Między rytmem a ciszą - Dzień 3 - Sophia (20)
Sophia
Muzyka uderzyła ponownie, a bas wibrował w moich stopach tak mocno, że czułam go w całej klatce piersiowej. Stałam w trzeciej linii, schowana za szerokimi plecami chłopaka, którego nazywali Bruno. Wszystko wokół mnie działo się za szybko, twarze tancerzy mazały się w słońcu wpadającym do sali, ale zmusiłam się do całkowitego skupienia. Od tego zależało moje życie. Jutro miałam wtopić się w ten tłum i uciec.
Podczas czwartej próby poruszałam się już śmielej. Pilnowałam pleców mężczyzny przede mną. Kiedy on robił krok w prawo, ja robiłam to samo. Kiedy cała formacja cofała się gwałtownie, kurcząc się jak żywy organizm, wciskałam się w głąb sceny, starając się być tak niewidoczna, jak to tylko możliwe. Byłam duchem. Cieniem, który naśladuje ruchy innych. Serce waliło mi jak oszalałe, pot spływał mi po karku, a strach powoli mieszał się z dziwną, surową adrenaliną. Nie byłam stworzona do tańca i zdecydowanie wolałam śpiewać, ale taki wysiłek miał swój urok. Jak wrócę do domu, może zapiszę się na jakieś zajęcia taneczne?
Gdy piosenka ucichła, Bruno od razu wyłączył odtwarzacz, ogłaszając krótką przerwę przed ostatnim powtórzeniem. Wszyscy ciężko dyszeli.
Zobaczyłam, że Tiago odłącza się od grupy. Szedł w moją stronę, trzymając się za obolały bok. Na jego twarzy, tuż obok fioletowego sińca i rozciętej wargi, malowało się potworne zmęczenie, ale kiedy jego wzrok spotkał się z moim, uśmiechnął się blado. W ręku trzymał plastikową butelkę.
Podprowadził mnie bliżej ściany, z dala od reszty gapiącej się ekipy, i podał mi wodę.
– Pij – powiedział cicho.
Wzięłam butelkę, a moje dłonie wciąż drżały. Napiłam się łapczywie, czując, jak zimny płyn przynosi natychmiastową ulgę w zaciśniętym gardle. Kiedy oddałam mu butelkę, Tiago spojrzał na mnie bardzo uważnie. Uniósł kciuk do góry.
– Sophia, dobrze. Bardzo dobrze – wyszeptał prostym angielskim, a w jego niebieskich oczach i tym cwaniackim uśmiechu zobaczyłam coś, co sprawiło, że na chwilę zapomniałam o strachu. Było tam autentyczne uznanie. I to samo lekkie, elektryzujące napięcie, które czułam wczoraj w zdemolowanym pokoju na górze. Ten facet prawie mnie nie znał, dostał za mnie łomot, jego przyjaciele chcieli mnie wyrzucić na ulicę, a on stał tu teraz i upewniał się, że czuję się bezpiecznie.
– Obrigado, Tiago – odpowiedziałam cicho, a on pokiwał głową.
– Mais uma – dodał, pokazując palcem na parkiet. - Depois a gente come alguma coisa.41
Wskazał na sufit i zaczął wkładać sobie do ust niewidzialną łyżkę, dając mi znać, że po tym razie wracamy do mieszkania coś zjeść. Skinęłam głową. Kiedy odchodził z powrotem na przód formacji, poczułam, że ten paraliżujący lęk z poranka zupełnie odpuścił. Musiałam wytrzymać jeszcze jeden raz.
Bruno znowu odpalił muzykę. Przy piątej próbie ruszyłam razem z nimi bez sekundy wahania. Pilnowałam geometrii, trzymałam się z tyłu i pozwalałam, by rytm muzyki niósł mnie dokładnie tam, gdzie powinnam stać. Jutro miałam być gotowa.
Gdy muzyka ucichła po raz ostatni, w sali rozległy się ciężkie oddechy i pomruk ulgi. Stałam z tyłu, opierając się plecami o chłodną ścianę i próbując uspokoić szalejące tętno. Wszyscy o czymś dyskutowali i śmiali się, widocznie zadowoleni z przebiegu próby. Dziewczyna, która wcześniej mnie przytuliła, Camila, odłączyła się od innych dziewczyn. Podeszła prosto do mnie, zanim zdążyłam w ogóle zareagować, odgarniając z twarzy mokre od potu włosy. Nie patrzyła już na mnie z tamtym lękiem, czy współczuciem, jak na początku próby. W jej oczach była teraz czysta, skupiona determinacja.
Złapała mnie mocno za rękę. Jej dłoń była ciepła i delikatna, ale ten uścisk wydał mi się w tamtej chwili najbardziej solidną rzeczą na świecie.
– Vem42 – rzuciła krótko, szarpiąc mnie delikatnie za sobą.
Nie rozumiałam słowa, ale poszłam za nią bez sekundy wahania. Poprowadziła mnie do małego kantorka przy sali, mijając resztę chłopaków, którzy w dyskutując, zbierali swoje rzeczy. Weszłyśmy do ciasnego, dusznego pomieszczenia, w którym pachniało gumą, starym parkietem i świeżym praniem. Na samym końcu stała dwudrzwiowa metalowa szafa, poobijana i oklejona starymi plakatami z konkursów. Camila szarpnęła za zardzewiałą klamkę, a drzwi ustąpiły z głośnym skrzypnięciem.
W środku panował absolutny chaos. Sterty ubrań scenicznych, kartony i buty były upchnięte jedno na drugim, tworząc kolorową górę materiału. Camila od razu uklękła na betonowej podłodze i zaczęła energicznie przekopywać najniższą półkę, odrzucając na boki jakieś jaskrawe koszulki i stare dresy. Ja stałam tuż obok niej, ściskając ramiona i czując, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. Ta szafa w bocznej kanciapie miała zdecydować o tym, czy przeżyję jutrzejszy dzień.
– Tênis... – mruknęła pod nosem Camila, nurkując głęboko do wnętrza mebla. Po chwili wygrzebała z samego dna parę mocno wysłużonych, ale czystych czarnych trampków. Wstała, otrzepała je z kurzu i przyłożyła do moich stóp, mierząc wzrokiem rozmiar. Popatrzyłam na nie: były proste, idealne do szybkiego biegu, bez żadnych rzucających się w oczy białych pasków czy znaczków. Camila pokiwała zadowolona głową i wcisnęła mi je w dłonie. – Okej.
Potem zaczęło się szukanie reszty kamuflażu. Camila działała z precyzją kogoś, kto dokładnie wie, jak ukryć człowieka przed wzrokiem ulicy. Przerzucała kolejne wieszaki, aż w końcu wyciągnęła luźne, czarne spodnie dresowe z grubego materiału. Rzuciła mi je na ramię, a zaraz potem zaczęła szukać czegoś na górnych półkach. Musiałam dostać oficjalne barwy szkoły. Po minucie intensywnego przeszukiwania kartonów, Camila triumfalnie wyciągnęła ciężką, czarną bluzę z kapturem.
Rozłożyła ją przed moimi oczami. Na piersi widniało duże, rzucające się w oczy żółte logo szkoły tańca Tiago. Kiedy dotknęłam miękkiego materiału, serce zabiło mi mocniej. Ta bluza miała być moją tarczą. Jutro na ulicy, pośród kilkunastu innych tancerzy ubranych dokładnie tak samo, miałam stać się częścią jednej, wielkiej, czarnej masy. Jeśli ktoś z gangu spojrzy na scenę, zobaczy po prostu kolejną osobę z ekipy Tiago.
Została ostatnia rzecz. Camila przymknęła na chwilę oczy, intensywnie myśląc, po czym sięgnęła do małego pudełka schowanego gdzieś na tyle półki. Wyciągnęła stamtąd kwadratowy kawałek czarnego materiału. Rozwinęła go i sprawnym ruchem przyłożyła do własnej twarzy, zawiązując go z tyłu głowy tak, że zakrywał jej usta i nos aż pod same oczy. Popatrzyła na mnie nad brzegiem tkaniny. Jej spojrzenie stało się nagle śmiertelnie poważne.
Zrozumiałam od razu. Chustka miała ukryć moją twarz, mój strach, wszystko, co mogłoby mnie zdradzić, kiedy będę przeciskać się przez tłum gapiów. Zdjęła ją i podała mi, a ja poczułam, jak ogarnia mnie fala dreszczy. Jutro będę patrzeć na świat tylko przez szparę między materiałem kaptura i chusty, modląc się, by nikt nie rozpoznał moich oczu.
Trzymałam w ramionach ten cały czarny zestaw. To była moja przepustka do wolności, spakowana w stercie tanecznych ubrań. Spojrzałam na Camilę. Dziewczyna stała oparta o metalowe drzwi szafy, krzyżując ręce na piersi. Wciąż ciężko oddychała po morderczym treningu, a na jej czole błyszczały kropelki potu. Ryzykowała dla mnie, obcej dziewczyny z Miami, całą swoją przyszłość i bezpieczeństwo, choć jeszcze godzinę temu razem z resztą grupy chciała uciekać stąd w panice.
Wzruszenie i wdzięczność ścisnęły mi gardło tak mocno, że ledwo mogłam oddychać. Przycisnęłam ubrania mocno do piersi, jakby to był najcenniejszy skarb, i skinęłam jej głową, pozwalając, by jedna łza w końcu spłynęła mi po policzku.
– Obrigado – wyszeptałam, starając się, by mój głos nie drżał zbyt mocno. – Bardzo ci dziękuję, Camila.
Ona popatrzyła na mnie przez dłuższą chwilę. Na jej twarzy pojawił się cień smutnego, ale pokrzepiającego uśmiechu. Nie odpowiedziała słowem, zresztą i tak bym nie zrozumiała, ale podeszła i poklepała mnie krótko, mocno po ramieniu. Potem odwróciła się w stronę wyjścia z kanciapy i razem ruszyłyśmy z powrotem na salę.
41 Depois a gente come alguma coisa (z portugalskiego) – Potem coś zjemy.
42 Vem (z portugalskiego) – Chodź.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania