Pokaż listęUkryj listę

Krwawy szlak, rozdział dziewiętnasty - Czas Pożogi 2/2

Dziesięć minut później, panował już spokój. Wszyscy Osadnicy siedzieli cicho jak myszy, wszyscy po jednej stronie, ustawieni celowo w jeden wielki, nierówny okrąg. Naprzeciw nich, stali Przewodnicy.

Martin, obojętnie żujący kawałek patyka, trzymał się z samego tyłu, cały czas z obiema dłońmi na swojej potężnej kuszy, z której, choć ani razu nie wystrzelił, to samym celowaniem powodował w ludziach natychmiastowe posłuszeństwo. Obok niego Roger, z zadziornym i nieprzyjemnie wesołym uśmiechem kręcił kawałkiem łańcucha z małym nożykiem na końcu, którym wymusił już posłuch i serię krwotoków u przynajmniej półtuzina ludzi. Nawet teraz dalej groził przy jego pomocy wszystkim dookoła. Na samym przedzie stali Nicki i Roger, jeden na baczność, z nieco tylko krótszą od siebie włócznią, drugi chodząc i wrzeszcząc na wszystko dookoła, przy okazji w kółko machając swoją pałką, jakby lada moment spodziewał się, że ludzie znikąd dostana masowego ataku szału i rzucą się na niego z pięściami.

-Co to miało kurwa znaczyć?! Co to za jebane zachowanie, w środku nocy, na samym środku pustyni?! Myślicie, że jesteśmy w kurwa szkółce niedzielnej, żebyśmy rozwiązywali wam kłótnie?! Mamy was prowadzić, a jak macie problemy między sobą, to sami je rozwiązujcie do Kenbry! Straciliśmy przez was pół jebanej godziny na ogarnięcie pierdolnika, który stworzyliście, a teraz jeszcze nie wiemy, w którą stronę powinniśmy iść! Musimy znaleźć gwiazdę, żeby skorygować kierunek! Wiecie, ile pierdolonego czasu to zajmie?! Ile strat to oznacza?! Nie obchodzą mnie wasze problemy, jak chcecie, to możecie sobie i flaki powypuszczać, ale nie opóźniajcie ty, pieprzonego pochodu! Dotarło?! Czy dotarło, pytam!!!

-Tak jest. – odpowiedziało niemrawo kilka osób z tłumu. Mówili to już dobre kilkanaście razy. Carl, choć bez przerwy wspominał o straconym przez nich czasie, ciągnął swoją tyradę już dobre dwadzieścia minut. Co więcej, podczas całej jego długiej przemowy żaden z osadników, nawet kobiety, nie mogły nosić kurtek, bluz, swetrów czy nawet podkoszulek. Jasnym było, jaki był zamysł tego działania. Blisko czterdziestu mężczyzn i kobiet stało już prawie pół godziny w zbitej gromadzie, półnaga, męczona chłodem ledwo sięgającym czterech stopni Celsjusza, trzęsąc się z zimna, złości i upokorzenia. Szczególnie wściekły był Daniel, który jako swego typu lider całej wyprawy, ustawiony był z samego przodu, razem z Dantem i Ashem, wytypowanymi, jako sprawcy całego zamieszania. Z tego powodu Carl raz za razem podchodził do każdego z nich i wrzeszczał im prosto w twarz, dodając do tego wiele osobistych, wrednych i kompletnie niepotrzebnych uwag, przy czym wydawał się nawet nieźle bawić, tym bardziej skoro ciągnął to już taki kawał czasu. W końcu jednak, po długiej i bardzo wulgarnej przemowie, Carl odetchnął wreszcie głęboko, stanął w miejscu i zaczął wyraźnie ostatnią już część swojej niesamowicie długiej przemowy.

-Dobra! I żeby nie było tu już żadnych innych bójek, jasne?! Jeszcze jedna taka sytuacja i wszyscy co do jednego dostaniecie jebane baty! Cieszcie się, że teraz musimy zająć się gwiazdami do kurwy nędzy! Odmaszerować!

Na podkreślenie swoich ostatnich słów, podszedł blisko Daniela i całej siły kopnął stertę ubrań, leżącą tuż pod jego nogami. Spojrzał mu przy tym prosto w oczy, co ten zimno odwzajemnił, choć musiał zadrzeć przy tym głowę wysoko do góry i zacisnąć dłonie w pięści.

-A ty Daniel – dodał, zniżając głos do normalnej mowy – pilnuj swoich pierdolonych ludzi, jasne? Odpowiadacie za nich ty i ta dziwka, więc...

Daniel miał nigdy nie dowiedzieć się, co w związku z tym, że to on i ta dziwka odpowiadali za swoich ludzi. Carl urwał bowiem całkiem nagle swoją wypowiedź i wybałuszył oczy niczym ryba, wyraźnie o wiele zbyt zdziwiony, by dalej krzyczeć.

-Co to jest?! Daniel, co ty kurwa jest w twoich ciuchach?!

Chłopak natychmiast odskoczył ze strachem, spodziewając się zobaczyć kobrę lub jakiegoś pustynnego potwora, pełznącego po jego ubraniu. Jednak ku jego przerażeniu, tym co wyparzył Carl wcale nie było dzikie zwierze. Był to natomiast łańcuszek z jednorożcem, który przez cały ten czas nosił na szyi. Podczas całego tego cyrku ze staniem w mrozie, schował go pod podkoszulkiem i położył z całą resztą rzeczy, pewien, że nikt ich nie będzie ich przeszukiwał. Teraz jednak, gdy Carl kopnął jego ubrania, błyskotka wypadła na zewnątrz. I Przewodnik patrzył teraz właśnie na nią, niewątpliwie poznawszy wisiorek od pierwszego wejrzenia, bo oczy robiły mu się teraz coraz większe z każdą sekundą.

-Cholera. - szepnął Carl. - Chłopaki, chodźcie tutaj! - krzyknął, choć niepotrzebnie, bo wszyscy Przewodnicy, zaalarmowani nagłym przerwaniem krzyków, biegli już do niego.

-Co się dzieje?! - spytał któryś z przewodników. Daniel nie zauważył, który to był, ale teraz było to najmniej ważne.

-Spójrz na to. Poznajecie ten wisior?

-Słuchaj Carl, to nie tak. - krzyknął szybko Daniel, odruchowo podnosząc naszyjnik. Od pierwszej chwili jasnym było jednak, że nikt go nie posłucha. - Dostałem tą błyskotkę od Marka, dawno temu. Znalazł go gdzieś w ruinach. To wszystko, naprawdę!

-A gdzie ten Mark? - spytał Nicki, widocznie bez przekonania - Niech zaświadczy za to, co powiedziałeś.

-On... Nie żyje. -odparł Daniel, starając się jak najszybciej wymyślić cokolwiek wiarygodnego. - Napadły go.... potwory.

-Nie żyje? - stwierdził Carl z powątpiewaniem - A to ci dziwny zbieg okoliczności. Tak jak to, że mamy w mieście dokładnie taki sam wisiorek.

-Słuchaj, to musi być przypadek. Mam go od dawna, uwierz mi!

-Ktoś może za to zaświadczyć?! - Spytał z kolei Wiliam, który mimo wyraźnego zdenerwowania i tak wciąż pozostawał najspokojniejszy ze wszystkich dookoła. Kilka osób nerwowo pokiwało głowami, ktoś zamruczało coś na zgodę, nie był to jednak pokaz poparcia, na jaki Wiliam liczył. Wyglądało to raczej tak, jakby wszyscy na ślepo zgadywali, czy powinni kłamać, czy też nie, i tak w istocie było.

-Mam go od lat, przysięgam! Jak mam niby za to zaświadczyć?! - krzyczał przerażony Daniel, rozpaczliwie szukając jakiejś drogi ucieczki z tej sytuacji.

-To prawda. - odezwał się nagle pewny, choć drżący głos Asha. Podszedł do jednego z Przewodników i popatrzył mu w oczy, starając się wyglądać tak szczerze, jak to tylko możliwe. - Ma go od dawna, jestem tego pewien. Znam i ten wisiorek i tego człowieka.

Przewodnicy spojrzeli na Asha, mocno zaskoczeni i niepewni zbytnio, co robić.

-Naprawdę tak myślisz? - Spytał głupio Nicki, nie mając pojęcia, co lepszego mógłby teraz powiedzieć. - Możesz mi przysiąc?

-Owszem, mogę. Daniel ma ten wisiorek od lat, jestem tego pewien. Mnie możecie chyba jeszcze zaufać, czyż nie?

Carl, jak i wszyscy pozostali, zdawał się mocno zdziwiony całą sytuacją, jednak słowa Asha zdawały się przynajmniej z lekka go przekonywać. Przez chwilę nawet patrzyli na niego niepewnie, potem jednak jakby grupowo machnęli ręką.

-Dobra, nieważne. To i tak bez znaczenia. Wiemy, co robić w takich sytuacjach. Roger, sprawdź, skąd pochodzi ten wisiorek.

-Co?! - powiedział Daniel, a przez jego ciało przeszła fala okropnego ciepła. Teraz już naprawdę skończyły mu się pomysły.

-Widzisz Daniel, - odezwał się w tym czasie Roger, spokojnie do niego podchodząc. Wyraźnie uwierzył, w to co mówił Daniel, bo był teraz stosunkowo spokojny. - Z nas wszystkich to ja służę w Kuźni najdłużej, a co za tym idzie, znam obecne tam artefakty najlepiej. Widziałem je wiele razy i mogę ci przysiąc, że rozpoznałbym je zawsze i bez pudła, nawet na końcu świata. Dlatego otwórz wreszcie ręce i pokaż, co tam masz. Popatrzę chwilę, powiem co wiem, i możemy iść dalej. Nikomu nie stanie się krzywda, w porządku?

Daniel wstrzymał oddech, wciąż trzymając wisiorek w zaciśniętych kurczowo dłoniach i desperacko próbując znaleźć wyjście z tej beznadziejnej sytuacji. Tymczasem kilkadziesiąt par oczu patrzyło na niego i Rogera, nie mając pojęcia, co powinno zrobić. Niektórzy tylko gapili się, inni szeptali gorączkowo między sobą, niektórzy zaś wiedzieli już, że czas, by wyciągnąć broń, której, na swoje nieszczęście, Przewodnicy ich nie pozbawili. Ale jak na ironię, Roger zachowywał niemal całkowity spokój, zdając się szczerze wierzyć czy to w zabezpieczenia swojej wioski, dobroduszność Daniela, czy może słowa Asha. Ostatecznie, gdy stał już tylko na odległość jakiś pięciu kroków, Daniel uznał, że nie pozostało mu już nic innego, jak tylko otworzyć dłonie i modlić się o niekompetencję swojego Przewodnika do jedynego znanego mu boga.

Po chwili mężczyzna był już przy nim, oglądając to, co było zawieszone na szyi chłopaka. Daniel strachu zamknął oczy, ale tuż po ułamku sekundy postanowił znów je otworzyć. Akurat w porę, by zobaczyć jak twarz Rogera wykrzywia się w wyrazie olbrzymiego, kompletnego zaskoczenia. Na krótki moment jego oczy powiększyły mu się na chwilę, a szczęka otwarła ze zdziwienia. Daniel otworzył usta i machnął ręką, próbując coś powiedzieć, jakoś to wyjaśnić, uspokoić, nie wiedział jednak, co mógłby rzec, a to i tak nie miało znaczenia, bo Roger nie miał zamiaru słuchać. Trzeba było tylko sekundy, by jego łańcucha wskoczył mu do dłoni, i jeszcze jednej, by znalazł się tuż przy Danielu. Zapewne samemu nie wiedząc, co robi, zamachnął się na niego, ale on zdążył uskoczyć, odsunąć się na większy kawałek i od razu, bez myślenia, wyjąć miecz. Roger na krótką chwilę stracił równowagę, a nim ją odzyskał, trzydzieści rąk ściskało już nowiutkie bronie, zaś pozostała trójka przewodników stała oparta o siebie plecami, gotowa by siec wszystkich dookoła.

Zaczęło się piekło.

Nim Daniel zdążył cokolwiek zrozumieć, Roger znów stał pewnie na obu nogach i rzucał łańcuchem prosto w niego. Kawałek metalu zdążył przeskoczyć dzielące ich trzy kroki w zaledwie ułamku sekundy, Daniel jednak odruchowo wręcz zasłonił się mieczem, nim otrze ugodziło go prosto w klatkę piersiową. Nagłe uderzenie i tak jednak wcisnęło mu oddech z powrotem do płuc i zgięło nogi w kolanach. Upadł na ziemię, rzężąc ciężko, gdy Roger zwinął z powrotem swój metal i zaczął wywijać nim szybko nad głową. Zanim jednak zdążył zaprezentować Danielowi kolejny zbrojny popis, w jego kierunku pędziło już dwóch innych, rozwrzeszczanych, wściekłych i pałających chęcią mordu ludzi. Pierwszego z nich uderzył jeszcze łańcuchem, drugiego samo ostrze cięło jeszcze całkiem przypadkowo, za to trzeci, idący tuż za nimi, dorwał Rogera już bez problemów. Za nim zaś był czwarty, piąty, szósty i jeszcze kolejni. Strugi krwi lały się na wszystkie strony, ludzie kotłowali się i bili jak oszaleli, wrzaski, trupy i krew leciały na ziemię, ale Roger wciąż jeszcze stał. Mimo miażdżącej przewagi, mimo dziesiątek przeciw jednemu, on trzymał się, brocząc krwią, jeszcze przez bardzo długie kilka sekund. Daniel, niczego nie mogąc zrozumieć, patrzył przerażony jak ośmiu mężczyzn rzuca się na niego, tnie, dźga, rozrywa i miażdży, pośród nienormalnego, agonicznego wrzasku jego, wszystkich pozostałych Przewodników i garści jego własnych ludzi. Kilka osób odwróciło wzrok od tego obrzydliwego widoku, niektórzy wymiotowali, ale on wciąż patrzył, opanowując drgające z obrzydzenia ciało.

Podczas gdy dookoła niego szalało piekło, on leżał w piasku i na czworakach, ledwo dysząc, ściskając głowę z całej siły dłońmi, bezsensownie próbował zebrać fragmenty zniszczonej rzeczywistości w całość. Wciąż jeszcze słyszał odgłosy szarpaniny i walki, jednak nic go to nie obchodziło. Ten jeden widok, to było dla niego po prostu zbyt wiele. Chciał tylko zapomnieć. Rozpuścić się. Zniknąć.

Wtedy jednak z pokrwawionego, walczącego, wrzeszczącego tłumu wybiegł na niego jeszcze jeden mężczyzna. To był Carl. Ranny, spocony, cały oblepiony piaskiem, krwią i bóg wie czym jeszcze, trzymając w dłoni nieswój sztylet, biegł na niego, mając w oczach szaleństwo, panikę i iście zwierzęcy głód. Wrzeszczał, jakby opętał do sam diabeł, biegnąc prosto na Daniela, rozpychając wszystkich z histeryczną siłą. Jasnym było, że jest to jego ostatni, desperacki zryw, który naprawdę miał jednak zamiar ukończyć. Ostatnia zemsta, nim zabierze go Kenbra. Biegł na niego, zakrwawiony, wściekły, niby szalony demon wojny. Nim Daniel zdążył pomyśleć, nim choćby ruszył ręką w jakąkolwiek stronę, Carl rzucił się prosto na niego, powalił na ziemię i przygwoździł do niej całym ciężarem swojego ciała. Martwy.

Z tego Daniel zdał sobie z tego sprawę dopiero po chwili, gdy przestał rzucać się i wrzeszczeć w przerażeniu na wszystkie strony. Gdy wreszcie dotarło do niego, że mocuje się z kimś, kto już nigdy nikomu nie będzie zagrażał, zatrzymał się nagle i bardzo, bardzo powoli zdjął z siebie wiotkie, martwe ciało Carla, jakby bał się, że może się ono nagle rozsypać, zarażając go śmiertelną chorobą.

W końcu, gdy wyswobodził się z objęć umarlaka, wstał i rozejrzał się dookoła, wśród kompletnej ciszy. Wpierw myślał, że jej powodem jest jego stan, szybko jednak zdał sobie sprawę z własnej pomyłki. Cisza i zdumienie brały się stąd, że z pleców Carla sterczał właśnie długi, gruby prawie jak pałka bełt, a w kierunku w którym poleciał pocisk stał spokojnie dyszący głośno Wiliam, którego kusza, teraz już pusta, skierowana była wciąż w jego stronę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania