Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Cztery ściany absurdu -07- Pierwszy kontakt
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Rozdział VII - Pierwszy kontakt pierwszego stopnia
<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<
James jednak nie wszedł. Uprzedził go milczący, poważny mężczyzna, na którego widok śmiałego wtargnięcia, sekretarz nie śmiał zareagować, wycofując się w milczeniu na bok. W chwilę po jego wejściu, pokazała się w luce uchylonych drzwi siwa głowa Brixtona.
— Porozmawiamy jutro — oznajmił chłopcu. — Przyjdź w południe. — I tyle go James widział.
— Spraw pan sobie także jakieś porządne ubranie — doradził mu na odchodnym sekretarz.
>>><><<<
Zasoby posiadał nietęgie, gdyż do wypłaty udziałów z korsarskiej wyprawy, potrzebna była zgoda Królowej, ale wystarczające dla wynajęcia jakiegoś pokoiku i z tą myślą zatrzymał pierwszą nadjeżdżającą taryfę.
Poprosił o wskazanie lokalu cichego, niezbyt drogiego i z dobrym jedzeniem, na co otrzymał odpowiedź, że jest jeden spełniający oczekiwania, o ile nie jest się powracającym z rejsu marynarzem.
James spojrzał na swój marynarski worek i zniszczoną, malutką walizeczkę, a kierowca wskazał mijany właśnie lumpex.
>>><><<<
Po kilkunastu minutach, niemal na chybił trafił wybierając kilka, jego zdaniem, najbardziej odpowiednich ubrań, obładowany reklamówkami wrócił w jednym z nich do wozu. Kierowca się nie odezwał, uznał więc, że nie miał zastrzeżeń i wkrótce wóz zatrzymał się przy pensjonacie "Mała Różyczka". I nie czekał, czy Jamesowi uda się załatwić nocleg, odjechał zaraz po wyładowaniu klienta bagażu.
Kobieta była na równi zniesmaczona jak zaskoczona widokiem wchodzącego. I nawet nie starała się tego ukryć. James jednak nie wycofał się. Pomyślał, że leżący na uboczu lokal może potrzebować gości. Nawet takich, którzy jednak z morza wrócili. A patrząc na kobietę, postanowił być przy tym pewny siebie, a nawet bezczelny.
— James Tager — przedstawił się własnym nazwiskiem, dalej dodając już nieprawdziwie: — Jestem właścicielem ziemskim i przyjechałem tu w interesach. Polecono mi... — Szerokim gestem omiótł lokal i właścicielkę.
Popatrzyła na niego jeszcze z niechęcią, ale wyraźnie rozbawiona.
— W których rejonach kraju nosi się w ten sposób? — Wskazała przede wszystkim, trzymany przez niego w ręku, idiotyczny kapelusik.
Włożył go na głowę.
— W każdym — oznajmił. — Sąsiedzi uważają mnie za dziwaka.
Nie uwierzyła mu, ale jego przypuszczenie okazało się prawdziwe. Pensjonat nie miał obłożenia.
— Gotówka, czy karta? — zapytała.
James wyciągnął z sakiewki kilka monet i położył na ladzie.
— Za tydzień pobytu — poinformował.
— To za dużo — zaprotestowała.
— Plus wyżywienie i trochę wina. I... — Spojrzał kobiecie głęboko w oczy. — Być może, pobyt zostanie przedłużony...
— To porządny dom! — oświadczyła sucho. — A nie... jakaś tawerna...!
— Wiem — przyznał grzecznie. — W przeciwnym wypadku by mnie tutaj nie było. Lubię miejsca, gdzie diabeł mógłby sobie popracować...
Wzbudził w niej wyraźny niepokój. Na tyle, że uznała dalszą dyskusję za zbyt niebezpieczną. Zdjęła ze ściany jeden z kluczy i wymijając go, poszła przodem, nie wysilając się nawet na zaproszenie.
>>><><<<
Pomieszczenie go nie zainteresowało. Wiedział bez sprawdzania, że jest czyściutkie. Wszedł, rzucił bagaże na łóżko, zdjął kretyński kapelusik i przyjrzał się uważniej gospodyni. Trzydzieści dwa-trzydzieści pięć lat, wdowie, brązowo-szaro-nijakie barwy sukni, dumne, ładne oblicze i mnóstwo starannie upiętych, ciemnych włosów. Lekka na wspomnienie. Tutaj jedynie, w workowatym, zapiętym pod brodą stroju, nijak nie można było rozeznać się w jej kształtach. Ale nie badając wnikliwiej, wywołał w kobiecie kolejną, spotęgowaną falę zaniepokojenia. Diabeł od niechcenia rozpoczynał swą pracę.
Lekko zaczerwieniona, niczego nie mogąc wyczytać z jego twarzy, wpatrywała się w niego z wyraźną dezaprobatą. Za wszelką cenę pragnąc ukryć nieadekwatne do sytuacji zawstydzenie.
— Świetny pokój — uratował ją. — Zanim poproszę o kolację i dużo spokojnego, nieprzerywanego niczym snu, chciałbym porządnie się umyć?
— Łazienka jest tutaj. — Wskazała drzwi obok komody.
— Macie tu kąpielową?
— Nie! — Oczy kobiety pociemniały od gniewu. — Będzie pan musiał poradzić sobie sam!
>>><><<<
Stawił się przed czasem i został przyjęty z marszu. Lord wstał zza biurka na jego widok.
— Jak wrażenia z wyprawy? Morze się spodobało? — zapytał. W gabinecie znajdowała się także kobieta. Stała przy oknie, patrząc przez nie gdzieś w dal.
— Witaj, lordzie kanclerzu. Miło cię widzieć w dobrym zdrowiu. — James się ukłonił. Kobieta zareagowała gwałtownie.
— Czy on sobie z ciebie kpi, lordzie...?! — zapytała. Ni w gniewie, ni w zdumieniu, ni w rozbawieniu.
— Nie śmiałbym, Najjaśniejsza Pani! — zapewnił z ukłonem James, rozpoznając Władczynię. W sierocińcu słuchał jej koronacyjnego orędzia i głos nie był bardzo zmieniony przez głośniki radia. — Lubię lorda kanclerza i to dzięki niemu, jak mniemam, odbyłem morską wyprawę. Nie narzekam — odpowiedział Brixtonowi. — Sporo się wydarzyło, chociaż nie jako Tagerowi...
— Sądzisz, że lord o tym nie wie...? — prychnęła Królowa. James pomyślał o Dracenie, ale pomylił się.
— Opisano „Pana masztowego (oboje dostojników zaśmiało się) Madera". Nie było innego osiemnastolatka o twoim wyglądzie na „Kunta-Kinte” — oświadczył lord. — Tak naprawdę, nie było żadnego innego. — Bomba Jamesa nie wybuchła. — Ale to miło, że nie starałeś się czegokolwiek ukryć. I nie sądziłem, że wyszkolenie majora zaszło tak daleko... — Lord najwyraźniej chciał usiąść. Królowa tymczasem pasła oczy postawnym młodzieńcem.
„I tylko to ubranie” — wzdrygnęła się, westchnęła i przemaszerowała przez gabinet, z wdziękiem opadając na kanapę.
Pięć miesięcy wcześniej, zaraz po pogrzebie majora Five'a, doszło między lordem a Jamesem do kłótni. Brixton zjawił się w sierocińcu z oświadczeniem, że ten już zakończył w nim pobyt i do czasu ujawnienia testamentu zmarłego, co miało nastąpić w dniu osiemnastych urodzin jego podopiecznego, zamieszka na wsi, u majora siostry. James stanął okoniem.
— Nigdzie się stąd nie ruszam. Mam robotę — oznajmił.
Lord się zaśmiał, co mu się rzadko zdarzało, ale chłopak stwierdził, że albo zostanie, albo ucieknie i nie pozwoli sobą manipulować.
— Nie zostaniesz tutaj!
— A to dlaczego? — zdziwił się James. — I co pan tutaj robi, lordzie kanclerzu? Jest pan moim krewnym?
— Nie.
— Nie? A może jednak? Jakiś dziadziuś, siódma woda? Może stara ciotka...?
— Nie, Jamesie Tager! — Lord pochylił się do niego. — Zapewniam cię, że nie jestem twoją ciotką!
— W takim razie, nigdzie z panem nie idę.
— To się jeszcze okaże! — zagroził wówczas lord.
Odpowiedziała mu kpina.
— Bo co? Zamknie mnie pan w Tower...?!
James wygrał, a tak mu się przynajmniej wydawało. Miał jednak wyrzuty sumienia, gdyż nie dostrzegł w Brixtonie wszechobecnej u szlachty, wrodzonej pychy, a za to zwyczajną troskę. Dlatego, kiedy przybył Dracen, już nie protestował przeciwko planom wobec siebie, ale natury przekornej się nie wyzbył.
— Pan, lordzie, nie wierzył mi, gdy mówiłem, że jestem najpilniejszym z uczniów.
— Pyskate piraciątko — orzekła miękko Królowa. — Niech siada. — Wskazała mu krzesełko pod ścianą, a potem miejsce na nie, pomiędzy nią a lordem. James się zastosował, Brixton mógł także usiąść. — I niech raczy wyjaśnić, dlaczego będąc dyplomowanym mym zbójem, wrócił z całonocnej wyprawy jedynie z podwiązką...? — Jeszcze nie zakończyła mówić, gdy porwał ją śmiech, na widok widocznego, nawet pomimo opalenizny, zawstydzenia. Tym jednak rumieniec był w nikłej części. James właśnie rozmyślał nad ucięciem drugiej głowy w swym życiu, choć w tym wypadku miała to być głowa współkorsarza.
— Przywlokłem także więźnia, Wasza Wysokość — oznajmił, trochę nazbyt ostro, nawet dla niego samego. Szybko postarał się więc o złagodzenie tonu. — Dzięki niemu przypłynęliśmy szybko i z pokaźnym ładunkiem srebra.
— Tak, srebra — zgodziła się lekceważąco Królowa. — Czemu, nie złota?
— I szmaragdów — dodał James wymijająco.
— Z których część dostały jakieś flądry!
— Branki były pomocne.
— A bez szmaragdów by nie były?
— Zapewne — zgodził się James. — Ale postawa kapitana Dracena, chociaż nie w stylu pirackim, przynosi efekty dla skarbca Anglii i nie naraża Jej u wrogów na szkalowanie.
— No, no! — Władczyni wstała gwałtownie, twardym gestem nakazując, pozostanie mężczyznom na miejscach. Nie posłuchali. — Pan masztowy urósł do rangi rzecznika prasowego?!
— Nie ośmielam się...
— Nie mam co na siebie włożyć na dzisiejszy bal — oznajmiła, siadając. Oni pozostali na nogach. — Z biżuterii...
— Nie miała niczego, co byłoby odpowiednie dla Waszej Wysokości — próbował tłumaczyć się James, z miejsca wiedząc, że popełnia błąd.
— Tobie oceniać, co jest odpowiednie dla królowej...?!
Zapadło milczenie, ale Królowa czekała na odpowiedź i jak James pomyślał, doskonale się przy tym bawiła. Powiedzieć coś musiał, lecz chociaż rezolutny, przy tej, zaledwie o rok od siebie starszej dziewczynie, zaczynał elokwencję tracić.
— Przywieźliśmy pięć naszyjników. Są...
— Barachło.
— Kobieta pomogła mi, pozwoliła się ukryć, pożyczyła konie. Nie wypadało jej okradać, ale przyznaję, że nawet o tym nie pomyślałem.
— Co z ciebie za korsarz?!
— I tak, jedynym co widziałem, był cieniutki łańcuszek! — wybuchnął.
Tym razem wstała powoli.
— Najjaśniejsza Pani... — próbował interweniować lord.
Zbyła go machnięciem ręki, podchodząc wolno do Jamesa. Była niewiele niższa, ale zapewne dzięki butom na bardzo wysokim obcasie, gdyż nie mówiono o wzroście Władczyni, dochodzącym do sześciu stóp.
— Uważasz, że jestem próżna? To, o mnie wiesz...?! — zapytała złowrogo.
— Wiem, że masz piękne oczy — palnął. Rozległ się odgłos siarczystego uderzenia. — Najjaśniejsza Pani — dokończył z ukłonem, nie ważąc się na rozcieranie piekącego policzka. Królowa za to rozcierała sobie dłoń.
Na kanapę wróciła uspokojona.
— Jestem z was zadowolona — przemówiła dostojnie. — Dracen ma swój tytuł, a czego chcesz ty?
James chciał odpowiedzieć, że świętego spokoju, ale rozległo się pukanie do bocznych drzwi, które otworzyły się bez zaproszenia. Wszedł przez nie mężczyzna widziany przez niego w przeddzień, w towarzystwie dwóch kobiet, wyglądających na dwórki.
— Zmarła pani Malen — oświadczył lord Jamesowi. — Zobaczymy się jutro.
— A tak, ladacznica — orzekła Królowa lekceważąco. — Gdybyś nie wiedział...
Nawet lord, nawykły do jej humorów, wzdrygnął się na to okrucieństwo.
James się ukłonił i odszedł. Już w drzwiach zatrzymał się jednak.
— Wiem, że zmarła nazywała się naprawdę Markiza Lilyian de Boncour — oznajmił ze smutkiem. — I nie była ladacznicą. Ona pokochała...
— Gówniarz! Debil! Bękart! Znawca kobiet się znalazł! — usłyszał. — Jesteś w niełasce!
James odwrócił się do Królowej. Składając ostatni ukłon, dyskretnie na nią spojrzał. Wyglądała na zadowoloną, pomimo gniewnego, pełnego zaskoczenia, marszczenia czoła. Przyłapała jego oczy.
— Wynocha!!! — wysyczała.
>>><><<<
Cdn.
Komentarze (8)
Zdenerwował okrutnie Królową. Ale w tym jest cel. Facet ma jaja. Podoba mi się spontaniczne podejście do życia. Ma kasy w rękawie i nie chce dnie się przed niczym. Dostanie tytuł?
Pozdrawiam serdecznie
Ma asy i nie ugnie*
Tytuł? Och, nie mam pojęcia, to jeszcze dzieciak, ale historia się rozkręca.
Dzięki za wizytę
Lumkeksy, siatki, taxowki. Gotówka czy karta... Ahh, ale to jest pojebanie słodkie. Kopiuję na razie jedną myśl, bo może mi się skasować i czytam dalej.
Eeee, lubię taki rodzaj kilkuplaszczyznowego, romansowego załążka. No, no, no.
Ładnie piszesz o "uczuciach" ;)
Korsarze dopiero byli, teraz lumpex :D Ale kupuję ten misz-masz, jak najbardziej, jakoś tak umiejętnie to robisz i nic się nie gryzie :)
"obładowany reklamówkami" :D
"I niie czekał" - nie*
"brązowo-szaro-nijakie barwy sukni"- git
"— Macie tu kąpielową?" - kąpielową??? To jakas fajoska posada :D
"— Pyskate piraciątko" - hihi, słodziaszne
"— Wiem, że masz piękne oczy — palnął. Rozległ się odgłos siarczystego uderzenia. — Najjaśniejsza Pani — dokończył z ukłonem, nie ważąc się na rozcieranie piekącego policzka. Królowa za to rozcierała sobie dłoń" - dobre Fel, tu powtórzenie o rozcieraniu, jak w maslo
Wszystkie spostrzeżenia z poprzednich części mogę powtórzyć, czyta się fajnie, fabuła zaciekawia, absurdziki, zgodnie z tytulem, też się zdarzają.
Gwiazdy i pozdrowienia :)
Może nie każdego te wtręty z d... rozśmieszą, ale tak mnie to bawi, że się nie mogę powstrzymać. Byłabym jednak wdzięczna, gdybyś zauważyła coś, co żenuje i mi to wskazała. Bo jeśli mi coś takiego się zdarza, tak z miejsca odechciewa się czytać. Tu na opowi trafiłam na takie kawałki i nie chciałabym zasilać tych szeregów.
Pozdrówka i dzięki za koment. Błąd zaraz usunę
Dopiero teraz zauważyłam odpowiedź.
"Byłabym jednak wdzięczna, gdybyś zauważyła coś, co żenuje i mi to wskazała" - oki, choć chyba nic takiego póki co nie rzuciło mi sie w oczy :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania