednak kłamał. Nie chcę tego robić. Nie chcę niszczyć Elorien. Wolałbym, abyście sami dokonali wyboru. Jestem przekonany, że potraficie podjąć właściwą decyzję.

Astratus ponownie się uśmiechnął, tym razem niemal przyjaźnie.

– I nadal jestem gotów wam wybaczyć. Nadal możecie do mnie dołączyć. Wy wszyscy. Tak dobrze zapowiadający się młodzi magowie. Każde z was posiada coś, czego współczesny system nie potrafi właściwie wykorzystać. Lucien, masz w sobie ambicję, której nie da się zamknąć w regulaminach. Zhana, masz dyscyplinę i determinację. Bram, twój talent jest zdecydowanie większy, niż sam chciałbyś przyznać. Kadir... twoja zdolność rozumienia magii wykracza poza to, czego uczą was podręczniki. Filius, ty już dawno zacząłeś kwestionować to, czego inni nawet nie próbują kwestionować. Laeria, sama jeszcze nie wiesz, co właściwie w tobie drzemie.

Przesunął wzrokiem po całej grupie.

– Wszyscy widzicie, że magia upada. Nie musicie mi wierzyć. Rozejrzyjcie się wokół siebie. Kiedyś magowie byli filarem królestw. Byli doradcami królów, wojownikami, odkrywcami, badaczami rzeczy, których zwykły człowiek nawet nie potrafił sobie wyobrazić. Dzisiaj? Jesteście urzędnikami z różdżkami. Wykonujecie polecenia ludzi. Chronią was regulaminy, ograniczenia, procedury i dziesiątki starszych magów, którzy boją się, że ktoś zrobi coś niebezpiecznego. A świat idzie dalej. Technologia rozwija się szybciej niż magia. Ludzie coraz rzadziej jej potrzebują. Magicznych stworzeń jest coraz mniej. Wielkie wyprawy stają się historiami z ksiąg. A wy nadal udajecie, że wszystko jest w porządku.

– Nie jesteście jednak sami – kontynuował. – Na tym kontynencie są inni, którzy zaczęli dostrzegać ten problem. Mam już zwolenników nie tylko tutaj, w Elorii. Magowie z innych królestw również zaczynają rozumieć, że obecny porządek prowadzi donikąd. Niektórzy znikają. Owszem, wasi przełożeni nazwą to zaginięciami. Wydadzą komunikaty, rozpoczną poszukiwania, będą snuć domysły. Ale wielu z nich odchodzi z własnej woli. Przybywają do mnie, ponieważ chcą czegoś więcej. Chcą poznawać wielką magię. Chcą być tym, czym ich przodkowie. Nie chcą przez całe życie wykonywać poleceń ludzi, którzy boją się własnych możliwości. Chcą tworzyć. Odkrywać. Przekraczać granice. Rozwijać magię, zamiast patrzeć, jak powoli umiera.

Zamilkł na chwilę. Las wokół nich pozostawał nieruchomy.

– Przemyślcie to – powiedział w końcu znacznie ciszej. – Nie proszę was o odpowiedź teraz. Macie czas do jutra. Możecie zabić Demonka. Możecie spróbować mnie powstrzymać. Możecie również do mnie dołączyć. Wybór należy do was.

Astratus zrobił krok w tył. Jego sylwetka znalazła się częściowo w cieniu drzewa. Przez moment wyglądało to zupełnie zwyczajnie, jakby po prostu zamierzał odejść. Potem cień wokół niego zaczął się poruszać. Nie gwałtownie, lecz jak ciemna mgła powoli oplatająca jego ciało. Czarno-fioletowe szaty zaczęły znikać w mroku, kontury sylwetki rozmyły się, a jego twarz przez ostatnią chwilę pozostała widoczna. Nadal się uśmiechał. Następnie i ona rozpłynęła się w cieniu. Po Astratusie nie pozostał nawet ślad.

Magowie przez dłuższą chwilę stali bez ruchu. W lesie ponownie odezwały się ptaki, wiatr poruszył liśćmi, a światło słońca zaczęło przebijać się pomiędzy gałęziami. Wszystko wyglądało tak samo jak kilka minut wcześniej. Tylko że nic już nie było takie samo. Tym razem nie mieli przed sobą tajemniczego głosu. Poznali człowieka stojącego za wszystkimi wydarzeniami. I właśnie dowiedzieli się, że ich największym problemem nie jest już znalezienie demona. Ich największym problemem było to, że Astratus właśnie postawił ich przed wyborem, w którym każda decyzja mogła mieć katastrofalne konsekwencje.

Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, a tym bardziej otrząsnąć się po jego słowach, las nagle wydał z siebie krótki, przenikliwy świst. Nie przypominał on odgłosu wiatru ani żadnego zwierzęcia. Był zbyt szybki, zbyt bliski i pojawił się zupełnie bez ostrzeżenia. Filius nawet nie zdążył się odwrócić. Jego ciało nagle zesztywniało, po czym mag natury osunął się bezwładnie na ziemię. Zhana krzyknęła, a Lucien odruchowo zrobił krok w jego stronę, lecz wtedy z ust Filiusa wydostała się cienka, czarna smuga. Początkowo wyglądała jak dym, który ktoś wciągnął do jego płuc, lecz po chwili zaczęła się rozrastać, przybierając kształt nieregularnej, wijącej się masy. Cień wypłynął z jego ust i zawisł nad ziemią, pulsując delikatnie jak żywa istota. Przez ułamek sekundy wszyscy stali bez ruchu. Luxera natychmiast zrozumiała, co się dzieje.

— Odsuńcie się od niego! — krzyknęła, unosząc dłonie. Cienista masa wystrzeliła jednak w bok, zanim zdążyła rzucić zaklęcie. Znalazła się przy najbliższym drzewie i niemal rozpłynęła się w jego pniu. Liście zadrżały, gałęzie gwałtownie opadły, a kora w miejscu, w którym zniknął demon, zaczęła ciemnieć. Po kilku sekundach drzewo wyglądało tak, jakby ktoś wyrwał z niego całe życie. Liście uschły, część gałęzi odłamała się i runęła na ziemię.

— To on! — powiedziała Kadir, a jej głos zabrzmiał znacznie spokojniej, niż można by się spodziewać.

— Nie pozwólcie mu się zbliżyć!

Demon natychmiast wyskoczył z drzewa. Nie miał określonego kształtu. Był raczej fragmentem nocy wyrwanym z miejsca, w którym powinno być światło. Cienista masa rozciągała się, zwężała i rozpadała, by chwilę później ponownie złączyć się w jedno. Poruszała się z niewiarygodną szybkością, niemal bezgłośnie przemykając między drzewami. Jej celem nie było zaatakowanie magów zaklęciem. Chciała dotrzeć do któregoś z nich. Zbliżyć się do ciała. Znowu wejść w żywą istotę.

Lucien zareagował pierwszy. Wyrzucił przed siebie rękę i posłał w stronę demona szeroki strumień ognia. Płomienie przecięły leśną polanę, ale cień przemknął pod nimi, jakby w ogóle nie podlegał prawom fizyki. Zhana spróbowała zaatakować z drugiej strony, zamykając mu drogę kolejnym płomieniem, lecz demon gwałtownie zmienił kierunek. Ogień przeleciał przez jego ciało, nie wyrządzając mu praktycznie żadnej szkody.

— Ogień nic mu nie robi! — rzuciła Zhana.

— Wiem! — odpowiedział Lucien, najwyraźniej niezadowolony z tej informacji.

Bram natomiast uderzył dłonią w ziemię. Z podłoża wyrósł kamienny mur, który miał przeciąć demonowi drogę. Cień nawet nie próbował go omijać. Wniknął w szczelinę pomiędzy kamieniami, przeszedł przez przeszkodę i pojawił się po drugiej stronie. Bram spojrzał na swoje dzieło z autentycznym wyrzutem.

— Wspaniale. Przypominam tylko, że zwykle moje ściany działają. Demon rzucił się tymczasem w stronę Luxery. Magini światła natychmiast uniosła ręce i rozbłysła przed nią jasna bariera. Cień uderzył w nią i cofnął się gwałtownie, sycząc bezgłośnie. To był pierwszy raz, kiedy jego ruch został rzeczywiście zatrzymany. Luxera zacisnęła zęby.

— Światło go powstrzymuje!

— Ale nie możesz być wszędzie naraz! — odpowiedziała Kadir.

I miała rację. Demon ponownie przemknął między drzewami, a jego ruchy stały się jeszcze bardziej chaotyczne.

Rozpoczęła się walka, która bardziej przypominała polowanie niż zwyczajny pojedynek. Magowie próbowali przewidzieć, gdzie pojawi się demon, podczas gdy on sam zdawał się obserwować ich przez cały czas. Kilkukrotnie znikał w drzewach, zmuszając ich do odsuwania się od roślin, a kiedy tylko któryś z magów zostawał choć odrobinę z tyłu, demon natychmiast próbował go dosięgnąć. Filius leżał kilkanaście metrów dalej, nieprzytomny, a każdy z nich wiedział, że nie mogą pozwolić, aby stworzenie ponownie do niego wróciło. Laeria zaczęła tworzyć gwałtowne wiry powietrza, które oczyszczały przestrzeń między drzewami. Nie mogła zranić demona, ale jej podmuchy utrudniały mu ukrywanie się w cieniu. Kadir natomiast zaczęła rozrzucać po ziemi cienkie warstwy wody, obserwując ich powierzchnię. Za każdym razem, gdy demon przemknął nad mokrym podłożem, woda drgała, zdradzając jego położenie.

— Tam! — krzyknęła.

Laeria natychmiast odwróciła się w tamtą stronę i posłała potężny podmuch. Cień został wypchnięty spomiędzy dwóch drzew, ale zamiast uciekać, skierował się prosto na Bramа. Mag ziemi ledwie zdążył podnieść kamienną tarczę. Demon uderzył w nią z taką siłą, że Bram cofnął się o kilka kroków. Cienista masa zaczęła przeciskać się przez szczeliny, a Bram po raz pierwszy naprawdę się przestraszył.

— Ktoś może mi pomóc?! Zhana posłała płomień, lecz cień tylko zadrżał i zmienił kształt. Lucien spróbował jeszcze raz, tym razem znacznie potężniejszym ogniem, jednak rezultat był podobny. Demon nie był przeciwnikiem dla ich żywiołów. Był czymś zupełnie innym.

W pewnym momencie demon ponownie wniknął w drzewo. Tym razem jednak nie wyszedł od razu. Cały pień zaczął czernieć, a z wnętrza dobiegł cichy trzask. Kora pękała, gałęzie opadały jedna po drugiej. Magowie odsunęli się, oczekując kolejnego ataku. Nagle drzewo przechyliło się i runęło w ich stronę.

— Na ziemię! — wrzasnęła Laeria.

Wszyscy uskoczyli, a ogromny pień z hukiem uderzył o ziemię. Zanim kurz zdążył opaść, demon wyskoczył spod niego i pomknął prosto na Zhanę. Dziewczyna odruchowo stworzyła ścianę ognia, ale cień przeszedł przez nią i znalazł się zaledwie kilka kroków od niej. Wtedy Laeria uderzyła w niego potężnym podmuchem. Demon został odrzucony, a Zhana wykorzystała moment, aby odskoczyć.

— Dzięki! — krzyknęła.

— Nie ma za co! — odpowiedziała Laeria, sama chyba zaskoczona, że jej zaklęcie rzeczywiście zadziałało.

Walka trwała dalej, a z każdą chwilą wszyscy coraz wyraźniej rozumieli, że nie pokonają demona siłą. Musieli go unieruchomić. Musieli wykorzystać coś, czego nie mógł ominąć.

Kadir obserwowała go przez kilka kolejnych sekund. Widziała, jak demon przemieszcza się po ziemi, jak zmienia kształt, jak prześlizguje się pomiędzy przeszkodami i jak reaguje na światło. W końcu jej wzrok zatrzymał się na cienkiej warstwie wody, którą wcześniej rozlała na ziemi. Cień przesunął się nad nią, lecz nie zanurzył się w niej. Wtedy coś zrozumiała.

— Laeria! — zawołała. — Potrzebuję twojej pomocy.

— Co mam zrobić?

— Kiedy go zamknę, musisz być gotowa.

— Gotowa na co?

— Na rozbicie. Laeria spojrzała na nią przez chwilę, ale nie zadawała więcej pytań.

Kadir wyszła kilka kroków do przodu i zaczęła gromadzić wodę. Cienista masa natychmiast zauważyła ruch i ruszyła w jej stronę. Lucien chciał ją osłonić, lecz Kadir powstrzymała go gestem.

— Nie. Dajcie mu przyjść.

Demon przyspieszył. Kadir czekała do ostatniej chwili. Wtedy gwałtownie uniosła obie ręce. Woda eksplodowała z ziemi i utworzyła wokół demona idealną, przejrzystą kulę. Cień znalazł się w środku. Przez moment nic się nie działo. Potem demon zaczął gwałtownie uderzać o powierzchnię wody, próbując się wydostać. Za każdym razem jednak powierzchnia uginała się, drżała, ale pozostawała nienaruszona. Kadir zacisnęła zęby, utrzymując zaklęcie.

— Teraz!

Laeria wykonała gwałtowny ruch dłonią. Powietrze uderzyło w kulę z ogromną siłą. Woda rozprysła się na wszystkie strony w postaci setek drobnych fragmentów, a wraz z nią rozpadła się cienista masa. Demon nie został spalony ani rozcięty. Nie został nawet fizycznie zraniony. Po prostu przestał być jedną istotą. Jego cień rozpadł się na dziesiątki, setki czarnych smug, które przez chwilę wirowały w powietrzu, po czym zaczęły zanikać. Jeszcze przez moment między drzewami można było dostrzec pojedyncze fragmenty mroku, ale w końcu zniknęły całkowicie. Las ucichł.

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył. Potem wszyscy jednocześnie przypomnieli sobie o Filiusie. Lucien pierwszy dopadł do leżącego maga, a pozostali natychmiast ruszyli za nim. Filius był blady jak ściana. Jego skóra miała lekko szary odcień, a pod oczami pojawiły się ciemne, niemal fioletowe cienie. Oddychał, ale płytko i nierówno. Kiedy Zhana dotknęła jego ramienia, jego ciało zadrżało.

— Filius? — zapytała cicho.

Nie odpowiedział. Luxera uklękła obok niego i przyłożyła dłonie do jego klatki piersiowej. Jej twarz natychmiast spoważniała.

— Choroba cienia już się rozprzestrzeniła — powiedziała. — I to bardzo szybko.

— Możesz go wyleczyć? — zapytał Lucien.

Luxera zawahała się.

— Mogę ją zatrzymać. Ale nie tutaj. Potrzebujemy więcej czasu, więcej światła i odpowiednich zaklęć. Jeśli będziemy czekać... — Nie dokończyła. Nie musiała.

Kadir spojrzała na pozostałych i wszyscy zrozumieli to samo. Ich zadanie właśnie się zmieniło. Demon został rozproszony, ale zwycięstwo nie miało znaczenia, jeśli Filius miałby umrzeć.

— Wracamy — powiedział Lucien. Tym razem nikt nie zaprotestował. Zhana pomogła podnieść Filiusa, Bram przygotował prowizoryczne nosze z drewna i płótna, a Luxera natychmiast zaczęła utrzymywać wokół chorego delikatną aurę światła. Ruszyli w stronę obozu tak szybko, jak tylko pozwalał na to stan Filiusa. Za nimi pozostał las, kilka martwych drzew i ślady walki. A gdzieś daleko, poza zasięgiem ich wzroku, Astratus mógł już wiedzieć, że jego pułapka zadziałała dokładnie tak, jak chciał.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania