Między rytmem a ciszą - Dzień 2 - Tiago (17)

Tiago

 

Mateo stuknął do drzwi. Trzy szybkie, mocne uderzenia sprawiły, że aż podskoczyłem, a moje żebra od razu przypomniały o sobie ostrym bólem. Ten skurwiel z gangu naprawdę nie żałował siły, kiedy mnie kopnął.

Zanim podszedłem otworzyć, zerknąłem przez szparę w drzwiach do sypialni. Sophia leżała, zwinięta w kłębek na rozciętej kanapie, którą przykryłem kocem. Oddychała szybko i niespokojnie. Wyglądała na taką kruchą w tym całym burdelu. Poczułem potworny ucisk w klatce. Dziewczyna ufała mi, chociaż nie potrafiliśmy ze sobą normalnie pogadać. Widziałem w jej oczach czysty strach. To mnie paraliżowało bardziej niż ból po bójce. Musiałem ją stąd wyciągnąć.

Otworzyłem drzwi. Mateo popatrzył na rozwalone krzesła, rozbitą lampę i moją rozciętą wargę.

– Przyniosłem lód, ale tu raczej przydałaby się ekipa remontowa – rzucił twardo, próbując wejść do środka.

– Nie teraz – szepnąłem, łapiąc go za ramię. Delikatnie wypchnąłem go na korytarz. – Chodź do sali.

Zeszliśmy po skrzypiących schodach. Na dole było chłodno, czuć było pot i lakier parkietu. Podszedłem do wielkich głośników stojących w kącie i usiadłem ciężko na jednym z nich. Syknąłem, bo naciągnąłem zbity bok. Mateo usiadł naprzeciwko mnie.

– Gadaj wreszcie. I co to za dziewczyna siedziała w szafie? – przeszedł od razu do rzeczy.

Wziąłem głęboki oddech.

– Ma na imię Sophia. Jest z Miami. Porwali ją.

Mateo tylko uniósł brwi.

– Uciekła im. Dwa dni temu wpadła na mnie na ulicy. Była przerażona, płakała, nie miała na sobie prawie nic. Nie rozumiałem ani słowa, ona mnie też nie. Zabrałem ją tutaj i ukrywam na górze. Ci faceci z gangu szukali właśnie jej.

– Oszalałeś? – Mateo zerwał się na równe nogi. – Trzymasz w domu dziewczynę, której szuka gang? Tiago, do cholery, idź z nią na policję! Niech oni się tym zajmą, zanim spalą ci tę budę razem z nami!

– Na policję? – zaśmiałem się gorzko, aż zacząłem kaszleć. – Dobrze wiesz, jak tu jest. Połowa psów bierze od nich kasę. Jeśli ją tam zaprowadzę, w zębach oddadzą ją gangowi. Poza tym na ulicach są te protesty, miasto jest zablokowane, policja ma teraz ważniejsze rzeczy na głowie niż jedna Amerykanka. Muszę odwieźć ją prosto do konsulatu. Bezpiecznie.

Mateo zaczął krążyć po sali, jego buty głośno tupały o deski.

– I co ja mam z tym wspólnego?

– Potrzebuję cię, sam nie dam rady.

– Masz jakiś plan, żeby się jej pozbyć?

Skrzywiłem się. Nie podobało mi się to określenie.

– Pomóc, a nie pozbyć. Myślałem o konkursie. Cała dzielnica przyjdzie nas oglądać. Będzie tłum, zamieszanie, głośna muzyka. To nasza jedyna szansa.

Mateo zatrzymał się i spojrzał na mnie, jakbym upadł na głowę.

– Co ty znowu kombinujesz?

– Sophia wyjdzie z nami. Przebierzemy ją, żeby wyglądała jak my. Kiedy zaczniemy tańczyć i uwaga wszystkich, łącznie z ludźmi gangu, skupi się na scenie, ona wtopi się w tłum. Przejdzie niezauważona.

– A potem? – Mateo zmrużył oczy.

– Ty nie będziesz tańczył, Mateo. Masz stać ulicę dalej, w samochodzie, z odpalanym silnikiem. Ona dobiegnie do ciebie. Zapakujesz ją do środka i zawieziesz prosto pod konsulat USA.

W sali zrobiło się potwornie cicho. Słyszałem tylko szum faweli za oknem i swój własny, przyspieszony oddech. Mateo patrzył na mnie z wściekłością i żalem.

– Chcesz, żebym odpuścił konkurs? – zapytał cicho, a w jego głowie narastał gniew i coś na wzór rozczarowania. Zabolało. – Trenowaliśmy do tego od pół roku, Tiago! Żyjemy tym występem. To miała być nasza szansa na sponsora, na wyrwanie się stąd! Jeśli ja nie zatańczę, cała choreografia leży. Przegramy to. Rozumiesz? Zmarnujesz pracę całej grupy dla laski, którą znasz od dwóch dni!

Spuściłem głowę. Jego słowa bolały mocniej niż pięść tamtego bandziora. Wiedziałem, że ma rację. Wiedziałem, ile ten konkurs dla nas znaczy. Ale przed oczami znowu stanęła mi Sophia: skulona w szafie, trzęsąca się ze strachu, patrząca na mnie jak na jedyną deskę ratunku.

– Wiem – powiedziałem cicho. Spojrzałem mu prosto w oczy. – Wiem, ile tracimy. Ale jeśli jej nie pomożemy, oni ją zabiją. Albo zrobią coś gorszego. Nie potrafię zamknąć drzwi i udawać, że jej tu nie ma. Proszę cię, Mateo. Jako przyjaciela. Pomóż mi uratować jej życie.

Mateo przeklął siarczyście pod nosem, podszedł do ściany i rąbnął w nią pięścią. Stał tak przez chwilę odwrócony tyłem. Prychnął i spojrzał na mnie. Na jego twarzy była tylko czysta wściekłość.

– Pojebało cię, Tiago. Słyszysz sam siebie? – warknął, machając rękami. – Chcesz zniszczyć nasze marzenia, na które harowaliśmy na tym parkiecie przez miesiące. Moje marzenia też! I dla kogo? Dla jakiejś bogatej Amerykanki, która miała pecha? My tu żyjemy w gównie na co dzień i nikt nam nie pomaga!

– Mateo, błagam cię... – wyciągnąłem do niego rękę, ale brutalnie ją odepchnął.

– Nie! Nie mieszaj mnie w to. Mam rodzinę, dziewczynę, pracę. I nie mam zamiaru ryzykować życia i kariery dla obcej baby. Chcesz się bawić w bohatera i zadzierać z gangiem? Droga wolna. Ale beze mnie. Ja w tym nie wezmę udziału.

Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia.

– Mateo, czekaj! – krzyknąłem, ale ból w żebrach aż mnie zgiął wpół.

– Pojutrze tańczę na konkursie, Tiago. I ty też powinieneś, jeśli masz resztki rozumu. A tę laskę wystaw za drzwi, zanim przez nią wszyscy skończymy w plastikowych workach – rzucił przez ramię, nawet się nie odwracając.

Chwilę później usłyszałem trzask drzwi wyjściowych. Zostałem sam w ciemnej sali. Mój plan właśnie runął, a pojutrze i tak musiałem wyjść na scenę.

Siedziałem na głośniku jeszcze przez dobrych kilka minut, tępo gapiąc się w podłogę. Trzask zamykanych przez Mateo drzwi wciąż dźwięczał mi w uszach. Zostałem sam. Zupełnie sam. Przebiegałem w głowie listę znajomych, ludzi z faweli, kogokolwiek. Lucas? Za dużo mówi i zaraz by się wygadał. Bruno? Koleś ma dwójkę dzieci, nie zaryzykuje dla obcej osoby. Nie miałem tu nikogo tak bliskiego jak Mateo. Nikt inny nie zaryzykowałby głowy dla gringi.

Wstałem z głośnika, i powoli ruszyłem po schodach na górę. Każdy krok przypominał mi o bitych żebrach i brzuchu, ale teraz bardziej bolała mnie bezradność. Mój genialny plan właśnie trafił szlag.

Wszedłem do mieszkania. Wokół wciąż panował totalny syf po wizycie tego gnoja. Nie miałem nawet siły tego sprzątać. Podszedłem cicho do drzwi sypialni i uchyliłem je szerzej.

Sophia wciąż spała.

Leżała na boku, skulona, z dłońmi ściśniętymi blisko twarzy. Przez okno wpadało trochę słabego światła, oświetlając moje ubranie, które miała na sobie i parę zadrapań na rękach. Wyglądała tak spokojnie, kiedy spała, jakby to całe piekło wokół niej w ogóle nie istniało. Ale wiedziałem, że wystarczy mocniejszy dźwięk z ulicy, żeby zerwała się na równe nogi ze strachem w oczach.

Oparłem się o futrynę i po prostu na nią patrzyłem. Pojutrze był konkurs. Jeśli nie wymyślę niczego innego, będę musiał zostawić ją samą w tym zdemolowanym mieszkaniu i iść tańczyć z moją galerą, udając, że wszystko jest w porządku. A jeśli gang wróci, kiedy mnie nie będzie?

Przetarłem twarz dłońmi. Dziewczyna uciekła oprawcom, przeżyła dwa dni w faweli i ufała tylko mnie: facetowi, który nie potrafił nawet zapytać jej, jak się czuje, bez pokazywania wszystkiego na migi. Nie miałem pojęcia, co robić, ale wiedziałem jedno: nie mogłem jej teraz wystawić za drzwi, tak jak chciał Mateo. Musiałem znaleźć inny sposób. Sam.

Wróciłem do salonu. Niestety pobojowisko nie chciało magicznie się posprzątać. Powoli postawiłem krzesło i regał. Kilka rozrzuconych rzeczy włożyłem do lodówki. Odłożyłem na miejsce kubek, któremu odpadło ucho. Nieuważnie trąciłem plastikową miskę, która spadła z łoskotem na podłogę. Westchnąłem, kompletnie pozbawiony sił.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania