Pokaż listęUkryj listę

Krwawy szlak, rozdział czternasty - dwadzieścia niewolniczych dni 2/2

To był typowy wieczór. Tego dnia, mimo że wznoszona konstrukcja była już niemalże w całości ukończona, od samego rana wszyscy i tak harowali przy kamieniach, i nic nie zapowiadało, żeby cokolwiek nadzwyczajnego miało się wtedy wydarzyć. Daniel, jak co dzień, wstał z wyraźnym, choć mniejszym niż na początku trudem, jak co dzień zjadł skąpe śniadanie, wymył się na ile mógł w zapewne nie po raz pierwszy użytej wodzie, wyrąbał własnoręcznie dobry kwintal kamienia, poszerzając jeszcze i tak naprawdę już gigantyczną warstwę gołej ziemi i jak co dzień, wraz z zachodzącym słońcem oddalił się z powrotem do "obozu" by odpocząć choć chwilę po ostatnim dniu katorżniczej pracy. Kierował się właśnie po przydział jedzenia, do stołu, przy którym prowiant rozdawał Carl.

-Dzień dobry. - powiedział Daniel, między jednym a drugim sapnięciem. Nauczył się już bardzo dobrze, jak należy dobierać słowa przy rozmowie z miejscowymi. Potykanie się w takich konwersacjach potrafiło mieć naprawdę przykre konsekwencje. - Chciałbym odebrać od pana swój przydział jedzenia.

Carl spojrzał na niego czujnym okiem i zaczął szybko oglądać, jakby wątpił, czy naprawdę w ogóle dziś pracował. Daniel i do tego już się przyzwyczaił. W Mieście nikt nikomu nie ufał. Nie ważne, że cały dzień spędziłeś na robocie, że pot spływa z ciebie strumieniami, ani że przecież dookoła nie było nic innego, czym można byłoby się zająć, czy nawet za bardzo gdzie ukryć przed swoją pracą. Nie ważne, że jesteś zmęczony i głodny, że chcesz odejść jak najszybciej zacząć odpoczywać, bo jutro znowu zagnają cię niczym bydło. Każdy i tak zawsze wahał się, patrzył nieufnie i zastanawiał kilka minut, nim cokolwiek miał komuś dać. Potrafiło to przyprawić o istne szaleństwo, nie należało jednak tego kwestionować. Daniel znosił to cierpiętniczo, pocieszając się tylko tym, że za marny dzień już go tu nie będzie.

-Dobra. - powiedział w końcu Carl, po czym ze sporej skrzyni wyciągnął trochę chleba, dwa grube paski mięsa i trochę czerwonych warzyw o nieznanej mu nazwie. Dodał do tego także dużą butelkę wody, choć wypełnioną raptem w połowie.

Daniel spojrzał na otrzymane jedzenie dosyć niechętnie. Trzy tygodnie temu uznałby, że to w miarę porządna kolacja, wtedy jednak nie miał jeszcze w zwyczaju spędzać całych dni na przenoszeniu wielkich kamiennych bloków, a nocy chodząc na niebezpieczne schadzki. Teraz, gdy niemal cały dostępny czas pochłaniała mu praca lub sen, jego żołądek kurczył się w buncie przeciw takiemu traktowaniu. Miał ochotę poprosić o coś więcej, ale przecież znał już odpowiedź na pamięć. Słyszał ten sam wykład o o braku jedzenia, potrzebie karmienia i innych i cieszeniu się, że w ogóle coś dostali, już kilka, jeżeli nie kilkanaście razy i szczerze zdążył się nim znudzić, a wszelkie prośby, argumenty i perswazje kończyć mogły się co najwyżej powybijanymi zębami. Dlatego nie narażając swojego zdrowia ani nie blokując dłużej szybko rosnącej kolejki, zdecydował się odejść.

Zszedł na podziemny parking i usiadł na swoim kocu. Choć tuż obok niego siedziało jeszcze kilkanaście innych osób, z których sporą część dobrze znał, mógłby spokojnie powiedzieć, że je sam. Wszyscy dookoła jedli, spali lub siedzieli w samotności. Fakt zakończenia pracy jakoś nikogo zbyt mocno nie ucieszył. Wszyscy dalej po prostu siedzieli, patrząc na siebie z irytującym wyrzutem i milcząc.

Daniel, tak samo jak zresztą wszyscy, starał się nie zwracać uwagi na takie zachowania, ale czuł, że i jemu mocno się one udzielają. Usiadł i jadł apatycznie, obojętnie pochłaniając przydzielone mu porcje pokarmu. Nim zdążył dojść do chociażby połowy swojego posiłku, zobaczył jak podchodzi do niego Binna. Zazgrzytał zębami ze złości, wiedział bowiem, że jej wizyta oznacza jedynie nowe zadanie. Zdążył już ucieszyć się tym, że to koniec roboty i absolutnie nie miał ani sił, ani chęci, by ruszać się po raz kolejny w nieodpowiednie miejsce i narażać się w nim na śmierć. Zacisnął jednak mocno zęby. Umowa była już prawie zakończona. Już jutro mieli opuścić na zawsze to obskurne, szare miejsce. Już prawie koniec, to ostatni wysiłek. Powtarzając to w kółko, pozwolił jej podejść i nadstawił uszu, gotów wysłuchać następnego zlecenia.

Binna nie powiedziała o co chodzi od razu. Najpierw wyjęła własny posiłek, zjadła kilka kęsów, rozejrzała się. Potem zaczęła pytać Daniela o rzeczy obojętne, jak ilość przerzuconych kamieni, samopoczucie, to jaką zamówił broń, cały czas rozglądając się przy tym dyskretnie na boki. Cała ta ostrożność nie miała za grosz sensu, a jednak Daniel nie miał zamiaru przerywać jej rytuału. Mimo, że dookoła nie była nikogo, kto mógłby chcieć ich podsłuchiwać, oboje mieli już zwyczaj utajania wszystkiego tak mocno, jak to tylko było możliwe. Na wszelki wypadek.

-Dziś w nocy. – szepnęła wreszcie. - O pierwszej, pod kawiarnią, dwa domy w głąb od poprzedniego miejsca. Graice.

Daniel jedynie skinął bardzo nieznacznie głową, po czym również zabrał się do przerwanego posiłku. Uśmiechnął się w duchu, myśląc o tym, że Graice jednak nie mogła powstrzymać się przed pożegnaniem się z nim. Przez całą resztę dnia nie zamienili już ani słowa. Gdy skończył jeść, położył się jak stał. Mimo, że wciąż było wcześnie, on zasnął szybko, natychmiast uśpiony pulsowaniem w obolałych do granic mięśniach. Niedługo później rozbrzmiały trąby, zwołujące ludzi na jedną ostatnich już mszy ku czci boga ich, Kenbry. On, rzecz jasna, nie poszedł.

Daniel obudził się dokładnie o zerowej czterdzieści. Nigdy nie miał problemów ze wstawianiem o określonej porze, a dziś nie było wyjątkiem. Każdy człowiek ma swój wewnętrzny zegar, który może nastawić na dowolny moment, a gdy żyje się w wśród puszcz i stepów, takie umiejętności i funkcje ludzkiego ciała zaczynają działać na maksimum możliwości.

Pierwszy co poczuł po powstaniu, było nagłe, okrutnie silne skurczenie się żołądka. Był wściekle wręcz głodny, nie miał jednak nic, czym mógłby uzupełnić brakujące kalorie, starał się więc zignorować to uczucie. Od kilku tygodni i tak przecież towarzyszyło mu przez niemal cały czas.

Rozejrzał się dookoła. Wszędzie byli ludzie zbici w gromady, śpiący stalowym snem. Noc była wilgotna i przyjemnie ciepła, pozwolił więc sobie na chwilę oddechu i kontemplacji, dopóki źrenice nie powiększyły mu się do rozmiarów umożliwiających bezpieczne poruszanie się dookoła. Gdy te były już gotowe, przeszedł dyskretni przez stertę ciał, i wypatrzył w mroku jedyną stojącą sylwetkę, której wcześniej nie zauważył w ciemnościach. Wiedział, do kogo należy. Miał ochotę się uśmiechnąć, coś jednak sprawiło, że tego nie zrobił. Dookoła na pewno nie było nikogo poza ich dwóją, ale on i tak rozejrzał się jeszcze raz, nie mogąc pozbyć się uczucia bycia obserwowanym.

Pomachał ręką do swojego towarzysza i wspólnie opuścili teren podziemnego parkingu. Przeszli potem po cichu przez ciemność, podchodząc tuż pod jeden z gotowych już fragmentów muru. Znajdowali się obecnie jakieś pięćdziesiąt metrów od siebie. Daniel dał przyjacielowi sygnał na migi, że teren jest czysty. Zaczęli sunąć wzdłuż obwarowania, w ciszy stawiając kolejne kroki.

Szli tak kilka minut, przyciśnięci do ścian muru. Ten prezentował się obecnie przerażająco okazale. Fragmenty wyrwanych ze ścian i ulic kamieni zostały obrobione, a następnie ułożone w bardzo gruby, mocny kawałek ściany, którego bez specjalnych narzędzi absolutnie nie dało się ani przebić, ani rozebrać w mniej niż kilka lat. Mur był wysoki na jakieś dwa metry, a na samym jego szczycie przemysłowym klejem umieszczono jeszcze kilka ostrych kawałków potłuczonego szkła, co uniemożliwiało wspinanie się. Tak samo bezsensowne było robienie podkopów, bo beton sięgał jeszcze na cały obszar wewnątrz muru, daleki kawałek za niego i głęboko pod ziemię. Jeżeli więc nie miałeś więc nikogo po drugiej stronie muru, lub nie potrafiłeś latać, nie istniała żadna szansa na ucieczkę. Daniel poczuł się przerażony tą myślą. Stworzono tu więzienie. Więzienie-piekło, jeżeli wnętrze było podobne do ich obozu. A było z całą pewnością, w to nie wątpił. Do tego piekło to powstało przy ich pomocy. Gdyby tu nie przybyli, wyrywanie i układanie bloków skalnych zajęłoby jeszcze miesiące albo lata, a wielu miałoby jeszcze możliwość ucieczki. Ale podobno mur można było jeszcze zburzyć. Trzy tygodnie sabotażowej pracy miało zapewnić im szansę na wolność, dać możliwość stworzenia przejścia. Jaką jednak mieli pewność, że tak właśnie się stało? Nie mogli sprawdzić, czy praca sabotażystów została poprawnie wykonana. A dowód na poprawną pracę kamieniarzy stał właśnie przed oczami Daniela. Jeżeli nie udało się stworzyć szczelin, jeżeli zawiedli oni, lub zawiodą buntownicy, wszyscy umrą. To będzie koniec. Koniec nastał też już teraz dla samotnych ludzi, próbujących uciekać na własną rękę. Od teraz tylko członkowie zorganizowanego, konspiracyjnego podziemia, do którego należało raptem kilka osób, wiedziało, że jakiś sposób w ogóle istnieje. Wszyscy inni mogli już tylko modlić się i błagać.

Ale przecież stworzyli to piekło w słusznym celu. Dzięki temu będą mogli pozbyć się Wisenherta, żeby ludzie wewnątrz zyskali prawdziwą okazję do walki. Dzięki temu dopiero teraz, za kamiennymi murami, mają okazję na zdobycie wolności. To właśnie sobie powtarzał, gdy sunęli wzdłuż przerażająco gładkich, szarych kawałów skał, za które na jego oko nie przycisnęłaby się nawet mysz.

W końcu doszli tam, gdzie dojść mieli zamiar. Wzdłuż kamiennego muru wciąż było kilka pojedynczych występów. Miejsc gdzie zniszczyli go sabotażyści, a budowniczy nie zdążyli jeszcze naprawić. Przy jednym z takich miejsc właśnie przystanęli. Tutaj mur wciąż jeszcze był kawałem rozrzuconych w nieładzie skał, które leżały bezładnie na sobie. Za dwa, może trzy dni wszystkie takie wypustki mogły już zniknąć, na razie jednak wciąż tam były, a oni mogli je wykorzystać.

Niestety, po drugiej stronie muru, wokół lichego ogniska siedziało kilka osób, rozmawiając i pijąc coś ze szklanych buteleczek. Za murem niemal zawsze trafiali na kogoś niepożądanego, nie ważne kiedy, ani w którym miejscu go przekraczali. Daniel nieraz zastanawiał się, czy jest to celowe działanie Hutników, czy po prostu złośliwość rzeczy martwych. Choć w gruncie rzeczy i tak nie miało to większego znaczenia. Trzeba było przejść, tak czy owak, nie ważne kto ani gdzie siedział.

Przybłęd było troje, dwóch siedzących tyłem do nich, oraz jeden naprzeciw. Sprawa była więc dosyć prosta. Daniel pokazał przyjacielowi kilka szybkich gestów, które ten mimo ogólnej ciemności zdołał dostrzec i szybko odkodować. Skinął mocno głową, i zajął pozycję tuż przy końcu gotowego odcinka zabudowań. Daniel z kolei ukucnął około czterech kroków dalej, w pełni zakryty za luźnymi cegłami i kawałkami kamieni.

Przez chwilę obaj stali w milczeniu, czekając na najlepszy moment. W międzyczasie Dante podniósł z kupy kamień, po czym zważył go w dłoni. Był odpowiedni. Wiedząc, czym ryzykuje przy złym rzucie, wymierzył najpierw bardzo dokładnie, po czym cisnął skałą prosto w niebo. Daniel obserwował ją aż do momentu, gdy zniknęła po drugiej stronie muru. Najwyraźniej wylądowała albo godząc w głowę jednego z trojga siedzących, albo w którąś z wypełnionych niezidentyfikowanym płynem buteleczek, bo zaraz po jej zniknięciu do uszu obu włamywaczy doszło kilka wyjątkowo plugawych przekleństw i złorzeczeń. Jak można się było domyśleć, na tych przekleństwach się nie skończyło, bo zaraz potem cała trójka wyskoczyła na zewnątrz muru, rozglądając się we wszystkich kierunkach. Nim zdążyli jednak dostrzec w ciemnościach cokolwiek, w stronę pijaczków poleciał kolejny kamień, a wraz z nim salwa pogardliwego śmiechu. Wszyscy trzej, wściekli, zgodnie rzucili się w stronę, z której śmiech ten dochodził, kompletnie nie zwracając uwagi na ciche kroki przemykającego za ich plecami drobnego chłopaka o blond włosach. Ten chłopak tymczasem zdążył w ciągu krótkiej chwili przeniknąć przez kawał gruzu, dopaść do najbliższego budynku, wskoczyć przez dawno wybite okno i zniknąć za ścianą niczym duch.

Następny krok był już łatwy. Wystarczyło przekraść się cicho przez opuszczone domostwo, dostać się do kolejnego okna, przejść przez nie i zniknąć pośród gęstych zabudowań. Teraz pozostało mu zaś jedynie sunąć w ciemnościach pod umówione miejsce, jednocześnie błagając w duchu, by jego przyjaciel umknął pościgowi. Nie była to ich pierwsza taka eskapada, i choć w większości przypadków dywersantom udawało się uciec, bywały także nieliczne przypadki, gdy ich łapano. A wtedy czekały ich naprawdę surowe kary. Najokrutniejszymi było wyrywaniu zębów i biczowanie, pozostałe wymiary nie pozostawały jednak w tyle. A gdyby nie konieczność utrzymania człowieka w dobrym stanie, by dalej przerzucał skały, byłyby one zapewne jeszcze gorsze. Niestety po tych zabiegach nie było co liczyć na choćby chwilę przerwy od pracy, trzeba więc było jakoś sobie radzić, mimo spadku energii. Bywało przez to, że niektórzy padali po karach bez ducha, czasem ryzykując wręcz własnym zgonem. Właśnie dlatego oddziały buntowników nieco skurczyły się po pewnym czasie.

Daniel otrząsnął się z ponurych rozmyślań i wrócił do chwili obecnej. Może i sytuacja jego przyjaciela była trudna, ale nawet gdyby dziś wpadł, to groziło mu co najwyżej łamanie palców. Za to jeżeli złapią jego, to pewne było, że ich obu, a może i wiele dodatkowych osób czeka śmierć, zaś całą operację dekonspiracja. I to śmierć bardzo powolna i przykładna, tak by nikomu już nigdy nie przyszło na myśl, by przechodzić za ten mur z tej, czy z drugiej strony. Słyszał już od miejscowych wiele opowieści na ten temat, nigdy jednak nie widział takiej egzekucji, nie wiedział więc ile prawdziwe były historie o wieszaniu, ćwiartowaniu, głodzeniu i pasach permanentnie odcinających dopływ krwi, wolał jednak tego nie sprawdzać. Sam też nie wiedział, czy byłby w stanie wziąć w tym udział, gdyby stawką było cokolwiek innego, niż głowa Wisenherta.

Szedł więc wśród cichych, jakby umarłych budynków, bez przerwy poprawiając ukryty w kieszeni mały nożyk. Miecza wziąć ze sobą nie mógł, by nie krępować sobie ruchów. Zresztą gdyby na kogokolwiek wpadł, to taka broń i tak byłaby mało przydatna przeciwko całej wiosce.

Daniel przemieszczał się szybko, tuż przy ścianie jednego z domów, najciszej jak tylko mógł, mijając odrapane i rozsypujące się powoli mury zniszczonych domów i dawno zapomnianych knajp. Noc była kompletnie cicha i dosyć ciepła. Widział szereg gwiazd, prawie nie przysłoniętych przez żadne światło. Pocieszała go nieco myśl, że nieważne gdzie się uda, czy to na pustynię, do obcego miasta, czy w nieprzebyte bagienne odmęty, zawsze widzi nad głową te same promenady bilionów świecących punktów. Pozwalało mu się to uspokoić nieco i zapomnieć o tym, że każde okno i cień jakby patrzą na niego, szukając w nim winy. Nigdzie nie widział żadnego człowieka, był jednak pewien, że przynajmniej kilka par oczu po prostu musi obserwować go z wnętrza budynków. Przecież miejsce, które miało w sobie tak niewyobrażalnie olbrzymie ilości ludzi, nie mogło być tak nieruchome i martwe, jednocześnie niczego czujnie nie obserwując. Daniel nie potrafił myśleć inaczej. Zwyczajnie nie wierzył, że to wszystko może być tak ciche pomimo dosłownie setek mieszkańców. Choć w sumie, przy ciągłej markotności i cichości tych ludzi, nie było to aż tak niesamowite. Właściwie, to nie potrafił też się już dziwić wiecznemu marazmowi mieszkańców tego miejsca. Na początku zaskakiwało go to, że ich nadzorcy i wierni z wewnątrz Miasta wiecznie okazują strach i nieprzerwane patrzą na cudze ręce nieufnym, przenikliwym wzrokiem, teraz zaś, sam łapał się na tym, że to robi. Wiedział, co oni myślą. Rozumiał, że pośród tych odrapanych ścian i wiecznie zimnych, umarłym budynków żaden inny wzór zachowań po prostu nie może przetrwać. Gdy dookoła panowało wieczne zmęczenie i strach, a dwie grupy stale patrzyły na siebie z nieufnością, nie było co liczyć na inny los. Jaki mógłby być, jeżeli dookoła miało się tylko wrogów i niechętne spojrzenia wątpliwych przyjaciół? Daniel czuł to i widział często. I dlatego nie potrafił ani na moment uwierzyć, że gdy jest w środku, to choć jedna pośród trzystu par oczu, zamieszkujących tą gigantyczną aglomerację choć na moment spuszcza z niego wzrok.

Daniel ostatecznie doszedł aż do umówionego miejsca, nie mijając żadnej żywej istoty. Przed jego oczami stanął mały placyk, kompletnie pusty, jeżeli nie liczyć kilku rynien i dawno zmarłego drzewa. Plac był zamknięty ze wszystkich stron ścianami domów, z nielicznymi przerwami na drogę wejściową. W dawnych czasach służył on zapewne za tył domu lub podwórko, na którym bawiły się dzieci. Ale to było dawno temu.

Rozglądając się dokładnie, Daniel zobaczył niską postać dzianą w szarą bluzę, opartą o krawędź jednego z domów. Postać stała pod jednym z dachów, nie ruszając się kompletnie. Nieuważny obserwator zapewne pomyliłby ją z rynną, lub nie zauważył w ogóle, co i on zrobił w pierwszym momencie. Teraz, gdy już spostrzegł różnicę, podszedł do niej szybko, raz jeszcze rozglądając się na boki. W okolicy nikogo nie było.

-Wiesz, gdzie mieszka Kenbra? - rzucił ustalone hasło.

-Tam, gdzie hutnicy posyłają im posłusznych. - usłyszał odzew, a postać ściągnęła swój kaptur. Kryła się pod nim Graice, ze swoją przepołowioną, karykaturalną twarzą. Poczuł niezrozumiałą ulgę, widząc, że to faktycznie ona.

-Nikt cię nie śledził?

-Nie. A przynajmniej nikt, kogo bym dostrzegł.

Graice skinęła głową i wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni kurtki dwa pudełka papierosów, oraz plastikową zapalniczkę. Wręczyła to Danielowi, i gestem nakazała zajrzeć do środka. Zrobił to, a jego oczom ukazały się dwa tuziny grubych, czarnych petard. Wiele gatunków potworów i zwierząt bało się huku i blasków, więc był to naprawdę pożyteczny prezent. Podobnie jak popękana i wysłużona, ale wciąż dobrze działająca zapalniczka, przerobiona tak, by dalej paliła się po puszczeniu palca, dzięki czemu mogła służyć także latarkę. Daniel schował wszystko do wewnętrznych kieszeni swojej kurtki i już chciał dziękować za podarek, ale gdy spojrzał na swoją towarzyszkę, zauważył, że ma mu coś jeszcze do powiedzenia. Schował więc co miał i czekał. Na wszelki wypadek z dłonią na dobrze ukrytym nożu.

-A więc odchodzicie? - powiedziała. Jej głos brzmiał jak zwykle na bardzo zmęczony i wyprany z emocji, tak jak było to przed ich przyjściem. Mimo to Daniel wiedział, że w tym morzu goryczy znajduje się teraz także mała, cicha kropla nadziei. W jakiś sposób czuł się z tego dumny. - Już czas, żebyśmy zostali sami?

-Zgadza się. - odpowiedział Daniel. Chciał by brzmiało to entuzjastycznie, ale nawet on na dźwięk własnych słów poczuł w sercu ukłucie dziwnego smutku. - Już czas. Idziemy i dorwiemy w końcu Wisenherta.

Graice uśmiechnęła się smutno tą połową twarzy, którą mogła to zrobić. Wyglądała jak człowiek, który desperacko musi zapalić, ale brakuje mu papierosów. Podeszła do Daniela i uścisnęła mu dłoń. Oboje chciało coś jeszcze dodać, powiedzieć cokolwiek, nim na zawsze się rozstaną, trwali jednak w ciszy. Żadne z nich nie wiedziało, co jeszcze mogliby rzec.

-Dopóki go nie zabijecie.... Pomniejsi nie będą mieli łatwo.

-Potem też nie. - sarknął Daniel niechętnie - Tak samo jak i my. Nikt nie będzie miał.

-Myślisz, że naprawdę dacie radę?

Daniel zagryzł wargę. Nawet nie wyobrażała sobie, jak boleśnie uderzyła go tym pytaniem.

-Wiesz... nie wiem. Chcę w to wierzyć, ale...

-Ale to jak próbować skruszyć mur?

-Dokładnie.

Stali jeszcze chwilę, patrząc na siebie. Daniel dotknął dłonią swoich paczek na petardy, poprawił nóż, Graice odsunęła się i obciągnęła na sobie bluzę. Czuli się źle, wiedząc, że za kilka godzin odejdą. Obaj przez cały ten czas myśleli, że teraz, gdy nareszcie zakończyli budowę, zacznie się prawdziwa walka. Myśleli, że czeka ich nowa nadzieja i że będzie ich to niezmiernie radować. Zamiast tego czuli tylko strach. Strach przed tym, co nadejdzie i tym, mogło czekać ich tam, po drugiej stronie muru. Jego zaraz, ją kiedyś. Daniel westchnął ciężko i pożegnał się, życząc jej powodzenia, którego obaj teraz potrzebowali.

-Życzę szczęścia z tymi skurwielami.

-Tobie też, z tym jednym.

Daniel odwrócił się, po czym odszedł w mrok nocy. Nie tak to miało wyglądać, pomyślał sobie, odchodząc. Kompletnie nie tak to sobie wyobrażałem.

Sam nie wiedział, czy mówił o rewolucji, pożegnaniu, czy o całej ich wyprawie.

Kilka minut później wracał już do obozu. Czuł się zdenerwowany. Myślał o ostatnich słowach Graice. „To jak próbować skruszyć mur.” Tak, miała rację. To nie będzie łatwe. Nie łatwe, ale na pewno to zrobi. Zyskał przecież tyle sprzętu, jutro dostanie broń, ma swoich ludzi i czas. Poradzi sobie. Musi, bo taką ma powinność. Za Marka. Uda mu się.

Pocieszając się w ten sposób, mijał kolejne zaułki, czując spojrzenia na plecach i dreszcze w żołądku. Przechodził przez ciemne i puste uliczki, gdy nagle dostrzegł kątem oka jakąś postać na swojej drodze. Stanął jak wryty, ukrył się za ścianą. Na próżno. Postać wyraźnie go już widziała, zaczęła iść w jego stronę. Zacisnął mocno powieki, chwycił porządnie nóż. Trząsł się na całym ciele, starał się jednak uspokoić oddech. Sprawdził, jak daleko jest obcy. Był o niego oddalony o jakieś dwadzieścia kroków i szybko się zbliżał, zdecydowanie w jego kierunku. Zrobi jeszcze kilka kroków, a wtedy go zaatakuję, pomyślał sobie. Jeszcze kilka kroków. Jeszcze kawałek. Już tylko chwila. Dam mu pięć kroków. Trzy. Jeden....

Postać nagle zatrzymała się, jakby wyczuła, że jest już dość blisko. Wtedy chłopak usłyszał cichy, spokojny, nieprzyjemnie znajomy głos.

-Nie ukrywaj się Danielu. Znam cię. Wiem, że tu jesteś. Możesz wyjść. Nie doniosę na ciebie.

-Daniel miał wrażenie, że serce kompletnie mu zamarło. Kapłan. Tam był Kapłan. Nie wiedział jak, nie wiedział kiedy, ale wszedł tu. Ale jak do diabła tu wszedł?! Mógł ot tak w środku nocy wchodzić do miasta?! Miał takie prawo?! Nie. Nie może być. Nikt, absolutnie nikt, nawet on nie mógłby dostać takiego zezwolenia. A jednak on tu był. I właśnie go zawołał. Wiedział gdzie jest? A może tylko strzelał? Ot tak, w środku nocy, na zakazanym terenie? Nie, to bez sensu. Wiedział, że się tu ukrywa. Widział go. Daniel wiedział to, a mimo to, nie wyszedł z ukrycia. Trochę ze strachu, trochę z nadziei, że staruch jednak blefuje, albo zwyczajnie zwariował.

-Danielu! – wrzasnął zdenerwowany Kapłan. Wiem, że tu jesteś. Wyjdź zza tego wgłębienia po mojej lewej, albo sam cię z niego wyciągnę. Wtedy jednak zbierzemy o wiele za dużo uwagi.

Daniel odetchnął głęboko w przerażeniu. Nie było co poradzić, musiał się usłuchać. Schował nóż i powoli wyszedł z kryjówki. Nieudolnie próbował nie okazywać olbrzymiego strachu. Popatrzył na Kapłana. Stał przed nim w swojej typowej, przypominającej dywan szacie, w jednym ręku trzymając swoją nieodłączną laskę z czubkiem w kształcie trzykrotnie przekreślonego trójkąta wpisanego w koło, w drugiej zaś jakiś mały przedmiot, niemożliwy do zidentyfikowania w ciemności. Daniel zacisnął zęby w strachu. Powtarzał sobie, że skoro Kapłan dał się tak łatwo zauważyć, to nie przyszedł tu go zabić ani walczyć. Powtarzał to sobie w kółko, by przegonić strach. Nie pomagało.

-Co ty tutaj robisz? Jak przeszedłeś na drugą stronę? Skąd wiedziałeś, gdzie jestem? I czego ode mnie chcesz? Jeśli ludzie się dowiedzą, że tu jesteśmy, obaj będziemy w grobie.

Kapłan nie odpowiedział na żadne z tych pytań. Uciszył go ruchem ręki i podszedł jeszcze kawałek do cofającego się odruchowo chłopaka.

-Spokojnie. Jeśli zaczniesz krzyczeć, przyciągniemy tu niepotrzebnych nam ludzi. Nie jestem tutaj, żeby z tobą walczyć albo prowadzić niezobowiązujące rozmowy. Moim zadaniem jest tylko przekazać ci wiadomość.

Daniel na moment zdjął dłoń z noża, podszedł bliżej. Był zaskoczony.

-Wiadomość? Niby od kogo możesz być posłańcem? Swojego boga?

Kapłan skinął głową

-Zgadłeś. Choć było to pytanie retoryczne, odpowiedziałeś poprawnie. Kenbra chce dać ci informację, która bardzo ci się przyda. Informację, którą możesz, lub nie, dobrze wykorzystać.

Daniel popatrzył na Kapłana, jeszcze bardziej zdziwiony.

-Informację? W co ty pogrywasz?

-Ależ w nic. Wszystko czego chcę, to powiedzieć ci coś, co na pewno cię zainteresuje. A co z tym zrobisz? Sam potem zdecydujesz.

Daniel popatrzył nieufnie. Powoli, bardzo ostrożnie macał językiem przynętę, którą na niego zastawiono, za nic jednak nie mógł znaleźć haczyka. Westchnął tylko od środka.

-Dobrze. Zapewne chcesz więc czegoś w zamian? Albo może sam coś na tym ugrasz?

-Ech... Rozbraja mnie twój brak zaufania, chłopcze. Wiem, że życie tutaj nie było dla ciebie przyjemne, ale daruj sobie wreszcie traktowanie wszystkiego jak wojny. Niczego od ciebie nie chcę, niczego nie planuję, w nim nie pogrywam. Chcę jedynie, byś usłyszał coś, co naprawdę ci się spodoba. To wszystko. Od A do Z. Nie ma tu żadnych podstępów, nie prowadzę żadnych gier, do niczego cię nie zmuszam. Przynajmniej nie ja.

-No dobrze. – odpowiedział w końcu Daniel, choć wciąż bardzo nieufnie. - W takim razie, co to za wielka tajemnica, którą próbujesz mi przekazać? Jakaż to arcy-ważna informacja?

Kapłan rozprostował palce, przytrzymując trzymany w lewej dłoni przedmiot kciukiem, oparł na chwilę laskę o ścianę, przełożył tamten niewyraźny przedmiot z lewej ręki do prawej i zaczął pisać nim coś na kawałku muru. Daniel chciał podejść i zobaczyć, co to takiego, Kapłan jednak wstrzymał go ruchem ręki.

-Nie. To cię nie dotyczy. To tylko środek zapobiegawczy.

-Przed czym?

-Twoim zwątpieniem. - odpowiedział zagadkowo, po czym wrócił do swojej pracy. Gdy tylko skończył, chwycił z powrotem laskę i spojrzał na Daniela z tak typowym dla siebie, pewnym wszystkiego spokojem. - Teraz, kiedy to jest gotowe, nie muszę trzymać cię dłużej w niepewności. Więc, wkrótce nas opuszczasz?

Daniel skinął głową, zdenerwowany już trochę tą zagadkową gadaniną.

-Tak. Jutro odchodzimy i wyruszamy dalej. Tęsknić nie będę, jeśli o to pytasz.

-I myślisz, że dasz radę zabić Wisenherta tylko tym, co posiadasz?

Oczy Daniela w jednej chwili powiększyły się kilkukrotnie.

-Co?! Skąd o tym wiesz?! – krzyknął wręcz Daniel, kładąc dłoń na swoim nożu.

-Ciszej, Danielu. Nie chcemy tu niepotrzebnej uwagi. I schowaj wreszcie to żelastwo, chwytanie za nie co dziesięć sekund przed niczym cię nie ocali. A to, skąd i o czym wiem, nie ma tu żadnego znaczenia. Bardziej przejmowałbym się tym, ile sprzętu udało się wam już zdobyć przez te trzy tygodnie szmuglowania. Mów śmiało. Ile tego zdobyliście?

Daniel zacisnął usta, nie odpowiedział wcale. Nawet w głowie nie chciał robić listy, martwiąc się już czy i tam nie powinien czuć się zagrożony.

-Nie odpowiesz mi? Nic nie szkodzi. I bez tego wiem, że przez wszystkie dwadzieścia jeden dni ciężkiej pracy udało wam się zdobyć kilka starych latarek i zardzewiałych scyzoryków, dwie paczki suszonych owoców, przeterminowaną trutkę na szczury, stare kalosze i dziurawy płaszcz przeciwdeszczowy, garść mocno używanych rurek życia, stare narzędzia, których nawet nie potrzebujecie, kompas, w którego działanie do niedawna nawet nie wierzyłeś, losowo znalezione mapy okolicy, oraz kilka powyszukiwanych w śmieciach tabletek i plastrów bez recept, dziś zaś doszła do tego zapalniczka i kilka petard. Jedynymi przydatnymi elementami waszego uzbrojenia są więc kompas, kilka filtrów do wody i trochę pieniędzy. Powiedz mi, czy ty naprawdę wierzysz, że zabijesz kogokolwiek takim uzbrojeniem? Czy ten was żałosny sprzęt naprawdę wystarczy wam, żeby powstrzymać kogoś takiego jak on?

Daniel milczał. Milczał, ale przemyślał dokładnie usłyszane słowa. Przemyślał, policzył wszystko,

zsumował i już wiedział. Wiedział niemalże od razu. Nie podobało mu się to, do jakich wniosków doszedł.

-Po co mi to opowiadasz?

Trzymający laskę mężczyzna wskazał dłonią gdzieś nad głowę Daniela. On odwrócił się i podążył za nim palcem, choć wcale nie musiał tego robić. Wiedział, na co on wskazuje. Doznał wtedy prawdziwego szoku.

-Kuźnia... - powiedział tylko, bo nic więcej nie był w stanie wykrztusić. Nie wierzył, że Kapłan naprawdę sugeruje mu coś takiego.

-Od samego początku ten budynek był wam solą w oku, czyż nie?

Daniel, choć niechętnie, musiał przyznać mu trochę racji. Od trudnej pobudki, przez godziny wyczerpującej pracy, po wieczorne modły i posiłki, Kuźnia zawsze była jakby gdzieś przy nich. Gigantyczny moloch zdawał się zawsze patrzeć na nich swoim trójkątnym okien na szczycie, był dostrzegalny z każdej pozycji, dał się zauważyć zawsze i wszędzie. Gigantyczna budowla nie dawała się ignorować, zawsze i bez przerwy przypominała im o potęgę i sile hutników. Może nie był to najgorszy element tego miejsca, ale stała świadomość, że walczą z kimś, kto wzniósł coś takiego nie należała do miłych.

-Prawda. - powiedział Daniel, odwracając się z powrotem do Kapłana. - Co w związku z tym?

-Kuźnia to najbogatsze miejsce w całym tym mieście. Dosłownie tutejszy skarbiec. Od dnia powstania naszej społeczności, dosłownie od pierwszego dnia, w którym Kenbra przywiódł nas do tego wymarłego wtedy i opuszczonego miasta, od razu zaczęliśmy zbierać z niego wszystko, co tylko wydało nam się choć trochę pożyteczne i chować to w piwnicach tego budynku. Całe apteki wypełnione lekami, odzież przystosowana do każdej pogody, wszystkie książki, podręczniki i schematy, jakie tylko znaleźliśmy, siarka, trotyl, baterie, zapasy benzyny, sprzęty potrzebne do każdej profesji. Wnieśliśmy tam absolutnie wszystko, co udało nam się zdobyć, skonstruować lub naprawić. W tym także przedmioty, których działanie nie jest do końca ludzkie.

-Co takiego? – zapytał Daniel, nie bardzo wierząc w ostatnie stwierdzenie.

-Magię. Talizmany, totemy i zwoje, które wykraczają poza twoją wyobraźnię. Kryją się tam przedmioty, o których nawet nie śniłeś. Magia. Cudowne przedmioty o niezwykłych właściwościach, które osobiście zesłał mi Bóg. Ostatni spośród nich trafił tam niecałe dwa miesiące temu, Danielu. Jakby na twoje przyjście. A te przedmioty mogą być twoje. Jeśli spróbujesz sforsować Kuźnię, to, to co tam odnajdziesz, może odmienić całą twoją wyprawę, Danielu.

Daniel patrzył na Kapłana wzrokiem pełnym zwątpienia. Spotykał się już z magią. Opanowała ją Binna, jej arkany znała spotkana na bagnach na zawsze anonimowa gypsa, a kilka sztuczek pokazał mu nawet sam Kapłan i kilku innych miejscowych. Prawdziwa magia pozostawała jednak czymś niezwykle rzadkim, nie zdarzającym się praktycznie nigdy. W ciągu niezliczonych lat wędrówki, spotkał zaledwie kilka prawdziwie magicznych zjawisk, podczas gdy doniesień nasłuchał się dziesiątek, a Mark opowiadał mu o setkach nieprawdziwych zjawisk paranormalnych. Niemal zawsze były to tylko legendy, lub zaledwie malutkie anomalie nadmuchiwane przez domysły i plotki. Dlaczego więc akurat Kapłan miałby mieć prawdziwą magiczną broń? Na ile mógł zaufać po prostu na jego słowo? I czy jedno doniesienie o magicznej mocy to naprawdę dosyć, by ryzykował swoim życiem i całą wyprawą?

Daniel milczał i rozmyślał długo, nim się odezwał. W końcu jednak głośno wyraził swoje wątpliwości.

-Skąd mam wiedzieć, czy mnie nie okłamujesz? Że nie próbujesz wciągnąć mnie w pułapkę, albo użyć jako wabika? Czemu u diabła mam ci zaufać? Jestem jedną z twoich owieczek. Nie uwierzę we wszystko co powiesz tylko dlatego, że otworzyłeś usta, Kenbrysto.

Ostatnie słowo wypowiedział ze wściekłym naciskiem, jakby chciał, by było obelgą. Kapłana jednak to nie ujęło. Odpowiedział absolutnie spokojnie.

-Ech, wiedziałem, że tak odpowiesz. Nikomu już nie ufasz, czyż nie? Dlatego właśnie potrzebne było mi to zabezpieczenie. Chodź tu, popatrz na to. I powiedz mi, co widzisz.

Daniel podszedł powolnym krokiem. Kapłan odsunął się, gdy ten przechodził, bo wiedział, że on dalej przeczuwa atak. Pokazał mu, co narysował wcześniej na ścianie. Był to zbiór dziwacznych, niemożliwych do rozpoznania w ciemności, a zapewne i w ogóle nie znanych Danielowi znaków, tworzących wspólnie spory okrąg. Gdy tylko Daniel w niego spojrzał, litery na nim zapłonęły, a on omal nie krzyknął, odskakując. Kapłan musiał przytrzymać go i zakryć mu usta, by nie zrobił nic głupiego. Daniel zamarł i zaczął się patrzeć.

Rozjarzony obraz przedstawiał wizję jakiegoś miejsca, którego w pierwszej chwili nie rozpoznał. Był to duży, głęboki magazyn, pełen skrzyń, nakrytych płachtami przedmiotów i zakurzonych książek. Było tam pełno rzeczy, których Daniel nie mógł rozpoznać. Mnóstwo narzędzi, broni i setki pożółkłych książek, całe wieszaki pełne dziwacznych ubrań. Daniel zaniemówił z wrażenia, nie mógł niczego wykrztusić. W całym swoim życiu nie widział takiego przepychu, tylu niezliczonych dóbr i instrumentów do wszelkich zadań. Zdążył zapamiętać położenie jednej, konkretnej skrzyni, która wydała mu się wycentrowana właśnie do tego obrazu, potem zaś wizja poruszyła się. Przemieszczał się dalej, wyżej, pokazując kolejne części pomieszczenia, układające się w dokładną drogę, niczym prosty, precyzyjny plan. W kilka sekund, obraz wyszedł ze środka na zewnątrz, pokazując gigantyczny, gargantuiczny obraz Kuźni. Potem przyśpieszył jeszcze bardziej, zaczął lecieć przez wszystkie ulice, pokazywać odrapane domy, lecieć dalej i dalej, aż do zawrotnej prędkości, w której nie mógł zobaczyć już niczego. Aż w końcu obraz zatrzymał się tak nagle, jakby uderzył w coś z pełną siłą. Teraz przedstawiał Daniela, wraz z Kapłanem, wciąż trzymającym go za barki. Przerażony chłopak szarpnął się, rozejrzał dookoła, próbując zauważyć cokolwiek, co mogłoby go teraz oglądać. Nigdzie jednak nie było nic, co mogłoby to robić. Stali tam jedynie on, Kapłan i zwierciadło, pokazujące jego opętańcze ruchy.

-Teraz mi wierzysz? – zapytał go Kapłan. - Wierzysz, że w środku znajdują się przedmioty, po które możesz sięgnąć, a ja naprawdę znam magię i w niczym cię nie oszukuję?

Daniel uspokoił się, rozejrzał dookoła, skinął głową. Przez ściśnięte gardło nie mógł wykrztusić słowa, a oddech mu pędził. Obraz w okręgu zatlił się raz jeszcze, po czym zgasł. Na ścianie pozostały tylko wypalone, niewyraźne runy, których kompletnie nie dało się odczytać.

-Dobrze. - uśmiechnął się Kapłan. – Zrobisz z tą wiedzą to, co uznasz za słuszne. Ja wypełniłem już wolę Kenbry. Mogę odejść. - powiedział Kapłan, podnosząc swoją laskę.

-Zaczekaj! – powiedział szybko Daniel. - Zanim odejdziesz, jeszcze jedno pytanie!

Kapłan zawahał się na chwilę, z wyrazem zdziwienia i niepewności na słabo widocznej twarzy. Wyglądał jak człowiek, który waha się, chcąc zachować się jak najlepiej, ale nie wiedząc, czego się od niego oczekuje. Po krótkiej chwili zastanowienia podniósł jednak głowę i zapytał:

-Dobrze. O co chodzi?

-Dlaczego w ogóle to robisz? Co daje ci mój sukces albo porażka w mojej misji? Po co mi pomagasz?

Kapłan uśmiechnął się, tym razem jak człowiek, który patrzy na nic nie rozumiejące dziecko. Westchnął potem cicho, ale raczej z ulgi, nie poirytowania.

-Danielu, przez cały też czas starasz się myśleć, że stoję po czyjejś stronie. Że pomagam tobie, sobie, albo twoim wrogom. Mylisz się. Ja nie gram dla siebie, ani dla nikogo z twoich nieprzyjaciół. Przy tym stole jest jeszcze jeden gracz. Kenbra. Bóg i władca nas wszystkich, nas cesarz, zbawiciel i król na wieki wieków. I to jego słowo wypełniałem od pierwszej chwili, gdy was zobaczyłem, a także na długo, nim was poznałem. Nie kłamię mówiąc, że wypełniam jego wolę ani. Wszystko, co zobaczyłeś to tylko i wyłącznie jego polecenia. A robię to, bo przez całe moje życie jestem na tej ziemi tylko po to, by mu służyć. Istnieję, oddycham i żyję tylko dlatego, że chcę wypełniać jego polecenia. Nic więcej. Absolutnie nic. Nigdy.

Daniel patrzył an to bez grama wiary i niewiele więcej zrozumienia. Dla Kenbry? Naprawdę robi wszystko to po prostu w imię Boga? Bez własnego zysku, korzyści, nawet bez próby zmiany świata? Nie mieściło się to w jego umyśle. Po prostu nie.

-Skoro tak, to czemu Kenbra kazał ci to zrobić?

Kapłan uśmiechnął się i tym razem, w dodatku teraz całkowicie szczerze.

-Pomódl się i zapytaj go. Może ci odpowie, może tego nie zrobi. Ale nie licz na moją osobę. Mnie on nic nigdy nie powiedział, bo zwyczajnie nie pytałem. Ja nie jestem po to, by zadawać pytania. Nie wierzę zresztą, by jacykolwiek ludzie byli.

Po tych słowach, Kapłan nie czekając już na nic uderzył laską o podłogę, po czym cała jego skóra rozjarzyła się blaskiem. Kilkanaście symboli na jego ciele rozpromieniło się, tak jak wcześniej okrąg, po czym zgasło powolnym, słabnącym światłem. Nim do reszty się wypaliły, mężczyzny już nie było. Daniela otaczała jedynie głęboka ciemność i absolutna cisza; jeszcze głębsza, niż przed pojawieniem się jego tajemniczego gościa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------

Pytanie od autora: Ostatnimi czasy zaczynam tworzyć coraz dłuższe rozdziały. Ten był już tak długi, że chciałem podzielić go na trzy, a nie na dwa, ale zamiast tego pozostałą część ustanowiłem oddzielnym rozdziałem. Co myślicie o tak długich częściach? Lepiej będzie, jeśli zacznę dzielić rozdziały jeszcze bardziej, pisać krótsze (powieść na tym nie straci, ale będzie wychodzić o wiele dłużej), czy może przestać je ciąć już w ogóle, skoro i tak przecież jest to czternasta cześć w najlepszym wypadku w połowie ukończonej historii? Czekam na sugestie w komentarzach

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania