Pokaż listęUkryj listę

Krwawy szlak, rozdział szestasty - Ten czas, kiedy wyruszamy dalej 1/2

Czas pochodu: 29 dni

Stan pochodu: 38 ludzi

 

Danielowi udało się zasnąć dopiero nad ranem. Jego sen był krótki i płytki, pełen niespokojnych, bezsensownych majaków, których zapomniał zaraz po przebudzeniu. W głowie miał jedynie pojedyncze urywki i sceny, dowodzące niejasno, że śniły mu się koszmary, pełne krwi, krzyków i bezsensownego brnięcia po uciekającej spod nóg ziemi, z której raz po raz spadał, by zaraz wrócić w to samo miejsce.

Wydarzenia poprzedniej nocy wracały do niego jedno po drugim, powoli, z trudem gnieżdżąc się z powrotem w jego umyśle. Najpierw przypomniał sobie noc, potem spotkanie z Kapłanem, następnie przed oczami stanęła mu walka, odsłonięty obojczyk, ruch ręka i...

Drgnął niespokojnie, starając się odrzucić obrzydliwe wspomnienie. Jego umysł wydawał się ledwo działać, każdy fragment ciała przeszywały zimne dreszcze i obrzydliwe, suche torsje. Czuł się, jakby w jego głowie przesypywało się potłuczone szkło. Rozczochrany i zmęczony, rozprostował mrowiące nieprzyjemnie ciało, wypluł zalegającą w ustach wydzielinę i zamknął oczy, podpierając się rękami o ziemię. Gdy poczuł się już choć trochę lepiej, spojrzał na siebie i zaczął powoli analizować swój stan, głównie po to, by zająć czymś umysł i uspokoić trwającą wewnątrz jego głowy burzę.

W głowie huczało mu lekko, jakby nagle poderwał się po długim leżeniu, bolało go kilka mięśni, był też poodbijany, ale nie zauważył żadnych anormalnych zjawisk, które mogłyby przyciągnąć czyjąś uwagę. Poza dłońmi i wnętrzem kurtki, całe jego ciało było czyste, przynajmniej pod względem zawartości krwi. Niewątpliwie przesiąknął trochę zapachem posoki, ale na pewno nie dało się tego wyczuć bez dokładnego wąchania go. Jeśli ktoś jednak to zauważy, być może uwierzą mu, jeśli powie, że wyszedł polować na szczury lub coś w tym rodzaju. Nie miał siły, by wymyślić cokolwiek lepszego.

Gdy miał już stosunkową pewność, że nie widać po nim bezpośrednich dowodów zbrodni, a jego umysł nieco otrzeźwiał, uświadomił sobie wreszcie, że cały obóz jest kompletnie pusty. Na podziemnym parkingu był tylko on, dookoła nie widział nikogo więcej. Nie licząc kilku wiader wypełnionych wodą i porzuconych koców, nie było tam kompletnie nic. Daniel podniósł się do pozycji leżącej, próbując to zrozumieć. Po tym, co zrobił dzień wcześniej, całe to miasto powinno już być na nogach. Nawet jeśli Hutnicy nie wiedzą, że to on dopuścił się morderstwa, to i tak na widok martwego ciała i paralityka powinny tu już być dziesiątki ludzi, uzbrojeni strażnicy, przesłuchiwania, ogłoszenia, rozmowy z Binną, cokolwiek. Tymczasem, dookoła panowała kompletna cisza. Może przesłuchiwali ludzi na zewnątrz? I go zostawili? Niby czemu? Daniel nic nie rozumiał. Wszystko dookoła niego nie miało sensu, czuł, że jego wypełniona piaskiem głowa zaraz pęknie.

Podpełzł na czworakach do najbliższego wiadra wypełnionego zimną wodą, przy użyciu których mieli się codziennie się myć. Wiadra były kolejną dziwną rzeczą, jasno dowodzącą, że wciąż nie wiedzą lub nie reagują na morderstwo. Nikt nie był jeszcze w Kuźni? Nie widział trupa? Nie. Trudno mu było w to uwierzyć. Musieli już tam być, a zakrwawione zwłoki człowieka trudno przeoczyć. Więc co się dzieje do diabła? Gdzie są wszyscy? Gdzie alarm? Gdzie jego wioska, dochodzenie, Binna, Kapłan, Hutnicy? Może lokalni sędziowie już go znaleźli, skazali i zabili za jego czyn, a to, co jest dookoła niego, czeka po śmierci wszystkich? Nie, co on wygaduje. Weź, się w garść, weź się w garść.

Daniel nachylił się do jednego z wiader, opłukał kilkokrotnie twarz i umył dokładnie ręce, po czym napił się odrobinę. Zimna woda i metaliczny posmak w ustach pobudziły go nieco i pozwoliła trzeźwiej spojrzeć na świat, wciąż jednak nie miał nawet pomysłu na to, co do cholery działo się dookoła niego.

Gdy skończył tą skąpą poranną toaletę, stał jeszcze jakiś czas nachylony nad wiadrem, próbując zebrać rozbiegane myśli, aż do momentu, w którym zauważył Dantego, wchodzącego nagle do pomieszczenia głównym wejściem. Daniel był jednak zbyt zmęczony, by czemukolwiek się dziwić. Odprowadził go cierpliwie wzrokiem i poczekał, aż usiądzie tuż obok niego, pewien, że jego przyjaciel lada moment sam mu wszystko wytłumaczy. Dante jednak milczał, nie przerywając mu jego czynności i siedział jedynie niedaleko, czekając aż skończy. Daniel niemalże natychmiast odłożył więc wiadro na bok i usiadł na podłodze obok niego, starając się ignorować to, jak potwornie huczy mu w głowie.

-Cześć Dante. Co się dzieje?

-Niewiele. Ludzie już zbierają się do drogi, przygotowują się i tak dalej. Przyszedłem cię obudzić, bo Hutnicy myślą, że źle się czujesz. Tak im powiedziałem. Choć to po części prawda. Ostatnia noc... pewnie nie była dla ciebie łatwa, co nie?

Daniel skinął głową, po czym wbił spojrzenie w podłogę. Noc, w rzeczy samej, była dosyć nieprzyjemna.

-Czy... Binna i Ash już wiedzą?

-Ash na pewno. Sam mu to powiedziałem. Binna raczej nie, i lepiej żeby na razie tak zostało, przynajmniej dopóki nie opuścimy tego miejsca. Chociaż wiesz, jaka teraz jest. Ale najlepiej trzymaj język za zębami, przynajmniej dopóki nie opuścimy tego miejsca.

-A potem?

Dante wzruszył ramionami.

-Potem wszyscy i tak się w końcu się domyślą, jeżeli tylko będzie ich to obchodzić. Tego nie ma sensu tego kryć, Daniel. Przecież nie zabiłeś go dla zabawy, prawda?

Daniel skinął głową raz jeszcze, nie odrywając przy tym spojrzenia od swoich butów. Sam do końca nie wiedział, jak się czuł. Zdenerwowany? Wściekły? Smutny? Trudno było mu powiedzieć. Przemawiało przez niego raczej olbrzymie zmęczenie, mocniejsze niż cokolwiek innego. Nie chciało mu się wstać, chodzić, mówić, nie chciało mu się nnawet myśleć. Chciał tylko siedzieć i nie czuć kompletnie nic. Rozpłynąć się. Zapomnieć. Zasnąć.

Dante patrzył na niego z politowaniem, wzdychając ciężko w duchu, ale nie odzywał się. Widywał już takich jak Daniel i wiedział, jak okrutnym i przerażającym przeżyciem jest dla nich zabicie pierwszego człowieka. Wiedział, że znoszą to okropnie, długo walczą z wyrzutami sumienia, próbują zapomnieć, udawać, że to się nie stało, czasem nawet wypierają się swoich czynów. Widział to już dziesiątki razy. Problem w tym, że aż do tej chwili, kompletnie go to nie obchodziło. Nigdy nie rozumiał takich ludzi. On pamiętał swojego pierwszego zabitego człowieka aż do dziś, ale nigdy nie miał przez niego wyrzutów sumienia, koszmarów ani czegokolwiek innego. Miał wtedy szesnaście lat, wojna trwała już od jakiegoś czasu, a on był częścią narodowej grupy partyzanckiej, która z czasem stała się po prostu gangiem. Całymi dniami przemierzali ulice, kradli, rabowali, szabrowali, sprzedawali łupy, a potem wracali do domów, by następnego dnia to powtórzyć. Chcieli po prostu szkodzić wrogowi a samemu zarobić, reszta zaś była bez znaczenia. Wyrzuty sumienia nie było czymś, co często ich nawiedzało. Dwa lata do dość czasu by zrozumieć, że na wojnie to żywi zadecydują, kto był tym dobrym, a kto nie, zaś ci, którzy próbują grać świętoszków jeszcze w czasie walk, skończą co najwyżej z dziurą w głowie i nie zadecydują już o niczym.

Pewnego dnia, wojska okupanta urządziły na nich zasadzkę i chciały wziąć do aresztu. Ich było siedmiu, jego ludzi piątka. Mimo to, nie bali. Wyciągnęli spluwy, zaczęli strzelać, polała się krew. Przesądziły morale. Gdy zastrzelili ledwie trzech wrogów, reszta rzuciła broń i uciekła, pozostawiając ich z raptem jednym martwym po ich stronie. Wtedy z ręki Dantego padł nie jeden, a dwa trupy. Świętowali to potem przez długie godziny, śmiejąc się, pijąc na umór, gratulując mu celności i nawet słowem nie wspominając o tym jednym, którego stracili. Dante ani przez moment nie czuł wtedy winy, złości, czy czegokolwiek takiego. Stał naprzeciw wroga, pociągnął za spust i tyle. Proste, eleganckie, wygodne. Zawsze tak myślał i zawsze po prostu lekceważył każdego mazgaja, który bał się zrobić to samo. Miał tych ludzi za żałosnych, gardził nimi i nie przejmował się ich gadaniną o moralności. Jednak tym razem, ten mazgaj był mu bliski. I Dante dobrze wiedział, że jego nie może zostawić. On był jego przyjacielem. Dlatego teraz go to obchodziło, chciał go pocieszyć, powiedzieć coś, co mu pomoże. Nie miał jednak pojęcia, co miałby niby zrobić. Dlatego po prostu siedział obok, próbując znaleźć jakieś słowa, które mogłyby tutaj pasować. W głowie miał jednak tylko pustkę. Nie przywykł do podobnych sytuacji.

-Właściwie, to powinieneś już iść – powiedział wreszcie, z braku lepszego pomysłu. – Wszyscy inni są już gotowi do drogi, czekamy tylko na ciebie. Hutnicy zgodzili się więc dać ci jeszcze kilka minut, ale ani chwili więcej, bo prędzej wymordowaliby całą naszą czterdziestkę, niż nagięli nakaz Kapłana. Psiakrew, jak ja się cieszę, że nigdy więcej nie zobaczę już tego chuja.

Daniel na to zdanie aż się wzdrygnął. Popatrzył na Dantego zdenerwowany i jakby podskoczył w miejscu, jak w bardzo mocnej czkawce.

-Kapłan? Zakaz? Dante, o co chodzi?! Co Kapłan ci powiedział?

-Co? – zapytał Dante, zdziwiony nagłym przebudzeniem się swojego przyjaciela. – Czemu to takie ważne?

-Dante! – krzyknął na niego chłopak, z niemalże desperacją w głosie - Czego Kapłan od ciebie chciał?! Co mówił?! Co za zakaz znowu wprowadził?!!!

Dante, szczerze przestraszony, spojrzał na Daniela w zdziwieniu, nie mogąc zrozumieć, skąd u jego towarzysza ten nagły atak paniki. Jednak widząc przerażenie buchające z chłopaka, zaraz opanował się i zaczął mówić jak najszybciej:

-Dobrze, Dobrze! Nie zakaz, tylko nakaz i nie dla mnie, tylko dla całej osady! Kazał nam wynieść się przed wschodem słońca, twierdził, że ten jego bożek nie życzy sobie, by odpalili dziś Kuźnię, kiedy jesteśmy w pobliżu! Czemu to takie ważne?!

Daniel nie odpowiedział. Spojrzał najpierw na własne buty, potem na łańcuszek noszony na swojej piersi, po czym wrócił wzrokiem na Dantego. Szczęka i oczy otworzyły mu się nagle aż do ziemi.

-Więc... nikt nie był jeszcze dzisiaj w Kuźni?

-Skąd mam kurwa wiedzieć?! - nie wytrzymał Dante. - To ty przekradałeś się za ich granice, nie ja! Kapłan mówił tylko, że nie chce nas widzieć po wschodzie słońca, więc właśnie rozdają nam bronie i właściwie są już gotowi do drogi! Połowa miasta jeszcze śpi, a nas to już wyrzucają! Nie wiem, mogli naprawdę nie odpalać tej Kuźni, wiesz jacy oni są pojebani na punkcie tego starucha!

Daniel puścił go, uspokoił się odrobinę, usiadł. W głowie wirowało mu zdecydowanie zbyt wiele myśli.

-Więc... słońce jeszcze nie wstało? Większość miasta śpi? Kapłan tak chciał?

-Tak, dokładnie. Mówię przecież, co nie?

-Nie... nie ważne. Po prostu się zdziwiłem. Więc wszyscy czekają już tylko na mnie?

-Zgadza się. Wyjdziesz do nich w końcu?

-Jeszcze moment. Możemy tu zostać jeszcze tylko chwilkę? Kilka minut. Muszę po prostu... pomyśleć.

-No dobra. Oni zapewne i tak spodziewają się, że dopiero cię budzę, więc krótka chwila nie zrobi różnicy. Tylko nie za długo, jasne?

-Dzięki.

Daniel wrócił do swojej poprzedniej pozycji. Potem jakiś czas znów siedzieli po prostu i nie mówili nic, pomimo tego, że czas ich gonił. Teraz, gdy Daniel wiedział, że go nie znajdą, siedział nieco spokojniej, wciąż jednak czuł się źle. Nie mógł znieść myśli, że w jego grze bierze teraz udział Kapłan, nawet jeśli z jakiegoś powodu stał po jego stronie, nie wiedział też, co stanie się, gdy za kilka godzin odkryją jednak martwe ciało, które być może już teraz zaczynało się rozkładać. Choć Kapłan mógł się go pozbyć. Ale gdyby to zrobił, to po co miałby ich popędzać? Czego on chce w ogóle? O co tu chodzi do diabła?

Ale przede wszystkim, spokoju nie dawało mu to ciało. Wizja martwego, bezwładnego człowieka ani na chwilę nie dawała mu spokoju, lecąca krew i wywalone oczy nie chciały go opuścić. Wiedział, że ma tylko kilka chwil, nim Dante każe mu wstać, ale po prostu musiał jakoś to z siebie wyrzucić. Odwrócił się do swojego przyjaciela i zapytał:

-Dante... Myślisz, że to wszystko ma dalej sens? Teraz, po tym co zrobiłem? Że to wciąż jest dla dobra Marka? Ja... zabiłem człowieka. Zabiłem go, choć nie był mi niczego winien. Tak po prostu, bo stanął mi na drodze. Czy po czymś takim w ogóle mogę mówić, że do dla czyjegoś dobra?

Dante milczał chwilę, wziął głęboki wdech. Wiedział, że Daniel liczy na to, że coś powie. Starał się dobrze dobrać słowa.

-Wiesz co, Daniel? - odezwał się wreszcie. - Powiem ci coś. Ta wyprawa wcale nie jest dla dobra Marka. To była wyprawa dla ciebie. Dla nas. Była taka od początku. Gdy ja byłem w twoim wieku, dawno już wytłumaczono mi, że umarli niczego nie potrzebują. Mścić muszą się ci, którzy dalej żyją. To nie Mark, Fabio albo Bonhart zaczęli tą wyprawę, tylko my. Bo to my tego potrzebowaliśmy. Żeby móc zapomnieć o wszystkich tych ludziach, których straciliśmy i poczuć, że to już za nami.

Dante nachylił się w stronę swojego przyjaciela i objął go ramieniem. Czuł się z tym trochę głupio, czuł jednak, że tak powinien postąpić. To był czuły, ojcowski gest, taki jakim obejmuje się dziecko, które stłukło kolano. Daniel przez krótką chwilę pomyślał o tym, jak jego towarzysz przypomina mu teraz Marka. Zaraz jednak odrzucił tę myśl. Mark nigdy go nie przytulił, ani prawie na pewno nie potrafiłby z nim porozmawiać na taki temat. On wolałby rozładować jego stres treningiem, albo spytał go, jak to się stało i nauczył jak uniknąć takiej sytuacji w przyszłości. Tymczasem Dante nie miał zamiaru niczego go uczyć. Chciał mu po prostu pomóc. Nie, Mark i Dante wcale nie byli podobni. Po prostu obaj byli mu bliscy.

-Nam tłumaczono to zaraz po wstąpieniu do wojska. Uczyli nas, jak nienawidzić tego, kto różni się kolorem flagi i przyzwyczajali do myśli, że dobrze jest to robić. Kazali strzelać do kartonu i ciąć plastikowych ludzi, codziennie, zawsze, aż miało się wrażenie, że z kartonu i plastiku jest każdy człowiek, a potem zaczynali tłumaczyć, że zabicie każdego kogo nienawidzimy to powód by czuć dumę, a nie strach. Powtarzali nam to za każdym razem, aż to zrozumieliśmy. Ale tobie nie miał kto tego wyjaśnić. Musiałeś po prostu sam tego doświadczyć. Ale już dobrze. Widziałem już takich jak ty. Teraz, gdy pierwsza krew jest już za tobą, będzie ci tylko łatwiej.

Daniel nic nie mówił. Patrzył gdzieś przed siebie i myślał o słowach Dantego. Wiedział, że mężczyzna ma rację, a jednak niesamowicie nie chciał tego przyznać. Ale myśląc o tym teraz, czuł że tak właśnie będzie. Każdy człowiek jest z kartonu. Każde zwycięstwo to zawsze duma. Nauczy się tak myśleć. Wiedział o tym, bo tak właśnie Mark przyzwyczaił go do zabijania dzikiej zwierzyny i potworów...

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania