Czarnoksiężnik - 12 - Me Imię...

Czarnoksiężnik 12

 

Czasem zastanawiam się czy moja mądrość nie jest przekleństwem…

Przewidywanie z taką dokładnością, co się stanie w przeciągu kilku godzin w Meurii, było prawdziwie irytujące. Raz jeszcze gatunek ludzki mnie nie zaskoczył. Postąpili dokładnie tak jak zakładałem.

Wszczęli zamieszki, skierowane na wszystkich tych których podejrzewali o doprowadzenie do niedawnej sytuacji, a których równie nie dawno, chcieli składać w ofierze, by ocalić własną skórę. Właściwie wszystkie „nieczyste” rasy, zostały oskarżone o przywołania Katherul…

Ignoranci! Czyżby zapomnieli, że gatunek ludzki też jest bardzo podatny na spaczenie?

Okrzyki nienawiści dochodziły moich uszu – próbowałem je zignorować… miałem nadzieję, że wkrótce się opanują, że lord Hanbel opanuje zamieszanie…

To się jednak nie stało - po chwili cegła wybiła szybę w oknie wynajmowanego przeze mnie pokoju i do mych uszu doszły jakieś okrzyki dotyczące… „stosów”.

Westchnąłem.

- Dlaczego… dlaczego nie mogę się zdobyć na krztynę zaskoczenia? – zadałem retoryczne pytanie.

Druga cegła wleciała przez okno w towarzystwie głośnego okrzyku.

- Śmierć Czarnoksiężnikom! Śmierć Potworom!

Westchnąłem ponownie wstając ze swojego miejsca i zakładając płaszcz.

- Raz chciałbym usłyszeć od nich coś oryginalnego… - mruknąłem zapinając płaszcz. – Dobrze… czas odebrać zapłatę… i zobaczyć jak mała Anna sobie poradzi.

Wskoczyłem w odmęty cienia i ruszyłem przez miasto.

 

Na ulicach panował terror i szaleństwo.

Magowie i rycerze, którzy momentalnie powrócili do miasta, zaogniali sytuację. Grupki nie ludzi były pchane na główny rynek. Obrzucane warzywami i kamieniami. Okrzyki nienawiści i splunięcia towarzyszyły im w ich pochodzie.

Ku własnemu zaskoczeniu ujrzałem Margareth i Adama w jednej z grup, Mariusz stał gdzieś z boku, widocznie walcząc sam ze sobą, a Anna krzyczała próbując przemówić wszystkim do rozsądku. Podobnie Lord Hanbel, wzywał swoich ludzi do zachowania spokoju, lecz zaledwie garstka gwardzistów pozostała mu wierna, większość żołnierzy miasta dołączyła do oszalałego tłumu.

Na środku rynku ustawiano stosy, a mieszkańcy zaczęli pojawiać się z naostrzonymi narzędziami.

Gotowi utonąć w nienawiści i krwi.

Ironia. Połowa tej krwi którą mają zamiar przelać wystarczyłaby by przywołać potwora którego się tak bardzo obawiali zaledwie kilka godzin temu.

Po krótkim rozejrzeniu się, wśród cieni, znalazłem tego który prowadził pochód.

Stary mag w niebieskiej szacie. Jeden z mistrzów szkoły Isiris… ach… dojrzałem zbliżającą się do niego Annę… czyli to jej mistrz… zachichotałem kryjąc się w cieniu… Dobrze… bardzo dobrze.

- Mistrzu Ronaldzie! Mistrzu Ronaldzie! – Anna dostała się do swego nauczyciela. – Błagam cię, przerwij to szaleństwo!

- HA! Głupia uczennica powraca do swego mistrza! – zaśmiał się stojący obok starca młody chłopak.

- Milcz Gajuszu! – krzyknęła na niego Anna. – Nie z tobą rozmawiam! Zawsze byłeś krwiożerczym maniakiem, którego nie obchodziły życia innych!

- MILCZ MA UCZENNICO! – Zagrzmiał Mag. – Czyż nie widzisz że to wola bogów? O to ci dobrzy ludzie, oczyszczą ten region za Spaczenia i przywrócą Równowagę!

Tłum zahuczał radośnie.

Fascynujące do czego może posunąć się zwykły człowiek, zwyczajnie by zapewnić samego siebie, że jest bohaterem równym tym, którzy faktycznie pokonali monstrum.

- NIE! To morderstwo i szaleństwo! – Odkrzyknęła Anna. – Nie możemy ich zabić! To niegodne!

- NIEGODNE?! – Mag zagrzmiał raz jeszcze. – To Ty jesteś niegodna mądrości jaką ci ofiarowałem Anno ZIler! – Jego gromki głos odbił się od kamienic. – Oto nie byłaś posłuszna swemu mistrzowi, a nawet walczyłaś ramię w ramię z… CZARNOKSIĘŻNIKIEM! – Groźny pomruk przeszedł przez tłum. – Źródłem Spaczenia! Źródłem ZŁA! Ugnij się pod moją wolą i oczekuj sądu, a może wybaczę ci twoją niesubordynację!

Anna zacisnęła szczęki w bólu. Nie była wystarczająco silna by się mu sprzeciwić.

Na szczęście pojawił się Lord. Miałem nadzieję, że jego słowa rozwiążą sytuację.

- Natychmiast przestańcie! – Zagrzmiał Lord. – Ci którzy opuścili ludzi tych ziem i sami uciekli, nie mają prawa prowadzić sądów na mych ziemiach!

- UCIEKLI?! JAK ŚMIESZ?! – Tym razem zakrzyknął dowódca Zakonu Rycerzy Płonącej Pięści. – Zebraliśmy armię by ocalić te ziemie i teraz powróciliśmy, by oczyścić wraz z dobrymi ludźmi tegoż miasta spaczenie jakie wdarło się między ich domy – tu wskazał na zgrupowanych nie-ludzi.

Okrzyki zagrzmiały raz jeszcze. Lord się jednak nie poddawał.

- Jesteście głupcami! To me ziemie! Tylko ja mogę wydawać tu sądy! Nie macie prawa ich zabić na mych ziemiach!

- Mamy święte prawo by to zrobić! – Odkrzyknął Mag. – Kiedy podpisałeś kontrakt z Czarnoksiężnikiem straciłeś całą władzę! Nie jesteś godny by być lordem Meuri! Sądu dokonają ludzie i oczyszczą tą ziemię ze spaczenia! Czarnoksiężnik spłonie, tak jak inne źródła Spaczenia!

Nagle dojrzałem w tłumie nie-ludzi to czego szukałem. Źródła zawirowania z mocy magicznej. Wyjątkowej anomalii…

Teraz… widząc nagrodę jakiej się domagałem… nie mogłem zignorować jego słów.

Nadal kryjąc się w cieniu zacząłem się głośno śmiać.

Echo mego głosu zagłuszyło wszystko. Głosy ucichły, a serca ludzi wypełnił strach. Miecze zaśpiewały wyskakując z pochew Rycerzy, a kręgi magiczne uniosły się nad postaciami magów.

- HA! … Jesteś dość śmiały… by rzucać takie groźby… Ronaldzie Bleser… Niebieski Czarodzieju ze szkoły Isiris… Ha! Ha! Ha!

- Czarnoksiężnik! – wysyczał mag. – Przeklęty potwór! Pokaż się tchórzu! Nie kryj się w cieniu!

Zarechotałem rozbawiony, mimo że wszędzie były światła, rzuciłem cień tak wielki, że wszystko wokół pociemniało. Ludzie zawyli w przerażeniu i strachu.

- GŁUPCZE! Ja się nie ukrywam w mroku! – Masywny cień zniknął i zebrał się w jedną kałużę, z której lekko wyskoczyłem. – Ja jestem Ciemnością…

Ostrza mieczy Rycerzy i kostury Magów wymierzyły prosto we mnie. Uśmiechnąłem się kpiąco.

- TYM chcecie mi grozić? Oj proszę. Nie rozbawiajcie mnie. Przed kilkoma godzinami zabiłem Katherul… i Wy próbujecie rzucić mi wyzwanie?

- Miałeś trzydziestu poszukiwaczy po swojej stronie i walczyłeś w dzień! Nas jest SETKA! Nic nam nie możesz zrobić! – Zakrzyknął Mistrz Anny.

Westchnąłem i wywróciłem oczami. Obejrzałem się do lorda z uśmiechem.

- Dobry wieczór Lordzie Hanbelu… gorący wieczór, nieprawdaż? – zachichotałem.

Lord, widocznie uspokojony moją obecnością, przytaknął.

- Bardziej niż zwykle Karmazynowy Kruku. Masz do mnie teraz jakąś sprawę?

- Tak… dotyczącą naszego kontraktu – odpowiedziałem ignorując zakłopotane spojrzenia magów i rycerzy. – Przekazałeś mi już złoto i trunek, ale została jeden element… pamiętasz jaki?

- Jedno życie… - przytaknął Lord.

- OBIECAŁEŚ MU ŻYCIE ZE JEGO USŁUGI?! – Zagrzmiał dowódca Rycerzy wściekle. – Toż to…

Umilkł jednak, kiedy Cień wyskoczył w postaci ostrzy spod jego nóg i przycisnął jedno z nich do jego gardła.

- Ciszej tam – poprosiłem nawet się nie odwracając. – Rozmawiam teraz z lordem – raz jeszcze spojrzałem mu w oczy. – Znalazłem życie, które chcę na własność.

- Gdzie jest? – Lord już się domyślał do czego zmierzam.

- Pośród zebranych nie-ludzi… czy mogę ją wybrać? – Zapytałem.

- Oczywiście, ale obawiam się że Magowie ze szkoły Isiris i Rycerze Płonącej Pięści, nie będą chcieli jej oddać…

- Spokojnie. Nie są dla mnie żadnym problemem… ale czy mam pozwolenie, odebrać moją nagrodę?

Lord spojrzał na tych którzy podburzyli jego ludzi, a następnie na mnie.

- Oszczędź moich poddanych… los reszty mnie nie obchodzi.

Uśmiechnąłem się szeroko.

Ach… Lord Hanbel był naprawdę inteligentnym i dumnym człowiekiem! Zaskakująco wywarzony charakter, jak na kogoś tak wysoko na drabinie władzy. Człowiek ze złota, powiadam wam! Ze złota!

- Jesteś naprawdę wyjątkowy Lordzie Hanbel… - spojrzałem na moich przeciwników. – Tak więc… o czym to mówiliście… A tak! Że spłonę! HA! Zapewnijcie mi trochę rozrywki i spróbujcie!

Ruszyłem na nich powolnym krokiem. Ronald Bleser uniósł swój kostur.

- Razem bracie i uczniowie! Pokażmy temu Czarnoksiężnikowi prawdziwą moc Czystej Magii!

Magowie zaczęli szeptać magiczne formułki i po chwili z magicznych kręgów wyskoczyła na mnie salwa zaklęć. Ogniste kule, łyskawice, sople lodu.

HA!

Amatorzy!

Cień uniósł się jak fala, tuż przed moimi stopami i pochłonął nadciągające pociski.

Nie przerwałem kroku.

- Jeszcze raz! Użyję magii światła! Ten przeklęty byt nie osłoni wtedy swego pana!

Faktycznie, po chwili zabłyszczało oślepiające światło, zmuszające by cień schował się pod moim płaszczem, a salwa zaklęć raz jeszcze na mnie poleciała… i tym razem dosięgła celu.

Lecz bez większych efektów. Zachichotałem wynurzając się z dymu.

- Wasze zaklęcia są dla mnie jak brzęczenie much – oznajmiłem rozbawiony.

Kolejne dwie salwy we mnie uderzyły i kolejne dwa razy, nie wywołało to na mnie żadnego wrażenia. Dowódca Rycerzy syknął.

- Zna jakąś magię która powstrzymuje zaklęcia! Ale nie powstrzyma świętego ostrza!

Razem ze swoimi braćmi ruszył naprzód. Wypuściłem z dłoni żelazne monety.

Me chowańce przybrały swe kształty i rzuciły się bezlitośnie na nadciągających wrogów. Stonogi oplatały się wokół ich ciał i wgryzały w gardła, pająki skakały na twarz i atakowały oczy, a cała reszta znajdowała swoje sposoby by zranić przeciwnika.

Jakże rozkosznie wyglądały moje kochane zwierzątka w środku walki.

Jakaż furia mnie wypełniła kiedy ujrzałem uderzające w nie zaklęcia i święte ostrze, które przecięło jednego z nich na pół.

Ciało żelaznej stonogi drgało i wiło się, klikając w bólu. Ah! Jakże bolało mnie jego cierpienie!

Nadal szedłem jednak do przodu.

Dowódca Rycerzy przedarł się i z krzykiem pchnął mieczem.

Święte ostrze zagłębiło się w moje ciało. Stal przecięła mięso, i rozcięła me serce na pół.

Stanąłem i splunąłem krwią.

Przed oczami widniała uśmiechnięta morda dowódcy rycerzy. Nawet nie znałem jego imienia.

- GIŃ! Zdychaj przeklęta szmato! – wysyczał. – Niech spaczenie zostanie wypalone w imię Czystości!

Spojrzałem na niego poirytowany. Westchnąłem.

- Jesteś cholernie głośny – stwierdziłem beznamiętnie zamachując się pięścią.

- Co…?

Uderzenie jakim potraktowałem wroga sprawiło, że jego głowa, dosłownie przestała istnieć. Jego bezwładne ciało padło na bruk ulicy. Moi wrogowie stali skamieniali w przerażeniu, widząc jak spokojnie wyciągam z piersi zakrwawiony miecz i odrzucam go na bok.

Anna, obserwująca wszystko z boku, zasłaniała usta dłońmi z niedowierzaniem.

Jej mistrz cofnął się o dwa kroki, drżąc na całym ciele.

- Kim… kim Ty do cholery jesteś? – Zapytał głosem przepełnionym strachem.

Uniosłem na niego spokojny wzrok.

- Jam jest Ŵăġēŝō’ťōť… „Nieznający śmierci”… - Cień raz jeszcze przybrał formę czarnego pancerza. – Jam jest Ďrac’ras… „Smokobójca”. - Ma postać urosła. – Jam jest Ũřū’kheğ… „Wiecznie głodny”. - Oczy zabłysnęły zielonym ogniem. – Me imię to Ďerŝ’lys… Czarny Książę… Pierwszy Czarnoksiężnik…

Słysząc me słowa, Ronald Bleser upuścił swój kostur i w przerażeniu zaczął się cofać.

- Dersylis… nie… nie możliwe… - szeptał. – To nie może być prawda… Ty… Ty jesteś…

Maczuga gwiazdy porannej pojawiła się w mej dłoni i zapłonęła zielonym płomieniem.

- Dalej… - zachęciłem grzmiącym głosem. – Wypowiedz me dawne imię… powiedz mi, kim byłem?!

Mag padł na kolana zdjęty przerażeniem. Z trudem wydobył z siebie kolejne słowa.

- Byłeś znany jako Satyris. „Przyjaciel Świata”… dwunasty Megus… ten który został Dotknięty przez moc Zergotha, ale się jej oparł… Nieśmiertelny Czarnoksiężnik który stąpa po tym świecie od 17 tysięcy lat…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 4 dni temu
    Nieznający śmierci: Nie kryję się w cieniu! – Masywny cień zniknął i zebrał się w jedną kałużę, z której lekko wyskoczyłem. – Ja jestem Cieniem…

    Trudno wskakując w 12-stą część oceniać, ale na pewno mnie wciągnęło, piszesz z rozmachem i humorem. Nie przepadam za tym gatunkiem, a tu całkiem było miło (mimo...:).
  • Kapelusznik 4 dni temu
    Wiem wiem że wielokropki wkurzają
    Ale to dość krótkie sceny, a Ja mam trudności z wymyśleniem jak najlepiej wskazać te znaczące pauzy
  • pkropka 4 dni temu
    Uuu, czuć moc.
    Niegodny pisze się razem ;)
    Poza tym jest mi smutno. Swoją drogą dostałabym z jedno zdanie do opisu śmierci chowańca. Jakoś tak bez wyrazu odszedł.
  • Kapelusznik 4 dni temu
    Pomyślę nad tym

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania