Serce Tajgi - 2: Kwestia Starców - Rozdział 2

II

 

Okazała budowla Iglicy pięła w górę, zrównując z majestatem otaczających koron wysokich dębów i wielkich paprotników. Popękana znamionami czasu, śnieżno-biała, usiana licznymi ciemnymi okienkami, marmurowa ściana okrągłej wieży, błyszczała się od spływającego po niej deszczu. Stała tak, wśród zagajnika usianego niewielkimi drzewami brzóz i rozłożystych paprotników. Gdzieniegdzie walały się samotne marmurowe bryły, czy też osłonięte roślinnością fragmenty pozostałości po granitowym ogrodzeniu. Niewątpliwie kiedyś był tu też dworek. Ewelina nie do końca potrafiła ustalić, co się z nim stało. Rozebrano go, to niemal oczywiste, lecz nie widziała w wiosce żadnych murowanych budowli. „Włodarz ziemny może? Cóż, zobaczy się tego istotność.". Szła pokrytą zielenią i zatartymi czarnymi wzorcami geometrycznych figur, ścieżką. Zagrzebane w poszyciu, uszkodzone sylwetki niewielkich figurek, przedstawiające groteskowo umięśnione rogate karły o gołębich skrzydłach wyrastających z pleców, wpatrywały się w nią pustym wzrokiem.

 

Dotarła w końcu przed pokaźne, owalne wrota, kontrastujące swym czarnym obsydianowym wykonaniem z otaczającą je śnieżno-białą ścianą. Większość blado-złotych fresków na drzwiach była starta i niezrozumiała. Tliły się znów pojawiające motywy krępych, umięśnionych skrzatów o gołębich skrzydłach oraz ich do złudzenia przypominające słonie w ludzkiej skórze, gruboskórne towarzyszki. Również z gołębimi skrzydłami. Spomiędzy fresków i symboli wyróżniała się bazaltowa płytka, z wyrytym na niej ciągiem złotych symboli, sprawiających wrażenie losowo podoczepianych ze sobą równych linii, przypominających połączonych ze sobą symboli i figur matematyczno-geometrycznych tworzących swego rodzaju mozaikę. Ewa zaś nie dała się zwieść, iż posiadała podstawową wiedzę na temat skrzaciego pisma – Karłolicy. Każda takowa mozaika to wyraz, gdzie odpowiednie kształty równych linii zawartych w mozaice odpowiadają literom.

 

- Ard – Ja... Nie... Ju. Ard Ju... Uriamof? - Wyrecytowała powoli Ewelina. - Miasto to to nie jest, więc Ard tutaj jest Domem. W takim razie Dom, oni, czyli rodu, Białogłowych. Uroczo. - Westchnęła z rezygnacją. Uniosła zaciśniętą pięść i uderzyła pięć razy o wrota. Czekała z założonymi rękoma. Po chwili ponownie odpukała pięć razy, tym razem mocniej i głośniej. Nie doszła jej żadna odpowiedź. - Grzeczność zawiodła. - Stwierdziła z przekąsem, po czym zdecydowanie pchnęła potężne wrota Iglicy. Rozwarło się skrzypnięcie i chrzęst czarnej skały ocierającej o potężne metalowe zawiasy. Wrota odchyliły się w głąb budowli, ukazując przed Płomienną obszerne, pogrążone w ciemności pomieszczenie, na końcu krótkiego korytarza.

 

Wstąpiła wgłąb budynku. W momencie, gdy światło burzliwego popołudnia już nie dosięgało dalszej części kafelkowego podłoża, Płomienna uderzyła, rozjarzoną błękitną łuną, dłonią o swoją pierś. Sylwetka Makowłosej rozpromieniała jasnym światłem, oblewającym rozległą komnatę błękitem. Spojrzała ku górze. Jak się spodziewała, pośrodku sufitu ukazał się szeroki, okrągły szyb pnący aż ku szczytowi iglicy. Ewelina doliczyła przynajmniej czterech wysokich na siedem i pół łokcia, pięter. Niechybnie było ich więcej, lecz światło nie dosięgało i nie pozwalało na całkowite oświetlenie szybu.

 

Z marmurowego sufitu pomieszczenia zwisały z kanciastych czarnych skrzynek na grubawych, srebrnych drutach, kryształowe cylindry. Na pajęczynach, oplatających te dziwaczne żyrandole, zauważyła jeszcze bardziej cudaczne pająki, mieniące się od jaskrawych, kolorowych świateł.

 

- Ciekawe czy...- Powiedziała sama do siebie z zainteresowaniem, po czym uniosła rękę w kierunku jednej z lamp, a z dłoni huknął cienki piorun uderzający w jedną z czarnych skrzynek. Lampa zamigotała cienkimi, bladymi liniami złotego światła. Trwała tak dwie sekundy, po czym zgasła.

 

Kobieta otrząsnęła dłoń z bolesnym sykiem . - Ulotniło się, bądź wszystko darmozjady wyżarliście – Spojrzała z dezaprobatą ku pająkom, -. Cóż, szkoda. - Westchnęła, po czym w końcu rozglądnęła się po obszernej, okrągłej komnacie w której się znajdowała.

 

Okazała się w lepszym stanie niż przypuszczała. Opowiadające mity, legendy, baśnie i niewątpliwie historię rodu freski ścienne były zaledwie nieco zakurzone, choć nie tak bardzo jak powinny być po kilkuset latach nieużytku. Złote posągi kinetechniczne, o kształtach figur geometrycznych usytuowane przy ścianach komnaty, unosiły się leniwie w powietrzu. Naprzeciw niej stało przestrzenne, kanciaste biurko z malowanego na biało drewna. Za nim trzy regały z równo ułożonymi księgami i granitowymi tablicami, koło których widniało przejście do następnego pomieszczenia. Niewątpliwie schodów dla gości.

 

Podeszła do biurka. Leżały na nim sterty równo ułożonych płyt z wypisaną na nich czarnym pismem, karłolicą. Kanciasty pojemnik ze stwardniałym atramentem, garść pożółkłych piór w kamiennym kubku, oraz kinetechniczna figurka w postaci dziesiątek czarnych, lewitujących sześcianów otaczających złotawy pręt. Leniwym ruchem przemieszczały się z góry na dół, tworząc sobą wibrujący kształt klepsydry. Po drugiej stronie biurka białe krzesło rozmiarem przypominające ławkę. Przejechała palcem po powierzchni mebla. Czysto. „Sprzątał tu ktoś? Demon może, a nie upiór. Domowik? Nie, one nie zabijają. Zwłaszcza poprzez wysuszenie. I czemu nie sprzątnięto pajęczyn z neonitów. Sukkub? Nie... Fleje nie sprzątają tak po sobie, a zwłaszcza po kimś. Ciał nie widziałam, ale sołtys mówił, że wysuszone. Może lunomanta..."

 

Prychnęła z prześmiewczą pogardą. Wsłuchała się. W pomieszczeniu panowało echo toczącej się na zewnątrz burzy. Udało się jednak wyłapać wątły, eteryczny szum powietrza dochodzący gdzieś zza wewnętrznej ściany pomieszczenia i odgłosy... Skrzypiącego drewna. Zdecydowanie wyczuwała obecność jakiejś istoty. Obecność zdawała się ją obserwować. „No to mam twoją uwagę paskudo, ale czym ty niby masz teraz być?". Zanim jednak podążyła za źródłem, machnęła od niechcenia dłonią i księgi oraz tablice z regałów zniknęły w niebieskich płomieniach. Westchnęła i nie rozważając dłużej, ruszyła ku przejściu do klatki schodowej.

 

Schodki wąskie i wijące się spiralnie w górę. Zdecydowanie nie robione z myślą o domownikach, wolących używać szybu pośrodku iglicy do przemieszczania się między piętrami. Wnętrze klatki, wijącej się ku górze, w kwestii przepychu kontrastowało z poprzednią komnatą. Gładkie, bazaltowe ściany i schody wykonane jakby z jednolitego kamienia, kształtowały zimny, ascetyczny obraz. Bez wątpienia celowo wykonane w takim stylu.

 

Po dotarciu do pierwszego piętra jej oczom pokazał się spowity ciemnością, szeroki, wyłożony niebieskim dywanem korytarz o ścianach wykonanych z białych, drewnianych paneli, przyozdobionymi grubawymi, purpurowymi tapiseriami, z wyszytą pośrodku złotą klepsydrą. Niewątpliwie znak rodowy domu.

 

Podeszła do jednej z tkanin. Po bliższym spojrzeniu powierzchnia tapiserii przypominała bardziej skałę niż włókno. Płyta, giętkiej, powiewającej na wietrze o niewyjaśnionym źródle, skały. Płomienna sięgnęła ostrożnie, chwytając skrawek kamiennej tkaniny, który pod naciskiem palców, rozsypał się w drobny fioletowy miał unoszący w gęstej chmurze wokół dłoni Eweliny. Po chwili jednak, owa chmura kurczliwie zbiła się w sobie, odtwarzając skrawek płótna, by połączyć na powrót z resztą tkaniny. Makowłosa ponownie sięgnęła dłonią, gładząc w zadumie skalną tapiserię, po czym dobyła szabli i cięła pewnie, odcinając od ściany niemal całe płótno. Te rozsypało się drobnym piaskiem na podłodze z białych paneli. Odgarniała stopą utworzony stos piachu, szukając czegokolwiek, lecz jedyne co znalazła, to więcej wibrującego piachu już wznoszącego się w powietrzu, by na powrót odtworzyć uszkodzoną tkaninę.

 

Ruszyła ku następnej, identycznej Tapiserii wiszącej parę kroków obok. Tę również cięła. Tak samo nic nie udało jej się znaleźć. Trzecia z rzędu i nic. Dopiero przy osiemnastej, opadający piach odkrył ukryte za tapiserią marmurowe drzwi o kwadratowym kształcie. Nie było klamki, ani zamka na klucz, lecz przy każdym boku wyryte podłużne cienkie otwory. Poszczęściło się jej, obawiała , że znajdzie owy pokój wyżej. Cień lekkiej satysfakcji przebiegł przez kąciki ust Eweliny, lecz szybko spoważniała. „Gdzieś zatargała martwych ma poczwaro?". Jak na znak, ze ściany po przeciwnej stronie korytarza zaczął się wydobywać niemal niesłyszalny szum eterycznego powietrza i jakby nerwowy stukot... zębów? Ewelina udała, że nie słyszy niezbyt subtelnej prezencji owej istoty i ruszyła ku kolejnym tkaninom z minerału.

 

Dopiero przecięcie trzydziestej już tkaniny poskutkowało niebiańskim w uszach Eweliny łupnięciem metalu o drewno. Odgarnęła piach, by odnaleźć w nim srebrny, długości dłoni, unoszący się w powietrzu szpikulec o podłużnym cienkim kształcie. Wyciągnęła go z kopca, a razem z nim wyciągnęła trzy identyczne szpikulce, razem dryfujące wokół niewidocznego punktu między nimi, przybierając kształt krzyża.

 

Odetchnęła z satysfakcją, po czym wróciła do wcześniej spotkanych drzwi. Rozcięła ponownie odnowione płótno i przyłożyła krzyż tak by jeden ze szpikulców wpasował się w prawe wgłębienie u drzwi. Ramiona okryła łuna blado-niebieskiego światła i wepchnęła szpikulec. Chwyciła lewy kawałek dryfującego metalu i z lekkim zachwianiem zaciągnęła go na drugi kraniec , również wciskając metal w odpowiedni otwór. Dwa pozostałe kawałki drgały spazmatycznie w przestrzeni na środku drzwi. Ramiona Eweliny zajęły się jasnym lazurowym płomieniem, po czym przeciągnęła ku otworowi na dolnym brzegu i z widocznym już wysiłkiem wepchnęła go. Został jeden. Z ciała Eweliny zaczęły uwalniać się fale i chmury niebieskiej energii, zaś oczy zajął błękitny płomień. Złapała srebrny szpikulec i z potężnym rykiem i drgającą dłonią dosunęła ostatni element klucza do górnego otworu. Tuż po wciśnięciu kawałka metalu z drzwi wydobył się klekot i zgrzyt osuwanego kamienia, zaś same szpikulce wbiły się głęboko w marmur, tak, iż widać było tylko ich końce.

 

Dysząca z wysiłku Ewelina, odeszła od drzwi z wyraźnie zadowolonym zuchwałym wyrazem twarzy. Z uznaniem przyglądała się zapadającym w szczelinę marmurowym drzwiom, powolnie odsłaniającymi niewielką, marmurową komnatę rozjaśnianą migającym, bladym światłem. Weszła do środka. Źródła migotliwego światła nie można było zidentyfikować i wręcz zdawało się, że takiego owego nie ma, a marmurowe ściany zaś migotały i falowały niczym wzburzone morze. Przed nią stał obsydianowy ołtarz, z szerokim wyżłobieniem przypominającym misę. Na widok pustego ołtarza, mina Eweliny zrzedła i prędko przybrała wyraz pełny rozczarowania.

 

- No to rzeczywiście jesteście w ciemnej rzyci, moi drodzy wieśniacy.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania