Czarnoksiężnik - 8 - Ďerŝ’lys

Czarnoksiężnik 8

 

Anna patrzyła na mnie w strachu. Reszta poszukiwaczy patrzyła natomiast po sobie. Oto przyniosłem im wieści, że ich wrogiem jest jeden z antycznych duchów, starszy niż ich rasy i ten na którym wzorował się Zły Bóg, tworząc Demony. Zachichotałem.

- Więc…? Panie i Panowie? – Odezwałem się cichym słodkim głosem. – Co powiecie? Przed wami stoją dwie możliwości, zostać i oczekiwać mego zwycięstwa lub porażki, albo pójść wraz ze mną i stać się częścią legendy!

- Oszalałeś! – Anna krzyknęła głosem pełnym rozpaczy. – To Katherul! KATHERUL! Byt ma pewnie ponad dwadzieścia tysięcy lat! Co Ty możesz mu uczynić?

Ah… jakże piękna była jej rozpacz. Jakże piękny był strach. Jakże piękna niewiedza.

- Ha! Czyżbyś sama przed chwilą nie zapewniała innych poszukiwaczy, że jeśli jest ktoś kto może pokonać nadchodzące spaczenie, będę to Ja?

- Ale to antyczny duch! Zrodzony jeszcze z woli Derkonis! To dzieło spaczonej Bogini która chodziła po ziemi! Jak możesz się równać z jej dziełem?

Zarechotałem rozbawiony. Jakże piękna była jej niewiedza.

- Zapewniam cię moja droga. Byt ten nie stanowi dla mnie wyzwania... mam zamiar ruszyć jeszcze dziś, dosłownie za godzinę. Kiedy dotrzemy na miejsce, będzie południe. Idealna pora by walczyć z duchem zrodzonym z cienia – uśmiechnąłem się szeroko. – Powiedziałem wam prawdę i daję wybór. Zostańcie i kryjcie się w strachu, przed wynikiem bitwy, albo dołączcie do mnie i zostańcie świadkami wydarzeń o których ludzie będą śpiewać pieśni!

Mówiłem entuzjastycznie i z uśmiechem na twarzy, niestety nikt nie podzielał mojego podejścia. Wszyscy byli śmiertelnie poważni….

Eh… szkoda.

Czasem ma się nadzieje zobaczyć bratniego szaleńca lub dwóch, a tu tak pusto.

Czyżby świat się opanował i przestał rodzić szaleńców?

A może to ja jestem na tyle szalony, że nawet szaleńcy mnie nie popierają?

Hym…?

Sam nie wiem, sam nie wiem…

Prychnąłem rozbawiony.

- Czekam przy północnej bramie. Macie godzinę – powiedziawszy to wyszedłem i ruszyłem pod wspomnianą bramę.

 

Minęła godzina, południe się zbliżało wielkimi krokami, a Ja nie miałem zamiaru się spóźnić na spotkanie!

Oj nie!

Może jestem Czarnoksiężnikiem, ale jestem też PROFESJONALISTOM!

Jakże można spóźnić się na umówioną masową rzeź?

Na początku się bałem, że będę zmuszony pójść sam, ale moje obawy zostały szybko rozwiane.

Jakiś trzydziestu poszukiwaczy zjawiło się pod bramą, z czego połowę z nich, poznałem już poprzedniego wieczora w tawernie.

Wśród obecnych pojawiła się Anna, Mariusz… elfka Margareth i… Kucharz!? Co?!

Tak. To był kucharz bez dwóch zdań.

Tylko że fartuch wymienił na płytową zbroję, a czapkę kucharską na potężny hełm. Do tego już mi znany dwuręczny młot w dłoni.

Ho ho ho!

Niezłe wyposażenie, nie ma co!

Spojrzałem na grupę śmiałków, którzy postanowili zaufać moim słowom i ruszyć przeciwko spaczonej istocie. Uśmiechnąłem się do nich zachwycony.

Taaak. O to mi chodziło!

Jakaż to przyjemność używania swoich mocy, kiedy nie ma nikogo kto mógłby je podziwiać?

- Wydaję mi się że to już wszyscy – oznajmiłem, odwracając się w stronę bramy. – Trzymać się blisko, nie rozchodzić się bez sensu. Mutanty i potwory zlecą się ze wszystkich stron i będą próbowały was rozerwać na strzępy. Postarajcie się nie zdechnąć w jakiś głupi sposób – uśmiechnąłem się serdecznie. – Gotowi?

Niewielki pomruk potwierdzenia doszedł moich uszu.

- No to ruszajmy!

I tak to ruszył nasz pochód. Szliśmy traktem, zmierzając na północ w stronę przeklętej świątyni w która to miała nowego mieszkańca.

Nie byłem pewny czy minęła choćby minuta odkąd weszliśmy między drzewa, kiedy zewsząd dało się usłyszeć warczenie i syczenie wszelkich możliwych potworów.

Poszukiwacze byli spięci i skupieni. Dobrze. Cenili swoje życia.

Odwróciłem się na moment i omiotłem wzrokiem wszystkich. Ku mej radości zauważyłem, że Anna i Mariusz trzymają się blisko mnie.

Choć nie byłem pewny czy to dla zapewniania sobie bezpieczeństwa, czy aby nie zadać mi cios w plecy, jeśli będą mieli złe przeczucia.

Hałas narastał, a pośród drzew dało się dojrzeć liczne ciemne sylwetki. Zwierzoludzie, mutanty, potwory wszelkich kształtów i rozmiarów, powoli zacieśniały pierścień wokół naszej grupki.

Po chwili weszliśmy na niewielką polanę. Otwarta przestrzeń dodała wszystkim odwagi. Teraz się do nas nie zakradną. Uniosłem dłoń, nakazując wszystkim się zatrzymać. Następnie wyszedłem dwa kroki na przód. Poruszałem lekko językiem i odkrząknąłem przypominając sobie starą mowę.

- Ah’arul, māg’hera Ülentis! – zakrzyknąłem głośno w mrok puszczy.

Po chwili zza drzew wysunął się wielki kształt. Spaczony minotaur, monstrum trzech metrach wzrostu, trzech oczach i zębach wilka, warknęło groźnie. Sługa ciemności nosił na sobie fragmenty czarnej zbroi, pas zdobiły czaski wszelkich ras, na szyi spoczywał złoty naszyjnik, a w dłoni ściskał dziwaczną broń ze stali, która pewnie miała być swego rodzaju mieczem. Poszukiwacze szykowali się do ataku, ale ich powstrzymałem.

Byłem ciekawy co odpowie.

- Ăghna’tēl, Śāth’alis. Ďü’khari, elk’här!

Skrzywiłem się na jego słowa. Nawet jak na potwora, miał koszmarne maniery. Na razie hamując złość obracałem w dłoni żelazną monetę. Westchnąłem.

- Äñô… Ùlek’no Śāth’alis… Ùlek’to Ďerŝ’lys.

Minotarł warknął wściekle.

- Ďü’khari, elk’här! Ũřū’kheğ! Ēģă’ras!

Pod wpływem moich myśli, żelazna moneta zamieniła się w stonogę. Zamachnąłem się Chowańcem jak biczem i uderzyłem na minotaura.

Ten zasłonił się mieczem, lecz mój chowaniec, zwyczajnie przeleciał nad nim, oplótł szyję monstra i wbił się w jego ciało swymi szczypcami i ostrymi nogami.

Zaskoczenie na mordzie bestii zagościło na moment przed moimi oczami, zaraz przed tym jak silnie pociągnąłem za mój bicz, a fontanna krwi trysnęła na wszystkie strony z rozciętej szyi.

Z mieszanką jęku i bulgotu, monstrum upadło na kolana i padło na ziemię martwe.

Nastąpiła absolutna cisza. Cisza przed burzą. Przed szturmem. Przed rzezią!

Wykrzywiłem twarz w wściekłym uśmiechu.

- Chodźcie! Chodźcie do mnie, niewychowane psy! Użyję waszej krwi by przypomnieć światu jakie jest me NOWE IMIĘ!

Nie musiałem długo czekać.

Ze wszystkich stron rzuciły się bestie.

Pierwsza krew została przelana, ale z pewnością nie ostatnia.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pkropka 3 miesiące temu
    Byłam, czekam :)
  • Pontàrú 2 miesiące temu
    Zdanie które warto stąd wynieść to
    "Czyżby świat się opanował i przestał rodzić szaleńców?" Serio, całkiem ciekawie można dopasować do naszej rzeczywistości

    jedna uwaga

    http://odmiana.net/odmiana-przez-przypadki-rzeczownika-profesjonalista

    A poza tym, nie dało się więcej tych znaków diakrytycznych i apostrofów podowalać?! XD Ja rozumiem, że stara mowa i nikt nie wie jak ją czytać no ale... XD
  • Kapelusznik 2 miesiące temu
    Pamiętasz jak napisałem że bawie się tym projektem?

    Włàšñïĕ ťô řøbīė
    XD
  • Nefer 2 miesiące temu
    Niezgorszy początek wyprawy, ale mam wrażenie, że te wszystkie potwory i mutanty to tylko coś w rodzaju "mięsa armatniego" dla sił dużo poważniejszych. :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania