Pokaż listęUkryj listę

Krwawy Szlak, rozdział czterdziesty - Erina 1/2

Zacznę od początku. Dorastałam na samotnej wyspie, gdzieś daleko stąd. Nie pytaj gdzie dokładnie, nie mam pojęcia. Moi rodzice byli wyjątkowo bogatymi ludźmi, którzy mogli pozwolić sobie na ukrywanie się przed wojną na drugim końcu świata. Nazywali tamtą wyspę Baaraan, ale mieszkańcy twierdzili, że tak naprawdę nazywa się Baharain lub podobnie. Po tylu latach nie mogę już tego pamiętać, tym bardziej, że mama i tata upierali się, bym jak najrzadziej używała miejscowego języka. Często powtarzali, że jesteśmy na Baaraan tylko tymczasowo i nie powinnam przywiązywać się do tego kraju. Codziennie opowiadali mi o mojej prawdziwej ojczyźnie, wspaniałym kraju po drugiej stronie olbrzymiej wyspy, gdzie kiedyś obiecywali mnie zabrać. Miał być pełen majestatycznych wzgórz, wielkich miast i wspaniałych ludzi. Mówili o nim właściwie bez przerwy, ale ich historie nie interesowały mnie bardziej, niż bajki, które oglądałam w telewizji. Dla mnie „ojczyzna” istniała tylko opowieściach rodziców, a to Baaraan było moim prawdziwym domem. To w nim się wychowałam, tam chodziłam do szkoły i poznawałam przyjaciół. Tam też zaczęłam gotować. Nie potrafię nawet wytłumaczyć, jaka pasja ogarnęła mnie, gdy poszłam na swoje pierwsze zajęcia kulinarne. Nauczyciele próbowali moich dań, a ja zapartym tchem słuchałam, jak oceniali każdy szczegół.

Rodzicom bardzo spodobało się to hobby, bo było zajęciem godnym przykładnej żony i dobrej pani domu, dlatego nalegali, bym jak najbardziej rozwinęła się w tym kierunku. Nie miałam nic przeciwko. Moja szkoła posiadała wszystko, co tylko mogło być mi potrzebne i więcej jedzenia, niż jest obecnie w całej Nowej Macedonii, więc chętnie wzięłam się za naukę. Nie potrafisz sobie wyobrazić nawet sprzętu, którego wtedy używałam, nie mówiąc już o samych potrawach. To było dla mnie jak raj.

Erina wygięła wargi w uśmiechu. Chyba po raz pierwszy odkąd Daniel ją poznał.

Gdy byłam mała, nie wiedziałam o wojnie. Pierwszy raz w ogóle usłyszałam o niej w wieku dwunastu lat, jako plotkę od jednej z moich koleżanek, żyjącej w podobnych warunkach. Na początku nie przejęłam się za bardzo. Po naszej szkole stale krążyło wiele głupich pogłosek, a ta nie była wcale najdziwniejsza. Dziewczyny opowiadały mi o bitwach, armiach kroczących przez kraje, olbrzymich bombach, zdolnych zniszczyć całe miasta i morderczym gazie, ale nie wierzyłam im ani na słowo. W końcu jedna mała wyspa nie mogłaby ukryć się przed tymi wszystkimi bombami i mnóstwem żołnierzy, prawda? A skoro tak, to wszystkie te historie musiały być zmyślone.

Erina westchnęła ciężko, po czym przerwała na chwilę. Daniel słuchał już niejednej takiej opowieści i wiedział dobrze, co to westchnienie oznacza. Teraz przechodzili do tej gorszej części.

Tak przynajmniej myślałam. Po raz pierwszy w to zwątpiłam, gdy pewnego wieczora usłyszałam niechcący, jak o wojnie rozmawiają moi rodzice. Byłam wtedy w kuchni i zza ściany dobiegł mnie kawałek ich rozmowy. Nie mogłam zrozumieć wiele, ale pojedyncze słowa i ton głosów wystarczył, żebym zrozumiała o czym rozmawiają i jak poważnie traktują tę sprawę. A mój ojciec nigdy nie traktował poważnie niczego, czego nie mógł być absolutnie pewien.

Od tego czasu zaczęłam uważniej słuchać wszelkich plotek. Wkrótce usłyszałam od koleżanek, że ludzie na całym świecie walczą już ze sobą nawzajem, a dwie wielkie armie zbliżają się właśnie do naszej wyspy, zabierając całe zapasy jedzenie i wody. Inni mówili, że jakiś potężny dyktator bombarduje każde miasto, jakie tylko znajdzie. Niektórzy twierdzili, że na lądzie nie ma już żadnego jedzenie i ludzie z głodu polują na psy i ptaki. Byłam przerażona.

Zresztą, plotki wcale nie były mi potrzebne. Wystarczyło skojarzyć fakty. Gdy miałam czternaście lat, przeprowadziliśmy się z naszej trzypiętrowej kamienicy do malutkiego, trzypokojowego domku, na samym obrzeżu miasta. Dwa lata później rodzice odesłali naszą ostatnią służącą, która pracowała u nas całe moje życie. Później moja szkoła zaczęła odwoływać zajęcia kulinarne, bo brakowało jedzenia, na którym moglibyśmy ćwiczyć. Tymczasem rodzice robili się coraz bardziej zdesperowani. Nieraz widziałam ojca, nerwowo chodzącego po domu, liczącego pieniądze i raz za razem łapiącego się za głowę. Mama zawsze mówiła mi wtedy, żebym wyszła, bo tata źle się czuje. Po przeprowadzce czasem słyszałam jak płakała w nocy, odkąd nasze sypialnie znalazły się bliżej siebie.

Wkrótce potem rodzice spakowali kilka walizek i zaczęli zawsze trzymać je przy samym wejściu do domu. Od tej pory zawsze mieliśmy choć jeden samochód w garażu, zapakowany i w każdej chwili gotowy do drogi.

Przez całe lata każdego dnia wstawałam zastanawiając się, czy wojna nie dotrze do nas dzisiaj. Gdy byłam w szkole, myślałam czy pierwsza bomba nie trafiła już naszego domu. Gdy siedziałam w pokoju, bałam się, że przez drzwi wpadnie zaraz grupa żołnierzy, krzyczących żebyśmy natychmiast się poddali. W nocy budził mnie każdy najmniejszy szmer. Czekanie było nawet gorsze, niż to, co stało się w końcu dzień przed moimi siedemnastymi urodzinami.

Tego dnia ojciec wbiegł nagle do naszego domu, krzycząc że musimy natychmiast wyjeżdżać. Od razu wiedziałyśmy, o co chodzi, ale i tak byłyśmy przerażone. Zabrałyśmy walizki i natychmiast ruszyłyśmy do samochodu. Zaraz potem jechaliśmy przez miasto, słysząc krzyki i odgłosy walki. Rodzice kazali mi nie patrzeć, ale ja i tak wyglądałam przez szybę, obserwując najgorszy widok w moim życiu. Ludzi wywlekanych przed domy, trupy leżące na ulicach, ogień trawiący drzewa i dachy. Nie mogłam w to uwierzyć. To było gorsze, niż moje najstraszniejsze wyobrażenia. Pytałam ojca co się dzieje, dokąd jedziemy, ale on nie odpowiadał. Był chyba nawet bardziej przerażony niż ja.

Przejechaliśmy może połowę miasta, gdy nagle ojciec stracił panowanie nad pojazdem. Nie wiem, co się stało. W jednej chwili jechaliśmy drogą, a w następnej wirowaliśmy, jakbyśmy byli w wielkiej puszcze, którą ktoś trząsł bez litości. Po chwili nasz samochód leżał na dachu, z powybijaną połową szyb. Odpięłam pasy i wyczołgałam się przez jedno z okien, wołając o pomoc. Wtedy dostrzegłam granat, leżący dosłownie metr przed moją twarzą. Kawałek dalej stał człowiek, który musiał go rzucić. Jego pokrwawiona twarz i oszalały uśmiech były ostatnim, co w życiu zobaczyłam.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania