Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 20

Powrót do obozu nie przypominał już zwyczajnego powrotu z wyprawy. Nikt nie rozmawiał, nikt nie żartował, a nawet Lucien, który zazwyczaj potrafił opowiadać o własnych dokonaniach z entuzjazmem godnym kronikarza opisującego narodziny nowej legendy, tym razem milczał. Gdy tylko pierwsze namioty pojawiły się między formacjami skalnymi płaskowyżu, wartownicy zauważyli grupę i natychmiast ruszyli im na spotkanie. Wystarczyło jedno spojrzenie na Filiusa, którego nieśli między sobą Zhana i Bram, aby wszyscy zrozumieli, że wydarzyło się coś poważnego. Luxera szła tuż obok, nieustannie utrzymując delikatną poświatę światła wokół chorego. Nie była ona na tyle silna, aby wyleczyć chorobę cienia, ale najwyraźniej spowalniała jej działanie. Filius pozostawał nieprzytomny. Jego twarz była nienaturalnie blada, a fioletowe zabarwienie oczu, które pojawiło się jeszcze podczas pierwszego ataku, nie zniknęło. Z obozu natychmiast wybiegli medycy. Towarzyszyło im kilku magów natury, którzy wcześniej pomagali Gilheimowi, i przez krótką chwilę przy wejściu do obozu zapanował zupełny chaos. Jedni odsuwali ludzi z drogi, inni pytali, co się stało, jeszcze inni przynosili przygotowane wcześniej medykamenty i amulety ochronne. Luxera nie pozwoliła jednak nikomu tracić czasu na pytania.

— Do namiotu medycznego. Natychmiast — rzuciła tylko, a jej ton był tak stanowczy, że nikt nawet nie próbował dyskutować.

Filiusa przeniesiono do środka, gdzie położono go na przygotowanym posłaniu. Magowie natury natychmiast zaczęli badać jego stan, sprawdzając przepływ energii magicznej w jego ciele, podczas gdy Luxera ustawiła wokół niego kilka źródeł światła. Nie były to zwykłe lampy. Każde z nich zawierało zaklętą energię, która miała rozpraszać obcą, skażoną magię. Wokół namiotu zaczęli gromadzić się ludzie, ale strażnicy szybko odsunęli ciekawskich. Wszyscy wiedzieli już, że nie był to zwyczajny uraz.

Pozostała piątka nie miała jednak czasu, aby czekać na wynik leczenia. Lucien, Zhana, Bram i Kadir ruszyli niemal natychmiast w stronę namiotu dowódców, a Laeria dołączyła do nich po krótkim zatrzymaniu się przy namiocie medycznym. Widać było, że chciała zostać przy Filiusie, lecz wiedziała, że Zheron i Venegas muszą dowiedzieć się wszystkiego. W końcu to nie był już tylko kolejny etap ich misji. W lesie spotkali Astratusa. Zobaczyli go na własne oczy. Poznali jego imię, usłyszeli jego plan i dowiedzieli się, że wydarzenia, które przez ostatnie tygodnie wydawały się serią przypadkowych zagrożeń, były częścią znacznie większej układanki. Kiedy weszli do namiotu dowódców, Zheron i Venegas znajdowali się nad rozłożoną na stole mapą okolic. Obok leżały raporty zwiadowców, notatki dotyczące smoczycy oraz kilka listów, które nadeszły z różnych części królestwa. Obaj natychmiast podnieśli wzrok. Venegas pierwszy zauważył, że brakuje jednej osoby.

— Gdzie Filius? — zapytał.

Lucien przez chwilę nie odpowiadał. Zhana zrobiła to za niego.

— Zaatakował go czwarty demon. Żyje. Ale jest bardzo źle.

Zheron odsunął się od stołu.

— Co dokładnie się wydarzyło? — zapytał, a jego głos natychmiast stał się bardziej rzeczowy — Wszystko. Od początku.

Opowieść trwała długo. Magowie kolejno przedstawiali wydarzenia z wyprawy, uzupełniając się nawzajem. Lucien opisał moment, w którym znaleźli Astratusa. Nie próbował tym razem dodawać niczego od siebie. Powiedział po prostu, że cień przestał być cieniem w sensie metaforycznym i stanął przed nimi człowiek. Opisał jego wygląd, spokojne zachowanie i sposób, w jaki bez najmniejszego wysiłku rozproszył jego ognistą kulę. Zheron słuchał bez słowa, ale kiedy padło imię Astratus, jego twarz wyraźnie stężała. Venegas natomiast natychmiast sięgnął po kartkę i zapisał je. Kadir przejęła opowieść i dokładnie przedstawiła monolog Astratusa. Powtórzyła jego słowa o upadku magii, o czarodziejach, którzy mieli do niego dołączać, o jego zwolennikach rozsianych po kontynencie i o kontroli nad demonami. Kiedy doszła do groźby skierowania cienistej smoczycy do Elorien, Venegas uniósł głowę.

— Powiedział, że może ją skierować do obozu?

— Tak — odpowiedziała Kadir. — I nie brzmiało to jak przechwałka. Tylko jak coś, co naprawdę jest w stanie zrobić, jeśli nie spełnimy jego wyzwania.

Zheron przez chwilę patrzył w mapę.

— Czyli rzeczywiście może kontrolować demony — powiedział bardziej do siebie niż do nich.

Następnie przyszła kolej na Laerię. To ona opowiedziała o ataku Demona Dusz. Mówiła spokojnie, choć dłonie wciąż lekko jej drżały, kiedy przypominała sobie moment, w którym Filius upadł. Opisała świst, czarną masę wydostającą się z jego ust, sposób poruszania się demona i jego zdolność do wnikania w drzewa. Bram uzupełnił ją, opisując, jak szybko demon zmieniał kierunek i jak zupełnie nieskuteczne okazały się jego kamienne bariery. Zhana dodała informacje o ogniu. Lucien przyznał, że jego zaklęcia praktycznie nie robiły na stworzeniu żadnego wrażenia.

— Próbowałem dwa razy. Może trzy — powiedział — Nie ma znaczenia. Ogień przechodził przez niego.

Zheron spojrzał na niego z lekkim niedowierzaniem.

— A ty uznałeś, że warto próbować po raz kolejny?

Lucien wzruszył ramionami.

— Była taka chwila, w której wydawało się to rozsądne.

Bram prychnął cicho.

— To była bardzo krótka chwila.

Nawet w tej sytuacji Zhana uśmiechnęła się pod nosem, ale uśmiech szybko zniknął. Opowiedziała o tym, jak demon próbował kolejno zaatakować każdego z nich, jak wykorzystywał drzewa i jak blisko znalazł się kilku razy. Wreszcie Kadir opisała sposób, w jaki wraz z Laerią udało im się go pokonać. Wyjaśniła, że nie zniszczyły go w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Rozproszyły jego strukturę, rozbijając cienistą masę na setki fragmentów. Venegas natychmiast zapytał, czy mają pewność, że demon nie może się ponownie złożyć. Kadir pokręciła głową.

— Nie. Nie mamy pewności. Ale po tym, jak go rozproszyłyśmy, niczego więcej nie wyczułam. Luxera też go nie wykryła.

Dopiero wtedy rozmowa zeszła na Filiusa. I właśnie ten moment okazał się najtrudniejszy. Zhana opowiedziała, jak znaleźli go po ataku. Jak był blady, jak trudno było go obudzić i jak szybko pojawiły się objawy choroby cienia. Venegas natychmiast spoważniał.

— Jak długo był w kontakcie z demonem?

— Nie wiemy — odpowiedziała Kadir — To stało się tak szybko.

— Czy demon wszedł w niego całkowicie?

— Tego też nie wiemy — powiedział Lucien — Widzieliśmy, jak wychodził. Ale Filius już wcześniej wyglądał źle.

Zheron zacisnął dłonie na krawędzi stołu. Przez chwilę w namiocie panowała cisza. Wszyscy wiedzieli, że Filius był nie tylko ich przyjacielem. Był jednym z najważniejszych powodów, dla których w ogóle zaczęli traktować Demonka inaczej. To właśnie on od początku dostrzegał w małym stworzeniu coś więcej niż tylko potwora. A teraz właśnie jego zaatakował demon, którego Astratus wysłał na ich trop.

Venegas wstał i podszedł do wejścia namiotu. Przez chwilę patrzył na obóz, a potem odwrócił się do młodych magów.

— Czy Astratus powiedział jeszcze coś, zanim zniknął? — zapytał.

Kadir spojrzała na pozostałych.

— Powiedział, że nadal możemy do niego dołączyć. Że magia upada. Że wielu magów z kontynentu znika dobrowolnie, żeby praktykować jego wielką magię. I że jest wielu, którzy uważają, że obecny system jest zły.

Zheron westchnął ciężko.

— Czyli nie tylko nas obserwuje. Rekrutuje po różnych miejscach, być może z pomocą jego zwolenników.

— I najwyraźniej już ma ludzi w wielu miejscach — dodał Venegas.

W końcu Zheron kazał młodym magom odpocząć. Powiedział im, że resztą zajmą się on, Venegas i pozostali doświadczeni magowie. Lucien chciał jeszcze zapytać o Filiusa, lecz dowódca zapewnił go, że medycy zrobią wszystko, co w ich mocy.

— I jeszcze jedno — dodał Zheron, kiedy wychodzili — Od tej chwili nikt nie opuszcza obozu samotnie. Ani na chwilę. Astratus właśnie pokazał nam, że potrafi zaatakować wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy.

Młodzi magowie skinęli głowami i wyszli z namiotu. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, przez moment stali bez słowa. Przed nimi rozciągał się obóz, który jeszcze kilka dni wcześniej wydawał się bezpiecznym miejscem, przygotowanym na oczekiwanie na smoczycę. Teraz każdy namiot, każda skała i każdy fragment ciemnego lasu poniżej płaskowyżu wyglądały inaczej.

Mieliśmy więc czas do jutrzejszego wieczora. Tyle łaskawie pozostawił nam Astratus, jakby rozdawał nam dodatkowe godziny życia, a nie wyznaczał termin wykonania wyroku na niewielkim, puszystym demonie, który od początku tej historii właściwie nie zrobił nikomu nic złego. Muszę przyznać, że właśnie ten szczegół nie dawał mi spokoju. Astratus mógł przecież powiedzieć cokolwiek. Mógł zagrozić śmiercią jednego z magów, zniszczeniem twierdzy albo wysłaniem kolejnego demona. Wybrał jednak smoczycę. Cienistą smoczycę, która podobno szukała swojego potomka, a teraz miała zostać skierowana do Elorien, jeśli młodzi magowie nie wykonają jego rozkazu. Pytanie brzmiało tylko: czy rzeczywiście był do tego zdolny? Po tym wszystkim, co już zobaczyliśmy, odpowiedź „nie” wydawała mi się wyjątkowo nierozsądna. Astratus kontrolował demony. Przynajmniej tak twierdził, a jego wcześniejsze działania zdawały się to potwierdzać. Mógł więc równie dobrze rzeczywiście znać sposób na wpłynięcie na smoczycę, jak i zwyczajnie blefować. I właśnie to było najgorsze. Nie sam fakt, że groźba mogła być prawdziwa, lecz to, że nie sposób było stwierdzić, gdzie kończyła się jego rzeczywista potęga, a zaczynała manipulacja.

Bo przecież właśnie tym posługiwał się najlepiej. Strachem. Nie musiał nawet rzucać zaklęcia. Wystarczyło, że powiedział kilka odpowiednio dobranych zdań, a człowiek zaczynał sam wykonywać za niego całą pracę. Czy smoczyca rzeczywiście przybędzie do Elorien? Czy może Astratus chciał jedynie, abyśmy zaczęli się tego obawiać? Czy liczył na to, że część magów natychmiast będzie chciała wrócić do obozu, aby go bronić, podczas gdy inni pozostaną tutaj i będą pilnować Demonka? W ten sposób grupa, która dotąd trzymała się razem, mogłaby zostać podzielona na kilka mniejszych części. A z mniejszymi grupami zawsze łatwiej sobie poradzić. Szczególnie jeśli przeciwnik ma możliwość pojawiania się znikąd, kontrolowania demonów i prowadzenia swoich ludzi w różnych zakątkach kontynentu. Astratus nie musiałby wtedy pokonywać nas wszystkich. Wystarczyłoby, że zacząłby wybierać sobie pojedyncze cele. A może właśnie o to chodziło od samego początku? Może każde z jego „wyzwań” miało nie tylko sprawdzać młodych magów, lecz również obserwować ich reakcje, poznać ich charakter i sprawdzić, jak zachowują się pod presją. Być może Astratus wiedział już o nich więcej, niż oni wiedzieli o nim.

Istniała jednak jeszcze gorsza możliwość. Co, jeśli groźba dotycząca Elorien była całkowicie prawdziwa, a Astratus od początku przewidywał wydarzenia znacznie dokładniej, niż mogliśmy przypuszczać? Venegas przecież opuścił Obóz Magów i przyjechał tutaj. Nie zrobił tego bez powodu. Przywiózł ze sobą Luxerę i Flaviusa, chciał pomóc Zheronowi, chciał dowiedzieć się więcej o wydarzeniach i zabezpieczyć sytuację. Tyle że w ten sposób Elorien zostało pozbawione swojego dyrektora oraz dwóch doświadczonych magów. Czy Astratus przewidział jego decyzję? Czy od początku wiedział, że wieści o smoczycy i wydarzeniach w Krainie Demonów zmuszą Venegasa do opuszczenia obozu? Jeśli tak, to jego plan zaczynał wyglądać znacznie bardziej niepokojąco. Mógł przecież chcieć właśnie tego. Pozbyć się Venegasa z Elorien, osłabić jego obronę i dopiero wtedy wykonać kolejny ruch. Obóz Magów nie był dla niego neutralnym miejscem. Był miejscem, które z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie zaakceptowałoby jego filozofii. Venegas również nie wyglądał na człowieka, który pewnego dnia wstałby od stołu i powiedział: „Wiecie co? Astratus miał rację, od dzisiaj jesteśmy rebeliantami”. Trudno było więc oczekiwać, że zostanie jego sprzymierzeńcem. A jeśli Astratus rzeczywiście zamierzał stworzyć nowe imperium magii, eliminowanie ludzi, którzy mogli mu w tym przeszkodzić, byłoby całkiem logicznym elementem planu.

Z drugiej strony równie dobrze mógł po prostu uznać, że skoro już przez jakiś czas obserwował magów w Elorien, to doszedł do wniosku, że nie ma sensu pozostawiać ich przy życiu. Być może znał ich wystarczająco dobrze. Wiedział, że są przywiązani do obecnego porządku, że będą bronić swoich nauczycieli, swoich zasad i całego systemu, który tak bardzo krytykował. Może więc nie zamierzał ich przekonywać. Może jego oferta dołączenia była jedynie kolejnym elementem gry, a jeśli odmówią, tak jak odmówili tutaj, po prostu zostaną uznani za przeszkodę. Wtedy smoczyca nie byłaby narzędziem nacisku. Byłaby narzędziem zagłady. I nagle cały ten piękny, stary Obóz Magów, założony przez Esherreza setki lat temu, mógłby stać się kolejnym miejscem, które Astratus postanowił wymazać z mapy.

Najbardziej irytowało mnie jednak to, że wszystkie te możliwości mogły być jednocześnie prawdziwe. Astratus nie musiał wybierać pomiędzy manipulacją a rzeczywistym planem. Mógł zrobić jedno i drugie. Mógł rzeczywiście być zdolny do skierowania smoczycy do Elorien, a jednocześnie wykorzystać tę informację do podzielenia nas. Mógł przewidzieć przyjazd Venegasa, a teraz zastanawiać się, jak wykorzystać jego nieobecność. Mógł nawet celowo pozwolić nam wygrać z kolejnymi demonami, abyśmy nabierali pewności siebie, poznawali jego sposób działania i jednocześnie coraz bardziej wikłali się w jego grę. Być może właśnie dlatego tak bardzo zależało mu na tym, abyśmy wykonywali jego zadania. Nie chodziło tylko o demony. Chodziło o nas.

I tutaj wracaliśmy do Demonka. Małego, czarnego stworzenia siedzącego obecnie w lochu twierdzy, którego los stał się nagle ważniejszy, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Astratus chciał, żebyśmy go zabili. Wiedział, że to potomek smoczycy. Wiedział, że Filius jest z nim związany. Wiedział, że część z nas zaczęła traktować go jak żywą istotę, a nie potwora. I właśnie dlatego żądał jego śmierci. To było niemal elegancko okrutne. Nie wystarczyło mu zmusić nas do walki. Chciał, żebyśmy sami przekroczyli granicę, którą dotąd staraliśmy się zachować. Chciał, żebyśmy zabili bezbronną istotę tylko dlatego, że on tak powiedział. A jeśli tego nie zrobimy, groził smoczycą. Jeśli zrobimy, być może właśnie wykonamy dokładnie to, czego od nas oczekiwał.

Byłem więc coraz bardziej przekonany, że największym zagrożeniem nie była wcale smoczyca, Demon Dusz ani nawet sam Astratus. Największym zagrożeniem było to, że zaczniemy podejmować decyzje wyłącznie pod jego dyktando. Każda jego groźba wymuszała reakcję. Każde jego pojawienie się przesuwało nas o krok dalej na planszy, której zasad nadal nie rozumieliśmy. A ja, po ponad ośmiuset latach życia, miałem już wystarczająco dużo doświadczenia, aby wiedzieć jedną rzecz: jeśli przeciwnik daje ci wybór pomiędzy dwiema możliwościami, bardzo często prawdziwym rozwiązaniem jest znalezienie trzeciej. Problem polegał na tym, że tym razem nie miałem pojęcia, gdzie jej szukać. I chyba właśnie tego chciał Astratus.

Tymczasem młodzi magowie udali się do namiotu medycznego, aby towarzyszyć Filiusowi, a ja uznałem, że moje miejsce znajduje się gdzie indziej. Nie dlatego, że nie obchodził mnie jego stan. Wręcz przeciwnie. Wolałem jednak, aby przy nim znajdowali się ludzie, którzy rzeczywiście mogli mu pomóc, zamiast kolejnej muchy krążącej nad posłaniem i udającej, że rozumie sztukę leczenia. Skierowałem się więc do namiotu dowódców, gdzie Zheron i Venegas pozostali sami. Usiadłem na jednej z belek podtrzymujących materiałowy dach i przez chwilę obserwowałem ich w milczeniu. Na stole leżały mapy, raporty, notatki i kilka niedbale odłożonych pergaminów. Zheron stał nad nimi z rękami opartymi o blat, podczas gdy Venegas chodził powoli od jednego końca namiotu do drugiego. Obaj wyglądali na ludzi, którzy bardzo chętnie zamieniliby się teraz miejscami z kimkolwiek na świecie, byle nie musieć podejmować decyzji, od której mogły zależeć losy całego obozu.

Pierwsza możliwość była oczywista. Zabić Demonka. Z punktu widzenia bezpieczeństwa była też najprostsza. Mały demon znajdował w obozie, pod stałą obserwacją. Nie trzeba było go szukać, nie trzeba było organizować wyprawy ani walczyć z potężnym przeciwnikiem. Wystarczyłby jeden mag, jedno zaklęcie i problem, przynajmniej pozornie, przestałby istnieć. Astratus dostałby to, czego żądał, a smoczyca nie miałaby powodu kierować się w stronę Elorien. Oczywiście pojawiało się pytanie, czy rzeczywiście nie miałaby powodu. Jeżeli Astratus mówił prawdę o swojej kontroli nad demonami, równie dobrze mógł już mieć przygotowany kolejny etap planu. A jeżeli kłamał, zabicie Demonka oznaczałoby spełnienie jego żądania bez żadnej gwarancji, że cokolwiek na tym zyskają. Było też coś jeszcze. Coś, o czym żaden z nich nie mówił przez dłuższą chwilę, ale co wisiało nad ich rozmową jak ciężka chmura. Filius się do niego przywiązał. Zresztą nie tylko Filius. Przez ostatnie tygodnie demonek stał się częścią ich codzienności. Był dziwny, podejrzany, niewątpliwie demoniczny, a mimo to nigdy nie zaatakował żadnego z nich. Trudno było więc potraktować go wyłącznie jako bezmyślną bestię, którą należy usunąć z tego świata. Zwłaszcza po tym, jak Astratus tak spokojnie nazwał go „dzieckiem” smoczycy i zażądał jego śmierci. To nie brzmiało jak zwykłe polowanie. Brzmiało jak próba sprawdzenia, czy młodzi magowie będą wykonywać rozkazy.

Drugą możliwością było pozostawienie Demonka przy życiu i zignorowanie groźby. Ta opcja miała jedną ogromną zaletę — nie spełnialiby żadnego z żądań Astratusa. Mogli zachować własną wolę i przestać tańczyć dokładnie tak, jak chciał ich przeciwnik. Problem polegał na tym, że Astratus najwyraźniej miał w rękach znacznie więcej kart niż oni. Wiedział, gdzie jest Demonek. Wiedział, gdzie znajduje się obóz. Wiedział, że Venegas przybył na płaskowyż. Wiedział również, jak wykorzystać ich strach przed smoczycą. Jeżeli rzeczywiście potrafił skierować ją w wybrane przez siebie miejsce, pozostawienie Demonka przy życiu mogło oznaczać sprowadzenie katastrofy na Elorien. A jeśli nie potrafił? Wtedy cała groźba była jedynie kolejną sztuczką. Kolejnym kłamstwem mającym sprawić, że magowie sami podejmą decyzję, której później będą żałować. I właśnie dlatego było to tak trudne. Nie można było nawet z całą pewnością stwierdzić, które zagrożenie jest prawdziwe, a które zostało stworzone wyłącznie w ich głowach.

Zheron rozważał jeszcze trzecią możliwość — powrót do Elorien. Gdyby cała grupa wraz z Venegasem wróciła do obozu, można byłoby wzmocnić jego obronę i przygotować się na ewentualne pojawienie się smoczycy. Problemem było jednak to, że oznaczałoby to opuszczenie płaskowyżu, który Kadir wybrała właśnie jako miejsce możliwie najlepsze do przeprowadzenia walki. Tutaj mieli góry, skały, jaskinie i ograniczoną przestrzeń, którą można było wykorzystać przeciwko ogromnemu stworzeniu. W Elorien mieliby ludzi. Setki ludzi. Uczniów, nauczycieli, rodziny, handlarzy, rzemieślników i wszystkich tych, którzy przez ostatnie pięćset lat przyzwyczaili się do tego, że Obóz Magów jest miejscem bezpiecznym. Jeżeli Astratus rzeczywiście zamierzał wykorzystać smoczycę jako broń, trudno było wymyślić gorsze miejsce na spotkanie z nią. Co więcej, powrót oznaczałby rozdzielenie sił. Zwiadowcy pozostali w górach, twierdza nadal wymagała ochrony, a sam obóz potrzebowałby dodatkowych magów. Astratus osiągnąłby więc coś jeszcze, nawet jeśli nie zniszczyłby Elorien — zmusiłby ich do działania w pośpiechu i chaosie.

Venegas zwrócił uwagę na jeszcze jedną rzecz. Jeśli Astratus rzeczywiście chciał zaatakować Elorien, jego wyjazd mógł być częścią planu od samego początku. Przecież nie musiał znać przyszłości. Wystarczyło, że obserwował ich wystarczająco długo. Wiedział, że Venegas jest dyrektorem obozu. Wiedział, że po otrzymaniu informacji o zagrożeniu prawdopodobnie pojedzie do twierdzy. Wiedział, że młodzi magowie są dla niego ważni. Wiedział również, że Venegas nie zostawi ich samych, skoro sprawa dotyczyła zarówno demonów, jak i tajemniczej postaci stojącej za całym zamieszaniem. Jeżeli więc Astratus przewidział ten ruch, Elorien mogło właśnie stać się znacznie bardziej bezbronne. Z drugiej strony Zheron przypomniał, że Astratus pojawiał się w pobliżu młodych magów już wcześniej, zanim Venegas opuścił obóz. Trudno było więc stwierdzić, czy wszystko było częścią wielkiego planu, czy też przeciwnik po prostu doskonale wykorzystywał nadarzające się okazje. I chyba właśnie to było w nim najbardziej niepokojące. Nie musiał kontrolować całego świata. Wystarczało mu, że kontrolował informacje.

Przez dłuższą chwilę obaj milczeli. Patrzyli na mapę, na której zaznaczono twierdzę, płaskowyż, Elorien i przewidywany kierunek przemieszczania się smoczycy. Z wysokości belki widziałem, jak Zheron przesuwa palcem po pergaminie, zatrzymując go w końcu nad symbolem obozu magów. Venegas spojrzał na niego, potem na mapę, a następnie na drzwi namiotu, jakby spodziewał się, że za chwilę ktoś przyniesie im rozwiązanie całej sprawy. Niestety, rzeczywistość rzadko ma tyle uprzejmości. W końcu doszli do tego, że żadna z trzech możliwości nie była dobra. Zabicie Demonka oznaczało podporządkowanie się Astratusowi. Pozostawienie go przy życiu mogło narazić Elorien. Powrót do obozu dawał bezpieczeństwo ludziom, ale jednocześnie odbierał im przewagę terenu i mógł być dokładnie tym, czego Astratus od nich oczekiwał. Najgorsze było jednak to, że każda decyzja mogła być błędna nie dlatego, że źle ją przemyślą, lecz dlatego, że przeciwnik już wcześniej przewidział ich sposób myślenia.

Właśnie wtedy Venegas uniósł głowę i spojrzał prosto w moją stronę. Początkowo pomyślałem, że patrzy na coś za mną. Potem przesunął wzrok dokładnie na mnie i spokojnie powiedział:

— Benjaminie, a czy ty masz coś do dodania?

Zamarłem. Dosłownie. Gdybym był zwykłą muchą, zapewne przez chwilę nie poruszyłbym nawet skrzydłem. Jako że byłem Benjaminem, który przez setki lat budował swoje życie na założeniu, że nikt nie wie o jego istnieniu, po raz drugi w tak krótkim czasie przeżyłem nieprzyjemny moment bycia wykrytym.

— Rozprostuj swoje kości, mucho, i przydaj się w końcu do czegoś.

Nie miałem już właściwie wyboru. Odbiłem się od belki, podleciałem kilka metrów nad ziemię i pozwoliłem przemianie przejąć kontrolę. Człowiek pojawił się w miejscu, w którym przed chwilą znajdowała się mucha, a ja przez kilka sekund stałem nieruchomo, patrząc na Venegasa z mieszaniną niedowierzania, irytacji i czegoś, co można by określić jako urażoną dumę. Zheron natomiast cofnął się o krok i sięgnął dłonią w stronę pasa, najwyraźniej nie będąc pewnym, czy właśnie nie wydarzyło się coś, co wymaga natychmiastowego użycia magii. Venegas za to wyglądał niemal spokojnie.

— Wiedziałem, że kiedyś będziesz musiał się ujawnić — powiedział, jakby właśnie przyłapał mnie na spóźnieniu na śniadanie — Nie sądziłem jednak, że stanie się to w takich okolicznościach.

Przez moment nie wiedziałem nawet, co odpowiedzieć. Po tylu stuleciach ukrywania się spodziewałem się kiedyś odkrycia. Może za sto lat. Może za dwieście. Może przez jakiegoś wyjątkowo zdolnego maga, który przypadkiem zauważyłby, że jedna mucha przebywa w obozie zdecydowanie zbyt długo. Nie spodziewałem się jednak, że zostanę rozpoznany przez dyrektora Obozu Magów podczas narady dotyczącej smoczycy, demonów i człowieka, który właśnie groził zniszczeniem naszego świata.

— Kilka lat żyłem w przekonaniu, że nikt nie wie, że ukrywam się w Elorien — powiedziałem w końcu.

— I przez krótki okres rzeczywiście nikt nie wiedział — odpowiedział Venegas.

Zdziwiło mnie to jeszcze bardziej. Venegas wyjaśnił, że na samym początku, nie wykrył mojej obecności. Obozowe zabezpieczenia, pomimo całej swojej magii, nie były w stanie wskazać czegoś, czego nie potrafiły zidentyfikować jako zagrożenia. Problemem okazały się jednak moje artefakty. Przez setki lat zgromadziłem ich zdecydowanie więcej, niż powinien posiadać zwyczajny człowiek. Niektóre były stare, inne bardzo stare, a jeszcze inne zwyczajnie dziwne. Wszystkie pozostawiały po sobie ślady magiczne, nawet jeśli ja sam potrafiłem ukrywać swoją obecność. Venegas zaczął więc obserwować miejsca, w których pojawiały się te ślady. Najpierw podejrzewał, że ktoś przemyca artefakty do obozu. Potem zauważył pewną prawidłowość. Artefakty nie tylko znajdowały się w różnych częściach Elorien. One zaczynały znikać i pojawiać się ponownie w sposób, który sugerował, że ktoś nimi zarządza. A skoro nikt nigdy nie widział właściciela, należało założyć, że właściciel bardzo nie chciał być widziany.

— Nie uznałem cię za zagrożenie — kontynuował Venegas — Właściwie po pewnym czasie uznałem, że znacznie lepiej będzie, jeśli twoje rzeczy pozostaną w ukryciu. Nie miałem powodu, aby wszczynać alarm tylko dlatego, że ktoś od bardzo dawna nie życzy sobie towarzystwa. Dlatego nie powiedziałem o tobie nikomu. Nawet Lordowi Andoriusowi. Potem jednak zacząłem szperać w kronikach.

To już było naprawdę nieprzyjemne. Przez setki lat nauczyłem się, że większość ludzi nie czyta starych kronik. Jeszcze mniej osób czyta przypisy. A już niemal nikt nie interesuje się historią małych wsi, które dawno przestały istnieć albo zmieniły właścicieli. Venegas najwyraźniej należał do tego nieszczęsnego rodzaju ludzi, którzy jednak czytali. W jednej z kronik znalazł wzmiankę o Benjaminie, panu niewielkiej wsi, który pewnego dnia po prostu zniknął. Nie umarł. Nie został zamordowany. Nie pozostawił po sobie następcy. Po prostu któregoś ranka nie było go już w jego domu. Późniejsze zapiski wspominały natomiast o dziwnym wędrowcu pojawiającym się w różnych miejscach kontynentu. Mężczyźnie, który wyglądał podobnie, nigdy się nie starzał i zawsze znikał, zanim ktokolwiek zdążył zadać mu zbyt wiele pytań. Kilka takich notatek, rozsianych po różnych kronikach, wystarczyło Venegasowi, aby połączyć fakty.

— Nie było to więc aż takie trudne — powiedział — Po prostu wymagało czasu.

Przyznam, że poczułem się odrobinę urażony. Całe moje życie opierało się na przekonaniu, że mój sekret jest absolutnie nie do odkrycia. Tymczasem wystarczyło kilka kronik i dyrektor z zamiłowaniem do historii. Ciekawe czy Astratus podążał tymi samymi ścieżkami. Tylko, że Venegas miał powód dowiadywania się o mnie – przebywałem, w miejscu, które on chroni. Natomiast nie wiem dlaczego informacji o mnie szukał nasz nemezis.

— A ty? — odezwał się w końcu Zheron — Skąd mamy wiedzieć, że rzeczywiście jesteś po naszej stronie?

Spojrzałem na niego. Pytanie było rozsądne. Właściwie bardzo rozsądne. Gdybym był na jego miejscu i nagle dowiedział się, że mojej twierdzy mieszkał ktoś, kto potrafi zmieniać się w muchę, posiada podejrzanie dużo potężnych artefaktów, żyje od ponad ośmiuset lat i najwyraźniej obserwował mnie podczas snu, również miałbym kilka pytań. Venegas odpowiedział jednak pierwszy.

— Jestem tego pewien. Benjamin nie jest naszym wrogiem.

Spojrzałem na niego przez chwilę, po czym westchnąłem. Najwyraźniej nadszedł czas, aby przestać być muchą.

— Ma rację — powiedziałem — Jestem po waszej stronie. A przynajmniej po stronie tych, którzy chcą powstrzymać Astratusa.

Nie miałem powodu, aby kłamać. Skoro mój największy sekret został już odkryty, równie dobrze mogłem wykorzystać sytuację. Opowiedziałem im więc o spotkaniu w jaskini. O tym, jak głos cienia zwrócił się do mnie po imieniu, jak doskonale wiedział, kim jestem i jak przez cały ten czas obserwował mnie równie uważnie, jak ja obserwowałem jego. Opowiedziałem o jego propozycji dołączenia do niego, o tym, że uznał moje umiejętności za przydatne, i w końcu o słowach, które wstrząsnęły mną bardziej niż wszystko inne. O smoczym sercu. Moim, które przetrzymywałem w Elorien. Powiedziałem im, że Astratus wszedł w jego posiadanie i że, jeśli rzeczywiście wykorzystał je w sposób, o którym wiedziałem, jego życie może trwać znacznie dłużej niż życie zwykłego człowieka. Nie musiałem tłumaczyć czym jest smocze serce, skąd pochodzi jego moc i dlaczego fakt, że Astratus zdobył serce smoka zabitego w walce, jest tak niepokojący. Nie chodziło już tylko o potężnego maga, który potrafił kontrolować demony, otwierać portale i manipulować ludźmi. Teraz wiedzieli, że człowiek, którego próbowali powstrzymać, mógł właśnie zdobyć coś, co pozwalało mu przygotowywać swoje plany nie przez dziesięciolecia, lecz przez stulecia.

Rozmowa nie zakończyła się jednak wraz z moim wyznaniem. Wręcz przeciwnie, miałem nieprzyjemne wrażenie, że właśnie otworzyłem drzwi, za którymi czekało jeszcze całe mnóstwo pytań. Venegas i Zheron wymienili krótkie spojrzenia, po czym pierwszy z nich ponownie zwrócił się do mnie, tym razem znacznie spokojniej. Chcieli wiedzieć, czy widziałem Astratusa jeszcze gdzieś poza tymi miejscami, o których mówili magowie. Odpowiedziałem więc, że tak naprawdę widziałem go więcej razy, niż początkowo sądziłem. Podczas ceremonii ukończenia nauki w Elorien dostrzegłem cień przy lesie. Wtedy nie potrafiłem jeszcze powiedzieć, czy rzeczywiście należał do Astratusa, ale dziś nie miałem już żadnych wątpliwości. Potem był Dalewood. To właśnie tam, podczas pierwszego spotkania z demonem, po raz kolejny zauważyłem coś poruszającego się na granicy lasu. Opowiedziałem im również o sytuacji, w której obserwowałem go prowadzącego jednego z demonów. Wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem, że między nim a stworzeniami, które wydostały się z portalu, istnieje coś więcej niż zwykła zależność. Nie wyglądało to jak przypadkowe spotkanie. Demon reagował na jego obecność, a Astratus poruszał się obok niego z taką pewnością, jakby doskonale wiedział, co stworzenie zrobi za chwilę. Powiedziałem im także, że wielokrotnie słyszałem jego głos, gdy jako mucha obserwowałem młodych magów. Za każdym razem brzmiał spokojnie, elokwentnie i niemal uprzejmie. To właśnie było w nim najbardziej niepokojące. Nie zachowywał się jak człowiek ogarnięty szaleństwem. Mówił jak ktoś, kto uważa, że wszystko, co robi, ma doskonały sens.

Jeśli chodziło natomiast o samą wyprawę młodych magów, nie miałem wiele do dodania. Właściwie trudno byłoby mi powiedzieć coś, czego nie wiedzieli już Zheron i Venegas. Byłem przy nich niemal cały czas, ale oni sami zdawali raporty znacznie dokładniej, niż potrafiłbym to zrobić. Znałem ich zachowania, drobne szczegóły, których nikt nie uznałby za istotne, ich żarty, kłótnie i chwile zwątpienia, ale pod względem wydarzeń nie miałem żadnej tajnej informacji, która mogłaby nagle rozwiązać całą zagadkę. Venegas słuchał mnie jednak z dużą uwagą, aż w końcu jego wyraz twarzy wyraźnie się zmienił. Zatrzymał się przy stole i przez dłuższą chwilę patrzył na jedną z map.

- Jest coś, czego nie rozumiem - powiedział w końcu - Smocze serce. Jeżeli Astratus rzeczywiście je posiada, musiał je zdobyć w Elorien albo ktoś musiał mu je stamtąd wynieść. Sam nie mógł wejść do obozu. Nie niezauważony. Znam zabezpieczenia Elorien wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że nawet bardzo potężny mag miałby z tym problem. Tym bardziej ktoś, kogo już wtedy podejrzewaliśmy o używanie magii cienia. Podczas ceremonii widziałeś go w lesie, prawda?

- Tak - odpowiedziałem - Ale wtedy nie był w obozie.

Venegas pokiwał głową, jakby właśnie tego się obawiał. Jeśli Astratus rzeczywiście znajdował się jedynie na skraju lasu, a mimo to później wszedł w posiadanie artefaktu, pojawiała się możliwość, której nikt z nas nie chciał rozważać. Ktoś musiał mu pomóc. Albo ktoś zrobił to bez świadomości, dla kogo właściwie pracuje.

- Czyli mamy możliwość, że w Elorien jest zdrajca - powiedział Zheron.

Venegas nie odpowiedział od razu. W namiocie zrobiło się dziwnie cicho. Wcześniej podejrzewaliśmy, że Astratus ma swoich ludzi w różnych miejscach. Teraz jednak po raz pierwszy pojawiła się możliwość, że jeden z nich może znajdować się dokładnie tam, gdzie przez całe życie uważałem się za najbezpieczniejszego. W obozie magów. W miejscu, które przez pięćset lat miało być ostoją wiedzy, bezpieczeństwa i wspólnoty. Była to wyjątkowo nieprzyjemna myśl.

Venegas w końcu odsunął się od stołu i spojrzał na mnie.

- Benjaminie, od tej chwili nie ujawniaj się nikomu więcej. Ani magom z twierdzy, ani żołnierzom, ani nikomu z młodych magów. Im mniej osób będzie wiedziało, tym lepiej.

Zrozumiałem. Nie miałem zresztą zamiaru urządzać sobie publicznego przedstawienia pod tytułem „Osiemsetletni człowiek, który przez większość życia udawał muchę”. Venegas dodał, że moje umiejętności mogą okazać się niezwykle przydatne. Mogłem obserwować bez wzbudzania podejrzeń, przenosić się w miejsca niedostępne dla innych, podsłuchiwać rozmowy i śledzić Astratusa, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja. Przez setki lat robiłem to wszystko z czystej ciekawości. Teraz mogło mieć znacznie większe znaczenie.

- Oby tylko - powiedział Venegas - twoje umiejętności rzeczywiście służyły właściwej stronie.

Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się lekko. Nie musiał tego mówić. Sam wiedziałem, jak łatwo obserwator może stać się kimś, kto wpływa na wydarzenia. Przez większość mojego życia byłem tylko świadkiem. Teraz najwyraźniej zaczynałem być uczestnikiem. Venegas ponownie spojrzał na mapy, potem na Zherona i w końcu na mnie.

- Decyzja, którą trzeba podjąć, nie należy jednak do nas. To oni muszą zdecydować - powiedział - Młodzi magowie. To ich wyzwanie zaczęło tę historię i to oni powinni zdecydować, co zrobią z Demonkiem. My możemy doradzać. Możemy ich chronić. Możemy przygotować się na najgorsze. Ale nie możemy za nich wybrać.

I tak zakończyła się rozmowa, która jeszcze kilka godzin wcześniej była dla mnie czymś całkowicie nie do wyobrażenia. Przez osiemset lat ukrywałem się przed magami, a teraz siedziałem w namiocie dowódców, znającym mój sekret dyrektorem i kapitanem twierdzy, i rozmawiałem o losach świata. Jak na muchę prowadzącą spokojne życie kronikarza, miałem ostatnio zdecydowanie za dużo pracy.

Wieczorem dowódcy przekazali wszystkie informacje młodym magom. Zostawili ich z ostateczną decyzją do podjęcia. Przez chwilę po wyjściu Zherona i Venegasa w namiocie panowała cisza. Nikt nie odezwał się od razu. Cała szóstka, a właściwie piątka, bo Filius wciąż przebywał pod opieką medyków, została z ciężarem, którego jeszcze kilka dni temu żadne z nich nie potrafiłoby sobie nawet wyobrazić. Ostatecznie to Lucien pierwszy przerwał milczenie.

– Musimy go zabić - Powiedział to bez wahania, choć tym razem w jego głosie nie było charakterystycznego dla niego entuzjazmu. Raczej zmęczenie i przekonanie, że mówi coś, czego nikt nie chce usłyszeć.

– Astratus dał nam czas do jutra. Jeśli naprawdę potrafi skierować smoczycę do Elorien, to nie możemy ryzykować życia setek ludzi tylko dlatego, że nie chcemy zabić jednego demona – dodała Zhana.

Kadir spojrzała na nich z niedowierzaniem.

– Jednego demona, który nic nam nie zrobił.

– Który jest dzieckiem demonicznej smoczycy, która potrafi zniszczyć całe osady – odpowiedział Lucien – I którego Astratus wykorzystuje jako przynętę.

Bram siedział oparty o skrzynię, obracając w dłoniach niewielki kamień, który znalazł gdzieś na płaskowyżu. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał się wtrącić, ale najwyraźniej nie znalazł żadnego wygodnego sposobu, by to zrobić. W końcu westchnął.

– Nienawidzę przyznawać Lucienowi racji. Naprawdę. To chyba jedna z najbardziej nieprzyjemnych rzeczy, jakie spotkały mnie podczas tej wyprawy. Ale ma rację. Jeśli Astratus rzeczywiście kontroluje smoczycę, możemy mieć problem.

Laeria siedziała nieco z boku, podciągając kolana pod brodę.

– A jeśli właśnie o to mu chodzi? – zapytała cicho.

– Co masz na myśli? – spytała Zhana.

– Żebyśmy pomyśleli dokładnie tak jak teraz. Żebyśmy uwierzyli, że mamy tylko dwa wyjścia. Albo zabijemy Demonka, albo pozwolimy smoczycy zaatakować Elorien - Laeria mówiła coraz pewniej – Przecież on cały czas robi dokładnie to samo. Słowa, które wypowiada. Te wszystkie zagrożenia. Próby. Demony. Najpierw chce, żebyśmy zabili jednego, potem drugiego. Cały czas zmusza nas do działania według jego planu.

– Tylko że tym razem może naprawdę mówić prawdę – zauważyła Zhana.

– Właśnie – odpowiedziała Laeria. – Może. Ale nie wiemy tego. I właśnie dlatego boję się podjąć decyzję.

Kadir skinęła głową.

– Ja również.

Przez chwilę patrzyła w stronę wejścia do namiotu, jakby spodziewała się, że za chwilę pojawi się tam ktoś jeszcze.

– Astratus powiedział nam już kilka rzeczy, które okazały się prawdziwe. Kontrolował poprzednie demony. Wiedział o nas. Wiedział o Demonku. Wiedział, gdzie jesteśmy. To wszystko oznacza, że ma ogromne możliwości. Ale to nie znaczy, że możemy wierzyć każdemu jego słowu.

– Czyli co proponujesz? – zapytał Bram. – Żebyśmy nic nie robili?

– Nie. Proponuję, żebyśmy przestali wykonywać jego rozkazy i zaczęli zastanawiać się, co możemy zrobić sami.

Lucien pokręcił głową.

– Mamy do jutra wieczora. Jeśli się pomylimy, konsekwencje poniosą inni. Nie my. Inni ludzie.

Zhana przez chwilę milczała, po czym odezwała się spokojniej niż zwykle.

– Jest jeszcze jedna rzecz - Wszyscy spojrzeli na nią. – Jeśli zabijemy Demonka, robimy dokładnie to, czego Astratus od nas chce. A jeśli naprawdę kontroluje smoczycę, to nie mamy żadnej gwarancji, że po wszystkim dotrzyma słowa. Może ją skierować na Elorien mimo wszystko. A nie możemy dopuścić do śmierci ludzi. Ale to nie znaczy, że podoba mi się ta decyzja - Zhana spuściła wzrok. – I właśnie dlatego nie wiem, czy powinniśmy ją podejmować tylko na podstawie groźby Astratusa.

Zapadła kolejna cisza. Tym razem dłuższa. Bram przestał obracać kamień w dłoni.

– Czyli mamy pięć osób, trzy głosy za zabiciem, dwa przeciw i jednego chorego maga, który prawdopodobnie nawet nie jest w stanie teraz oddać głosu.

– Filius nie musi być tutaj – powiedziała Kadir. – Wiemy, co by powiedział.

– Tak – mruknął Bram. – „Demony to też istoty”.

Wszyscy pamiętali, jak Filius mówił o Demonku od samego początku. I właśnie dlatego jego nieobecność była niemal bardziej wymowna niż obecność.

– Ale to nie jest zwykły spór o to, czy można zabić demona – powiedziała Kadir. – To jest decyzja o tym, czy pozwolimy Astratusowi wyznaczać nam granice. Jeśli go zabijemy, może uratować to ludzi. Ale może też sprawić, że Astratus zyska dokładnie to, czego chciał.

– A jeśli go nie zabijemy? – zapytał Lucien. – Wtedy może zginąć Elorien.

– Albo nie – odpowiedziała Laeria. – I właśnie tego nie wiemy.

Lucien odchylił się i przetarł twarz dłońmi. Po raz pierwszy od dawna wyglądał nie jak młody bohater gotowy rzucić się w kolejną przygodę, lecz jak człowiek, który zwyczajnie miał już dość podejmowania decyzji, w których każda możliwość była zła.

– Świetnie – mruknął. – Czyli jutro rano nadal będziemy dokładnie tam, gdzie jesteśmy teraz.

– Nie – odezwała się Kadir. – Jutro rano musimy być mądrzejsi. Choćby odrobinę.

Nikt nie odpowiedział.

Kadir jako pierwsza przerwała w końcu narastającą ciszę, która zaczynała już bardziej męczyć niż pomagać.

– Idźmy spać. Wstaniemy wcześniej. Może rano będziemy myśleć trochę jaśniej – powiedziała, a tym razem nikt nie próbował z nią dyskutować.

Być może dlatego, że wszyscy byli wyczerpani, a być może dlatego, że każdy z nich miał już dość obracania w głowie tych samych pytań. Rozeszli się więc do swoich namiotów, pozostawiając decyzję na poranek. Obóz powoli ucichł. Płomienie ognisk przygasły, rozmowy wartowników stały się coraz rzadsze, a wiatr przesuwał się między skalnymi formacjami płaskowyżu, niosąc ze sobą chłód górskiej nocy. Nawet ja uznałem, że powinienem odpocząć, choć oczywiście trudno mówić o prawdziwym śnie, kiedy jest się muchą. Przysiadłem więc gdzieś pod płóciennym zadaszeniem jednego z namiotów i przez pewien czas obserwowałem ciemność.

Wtedy zauważyłem ruch. Bram wyszedł ze swojego namiotu. Nie rozglądał się nerwowo, nie zachowywał się jak ktoś, kto zamierza zrobić coś niezwykłego. Właśnie to było w tym wszystkim najbardziej niepokojące. Po prostu wyszedł i ruszył przez obóz. Szedł spokojnie, pewnym krokiem, jakby doskonale wiedział, dokąd zmierza. Początkowo pomyślałem, że może nie może zasnąć. Może potrzebował świeżego powietrza. Może chciał jeszcze raz przemyśleć decyzję. Jednak po kilku chwilach zrozumiałem, dokąd prowadziła go droga. W stronę miejsca, w którym od kilku dni przetrzymywano Demonka. Poleciałem za nim. Nie dlatego, że byłem szczególnie ciekawski. Tym razem naprawdę chciałem się mylić. Bram minął pierwszy posterunek, potem drugi. Wartownicy ledwie zwracali na niego uwagę. Był przecież jednym z młodych magów. Jednym z tych, których mieli chronić i którym ufali. Jeden z nich uniósł tylko głowę, kiedy Bram przechodził obok, lecz nie powiedział ani słowa. Ja natomiast czułem, jak z każdą chwilą coś nieprzyjemnego zaciska mi się w żołądku. Bram dotarł w końcu do prowizorycznego miejsca, w którym ustawiono klatkę Demonka. Stworzenie spało zwinięte w niewielką, czarną kulkę. Wyglądało niemal absurdalnie niewinnie, szczególnie w porównaniu z tym wszystkim, co wydarzyło się wokół niego. Bram zatrzymał się przed klatką. Jeden z wartowników spojrzał na niego podejrzliwie.

– Co tu robisz? – zapytał.

Bram przez moment patrzył na niego bez słowa.

– Magowie podjęli decyzję – odpowiedział w końcu.

W jego głosie nie było ani gniewu, ani wahania. Wartownik najwyraźniej uznał to za wystarczające wyjaśnienie. Odwrócił wzrok. A ja miałem wtedy ochotę wrzasnąć, gdybym tylko jako mucha posiadał odpowiednie możliwości wokalne. Bram podszedł bliżej klatki. Przez chwilę patrzył na śpiącego Demonka. Potem zacisnął szczękę.

– Wybacz, Filiusie – powiedział cicho.

I wtedy ziemia odpowiedziała na jego wezwanie. Spod klatki wysunęły się pierwsze kamienne szpikulce. Nie wyrastały powoli. Wystrzeliły gwałtownie z ziemi, uderzając w metalowe pręty. Demonek natychmiast się obudził. Podniósł głowę, zamrugał wielkimi, smutnymi oczami i spojrzał prosto na Brama. Przez krótką chwilę obaj patrzyli na siebie w całkowitej ciszy. Demonek wydał z siebie ciche, znajome kwaknięcie. To samo, którym reagował na nich od pierwszych dni podróży.

A potem Bram wyciągnął rękę. Kamień zadrżał. Ziemia eksplodowała kolejnymi ostrymi odłamkami. Szpikulce przebiły się przez klatkę z kilku stron jednocześnie, wyginając metalowe pręty i rozrywając wszystko, co znalazło się w środku.

Czarne, niewielkie ciało Demonka zniknęło pod kamieniem.

A ja patrzyłem na to z miejsca, w którym przysiadłem na jednej z belek, kompletnie nieruchomy. Nie dlatego, że jako mucha nie potrafiłem się poruszyć. Po prostu przez kilka sekund nie byłem w stanie. Bram opuścił rękę. Na jego twarzy nie było triumfu. Nie było nawet ulgi. Bram chwilę stał w milczeniu, a następnie ze łzami w oczach skierował się z powrotem do swojego namiotu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania