Poprzednie częściPieśń pokoju cz.1

Pieśń pokoju cz.21

Długo zastanawiałem się, co zaszło na dachu opuszczonego rządowego bloku, co znowu pchnęło mnie w ewidentna pułapkę. Odpowiedź była prosta: nadal jestem dobrym człowiekiem. Po tym wszystkim, co widziałem, przeżyłem i czego doświadczyłem, nadal nie mogłem zamknąć oczu i przejść obojętnie obok kogoś, komu można uratować życie. Po kilku latach przerwy w służbie dla Somy zostałem doprowadzony do tego samego miejsca – i postąpiłem tak samo. Znów sądziłem, że skrzywdzona osoba obdarowana kolejną szansą wybierze życie. Dlaczego zawsze zakładam, że ktoś wybierze dobrze, skoro sam popełniam ciągle te same błędy?

Nie wiem...

Widać jestem dobrym człowiekiem, a marnym agentem. Ale przynajmniej jedna z buczańskich żalniczek wyszła z tego cało. Połowiczny sukces to też jakiś sukces.

Dokończyłem swoją melisę z miętą. Przydałoby się coś mocniejszego, ale jutro miałem kolejne przesłuchanie w obecności Rodovery. Nazar uznał, że musi spłacić swój dług za uratowanie życia i uchronić mnie przed Rosjanami. Ci potrzebowali kozła ofiarnego, po tym, jak nagranie z egzekucji biednej Ukrainki błagającej o życie obiegło świat.

Na samo wspomnienie nagrania oblał mnie zimny pot. Zastanawiałem się, kiedy tak naprawdę przejęła nade mną kontrolę. Czy wtedy, kiedy badaliśmy to miejsce w opuszczonym mieszkaniu? Byłem pewien, że to prawdziwa Elena towarzyszyła mi tego dnia. W sumie teraz to już nieważne. Miała mój umysł w garści, a ja nawet o tym nie wiedziałem. Zaplanowała własną egzekucję jako pokaz dla świata. Nic tak nie podrywa narodu do walki jak męczennik, a ja nawet nie pamiętałem, kiedy wyciągnąłem broń.

Usiadłem na łóżku.

Niby nie byłem więźniem, ale Nazar zalecił, żebym sam nie opuszczał pokoju. Jeden sfrustrowany wojskowy, trochę wódki i samosąd gotowy. Rosjanie nie wierzyli, że nie zaplanowaliśmy tego razem z Ukrainkami – wszyscy wiedzieli, że jestem Polakiem, a od tego krótka droga z wątpliwych wniosków, żeby zbudować spisek przeciwko Federacji.

Ciężko im się dziwić. Każdy już widział to nagranie, zostało wypuszczone za pomocą VPN-a z moim hasłem – ani Rosjanie, ani Soma nie zdążyli w porę zablokować mojej skradzionej kamery. Makabryczne przedstawienie rozeszło się po świecie.

Biedna kobieta wychodzi mi naprzeciw, pada na kolana przed oprawcą w rosyjskim kasku i wojskowej kamizelce. Zbliżenie. Prosi o życie. Ja wrzeszczę, że śmieć taki jak ona nie ma do niego prawa. Strzelam jej w głowę. Nic z tego nie pamiętam... Zawładnęła mną w pełni. Kreowała obraz wedle własnej woli.

Wziąłem zamach. Zmitygowałem się w ostatniej chwili. Roztrzaskany o ścianę kubek ściągnąłby uwagę, a ja wolałem być teraz sam.

Gdybym tylko wiedział wcześniej... Gdybym wiedział, że Jurko Moroz stoi ukryty w suszarni, trzymając małą kamerę w oknie. Tylko skąd mogłem to wiedzieć, skoro wiedziałem tylko to, co ona chciała, żebym wiedział? Nazar mi wierzy. Reto i inni oficjele Somy też. Oni mieli doświadczenie z uzdolnionymi ludźmi, ale ślepa większość świata nie kupi tej historii. Ukraińcy też są wściekli. Oczywiście Rosjanie będą próbowali zrzucić winę na samowolne działanie agenta Somy, Polaka, Europejczyka. Idealny kozioł ofiarny. Znów zmanipulowany, znów oskarżony, znów winny jedynie temu, że chciał dobrze.

I znowu siedzi i się nad sobą użala, zamiast iść się porządnie nachlać, albo w coś przyjebać, pomyślałem, podstawiając w głowie głos Renaty.

Jej nieokrzesany styl bycia i grubiańskie poczucie humoru zawsze poprawiały mi nastrój. Chciałem już wrócić do swojego nudnego pożyczonego życia policyjnego specjalisty od dziwadeł, ale pozostawała jeszcze jedna kwestia – moje nowe oko.

Nie różniło się niczym od starego, tyle że stare miałem w sakiewce przy pasie i stare nie widziało zmarłych. Elena przed śmiercią powiedziała coś dziwnego: ,,Nie wiesz, Maks. Nie wiesz nic, ale się dowiesz, bo każdy pakt ma swoją cenę, a taka moc jak nasza dużo kosztuje". Wędrowiec, Mose. On też wspominał coś o pakcie, a Darija powiedziała, że on, Żalnica i ta dziewczynka są do siebie podobni. Musiałem dowiedzieć się czegoś więcej, a jedyny trop prowadził do małego sabatu pod Buczą i tamtejszej Babci.

Spojrzałem na telefon. Pięć połączeń nieodebranych. Do tej pory smartfon leżał wyciszony; niemy świadek mojego rozczulania się nad własnym losem. Otworzyłem listę powiadomień. Wszystkie połączenia od Renaty.

Coś się stało.

Oddzwoniłem natychmiast.

– Cześć. Przepraszam, dużo się dzieje i miałem...

– Maks, potrzebuję twojej pomocy.

Skamieniałem. Ton jej głosu nazwałbym grobowym.

– Co się dzieje?

– Mój syn. Lekarz twierdzi, że zostało mu kilka dni, może tydzień. Wiesz, co się dzieje z zakotwiczonymi, kiedy umiera Kotwica?

Głos jej zadrżał. Nie wiedziałem: ona, syn pani Wandy i Jurko Moroz, który strzelił sobie w usta po opublikowaniu nagrania, byli jedynymi zakotwiczonymi, których znałem.

– Postaram się wrócić jak najwcześniej. Góra trzy, cztery dni. Poproszę Somę, żeby kogoś do ciebie podesłali.

– Nie, nikogo od nich. Kiedy wyjechałeś próbowałam się dowiedzieć, co stało się z Bartkiem. Wszyscy nabrali wody w usta. Maks... Ja nie chcę.

– Dwa dni.

– Dziękuję.

***

Przesłuchanie poszło w przewidywalnym kierunku. Zadawane pytania nie miały na celu dojścia do prawdy. Miały zmusić mnie do oświadczenia, że byłem w konspiracji z wołogoskim ruchem oporu, a nasze wspólne dywersyjne działania skupiały się na zniesławieniu Federacji Rosyjskiej w oczach Zachodu.

Naprawdę nie miałem siły na te bzdury. Nie pierwszy raz stałem twarzą w twarz z narzędziami aparatu propagandowego. Mechanizmy były zawsze takie same i żeby nie moje powiązania z Somą, a zatem i Rodoverą, pewnie po kilku miesiącach intensywnych ,,nalegań" przyznałbym nawet, że jestem Marsjaninem, byleby dali mi spokój. W tym wypadku nie osiągnęli niczego. Adwokaci i agenci Somy, nie bez trudu, wyswobodzili mnie z rąk rosyjskich służb. Rozkaz przekazania Maksyma Gireya w ręce Rodovery przyszedł z Kremla. Tam wiedzieli więcej o organizacji, która za mną stała. Dla nich nie byliśmy szarlatanami, tylko realną siłą, z którą, jeżeli jest to możliwe, lepiej żyć w dobrej komitywie.

Podziękowałem Wołchwa Dormie. Tylko skinął głową i mruknął coś pod nosem. On grał w swoją grę na swoim podwórku, grał w nią od dawna. Nie robiłem sobie nadziei, że nie dodał mnie do listy swoich pionków. Ale tym będę się martwił w bliżej nieokreślonej przyszłości. Teraz musiałem jak najszybciej wrócić do Warszawy.

Powrót przypominał wydanie jeńca wojennego, przynajmniej na odcinku przekazania mnie Ukraińcom. W gruncie rzeczy spodziewałem się, że zboczymy gdzieś po drodze i Rosjanie skorzystają z okazji na atak z zaskoczenia – tyle że wcale by mnie nie zaskoczyli. Miałem pas pełen specyfików i gotowość mieszania im w głowach, gdyby zaszła taka potrzeba.

Nie zaszła. I dobrze, bo obiecałem Renacie dwa dni.

Po przekazaniu ukraińskiemu wojsku przesiadłem się do śmigłowca, który miał lądować w bazie w Mińsku Mazowieckiem. Polskie służby nie chciały lawirować helikopterem bliżej Warszawy. W epoce smartfonów ukraiński śmigłowiec wzbudziłby zainteresowanie, a teorie spiskowe zalałaby Internet falą dziwacznych spekulacji.

Czterdzieści kilometrów to nic. Rozumiałem bilans zysków i strat.

Po lądowaniu zadzwoniłem do Renaty. Odebrała. Powiedziała, że jest w szpitalu i tam mieliśmy się spotkać. Jej głos... Miałem wrażenie, że coś w niej powoli gaśnie, umiera wraz z synem. Podskórnie czułem, czego będzie ode mnie wymagała, choć jeszcze nie potrafiłem w pełni wyklarować tej myśli. Albo nie chciałem. Niemniej jednak nie mogłem od tego uciec. Ktoś na mnie liczył. Postanowiłem chociaż raz w życiu dobrze ukierunkować swoją dobroć.

Wsiadłem do podstawionego auta i nastawiłem nawigację. Za godzinę miałem się przekonać, że bycie dobrym człowiekiem czasami oznacza coś diametralnie innego, niż zakłada ogólne wyobrażenie o takich osobach.

***

Dopiero przed kliniką ogarnął mnie realny strach. Renata przeszła w swoim życiu naprawdę dużo, ale na to, co ją czekało, nikt nie mógł być przygotowany, ja też nie. Dobrze wiedziałem, gdzie się udać, byłem tu z nią nie raz. Przed wejściem do pokoju, w którym leżał syn mojej wydziałowej partnerki, stał lekarz. Przywitał się ze mną mocnym uściskiem dłoni i bladym uśmiechem. Zawsze podziwiałem tych ludzi za odporność psychiczną, za zdolność do duszenia emocji, do udawania optymizmu. Podziwiałem ich, bo ja widziałem więcej. Zaglądałem głębiej i widziałem prawdę. Nikt nie jest maszyną, która oznajmia matce, czy w jego mniemaniu siostrze, iż ktoś bliski łapie ostatnie oddechy.

Nic nie mówił, tylko oddalił się w głąb korytarza.

Renata siedziała przy łóżku syna. Trzymała go za rękę. Towarzyszył jej tylko rytmiczny dźwięk aparatury. Podstawiłem sobie drugie krzesło obok. Milczałem, a ona nawet nie spojrzała w moją stronę. Z początku nie wiedziałem, na co patrzy w takim skupieniu, ale po chwili dotarło do mnie, że chodzi o unoszącą się delikatnie pościel.

– Dziękuję, że jesteś.

– Nie musisz, sam chciałem tu być. Zawodowa ciekawość.

Pozwoliłem sobie na ten żart. Był nam potrzebny. Renata uśmiechnęła się delikatnie i w końcu na mnie spojrzała. Nie płakała. Nie musiała. Samo jej spojrzenie przygniatało żalem. W tle Piotr: wychudzony, szary na twarzy, wrak człowieka. Oddychał przy pomocy aparatury.

– Czytałam o tym. Jest mało danych, ale popytałam ludzi z różnych placówek i freaków w necie. Kilka rzeczy jest spójnych.

Ja dysponowałem strzępkową wiedzą o tym, co dzieje się z zakotwiczonym po śmierci Kotwicy. Jurko Moroza znaleziono w suszarni. Strzelił sobie w głowę tuż po śmierci Eleny Prudnik. Tyle że w tym przypadku rozkaz mógł iść od jego pani, jej ostatnia wola. Nie chciałem się dzielić takimi przemyśleniami z Renatą, teraz nikomu by to nie pomogło.

Moja partnerka podniosła się z krzesła, powoli, jakby siedziała w tej pozycji przez kilka dni. Pocałowała syna w czoło i szepnęła mu coś do ucha.

– Chodź, Maks. Zjem ostatnią wieczerzę, a potem powiem ci, o co muszę cię prosić.

Teraz zacząłem się bać nie na żarty, ale przełknąłem serię pytań i po prostu ruszyłem za nią do wyjścia.

***

Podczas obiadu przeplataliśmy jedzenie z rozmową o mojej misji na Ukrainie. Oszczędziłem Renacie makabrycznych szczegółów, natomiast podzieliłem się spotkaniem z tajemniczym Wędrowcem. Nie wyglądała na zaskoczoną. Może była już porządnie znieczulona na dziwactwa albo już niewiele ją obchodziło. Spytała tylko, czy wiem, kim on jest. Odpowiedziałem, że nie, ale mam pewien trop, który muszę zbadać.

Przytaknęła.

Nie śpieszyliśmy się z posiłkiem, bo i nie czekało nas nic dobrego po nim. Po dużym steku i sporej ilości dobrego drogiego wina, Renata, bez zwyczajowych przepychanek, zasiadła potulnie na siedzeniu pasażera.

– Gdzie teraz? – spytałem.

– Do mnie.

Mieszkała w dość obskurnym budynku, na warszawskiej Ochocie. Ledwie znalazłem miejsce na zaparkowanie auta. BMW podstawione przez Somę paliło jak czołg i zajmowało niewiele mniej miejsca. Moja partnerka nie odzywała się całą drogę, dopiero po wejściu do niewielkiego mieszkania spytała, czego się napiję. Bynajmniej nie chodziło jej o kawę czy herbatę. Usiadłem na jednym z niewielu mebli w tym wyjątkowo skromnie urządzonym lokum. Nigdy wcześniej tu nie byłem. Zawsze piliśmy w barach albo u mnie.

Renta wróciła z dwiema szklankami i butelką whiskey. Polała i opróżniła swoją porcję jednym haustem.

– Słuchaj...

– Słucham.

– Badam swój przypadek, odkąd tylko dowiedziałam się, kim lub czym naprawdę jestem. Wszystko jest w biurku w gabinecie. – Wskazała drzwi na drugim końcu salonu. – Później się pobawisz. – Dobrze mnie znała. – Ja ci streszczę, czego się dowiedziałam, bo w archiwum naszego wydziału dziwadeł jest tyle, co kot napłakał. Mój syn potrafi związać ciało z duszą, aurą, zen pierdem, jak zwał tak zwał. Robi to własną wolą i niestety nie tylko wolą. Kotwice łączą człowieka na skraju śmierci z własnym życiem. Rozumiesz?

Przytaknąłem. Wiedziałem, że Kotwica i zakotwiczony są ze sobą związani, to było ewidentne. Jednak mechanizm tego nadprzyrodzonego zjawiska pozostawał tajemnicą.

– To teraz słuchaj, bo będzie najlepsze. Jestem pijawką, która doprowadziła mojego syna do stanu, w jakim jest. Cicho. Nie przerywaj. Wiem, że nie miałam na to wpływu ani wtedy, kiedy mnie kotwiczył, ani potem, bo ja nie mogę sama zerwać więzów. A nieraz próbowałam. Po prostu nie jestem w stanie odebrać sobie życia, podobnie jak Rosjanie w tamtym mieście, gdzie byłeś. Połączenie zostaje zerwane dopiero po śmierci Kotwicy. Mój syn, Maks... on jest w agonii. Zostało mu może kilka dni. Dziś podpisałam papiery o odłączeniu od respiratora. Zrobią to... – Spojrzała na zegarek. – Za trzy godziny. Takie miałam życzenie. Nie protestowali.

– Co się stanie? Co będzie z tobą?

Zapadła cisza przerywana dźwiękiem rozlewanego alkoholu.

– Umrę, ale tylko tu. – Postukała się w skroń – Skorupa zostanie. Pamiętasz tego chłopaka Kowalskiej. Ludzie, którzy go zabrali twierdzili, że zerwą połączenie, ale jego nie można tak po prostu uciąć. Można jedynie zastąpić świadomość czymś innym.

– Dlatego chciałaś się dowiedzieć, co z nim?

– Tak, ale dostałam wymowną sugestię od naszego komendanta Góry Łajna, żeby nie pytać. Mam wskazówki w zgromadzonych materiałach. Jest tam mowa o tak zwanym przejęciu. Moje ciało stanie się żyjącą skorupą, nośnikiem jak pieprzony pusty pendrive, a sam wiesz, że otacza nas sporo nieciekawych paskudztw, których większość ludzi nawet nie widzi. Zmierzam do tego, że nie chcę być opętana przez strzęp czyjegoś jestestwa, albo coś o wiele gorszego jak twój kolega od zabawy w kości, którego widziałeś.

– Ty wiesz, kim on jest?

– Raczej czym. I przewija się wszędzie w zeznaniach tam, gdzie podejrzewano lub stwierdzono kotwiczenie. Sama go widziałam. Przez chwilę. Pamiętam ciemne okulary i te wielkie wary rozciągnięte w uśmiech. Przypominał kota z Alicji w Krainie Czarów. Zapomiałam, jak on się wabił.

– Kot z Cheshire.

– No, chyba ten.

– Też to pamiętam. Ukrainka, siostra tej, która zginęła, ona wspomniała, że ich jest więcej. Że ta dziewczynka w bunkrze i ich bóstwo, Żalnica, że oni są podobni.

Renata pokiwała głową i zerknęła na zegar, jakby szacowała, czy nadal ma czas ze mną o tym rozmawiać.

– W czasie swojego dochodzenia natrafiłam na wzmiankę o pewnym antycznym zbiorze, Corpus Hermeticum.

Uśmiechnąłem się. Nie mogło być inaczej.

Renata spojrzała na mnie wyczekująco.

– Ta kobieta też o tym wspominała – wyjaśniłem.

– No to coś jest na rzeczy. – Polała kolejnego drinka i wzniosła symboliczny toast. – Kupiłam to nawet. Kupiłam książkę, czaisz, Maks. – Wyszczerzyła się. Alkohol to zbawienna rzecz w pewnych sytuacjach. – Ale to tylko jakiś bełkot o siłach kosmicznych i tym podobnych pierdołach. Popytałam na forach dla pasjonatów takich głupot. I natrafiłam na coś ciekawego. Jakiś zapaleniec z uporem maniaka twierdził, że ogólnodostępna wersja jest niekompletna. Ponoć rząd i tajne stowarzyszenia blokują dostęp do prawdy.

Westchnąłem.

– Tak, dokładnie. Doszłam do tego samego wniosku: wariat od teorii spiskowych. Ale pamiętaj, gdzie pracowałeś. – Wskazała na mnie palcem, jakby rzucała oskarżeniem.

Coś w tym było. Oficjalnie Soma nie występowała w świadomości zwykłych ludzi, a sama organizacja bardzo dbała, żeby tak pozostało, choć wraz z postępem technologicznym stawało się to coraz trudniejsze.

– To teraz słuchaj dalej, Maks. Mówię do wariata: ,,Pokaż tą pełną wersję". No to on oczywiście: ,,Nie mam". Więc zaczęłam robić sobie z niego jaja. Się facet obruszył i wysłał mi zdjęcia. – Wyciągnęła telefon i zaczęła coś przewijać. – Sprawdzałam. Nikt przy nich nie grzebał. Masz na mesku. Poczytasz sobie. Autor wspomina o siedmiu personifikacjach podstawowych sił kosmicznych połączonych z ludzką egzystencją. Jedna z nich, określona jest mianem Wędrowca. Opis pasuje do naszego czegoś w okularach. Ma nawet imię...

– Mose – szepnąłem.

– Tak, znalazłeś?

– Nie, przedstawił mi się.

– To coś nowego. Zwykle ludzie pamiętają tylko jego facjatę. Gadał coś jeszcze?

– Kazał mi rzucać kośćmi i stwierdził, że wygrałem.

– Wygrałeś, powiadasz...

Nie było sensu referować wszystkiego, tym bardziej że cała rozmowa była tylko ucieczką.

Polałem nam kolejkę i tym razem szybko przechyliłem szklankę. Alkohol nie był najwyższej próby, tak bym to ujął, ale działał jak trzeba.

– Mów, Renata. Po co? Co mam zrobić?

Moja partnerka spochmurniała.

– Przecież wiesz, Maks. – Uśmiechnęła się smutno. – Zawsze ci mówiłam, że nie chcę zostać bezwolnym królikiem doświadczalnym.

Sięgnęła pod stolik kawowy i wyciągnęła małą kasetkę. Nie śpieszyła się. Uniosła wieko i obróciła skrzyneczkę w moją stronę. Dziwne urządzenie z wyświetlaczem przypominało mały woltomierz. Tylko tyle mi to mówiło.

– Co to jest?

– Pompa insulinowa.

Nie wiedziałem, jak to skomentować. Zaskoczyła mnie.

– No co cię tak zamurowało? Przyznaj się. Robiłeś w pory, że będziesz mnie musiał zastrzelić, nie?

Przytaknąłem.

– To plan B. – Rąbnęła pistoletem o blat. Miał zamontowany tłumik.

– Renata... Ja...

– Cicho. Dawno bym to sama zrobiła, ale nie mogę. Nie mogę się zabić. Kiedyś próbowałam. Potem prowokowałam innych, ale kończyło się na dotkliwym pobiciu czy ciosie nożem. Zawsze jakimś zrządzeniem losu obrażenia nie były śmiertelne. Tyle że to zrządzenie losu trwa ponoć tylko jak żyje Kotwica, a mój Piotruś... On niedługo odpocznie. Ty wiesz, Maks... – Spojrzała na mnie. – Wiesz, że ja mu to zrobiłam? Jestem potworem, który wysysa życie z mojego syna. Taka ze mnie matka.

– Nie prosiłaś się o to. Nawet nie wiedziałaś, że to możliwe.

– Były znaki. Mogłam coś zrobić, ale lepiej jest zamiatać wszystko pod dywan i udawać, że się jakoś ułoży. Gówno się ułoży! I to w ładny stożek z dziubkiem. Po ostatnim, bo oboje mamy już czerwone gęby, a ty będziesz miał ważne zadanie. Za godzinę odłączą mojego syna od aparatury. Nie potrwa to długo. Nawet teraz czuję, że jego już tam niewiele zostało. Nie będzie walczył, bo już nie pamięta życia. – Wyciągnęła urządzenie wraz z przewodem opatrzonym czymś w rodzaju przylepu do USG. – Koleżanka diabetyczka pokazała mi kiedyś takie ustrojstwo z programatorem. Nie mogę sobie nic wstrzyknąć, ty też nie możesz. Co innego, kiedy Piotrusia już nie będzie. Wtedy bym mogła, tyle że mnie też już nie będzie.

Słuchałem jej uważnie. Alkohol wymieszany z szokiem odpędzał logiczne wnioski. Cały czas łączyłem nie te puzzle, pomimo iż obraz leżał tuż na granicy zrozumienia.

– Renata. – Pomasowałem się po skroniach. – Nadal nie wiem, o co tu chodzi. Po co ci to?

Wstała bez słowa i podeszła do lodówki, po czym wróciła na miejsce z fiolką wypełnioną płynem. Teraz wszystko się wyklarowało.

– Pentobarbital. Nie trzeba dużo. Zalewam zbiornik insulinowy, ustawiam dawkę i godzinę podania, kilka interwałów dla pewności.

Zamknąłem twarz w dłoniach.

– O czym my w ogóle rozmawiamy...? To jakiś koszmar.

Poderwałem się nagle. Dziwna myśl wykiełkowała mi pod czaszką.

A co, jeśli to koszmar? Przesłuchanie we śnie?

– Uspokój się. Siadaj. I tak to zrobię. Z tobą czy bez.

– To po co tu jestem? – podniosłem głos, prawie krzyknąłem.

– Bo chcę mieć pewność.

Wróciłem na miejsce.

– Posiedź, przetraw to.

***

Po dłuższej chwili nadal trawiłem, tkwiąc w jakimś dziwnym stuporze, kiedy Renata ustawiała sprzęt. Uznałem, że milczenie jest tymczasowo dobrym wyborem, bo interakcja z otoczeniem utwierdzi mnie w przekonaniu, że to nie jest tylko zły sen. Niestety prawda coraz bardziej wdzierała się w głowę i nie pozwalała dłużej się ignorować.

– Skoro nie możesz się zabić, to skąd przekonanie, że ta metoda zadziała?

Moja partnerka wbiła kaniulę i przykleiła wraz z drenem.

– Testowałam. Kilka razy. – Naciągnęła bluzkę na brzuch.

– Widzę, bo poszło ci sprawnie, tyle że skoro testowałaś i nadal rozmawiamy, to znaczy nie działa.

– To prawda. Zawsze kaniula albo wypadała podczas nagłej drzemki, albo zrywałam ją przed iniekcją, nie do końca świadoma, co robię. Teraz będzie inaczej, bo już nie będzie Piotrusia. Tym razem będę tylko skorupą, a ty dopilnujesz, żebym sobie spokojnie zasnęła.

Miałem mieszane uczucia. Szykowaliśmy się na to przez kilka lat współpracy, ale plan na zakończenie był inny. Wydział miał zająć się Renatą pogrążoną w głębokiej katatonii.

– Góra na pewno będzie węszył.

– Powiesz, że piliśmy i nagle straciłam przytomność. Przecież tego ustrojstwa nie widać. Mogłam chcieć odejść w towarzystwie jedynej bliskiej osoby, która jeszcze żyje.

To miało sens. Przemyślała to bardzo dobrze.

Przeniosłem wzrok na pistolet, co nie uszło uwadze Renaty.

– Są na nim moje odciski palców – zaczęła wyjaśniać. – Rękawiczki są pod stołem. Powiesz, że poszedłeś do kuchni, a ja...

– Miejmy nadzieję, że plan A będzie skuteczny. – Spuściłem głowę. – Będzie mi ciebie brakowało.

Zapadła niezręczna cisza. Oboje nie umieliśmy w emocje.

Spojrzała na zegarek.

– Już prawie czas.

– Skąd będziesz wiedziała, że lekarze zrobili to, o co prosiłaś?

– Ten od Piotrka jest wtajemniczony w plan. Wie, że...

Zamilkła. Patrzyła na mnie, jakby nagle zobaczyła ducha.

– Renata? Co się stało? – Po policzku spłynęła jej łza. Zerwałem się z fotela. Nie podążyła za mną wzrokiem. – Renata! – poklepałem ja po policzku. Odwróciła się w moją stronę. Jej twarz przybrała obojętny wyraz, a oczy błądziły po pomieszczeniu.

Alarm ustawiony w telefonie włączył wybrany utwór: ,,Nie płacz Ewka". Teraz i mi puściła farba. Wziąłem telefon. Kolejny drink, był wskazany – duży drink. Wyłączyłem muzykę i kucnąłem naprzeciwko ciała pogrążonego w katatonii.

– Kurwa...

Usłyszałem ciche kliknięcie. Pompka wydała cichy syk. Środek wchłonie się wolniej niż podany dożylnie, ale przy takiej dawce i tak nie potrwa to długo. Moja partnerka siedziała cicho z rękoma złożonymi na udach, jak przykładna uczennica. Cały czas nie odrywała ode mnie wzroku. Po chwili zrobiła się blada i senna. Zachwiała się, jakby miała runąć twarzą na stół.

Poderwałem się, żeby ją przytrzymać. Mocny chwyt za przegub, zaskoczył mnie kompletnie. Palce mojej partnerki zacisnęły się z siłą imadła. Renta poderwała głowę. Złote oczy przeszyły mnie na wskroś. Barwa tęczówek przygniotła głębią. Poczułem się mały, bezbronny. Chciałem się pomodlić.

– Spójrz na mnie – wyszeptała.

Sztuczne oko zaczęło parzyć w oczodole. Chciałem krzyknąć, ale nie mogłem.

Świat zgasł. Czas zmieszał się z przestrzenią. Ta sama kanapa, ten sam stolik, ta sama Renata naprzeciwko. Wszystko otoczone czymś na granicy snu, rozmytą płachtą pomiędzy życiem a... No właśnie. Czym?

– Siadaj, Maks. Nic ci nie grozi.

Moja partnerka przemówiła miłym ciepłym głosem. Jej oczy nadal jarzyły się nienaturalnie, jakby były najbardziej rzeczywistą rzeczą w tym śnie.

Posłuchałem.

– Słyszałam, że pomogłeś Nadii. – Obraz dziewczynki z bunkra zamajaczył przy podłokietniku fotela kobiety, która wyglądała jak moja partnerka. – Mose powiedział, żebym sobie odpuściła, że już dał ci nagrodę. Ale ja nie muszę się nikogo słuchać. Nie bez powodu mówią, że wiara przenosi góry.

– Kim jesteś? Jesteś jedną z nich?

Uśmiechnęła się.

– Gdybym miała wymienić wszystkie nadane mi imiona, zabrakłoby ci życia.

Poczułem ciepło. Zapach ziemi wytrawionej żarem słońca. Znałem ten zapach, ale wspomnienia, które niósł... Przyprawy, kadzidło, śmiech, spacery, kazania, płacz i nadzieja.

To nie moje.

– Nie mogę długo siedzieć w tej muszli, bo się rozpadnie – oświadczyła.

Nie wiedziałem, o co chodzi, niemniej jednak od Renaty, czy tego czegoś podobnego do niej, biła cudowna aura. Czułem jakby cały bagaż życia nagle spadł mi z pleców.

– Dziękuję, Maksymie.

Ogarnęła mnie błoga senność. Chciałem jeszcze o coś spytać, ale tylko uśmiechnąłem się głupio i zatopiłem w miękkim siedzisku.

Budzik zadzwonił o szóstej rano. Przeciągnąłem się leniwie. Wydarzenia z paskudnego snu wydawały się tak odległe i nierealne, że aż komiczne – przynajmniej do czasu, kiedy zobaczyłem Renatę śpiącą mi na kolanach.

Zerwałem się. Stan paniki wszedł z całym impetem. Stół, pompa, pistolet, złote oczy. Z tych rzeczy odnalazłem tylko blat z pustą butelką whiskey i dwoma szklankami.

– Co się, kurwa, stało?!

– Renata chrapnęła i podrapała się po pośladku.

– Wstawaj! Renata, wstawaj!

Niechętnie otworzyła oczy i przeciągnęła się leniwie.

– Czego się drzesz. Łeb mi pęka. – Spojrzała na butelkę. – I już wiem dlaczego.

Dopadłem do niej i zadarłem bluzkę.

– Ej! Ej! – Strzeliła mnie w twarz.

Trochę oprzytomniałem.

– Czy ciebie do reszty pojebało, Maks! Aż tyle nie wypiłam!

– Nie ma pompy.

– Czego?

– Pompy insulinowej.

Złapałem się za głowę i usiadłem w fotelu.

– Chyba jakaś stara ta łycha była. Dobrze się czujesz?

– A ty? Co pamiętasz?

– Stek, wino, gadanie o twojej akcji, niedopicie i chlanie u mnie. Raczej do odcięcia. – pomasowała skronie. – Ja pierdole. Nigdy więcej rdzawej.

Może... Może to tylko był sen. Może faktycznie coś nadal miesza mi w głowie i choć ten wariant również nie napawał optymizmem, to był jednak o niebo lepszy niż ten z koszmaru.

Nagle mnie olśniło.

– Zadzwoń do szpitala i spytaj o Piotrka.

Spojrzała na mnie jak na debila.

– O kogo?

– Piotrka, twojego syna w śpiączce.

– Czy my jedliśmy grzyby?

– Kurwa, Renata! Przestań robić sobie jaja.

– Maks. Uspokój się. Chyba jesteś w szoku. Oddychaj głęboko.

– Dobra, ja tam zadzwonię.

Złapałem za telefon. Renata wyrwała mi go szybkim pewnym ruchem.

– Nie będziesz nigdzie dzwonił w takim stanie. Jeszcze nas z roboty wywalą.

– Ale twój syn, on powinien...

– Maks... Jaki syn? Ja nie mam dzieci.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania