Serce Tajgi - 2: Kwestia Starców - Rozdział 1

" ... Nie przyjechaliśmy tu walczyć. Wojska Paktu zostały związane przy delcie Jarmuły. Palcie domy, grabcie świątynie, a mężczyzn szlachtujcie. Nie. Nie jesteście tu by błyskać honorem. Nikt na tej wojnie nie jest. Walczymy za sprawiedliwość i sprawiedliwość będziemy wymierzać. Za krzywdy nam wyrządzone i poniżenie na nas zesłane. Kobiety i dziewoje małe brać w niewolę. Jak jakiemuś chłopcu coś się stanie, to przed sądem polowym nie staniecie. Bez gwałtów. Pojmane kobiety jeszcze do was nie należą. Przydzielaniem kobiet zajmą się rozbiornicy. Będą je odpowiednio wydawać za zasługi wojenne i Trybunał ma was w opiece, jeżeli jakiemuś lordowi przypadnie ociężona przez jednego z was...."

 

~Odprawa Drugiej Chorągwi Złotego Słońca. Kroniki Wojny Sprawiedliwości..

Autor nieznany.

 

Deszcz siąpił w najlepsze. Promiennie uśmiechająca się Ewelina szła luźnym krokiem przez wydeptaną, szeroką ścieżkę pośrodku wioski. Osadę zaścielały ciasno obok siebie rosnące, wysokie na dwa sążnie, grzyby o szerokich, pokrytych wyrazistymi brodawkami, kapeluszach z blaszkowatymi spodami.

Zwieszały się z nich przeróżne ozdoby; gliniane dzwoneczki, lalki, łapacze snów, bądź kolorowe chorągiewki. Sękate trzony grzybów zaś były szerokie, szaro-brązowe, często zniekształcone, z wydrążonymi drzwiami, oknami i otaczającymi ściany wzorkami i prymitywnymi rycinami. Niektóre nawet szczyciły się, dobudowaną do trzonu, drewnianą szopą bądź balkonikiem, jeżeli grzyb był wystarczająco wysoki, by posiadać piętro.

Mieszkańcy na widok idącej Łowczyni, zatrzaskiwali drzwiczki okien z przestrachem. Ci nieliczni i niezłomni, co nie przeszkadzał w codziennych zajęciach deszcz, uciekali w popłochu do swych grzybiastych chat. Gdzieniegdzie dało się zobaczyć wścibskie dziecięce oczy, zaglądające w szpary okien, prędko zaraz od owych okien bywały odciągane przez rodziców. Nie zrażało to jednak Eweliny, i nie pozbawiało jej radosnego uśmiechu.

W sumie nawet nie wiedziała, czemu humor tak mocno dzisiaj trzymał. Obudziła się rano dość wypoczęta. Wstała ze starannie wyszukanego mięciutkiego mchu, by zostać przywitana przez grzejące promienie letniego poranka i melodyjne wołania ptaków. Na poprawę samopoczucia poczęstowała się poziomkami leśnymi rosnącymi niedaleko jej miejsca odpoczynku. Wybrany szlak leśny, pachniał wonną gamą kwitnących paprotników, kwiatów leśnych oraz przeróżnych kryształków wonnych. Potem zaś spotkała myśliwego, przyłapując go na dość wstydliwej dla niego pozycji i towarzyszącej temu czynności. Ten po dość kompromitującej wymianie zdań, nakierował ją na wioskę, którą teraz się przechadzała, prosząc o pomoc w rozwiązaniu dość obiecująco brzmiącego problemu gnębiącego jego osadę. I jeszcze ten deszcz. Ewelina uwielbiała, gdy rozrywała się nad nią chmura, by zaraz zalać jej skórę tysiącami, masujących, chłodnych kropel.

Szła więc, nie mogąc się wyzbyć malującego na jej twarzy szczęścia, podczas to, gdy wystraszeni chłopi, pouciekali i gapią się teraz w wielkim zdumieniu na przechadzającą ich wioską, uśmiechającą bez zrozumiałego dla nich powodu, legendarną Płomienną. Następna wesoła myśl utrwalająca jej humor. Stanęła w końcu przed drzwiami, wyższej i szerszej od pozostałych grzybiej chaty, stojącej na środku wioski. Nad okrągłymi, obitymi żelazem, drzwiami wisiały dwie skrzyżowane siekiery. Symbol sołtysów w krajach Śródlądzia.

Uderzyła pięścią trzy razy o drzwi. Czekała. Z wnętrza rozległ tupot nerwowo stawianych kroków, a wraz z nim szuranie ciężkich mebli. Kroki zatrzymały się przy drzwiach. Rozbrzmiało metaliczne szczękanie i szelest odsuwanych, żelaznych łańcuchów. Drzwi uchyliły się, a w progu stanął niewielki, grubawy, łysiejący Elf w średnim wieku. Odziany był w prostą, wykonaną z szorstkiego, brązowego futra, szatę, co zdawała się być o wiele za duża dla jego i tak szerokiej sylwetki. Okrągłą, pulchną twarz, znaczyły liczne zmarszczki oraz znamiona, skutecznie nadające jego wizerunkowi sędziwy wiek. Wydajną szczękę i niewielki podbródek pokrywała krótka, równo ostrzyżona, czarna broda. Drobny, niemal świński, nos zdawał się mu drżeć. Niewielkimi, wysoko osadzonymi oczyma, lustrował nerwowo Ewelinę, ściskając w wyczekiwaniu swe wąskie, otoczone zarostem, wargi. Milczenie trwało dosłownie chwilę, po czym Elf w końcu się odezwał.

 

- Pani Płomienna? - Zapytał, suchym, drżącym głosem, jakby od jakiegoś czasu narastał w nim lęk przed wypowiedzeniem tych słów.

 

- Owszem – Odpowiedziała łagodnym, życzliwym tonem. - Spotkałam na szlaku Rona, waszego łowczego. Mówił, że macie problem, którym mogę się zająć... Mogę wejść?

 

- Ależ tak, tak. Zapraszam. Już nam powiedział, że nadchodzisz - Odpowiedział nerwowo, wyrwany z zamyślenia. Odsunął się i przytrzymując okrągłe drzwi, wskazał niewielki prostokątny stolik z krzesłami pośrodku na pozór ciasnej izby. Postawiła krok za próg, wychodząc z chmury deszczu.

Uchyliła się instynktownie, gdyż sufit zdawał stwarzać sobą wrażenie dużo niżej osadzonego niż był w rzeczywistości. Sama izba zaś była skromnie, lecz przyjemnie umeblowana regałami, komodami i szafami, a gdzieniegdzie nawet wisiały trofea myśliwskie i drewniane lalki. Czyste Ściany były wyłożone ciemnobrązowymi panelami i tak samo jak na dębowej podłodze, widniały na niej wyryte przeróżne wzory. Wydłubane w ścianie trzy łuki, prowadziły do innych pomieszczeń w chacie: kuchnia, sypialnia, a nawet klatka schodowa.

Elf trwał jakiś czas ze spuszczoną głową przy otwartych drzwiach, aż Płomienna się rozgości. Ku jego zdumieniu nie zauważył żadnych mokrych plam i śladów wyniesionych z ulewy. Uniósł lekko głowę ze zdumienia, gdy zobaczył, że z całej sylwetki legendarnej Najemniczki intensywnie unosi się para wodna. Nie wyglądała na przemoczoną. Bujne, krwiste włosy opadały z wdziękiem po plecach, a jej dziwna, aksamitna szata lśniła w świetle świec, jakby nigdy nie miała styczności z jakimkolwiek brudem. Westchnął głęboko, po czym w końcu zamknął drzwi. Ewelina nie czekając na dalsze zaproszenia, przysunęła do siebie jedno z krzeseł. Opadła na nie z gracją, opierając się plecami o oparcie i założyła nogę na nogę. Elf podszedł do niej nieśmiało, stając obok niej.

 

- Wino mam, jeśli pani zechce. - Oświadczył niepewnie. Ta parsknęła pogodnym śmiechem.

 

- Zachowaj te siki na wypadek wizyty błękitnokrwistych. - Elf zmieszał się. - Mleko żubrze masz? Widziałam waszą zagrodę. Sobie zresztą nie żałuj wina.

 

- M...Mamy pani. - Przytaknął porozumiewawczo w stronę pomieszczenia z kuchnią. Usłyszała dochodzące stamtąd kroki. Gospodarz zasiadł ostrożnie naprzeciw Płomiennej.

 

- Jak cię zwą sołtysie?

 

- Jarko Krodeń, pani.

 

- Mi możesz mówić Ewa, bądź Ewelina, jak wolisz.

 

- Tak... Mm. Ewo. - Wyrecytował, z ledwo tlącym uśmiechem.

 

- Świetnie. Jarko. A zatem interes. - Z kuchni wyszła szczupła, ubrana w niebieską lnianą suknię, piegowata elfka w średnim wieku o atrakcyjnej sarniej twarzy i długich kasztanowych warkoczach. Z niepewnym, nerwowym krokiem niosła ku nim dwa wypełnione kufle. Postawiła je przed nimi, po czym niemal biegnąc, uciekła w popłochu do izby kuchennej,

 

- Ładną wybrałeś sobie żonę Gospodarzu. - Stwierdziła z uznaniem.

 

- I mądrą przede wszystkim, pani.

 

- Taaa. Zdecydowanie jedna z ważniejszych cech, jeżeli masz się z kimś związać na całe życie. Swoją drogą i chata wasza też dość wykwintna i ładnie urządzona.

 

- Odziedziczona po ojcu, dziadzie i pradziadzie Ewelino. - Jego głos przybierał spokojny rozluźniony ton

 

- Dynastia Sołtysów. No, no. Cóż, w każdym razie wróćmy do problemu. Tak. A zatem. – odchrząknęła. - Skrzacia Iglica. Nie byle jaka zresztą, bo iglica skrzatów niebiańskich. Nazywanych potocznie Nieboidami, a przez was uniwersalnie, niezależnie od rzeczywistej rasy, karłoludami. Iglica usytuowana niedaleko waszej wioski, datująca się jeszcze przed owej osiedleniem. - Jarko Krodeń przytaknął głową. - Co z nią?

 

- Otworzyła się. - Wypowiedział niepewnie, ściskając sękate dłonie na stole. Widząc, że Ewelina czeka w skupieniu na dalsze informacje, kontynuował – Dwa tygodnie temu. Była zamknięta jednego dnia, a następnego już była otwarta.

 

- Zamknięta? W jakim jest stanie?

 

- Dobrym pani. Ściany i dwór zarosły, ale skrzacie murarstwo trzyma się silnie. Nietknięte przez elfią, czy jakąś inną rękę. Stała po prostu, nikomu nie wadziła. Tylko dziatki trza było pilnować, by się tam nie bawiły.

 

- Czyli siedziba arystokracji wymarłej, od przynajmniej siedmiuset lat, rasy. - Mówiła w zamyśle do siebie. - Rasy karłoludów naturalnie osiedlającej się w rejonach górskich, którzy z jakiegoś powodu osiedlili się Tu na Śródlądziu i stała sobie owa siedziba tak przynajmniej siedemset lat, wypełniona zapewne rozmaitymi cudami kinetechniki. Nikt się nią nie zainteresował?

 

- Nie wiem, pani. Za mego żywota nikt. Za ojca mego i dziada z tego co mi wiadomo też nikt. A pytałem się, interesowałem się.

 

- Nikogo innego lub czegoś innego dziwnego nie widzieliście?

 

- Niczego. Uważałem. Łaziłem po chatach i pytałem, wszystko starałem się spamiętać. Jedynie Baśce od Rzeźników mleko prędzej skisło, a Rono mówił, że jeno wilkorów parę po lesie łaziło. Myśmy oddaleni od miast i głównych traktów. Tu nikt nie zagląda. - Recytował coraz to bardziej nerwowym tonem.

 

- Wilkory, znaczy co? Wilki czy te przerośnięte bydlaki z pasma Kości?

 

- Wi-Wilki pani Ewelino. Przepraszam najmocniej.

 

- Nie szkodzi. Uspokój się, czas mnie nie goni. - Uśmiechnęła się ciepło. Podniosła kufel z gęstym mlekiem do ust. Sołtys kiwnął głową, przełykając ślinę i spróbował skontrolować swój oddech. - Mm. Białe? - Zapytała z uznaniem.

 

- C-co?

 

- Czy mleko z białych żubrów?

 

- Tak. Tak... Ziemia dobra to i trawa dobra rośnie. Całe stado teraz mamy.

 

- Można było się domyślić.- Zakręciła kuflem, z rozkosznym wyrazem twarzy. - Cudowny posmak Wanilii i Cynamonu.

 

- Czego?

 

- Przyprawy. - Odpowiedziała rozbawionym tonem. - Coraz więcej to ich uprawiają na południu. Może nawet jeszcze za twojego życia będzie cię na nie stać. - Westchnęła. - No w takim razie, co w związku z tym, że się otworzyła. Bogacić się teraz powinniście, a nie biadolić. Potwór jakiś tę iglicę zamieszkuje?

 

Pochylił głowę do przodu, jakby następne słowa miały krytyczne znaczenie. - Upiór pani.

 

- Czyli jednak potwór. Skąd wiesz, że to upiór?

 

- Bo słychać to jak się stanie przed wejściem. Szum i szept. Czasami zawyje, pełnym nieszczęścia głosem kobiety. Trzech z naszych weszło do środka... I... Wszedłem za nimi, gdy nie wracali. - Głos znowu zaczął drgać. - Leżeli na schodach. Czasami się słyszy najemników w miastach. Opowiadają o tym jak elfy wędrują na kraniec świata, daleko na południe. Jak ich ciała umierają w tamtym słońcu. Tak nasi chłopcy wyglądali. Szare, suche ciała. Nie zabrałem ich. Jakieś upiorne światło rozbuchało na schodach, a potem czarny wielki kształt mym oczom pojawił i drżał i rozmywał się.

 

- Jak wyglądał?

 

- Nie wiem. Musiałem uciekać. Nie brałem nic, bo jeszcze cholerstwo polazłoby za mną do wioski. Od tamtej pory nikt nie wchodzi.

 

- Czyli mam się pozbyć Upiora, z pradawnego dworu Nieboidów.

 

- Tak.

 

- Nie stać was. - Sołtys zbladł i już miał coś wypowiedzieć, ale Ewelina powstrzymała go ruchem ręki. - Ile dacie radę zebrać na symboliczną zapłatę?

 

- Ja n-nie wiem pani. Piętnaście, może Trzydzieści merów..

 

- Niech będzie te piętnaście. Może wynagrodzę sobie to jakimś artefaktem, który wpadnie mi w oko. Nie bój się, szabrownikiem nie jestem, nie ogołocę was. Trzeba czegoś naprawdę pokaźnego, co mogłabym do czegoś użyć, bym to podwędziła. Zaś normalnych, artefaktów, jeżeli rzeczywiście iglica ta nie była ruszana...

 

- Nie była. - Wszedł jej w słowo sołtys. - Byłem w środku. Pełno kurzu, nawet szczury widziałem. Ale świecidełek tam pełno.

 

- To i wartość czterdziestu takich waszych wiosek można tam znaleźć.

 

- Dobrze Ewelino. - Po raz pierwszy, jego okrągła twarzyczka wykrzywiła się w blady uśmiech.

 

- W takim razie. - Zachłysnęła się mlekiem. - Mm. Zrobimy tak. Wejdę do tej waszej Iglicy. Ty swoim ziomkom za to przekażesz, by pod żadnym pozorem nie wchodzili tam za mną. Nie wiem do końca z czym będę miała do czynienia. Może się okazać, że nic z tym się nie da zrobić. Może być tak, że nie wyjdę. W takim razie poradzę, by cała wasza wioska się spakowała i spieprzała jak najdalej, co i tak zresztą powinna zrobić.

 

- Co?

 

- Zaraz wytłumaczę. Jeżeli nawet uda mi się wyjść, absolutnie nikt tam nie może po mnie wejść, dopóki nie oznajmię, że jest po sprawie. Z upiorami bywa tak, że czasami trzeba złamać samo ogniwo ich wiązań, co jest bardziej skomplikowane niż machnięcie bronią, choć i to czasami działa. I tak. Gdy wykonam to zlecenie i doszczętnie ograbicie Iglicę, zalecam wam opuszczenie na stałe waszej wioski i osiedlenie jak najdalej od owej wieży.

 

- Ależ jak to? Upiór może wrócić? - Zląkł się sołtys.

 

- Nic się nie orientujecie, co się teraz dzieje na świecie? - Zapytała chłodno kobieta. - Nie. Upiór nie wróci. Złamie się więzy, to odejdzie na zawsze. Więzy mogą mieć zabezpieczenia, usiane iluzjami i paradoksami, ale jak się je zerwie to jest to ostateczne przegnanie. Mmm, uwolnienie upiora, prawidłowe określenie. O wiele gorsze „Coś" może was najść, po tym jak tego upiora się pozbędzie i wyrżnie was wszystkich w pień. Naprawdę nie wiesz?

 

- Pani n-nie. Ale nie możemy opuścić tej ziemi. To ziemia naszych dziadów, tu świetny grunt na uprawy, tu żyjemy i harujemy od stuleci, kultywując spuściznę naszych przodków. Ta wioska zasługuje na lepszą przyszłość, nie można jej tak po prostu rzucić!

 

- Można i musicie. Szpicogórzanie wyłażą ze swojej góry i mordują i palą, co im tylko po drodze nawinie. Nie dyskryminują ze względu na wiek. Może, jeżeli nie jesteś elfem, to przejdą obojętnie, ale nimi jesteście. Wszystkich ciągnie do karłoludzkich ruin, więc jeżeli do tej pory żaden się nie zjawił, to oznacza, że coś trzymało ich z daleka i prawdopodobnie tego już nie ma, skoro iglica została otwarta. W pewien sposób ten Upiór was ocalił, inaczej byście okradli i nie byłoby potrzeby mnie tu sprowadzać.

 

- Ewelino, nie możemy. Elfy tutaj nie porzucą wioski, są zbyt na to niezłomne. - Z trudem starał opanować drżenie, lecz jego łamiący głos zdradzał przerażenie i żal, które go teraz wypełniało.

 

- Karłoludy przyjdą po was.

 

- A jeśli nie? A co jeśli nie? Mamy od tak porzucić dorobek zostawiony nam po przodkach, przez byle pogłoskę, że coś po nas przyjdzie?

 

- To nie jest pogłoska Jarko. Biłam się z nimi, byłam świadkiem, uciekałam przed nimi. Nie ryzykujcie.

 

- Toć palisadę postawimy. Wał, fosę. Strażników wynajmiemy. Przecie będziemy mieli na to bogactwa.

 

- Zabije strażników, palisadę spali, może paru z was zdoła uciec.

 

- A ty? Obroniłabyś nas, jesteś legendą nikt tobie nie jest równy.

 

- Nie ma na Gaji władcy, co by dysponował wystarczającym majątkiem, by wysłać mnie przeciw jednemu z tych łażących pancernych wozów. - Parsknęła ponuro Płomienna. Sołtys objął twarz dłońmi.

 

- Nie odejdą, nie przekonasz ich.

 

- Masz dzieci?

 

- D...Dwie córki.

 

- Nie wydawaj ich na pastwę oporności wioskowych. Odejdź sam w takim razie.

 

- Nie mogę. Dorastałem z nimi. Podjąłem roli. Nie mogę ich opuścić. To dobre Elfy, pani. Ziemie tu dobre. Drewno bujnie rośnie. Ta wioska zasługuje na lepsze czasy, które ta wieża nam przyniesie.

 

Ewelina pokręciła z politowaniem głową. - Aby na pewno? - Sołtys odwrócił ciężko wzrok.- Mówisz to w momencie, gdy słyszę szczęk kos i wideł z zewnątrz. Coś mi się wydaje, że w zbyt wielkim poważaniu ich trzymasz. - Przechyliła swój kufel, wlewając całą pozostałą zawartość do ust, po czym postawiła go na stole i podniosła się. - Cóż. Mm. To nie ode mnie zależy i nie po to tu jestem. Pójdę, oczyszczę, zbiorę nagrodę i pójdę swoją drogą. Od was zależy, czy posłuchacie rozsądku. Przemyśl to sobie Jarku. Jeżeli tak się o nich troszczysz, to i ich spróbuj przekonać. - Sołtys milczał, wpatrując beznamiętnym wzrokiem w blat stołu. Ewelina skierowała się ku drzwiom. Zanim jednak je otworzyła, spostrzegła niewielką, martwą gałązkę jemioły przybitą do framugi drzwi. Pogładziła delikatnie pęd, po czym ten nagle zazielienił się życiem. Wyrosły z niego delikatne listki. A na ich końcach rozkwitło na chwilę złote kwiecie, by zaraz przeobrazić się w gładkie białe owoce. Odwróciła wzrok ku drzwiom, otworzyła i wstąpiła w gęstą chmurę lejącego deszczu. Przystanęła parę kroków przed domem sołtysa, by spojrzeć na czających się pod osłoną grzybnego kapelusza pięciu chłopów patrzących na nią spod byka, kurczowo trzymając się swoich kos i wideł. Ze zdumienia rozwarła szeroko oczy i parsknęła drwiącym, niemal maniakalnym chichotem, po czym ruszyła wzdłuż ścieżki, kręcąc głową.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Artur S rok temu
    Drugie opowiadanie z serii. Ostra lekcja z poprzedniej publikacji wyciągnięta. Rozdziały publikować będę co 2/3 dni, by niepotrzebnie zaśmiecać strony. Jeden tekst na trzy dni oznacza również, że nie będę żonglować siedmioma publikacjami naraz podczas poprawiania błędów. Opowieść zresztą o wiele lepsza moim zdaniem, gdyż nie musiałem już się męczyć z wstępem do tomu i spokojnie można było rozwinąć skrzydła, więc możliwe, że lepiej będzie się podobać, tym którzy szukają dialogów, postaci i świata w fantastyce. Rozdziału poświęconego walce niestety nie będzie. :D
  • Nefer rok temu
    Dobry początek, zawiązana fabuła, podany ogólny zarys świata. Żywe dialogi, wnoszące istotne dla fabuły informacje. To lepsza strona opowiadania. Ograniczyłbym natomiast zbyt szczegółowe opisy (na przyszłość), ich lektura może nużyć. Tym bardziej, że nie dzielisz ich akapitami i operujesz dużymi masami tekstu. Stylistyka na ogół bez większych zastrzeżeń, w kilku fragmentach opisowych wpadły mi w oko zdania ze zbyt dużym nagromadzeniam czasownika "być". Lubię fantasy, to bedę zaglądał.
    Powodzenia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania