Czarnoksiężnik - 9 - Miła rozmowa w lesie!

Rechotałem pochłonięty ekstazą, zapach krwi wypełniał moje nozdrza, a pieśń ryków i krzyków brzmiała w mych uszach.

Ileż to walka przynosiła mi przyjemności!

Z każdym zamachnięciem bicza posyłałem po kilka bestii w zaświaty. Ostre odnóża i szczypce mojego chowańca cięły ich ciała, ukazując czerwone wnętrzności.

Reszta poszukiwaczy również walczyła. Dookoła rozbrzmiewały okrzyki i recytowane formułki zaklęć.

Radzili sobie zaskakująco dobrze, musiałem przyznać.

Widocznie po usłyszeniu z czym mają się zmierzyć, tylko ci pewni siebie dołączyli do mojej wycieczki.

Kilka razy udało mi się dojrzeć najbardziej interesujące mnie osoby.

Mariusz walczący tarczą i mieczem udowadniał swój potencjał. Osłaniał sojuszników i zadawał zabójcze ciosy wszystkim wrogom którzy odważyli się zbytnio zbliżyć. Stojąca w środku grupy Anna, rzucała zaklęcia lecznicze, wzmacniające ciało i umysł. Tylko dwa razy posłała po ognistej kuli w co większego przeciwnika. Elfka Margareth tańczyła ze swą włócznią w krwawym tańcu… aż mi się łezka w oku zakręciła. Ileż to czasu minęło, kiedy to ostatni widziałem ten styl walki? Ah… a no tak, był jeszcze kucharz. Ten szanowny pan, mniej więcej co drugim uderzeniem sprawiał że rywal nagle tracił szyję, bo jego własna głowa była wbijana między barki. Ah! Prawdziwe dzieła sztuki, takie uderzenia.

Wróg jednak nadal nadciągał. Bestii i zwierzoludzi było bardzo dużo. Uniosłem otwartą dłoń.

Czas zakończyć tę farsę.

- Fulgur mulentis!

Błyskawica wyskoczyła z mojej dłoni, a następnie radośnie zaczęła przeskakiwać z przeciwnika na przeciwnika, wybijając znaczną część wrogów która przeprowadziła atak. Ci którzy uniknęli ataku zapiszczeli w strachu, porzucili broń i zaczęli uciekać, mało któremu udało się umknąć przed ciosami i strzałami poszukiwaczy.

Pierwsze starcie okazało się naszym zwycięstwem.

Spojrzałem po grupie.

Zaledwie jedna osoba została zabita i to dość szczęśliwą strzałą prosto w oko. Reszta, była najwyżej lekko ranna, nic nadzwyczajnego, a tymi zajmowali się już ci którzy znali magię.

Pokiwałem głową zadowolony.

- Świetnie wam poszło – oznajmiłem. – Jesteście lepsi niż zakładałem.

- Czemu nie rzuciłeś tego zaklęcia szybciej?! – zapytał ktoś wściekle. – Nie byłoby rannych!

- Nie wiedziałbym też czy będziecie w stanie chronić moje plecy kiedy będę walczył z Katherul. Teraz wiem, że sobie poradzicie. Gdyby wam tak dobrze nie szło, odesłałbym was do miasta, a sam musiałbym się skupić zarówno na parszywej hordzie i duchowi – uciszyłem go krótko. – Na szczęście jesteście kompetentni. Zarobicie na swoje wynagrodzenie. Sam coś wam dorzucę jeśli nadal będziecie się tak spisywać… - odwróciłem się i spojrzałem ku celowi wyprawy. – Ruszajmy dalej. Jeszcze kawałek drogi przed nami.

Grupa mruknęła potwierdzająco i ruszyła dalej za mną.

Kiedy szliśmy bestie przemykały w dalszej odległości. Strach i głód Cienia, odstraszał je skutecznie.

Nagle zbliżyła się do mnie Anna. Odkrząknęła, a ja spojrzałem na nią pytająco.

- Co to był za język?

- Hym?

- Ten którym rozmawiałeś z minotaurem. Kojarzę jego brzmienie, ale nie byłam w stanie zrozumieć słowa.

- Ah. Nic dziwnego. To Du’Ĭāca, spaczona forma staro-elfickiego, a tego używasz w tej lub innej formie w większości zaklęć, choć czasem pojawiają się przekręcenia i w samych zaklęciach, albo nawet przetłumaczone formułki – prychnąłem. – Barbarzyństwo! Żeby odchodzić od takich tradycji!

- Czyli Zły Bóg spaczył nawet mowę?

Zamyśliłem się i po chwili pokręciłem głową.

- Nie powiedziałbym żeby był to jego zamiar. Z tego co wiem, sam używał staro-elficiego jako głównego języka, jako że to pierwszy język, a Du’Ĭāca to… ha! Naturalne spaczenie staro-elfickiego i wielu innych języków, tworząc ten chaotyczny byt, którym posługują się jego sługi.

Anna słuchała uważnie i pokiwała głową.

- Czyli to prawda, że elfy strwożyły pierwszy język?

- To one pierwsze go spisały i związały go z magią, ale twórcą są Smoki i Tytany – odpowiedziałem rzucając gdzieś w bok niewielką ognistą kulę. – Ale tak, zaraz po nich powstała Stalowa Mowa, krasnoludów, potem języki zwierzoludzi, a na końcu ludzi. A następnie…

- …Dwunastu Megus strwożyło Wspólną Mowę.

Spojrzałem na nią zaintrygowany. Mała czarodziejka wiedziała więcej niż zakładałem.

- Tak. Tak, zgadza się. Mieli oni zadanie zrobić wszystko by zjednoczyć wszystkie ludy jakie stworzyły smoki i tytany. I tak stworzyli wspólną mowę, by zjednoczyć wszystkie rasy w świecie pokoju – uśmiechnąłem się szeroko. – Piękne marzenie, równie piękne jak dzieło. Gdyby nie Zergoth i spaczenie, do dziś świat trwałby w niekończącym się pokoju.

- Słyszę smutek w twoim głosie.

- Oczywiście że tak – potwierdziłem, przeskakując nad truchłem jakieś bestii, a następnie na nie wskazując palcem. – One nie musiały takie być. Nie musiały być bestiami. Jeśli sądzisz że Czarnoksiężnicy radują się z istnienia czarnej magii, jesteś głęboko w błędzie!

Anna przyglądała mi się przez dłuższy moment. Po chwili widocznie zdobyła odwagę i zapytała.

- O czym mówiłeś z minotaurem? Co mu powiedziałeś i co odpowiedział, że tak cię rozłościł?

Pokręciłem głową.

- Tego zdradzić ci nie mogę… ale w skrócie wezwałem go by wyszedł z cienia, a ten zaczął mnie obrażać i wyzywać… więc go zabiłem – odpowiedziałem.

- Zabijasz jeśli ktoś cię obrazi?

- Nie… - tu zamyśliłem się przez moment. - … Przynajmniej nie zawsze.

Anna chciała zadać kolejne pytanie, ale do rozmowy dołączył się Mariusz.

- O czym rozmawiacie?

- O wszystkim i o niczym – odparłem. – A przy okazji, ładne machanie mieczem. Gdzie cię szkolono, chłopcze? – Zagadnąłem.

- Szkolił mnie mistrz szermierki, jeden z członków Zakonu Ostrzy Przeznaczenia.

Przystanąłem unosząc brwi. To ci dopiero niespodzianka! Mariusz uśmiechnął się.

- Zaimponowałem ci?

Chłopak uśmiechał się szeroko. Jest z siebie dość dumny, ale ma do tego prawo, udowodnił, że jest cholera przydatny. Mimo to…

- Tylko częściowo… nie czekaj… - spojrzałem na niego zdezorientowany. – Operują teraz również jako nauczyciele szermierki?

- Jeśli masz odpowiednią ilość złota i talent – odpowiedział Mariusz.

Pokręciłem głową ruszając dalej.

- Na litość wszystkich gwiazd na niebie… z zakonu który pokonywał demony i doprowadził do kolejnego upadku sił ciemności trzy tysiąclecia temu, do cholernych nauczycieli szermierki! Aż mi się ich żal zrobiło! – zakrzyknąłem rozbawiony.

- Żal? – Mariusz uniósł brwi. – Przecież i na czarnoksiężników polują.

- Co? Nie, skądże! Nie na wszystkich. Pamiętaj że są dwa typy czarnoksiężników i czarownic. Ci którzy są sługami Złego Boga i się do niego modlą oraz ci którzy odrzucili obie strony i żyją samotnie. Dawniej byli nazywani „szarymi magami”, ale po rozwoju Szkół Magicznych, zaczęto nazywać ich czarnoksiężnikami, bo byli poza kontrolą Rady Magów, co ich bardzo irytowało, więc doprowadzili, że wszyscy uważani są za złych.

- A Ty, kim jesteś? Czarnoksiężnikiem, czy Szarym Magiem? – do rozmowy dołączyła Margareth i kucharz.

- Jednym i drugim – zachichotałem. – Zależy od pory dnia, fazy księżyca, humoru i… dostępności do trunku – zarechotałem rozbawiony.

Elfka pokręciła głową. Wskazała dłonią na boki.

- Już nie atakują – stwierdziła. – Uciekły, czy coś zrobiłeś że się nie zbliżają, Czarnoksiężniku?

- To nie moja sprawka - odpowiedziałem. – Cholerstwa pewnie popędziły do swego pana i zbierają się razem, by móc nas zaatakować z całą siłą.

Elfka syknęła.

- Nie powinniśmy się więc pospieszyć i zaatakować ich zanim się zbiorą?

- I się zmęczyć biegiem? – Zapytałem ironicznie. – Ty może przegonisz, jako elfka, minotaura, czy wilkołaka, ale są tu głownie ludzie, ci nie mają szans ich przegonić!

Mimo że widocznie bardzo nie chciała przyznać mi racji, elfka bezsilnie kiwnęła głową. Uśmiechnąłem się do niej rozbawiony.

- Przy okazji, dwie sprawy: Przepraszam za Cienia i gratuluję stylu walki. Taniec Liści to bardzo zaawansowana technika. Z tego co pamiętam tylko elfy z Val’endan znają ten sposób walki.

Elfka milczała zaskoczona, kiedy kucharz wyszedł naprzód.

- Dużo wiesz Czarnoksiężniku – warknął spod ciężkiego hełmu.

- Tak, tak, wiem sporo, ale nie wiem wszystkiego. Przykładowo twego imienia nie znam. Przedstawisz się czy nie? – Zapytałem znajdując coraz więcej przyjemności w toczącej się rozmowie.

- Adam Hadrid – odpowiedział.

- Jesteś pół-krasnoludem, prawda? – dopytałem się.

- Skąd wiesz!?

- Twój młot – wskazałem na zakrwawioną broń. – Ma magiczną aurę typową dla ludu krasnoludów. Pewnie dlatego jest tak skuteczny – odwróciłem się i uśmiechnąłem się szeroko.

Cała czwórka patrzyła na mnie oniemiała. Rozgryzałem ich jednego po drugim, jakby nigdy nic. Zachichotałem odwracając się w kierunku marszu.

- Ach… dzieci, dzieci, ale jesteście SŁODZIUTKIE! Aż mi serduszko szybciej bije, widząc te wasze twarze!

- Skąd tyle wiesz! Nawet jak na czarnoksiężnika, wiesz bardzo dużo! – Zakrzyknęła Anna.

- Jestem bardzo dobrym Czarnoksiężnikiem – odpowiedziałem rozbawiony. – Ale teraz niestety musimy kończyć. Dotarliśmy do celu.

Wyszliśmy z lasu. Przed nami stały ruiny miasteczka ze zniszczonym wałem i świątynią z której złamanej wierzy sączył się czarny dym. Przed nami, tłoczyły się tłumy mutantów i zwierzoludzi. Bestii wszelkich rozmiarów i kształtów, zarówno uzbrojonych w stal jak i pazury.

Słońce było w zenicie.

Katherul powinien się ukrywać przed światłem, jako że odbiera mu ono siłę…

Byłem jednak w błędzie…

Zaraz… CO!? BYŁEM W BŁĘDZIE?! Nie! NIE! NIE! Takie coś nie powinno się zdarzać!

A mimo to, oto stał tuż za swoimi sługami.

Duch ciemności – Katherul. Spaczony i wykrzywiony przez moc złego boga. Byt miał ponad dziesięć metrów wysokości, górując nad wszelkimi innymi bestiami. Miał on sylwetkę niemalże ludzką, lecz z ciała wyrastały kolce z których sączyła się ciemność. Nosił potężną zbroję, a w dłoniach ściskał wielki miecz. Jednak był jeden element, który zupełnie nie pasował do znanego mi obrazu.

Potężna maska zasłaniająca twarz ducha. Ta miała kształt młodego mężczyzny roniącego łzy.

Nigdy w życiu nie widziałem takiej maski… a to nie wróżyło nic dobrego.

Potężny głos, wypełniony spokojną nienawiścią doszedł moich uszu.

- Ũřū’kheğ… Ďrac’ras… ňŏŏņeř… Ďü’khari, elk’här… Ďerŝ’lys… ŇŌĠŌ!

Uśmiechnąłem się szeroko.

- No… przynajmniej poprawnie używa mojego Imienia – oznajmiłem zadowolony.

Katherul machnął mieczem groźnie, warknął i odpowiedział.

- Śāth’alis… - wysyczał nienawistnie.

Mina mi zrzedła. Pokręciłem głową, ściskając w dłoni trzy żelazne monety.

- Dobra… - bicz trzy razy dłuższy od pierwszego pojawił się w mej dłoni. - Teraz to cię zajebie…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • pkropka 3 miesiące temu
    Teraz trochę mi szkoda demonów.
    Fajnie, że rozbudowujesz świat.
  • Ghost34 3 miesiące temu
    Ciekawi mnie co duch mu powiedział
  • Kapelusznik 3 miesiące temu
    W kolejnych odcinkach pojawi się wytłumaczenie
    :)
  • Pontàrú 2 miesiące temu
    Szary mag - szary Jedi, widzę pewną analogię :)
    Rozmowa bohaterów przebiega bardzo płynnie i jest w miarę naturalna. Lecę do kolejnej części. 5
  • Nefer 2 miesiące temu
    A mnie spodobało się nazwisko Hadrid. Tak jakoś blisko się z kimś kojarzy. :-). Ogólnie część poświęcona rozbudowi opisu świata, który to opis przedstawiono w trakcie rozmowy. To zawsze trudniejszy dla Autora, ale i przyjemniejszuy dla czytelnika sposób. W pewnej wypowiedzi mignęło mi słowo "strwożyły" zamiast "stworzyły". To pewnie lapsu programu autokorekty.
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania