Między rytmem a ciszą - Dzień 3 - Sophia (21)
Sophia
Kiedy weszłyśmy na salę było już pusto. Muzyka zamilkła na dobre, a większość tancerzy zdążyła się rozejść. Został tylko on.
Tiago stał tyłem do nas, oparty o ścianę, i powoli sączył wodę z butelki. Bez koszulki, w samych luźnych spodniach dresowych, wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego, niż kilkanaście minut temu. Skórę na jego plecach pokrywał lśniący film potu, a mięśnie ramion drżały z wycieńczenia. Słysząc skrzypnięcie podłogi, odwrócił głowę.
Jego wzrok najpierw padł na Camilę, która skinęła mu krótko głową, a potem przeniósł się na mnie. A dokładniej na to, co kurczowo ściskałam w ramionach.
Przez ułamek sekundy na jego poturbowanej twarzy odmalowało się czyste zaskoczenie. Uniósł brwi, a jego spojrzenie złagodniało w sposób, który sprawił, że mój żołądek znowu fiknął koziołka. Spojrzał na Camilę z niemym pytaniem, a dziewczyna tylko wzruszyła ramionami, rzuciła pod nosem szybkie „Até amanhã”43 i minęła nas, zostawiając samych w sali pełnej echa.
Tiago odstawił butelkę na głośnik i powoli podszedł bliżej. Każdy jego krok zdradzał, jak bardzo bolą go żebra po wczorajszej bójce i tańcu, ale nie spuszczał ze mnie oczu. Zatrzymał się tuż przede mną. Pachniał tak samo jak cała ta sala: zmęczeniem, surowym wysiłkiem i czymś męskim, co powoli zaczynało mi się kojarzyć wyłącznie z bezpieczeństwem.
Wyciągnął rękę i delikatnie, dwoma palcami, ujął brzeg czarnego materiału bluzy, którą tuliłam do piersi. Przejechał kciukiem po żółtym nadruku.
– Minha equipe – wyszeptał, a w jego głosie, obok chrypki, usłyszałam dziwną dumę. Spojrzał mi prosto w oczy. Szukał odpowiednich słów. Wyciągnął z kieszeni telefon i napisał kilka słów. Zmarszczył brwi i powoli przeczytał tłumaczenie. – Moja ekipa. Jutro... będziesz jedną z nas, Sophia.
Nie potrafiłam nic mądrego odpowiedzieć. Przełknęłam ślinę, a czarna chusta, ukryta pod bluzą, wydała mi się nagle ciężka jak ołów. Tiago zauważył mój nagły skurcz strachu. Zamiast się cofnąć, zrobił jeszcze pół kroku naprzód. Przez ten jeden krótki moment całe to przerażenie, Miami, porywacze i fakt, że byłam na drugim końcu świata, przestały mieć znaczenie. Liczył się tylko jego bliski, ciepły oddech.
Uniósł dłoń i bardzo ostrożnie, jakby bał się, że spłoszona ucieknę, dotknął mojego policzka. Jego palce były miękkie, a ten gest niesamowicie czuły. Kciukiem starł ślad po łzie, którą chwilę wcześniej uroniłam przy Camili.
– Nie bój się – powiedział cicho, łamanym angielskim, a jego niebieskie oczy lśniły w świetle popołudnia. – Ja patrzę. Ja pilnuję.
Napięcie między nami zgęstniało tak bardzo, że niemal fizycznie czułam jego ciężar. Moje serce, zmęczone po treningu, zabiło zupełnie innym rytmem. Przytuliłam policzek do jego dłoni i przez moment zatraciłam się w tej chwili. Chciałam się w niego wtulić. Chciałam, żeby te silne ramiona odcięły mnie od reszty świata, ale instynkt samozachowawczy wciąż szeptał mi do ucha, że znamy się dopiero od kilkudziesięciu godzin. Ufałam mu, chciałam, żeby nasze losy splotły się w innych okolicznościach, ale życie nie zawsze spełnia nasze zachcianki.
Delikatnie odsunęłam się o centymetr, a on od razu to wyczuł i cofnął rękę, nie tracąc jednak tego cichego, uspokajającego uśmiechu. Zrozumiał.
– Almoço – mruknął, wskazując głową w stronę schodów prowadzących na górę, do jego mieszkania. Ponownie wykonał ten swój zabawny gest z niewidzialną łyżką. – Obiad? – Spojrzał na mnie z nadzieją, że nie pomylił się w tłumaczeniu.
– Almoço. – Kiwnęłam głową, uśmiechając się szeroko.
Kiedy weszliśmy na górę, w małym mieszkaniu panowała przyjemna, senna cisza, zupełnie odcięta od dudniącego basu, który jeszcze kilka minut temu dudnił z dołu. Popołudniowe słońce wpadało pod ostrym kątem przez wąskie szczeliny między szybą a roletą, oświetlając drobinki kurzu unoszące się w powietrzu i rzucając długie, pomarańczowe cienie na odrapaną podłogę. Dopiero teraz, gdy potworne emocje po treningu opadły, a ciało przestało pompować czystą adrenalinę, poczułam, jak potwornie ssie mnie w żołądku. Zapatrzona w południową kłótnię Tiago i jego przyjaciół, nie miałam czasu na zjedzenie śniadania.
Tiago rzucił swoje sportowe buty w kąt przedpokoju, zostawił mokrą od potu koszulkę na oparciu krzesła i od razu skierował się do aneksu kuchennego. Odłożyłam mój cenny, czarny pakunek od Camili na kanapę w sypialni, jakby to była najświętsza relikwia, i stanęłam w bezpiecznej odległości, opierając się o framugę drzwi. Obserwowałam każdy jego ruch.
Zaczął krzątać się po kuchni z głośnym, przeciągłym westchnieniem, które zdradzało, jak bardzo bolą go żebra. Otworzył lodówkę, postukał palcami o chłodny blat, po czym zaczął przeszukiwać wiszące szafki. Słyszałam szelest przesuwanych paczek, brzęk pustych słoików i stukanie plastikowych pojemników. Zaglądał w każdy kąt, a jego mina rzedła z każdą sekundą. W końcu odwrócił się do mnie, czochrając i tak już zwichrzone włosy i drapiąc się po karku z miną skruszonego dzieciaka.
– Sem chance...44 – mruknął pod nosem, ewidentnie zirytowany własnym brakiem zapasów. Szybko jednak zreflektował się i przeszedł na swój łamany, prosty angielski. – Nic… eee...
Znowu napisał coś na telefonie i podsunął mi ekran pod oczy.
„Mam tylko pół paczki starego makaronu. Muszę iść do sklepu na dole. Tutaj, tuż za rogiem. Dwa kroki stąd.”
Na sam widok słowa „sklep” poczułam, jak żołądek znowu mi się kurczy, ale tym razem wcale nie z głodu. To był czysty, paraliżujący strach. Moje oczy mimowolnie, z niemal panicznym odruchem, uciekły w stronę okna wychodzącego na brudną, hałaśliwą ulicę. Jego wyjście gdziekolwiek, nawet na odległość kilku metrów, wydawało mi się teraz rzuceniem prosto w paszczę lwa. Co, jeśli ludzie gangu wciąż kręcą się po okolicy? Co, jeśli ktoś go rozpozna po tych sińcach i pójdzie za nim?
Tiago natychmiast zauważył, jak zesztywniałam. Zrobił dwa szybkie kroki, zmniejszając dystans między nami, i delikatnie, ale zdecydowanie położył mi dłonie na ramionach. Jego uścisk był ciepły, ciężki i niesamowicie uziemiający. Zmusił mnie, bym spojrzała mu prosto w oczy.
– Ty, tutaj, bezpieczna – powiedział kategorycznie, akcentując każde słowo, jakby chciał mi je wbić do głowy. – Sophia...
Sięgnął po komórkę i włączył głośnik:
„Zamknij drzwi na ten górny zamek, od środka. Nikomu nie otwieraj. Choćby nie wiem co. Ja najpierw zapukam: raz, dwa, trzy… raz. Pamiętasz? Mam klucz, usłyszysz, jak przekręcam go w zamku. W razie potrzeby schowaj się do szafy, tak jak ostatnio. Wracam za piętnaście, maksymalnie dwadzieścia minut. Kupię kilka rzeczy i wracam. Okej?”
Skinęłam szybko głową, choć moje serce znowu zaczynało przyspieszać. Ścisnęłam dłonie w pięści i schowałam je do kieszeni dresów, żeby tylko nie zauważył, jak bardzo znowu drżą mi palce. Nienawidziłam tej swojej słabości, ale bezradność w obcym mieście paraliżowała mnie bardziej niż cokolwiek innego, a po wczorajszej napaści było tylko gorzej.
Tiago popatrzył na mnie jeszcze przez sekundę, jego spojrzenie na moment zjechało na moje usta, ale szybko się opanował. Uśmiechnął się pokrzepiająco, klepnął mnie lekko w ramię, po czym zgarnął z kuchennego blatu skórzany portfel, czapkę z daszkiem oraz pęk kluczy. Zanim nacisnął klamkę i wyszedł na ciemną klatkę schodową, odwrócił się jeszcze raz, trzymając palec uniesiony w górę. Ponownie coś wystukał na klawiaturze i odtworzył tłumaczenie:
„I błagam, trzymaj się z dala od okna, Sophia. Nie podchodź do szyby. Nie wypatruj mnie. Będę naprawdę szybko.”
Usłyszałam głuchy dźwięk zamykanych drzwi, a zaraz potem zgrzyt zamka, który przekręciłam od środka drżącą ręką. Zostałam sama w obcym, dusznym mieszkaniu, w samym sercu kilkumilionowego São Paulo, wsłuchując się w odgłos jego szybkich kroków milknących na schodach i odliczając sekundy do jego powrotu.
Cisza, jaka nagle zapadła, była niemal namacalna. Nawet kran przestał kapać. Zostałam odcięta od hałasów ulicy, krzątania się Tiago i jego głosu, co potęgowało tylko dudnienie mojego własnego serca. Spojrzałam na salon i ramię w ramię z lękiem poczułam narastające poczucie winy. Mieszkanie Tiago wciąż wyglądało jak strefa wojny po wczorajszym najściu tamtego człowieka. To przeze mnie obcy facet wyważył jego prywatność, zdemolował mieszkanie i zostawił go z rozciętą wargą.
Musiałam coś zrobić. Cokolwiek, byle nie stać w miejscu i nie gapić się w ścianę, odliczając te mordercze piętnaście minut.
Podeszłam do metalowego regału w kącie pokoju. Tiago wczoraj zdążył tylko postawić go pionowo, ale cała zawartość wciąż leżała na podłodze, tworząc chaotyczny stos. Uklękłam na chłodnym parkiecie i zaczęłam powoli, ostrożnie zbierać porozrzucane rzeczy.
Moje dłonie najpierw natrafiły na książki. Brałam je do rąk jedna po drugiej, delikatnie otrzepując z kurzu okładki. Większość była po portugalsku, z grubymi grzbietami, pełna zakładek i odręcznych notatek na marginesach. Znalazłam kilka podręczników do anatomii i biomechaniki ruchu, co miało sens, skoro był nauczycielem tańca, ale ku mojemu zaskoczeniu, spomiędzy nich wygłaskałam też wysłużone tomy klasycznej literatury i poezji. Przejechałam palcami po nazwisku Machado de Assis, zastanawiając się, jak niewiele wiem o człowieku, który zaryzykował dla mnie wszystko.
Układałam je starannie na najniższej półce, segregując od największych do najmniejszych. To proste, powtarzalne zajęcie powoli przynosiło ulgę mojemu zaciśniętemu gardłu.
Tuż pod stertą papierów leżały dziesiątki plastikowych pudełek płyt CD, z których część była popękana. Kiedy zaczęłam je podnosić, przed moimi oczami otworzył się cały muzyczny wszechświat Tiago. Nie było tu tanecznego popu z list przebojów. Zamiast tego układałam na regale albumy z tradycyjną brazylijską sambą, surowym, jazzowym bossa nova, a nawet amerykańskim soulem i funkiem z lat siedemdziesiątych. Na niektórych pudełkach markerem dopisano odręczne uwagi chyba dotyczące rodzaju choreografii.
Jeden z krążków przykuł moją uwagę na dłużej. Pudełko było zupełnie gładkie, bez fabrycznej okładki. W środku znajdowała się wypalana płyta, na której ktoś starannym, kobiecym pismem nabazgrał: "Para Tiago - primeiros passos."45
Dla Tiago. Obróciłam ją w dłoniach, czując ukłucie dziwnej, zupełnie nieuzasadnionej zazdrości, która natychmiast zmieszała się ze smutkiem. Mocniej zacisnęłam na niej palce. Kim była ta kobieta? I gdzie była teraz, kiedy on ukrywał w swoim domu uciekinierkę z Miami? Włożyłam płytę głęboko między inne, jakbym chowała tajemnicę, której nie miałam prawa odkryć.
Podniosłam ostatni stosik i nagle z jednej z książek wysunął się mały kartonik. Fotografia.
Podniosłam ją z podłogi. Przedstawiała młodszego o kilka lat Tiago: bez sińców, bez tego zmęczenia, które widziałam w jego oczach dzisiaj. Stał na profesjonalnej scenie, oświetlony jasnymi reflektorami, trzymając w górze wielki, błyszczący puchar. Jego uśmiech na zdjęciu był tak szeroki i pełen czystego szczęścia, że na moment zapomniałam o oddychaniu. Wyglądał jak król świata. Obok niego stała ta dziewczyna, Camila, ubrana w cekinowy, profesjonalny strój turniejowy, płacząca ze szczęścia.
Byli partnerami. Nie tylko w tej małej salce na dole, ale na prawdziwych, wielkich zawodach.
Wtedy zrozumiałam jeszcze więcej. Camila nie pomogła mi na dole z litości do obcej dziewczyny. Zrobiła to dla niego. Bo ten poturbowany facet na zdjęciu był dla niej kimś ważnym, kimś, dla kogo warto było zaryzykować bezpieczeństwo całej szkoły.
Schowałam zdjęcie z powrotem między strony książki i odstawiłam ją na regał. Kiedy podniosłam się z kolan z ostatnią książką w ręce, pokój wyglądał już znacznie lepiej. Przynajmniej ta jedna część odzyskała swój dawny porządek. W tym samym momencie w ciszy mieszkania rozległ się znajomy, wyczekiwany dźwięk. Trzy szybki uderzenia, a potem jedno samotne i chrobot klucza gwałtownie przekręcanego w zamku.
43 Até amanhã (z portugalskiego) – Do zobaczenia jutro.
44 Sem chance (z portugalskiego) – Bez szans.
45 Para Tiago - primeiros passos (z portugalskiego) – Dla Tiago – pierwsze kroki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania