Serce Tajgi - 1: Płomienna Północy - Rozdział 5

Eweliną trąciła fala smrodu rozkładających się ciał, niesiona przez wiosenne powietrze. Zakręciło się jej lekko w głowie. Na leśnym trakcie przed nią walały się rozbite wazony, porozrzucane deski skrzyni, liście kapusty, a na samym końcu pasma śmieci, stał pusty wóz. Bez konia i z trzema odzianymi w kolczugi ciałami, rozrzuconymi wokół.

 

- Kruki nawet tego nie chcą jeść? Gdzie się podziały zwierzęta w tym lesie? - Z trudem starała się nie zrażać piekielnym odorem. Lyrka rżała niespokojnie, klucząc między dołami w szlaku. Najemniczka poklepała ją po policzku. - Podzielam twoją postawę. Załatwmy to i wynośmy się stąd.

 

Dotarła do wozu. Smród, kompletnie zabijający świeże leśne powietrzne, stał się nie do zniesienia. Ewelina powstrzymała odruch wymiotny. W jej dłoni zmaterializowała się, błękitnym płomieniem aksamitna biała chustka, obhaftowana wzorkami rumianków. Przyłożyła ją do nosa, by choć trochę odizolować się od zatrutego powietrza, po czym przyklęknęła przy jednym z trupów. Zlustrowała plecy, które były osaczone przez muchy, muszki i osy. Brak jakichkolwiek obrażeń. Kark, chudy, chorobliwie wysuszony, jakby wystawiony na piekące słońce przez parę lat. Po jego bokach walały się sterty martwych mrówek, trawa zaś była kompletnie zwęglona w miejscu gdzie umarł. Ciało nie było przenoszone. Wiedziała, że musi przewrócić ciało na plecy, by dogłębnie je obaczyć. Jednak domyślała się i obawiała tego, co zobaczy. Chwyciła zwłoki za bark i zwinnym, pewnym pociągnięciem, przewróciła je na drugą stronę. Uniosła się gwałtownie, by wzburzone owady jej nie obległy i z obrzydzenia zacisnęła mocno powieki. Dopiero po ich otworzeniu, spostrzegła pełnię makabrycznego widoku. Piersi żołdaka były kompletnie rozerwane, ujawniając zgniłe i wysuszone wnętrze. Żebra wyłamane, ustawione na sztorc, wybijające się ponad ciało nieboszczyka. Pustka w miejscu serca i płuc, podczas, gdy chorobliwie zielona przepona, ociekała oleistą, zieloną cieczą. Twarz, tak samo jak szyja, kompletnie wysuszona, jakby wystawiona na pastwę pustyni przez parę lat. W miejscu oczu, ciemne otchłanie. Na miejscu nosa, dziury otoczone kością czaszki. Rozwarte usta, ukazujące agonię ostatnich chwil żołnierza były pozbawione zębów. Ewelina rozejrzała się i rzeczywiście, to co uznała na pierwszy rzut oka za zwykłe kamyki u stóp martwego, okazały się być jego zębami. Pewnie stracił wszystkie naraz, gdy konał. Coś musiało zostać wepchnięte w głąb jego piersi, co skutkowało nadmierną dehydracją ciała i eksplozją.

 

- No i Lunomanta cholera jego mać. - Kopnęła zirytowana w koło wozu. - Przydałbyś mi się Kasprze. Oj przydałbyś się..

 

Nie miała ochoty podchodzić do reszty ciał. Zwęglona trawa wokół nich wskazywała, że podzielili los kompana. Ewa uniosła dłoń, owinęła się wokół niej lazurowa łuna światła z towarzyszącym wołaniem chórów. Na piersi nieboszczyka, a raczej temu co z niej zostało, pojawiło się niewielkie światełko tego samego koloru. Owady uciekły w popłochu, po czym ze światła zaczęła się rozprzestrzeniać fala błękitnego ognia zostawiająca za sobą falującą taflę lazurowej energii. Fala kierowała się łukiem ku ziemi, tworząc błyskającą iskrami, niebieską kopułę wokół zwłok. W rytm brzęczących na wietrze dzwoneczków ciało zajęło się trawiącym je błękitnym płomieniem. Po krótkiej chwili muzyka ustała. Kopuła znikła, rażące błękitem płomienie rozwiały się, a po ciele został zaledwie rozwiewany popiół. Spłoszone owady wirowały energicznie wokół niej, jakby wynosząc pretensje o pozbawienie ich posiłku. Sfrustrowana ich zachowaniem, Ewelina machnęła leniwie migoczącą ręką, po czym w roju pojawiło się parę blado-niebieskich błysków. Parę much, os i komarów wzdrygnęło się, jakby porażone prądem. Chmura rozproszyła się w popłochu, a Ewelina udała się na oględziny pozostałych zwłok. Następne ciało oparte twarzą o drzewo było wystrojone, wbrew poprzedniej ocenie, w ciężką zbroję płytową, z żółto-niebieskim kaftanem pod spodem, bez herbu ani odznak. Pancerniak? W obozie nie widziała żadnych śladów istnienia jednostki pancernych w barwach Ryznańskich. Dziwne. Na jego plecach znajdowały się cztery wbite bełty o czerwonych pierzyskach oraz dwa niewielkie wgniecenia z dziurami pośrodku. Broń palna. W pogłoskach słyszała tylko o plądrowanych wioskach i mordowanych Ryznańskich patrolach i eskortach, conie były wyposażane nawet w prymitywne arkebuzy. Parsknęła. – No, no. Nawet patronat daliście radę znaleźć. - Szturchnęła butem truchło żołnierza tak, by te przewróciło się na drugą stronę. Podobnie makabryczny widok co u poprzedniego żołdaka. Wyschnięta skóra przy kości, brak zębów, oczu czy nosa. Tylko dziura była w brzuchu pozbawionym śladu narządów wewnętrznych i osmolonymi kawałkami kręgosłupa, walającymi się bez ładu na dnie pustego korpusu. Cuchnął gorzej niż poprzednie zwłoki i nawet aksamitna chusteczka niewiele pomagała w zatrzymaniu odoru. Przebiegła dłonią po sakwach i kieszeniach żołnierza. Absolutnie nic. Wstała i powtórzyła rytuał. Ciało zajęło się płomieniem. Ewa dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że przy ciele nie było ani jednej muszki, osy, komara, w ogóle owadów czy robaków. Westchnęła, czekając cierpliwie, aż rytuał się dopełni. Zerknęła raz jeszcze na wóz. Puste beczki i skrzynie. Deski wozu wygięte w sztorc. Ale jednak coś pominęli, ledwo widoczny sztylet z pozłacaną rękojeścią, wystający spod beczki. Wieźli broń? W trójkę? Ewelina zmrużyła oczy i pokręciła głową. Ciało skończyło się palić, a jedyną pozostałością po nim był pusty, uszkodzony płytowy pancerz, z którego wysypywał się szary pył. - Ktoś wydał na was wyrok, biedni nieszczęśnicy. - Podeszła do ostatniej ofiary. Podchodząc, nie zauważała z początku niczego dziwnego, poza tym, że nogi piechura wydawały się nieproporcjonalnie długie. Szybko jednak domyśliła się, że nogi nie są długie, tylko oderwane od reszty ciała, gdzie długa tunika po prostu zakrywała miejsce rozczłonkowania. Poza tym, żadnej krwi na ciele, wysuszone. Niczym się nie różniło od pozostałych zwłok. Wykonała jaśniejący gest ręką.

 

Podczas kiedy to płomień trawił żołnierza, Ewelina udała się na oględziny już samego wozu. Niczym się nie wyróżniał. Owinięty kozimi skórami, których o dziwo nie zabrano. Ciemne, puste beczki, oplecione metalowymi pierścieniami. Nie mogła się za to dopatrzyć żadnych insygniów, pieczęci ni rycin. Trzy duże skrzynie na tyle wozu miały wyłamane wieko. Zajrzała do środka. Nic. Jedyną materialną poszlaką był sztylet. Ujęła go w dłoni. Usłyszała swym wyczulonym zmysłem, dźwięk strzelającej suchej trawy przebijającej się przez pieśń dzwonków. Machnęła bezceremonialnie dłonią, a kopuła tuż za nią zniknęła zostawiając za sobą połać nadpalonej trawy. Stalowa klinga sztyletu, prosta i ostra, nie charakteryzowała się niczym nadzwyczajnym. Rękojeść natomiast oplatały trzy złote lilie, podpierane na swoim grzbiecie przez wyrytego wokół trzonu orła. Spojrzała na złotą głowicę na której był wyryty okrąg a wewnątrz niego wielka litera „W" oplecione laurami. Oznaczenie prestiżowej zbrojowni „Wolkiewiczi" w Ryznaniu. Nic to nie mówiło Ewelinie, gdyż każdy lepszy arystokrata mógłby sobie taki zamówić. Przez dłoń Eweliny przebiegła mglista łuna niebieskiego światła, a sztylet pochłonęła szafirowa poświata i zamienił się w pył, co delikatnie rozwiał się, niknąc z gracją w powietrzu. Przetarła powoli oczy ze znużenia, po czym skompletowała myśli.

 

„Trzyosobowa eskorta ładunku uzbrojenia jadącego na front. Zdecydowanie nie był przeznaczony dla wojska, za to strażnicy musieli komuś podpaść. Nie domyślili się? Dziwne, może i bez znaczenia. Ale czemu wysłano akurat drogiego w utrzymaniu pancernego? Trzeba rozpytać się Kaspra, kto jest w posiadaniu jednostki pancernej na tych ziemiach. Siedem beczek, pięć skrzyń. Wszystkie prawdopodobnie były wypełnione bronią, może i nawet sam wóz miał parę sztuk pod dechami. Drogocenna, dobrze wykonana broń z zasłużonej zbrojowni, dotrzymująca anonimowości klientów, oraz zaopatrzyła ich w jakieś bezużyteczne sztylety dekoracyjne. Sztylet może być celowo zostawioną zmyłką. Ale te drobne cięcia wewnątrz beczek, musiała tam być dobrej jakości broń. Cholera po co im tyle oręża? Przewrót planują? Aż takie mają jaja? Obóz ich musi być bardzo blisko, bo nawet zatartych śladów po kopytach koni nie widać. A towar musieli zabrać za pierwszym razem. Oczywiście po złości też zatarli po sobie ślady. Brak uszkodzonego naturalnego otoczenia. Profesjonaliści." - Czemu ja wzięłam te zlecenie? - Jęknęła. Naraz zmaterializowała kawałek pergaminu, z zawartą na nim treścią owych myśli i położyła na ławie wozów, by przeczytali go śledzący ją Kruczych Agenci. Słyszała ich od czasu do czasu w dali, gdy łamali gałęzie i stukotali kopytami swoich koni o kamienie. Udawała jednak, że nie wie o ich obecności.

 

Ewelina westchnęła ciężko. Skończyły się jej poszlaki, które same doprowadziłyby ją do obozu. Przez jej plecy przebiegł nieprzyjemny dreszcz na myśl, że została jej tylko jedna możliwość, oprócz błąkania się bez celu po lesie. Przymknęła oczy. Rozluźniła swe ciało. Oddychała równymi, płytkimi wdechami i wydechami. Sięgnęła słuchem w głąb siebie. Słyszała głuche, rytmiczne bicie swego serca, ciche mięsiste rozkurcze i skurcze płuc. Cichy szum przepływającej leniwie krwi w jej żyłach. Włączyła w to również swój węch. Czuła nieprzyjemny węch trawionego jedzenia i bakterii w jelitach. Po krótkiej chwili, wyszła ze swego ciała. Żyły i tętnice policzkowe oraz szyjne rozjarzyły się bladym szmaragdowym światłem. Została natychmiastowo zbombardowana gamą wszelakich zapachów i dźwięków. Czuła delikatny zapach suchych desek. Orzeźwiające wyrastające pęczki trawy. Słyszała tupanie i skrzypienie chitynowego pancerza pająka osiadłego na kole wozu, dalekie melodyjne śpiewy jaskółek dochodzące z głębi lasu. A wśród tego hałasu, daleki, ledwo słyszalny czysty, pulsujący szum i towarzyszący jemu charakterystyczny, łagodzący metaliczny zapach, ignorowała to. Sięgnęła dalej. Zaczęła kojarzyć kierunki, z któryc to dochodziły ją dźwięki i zapachy. Czuła mokrawe owoce jemioły rosnącej paręnaście kroków za nią oraz ćwierkot wróbla na niej osiadłego. Po jej prawej unosiła się podgrzewana wiosennym słońcem woń przydrożnych maków polnych. Przed nią usłyszała nieprzyjemne żucie i gruchot truchła pasikonika pod szczękami modliszki. Sięgnęła dalej. Blask z jej naczyń krwionośnych przybierał na intensywności i przeniósł się na resztę większych tętnic i żył ciała. Spod jej paznokci wydobywały się strugi niebieskich promieni. Wnętrze jej ust również wypełniło się bladym światłem, a temu wszystkiemu towarzyszył nasilający się śpiew chórów anielskich. Daleko w oddali usłyszała tupot jelenia przeżuwającego coś suchego oraz nieprzyjemny odór jego sierści. Usłyszała metaliczne szczękanie nóżek przechodzącego żuka. Objęła swymi zmysłami ogromny już obszar, ale tysiące dźwięków i zapachów nie układały się w bezładną kakofonię woni i hałasów. Były harmonijne, ułożone w swoich miejscach, z czego Ewelina mogła pojedynczo wybierać i doświadczać, a jednocześnie czuć i słyszeć delikatną nutę wszystkiego wokół. Ale wśród tego wszystkiego, dalej największą uwagę starał się wciąż zawłaszczyć, nasilający dźwięk łagodnie pulsującego szumu, do którego dołączyła również delikatna, ledwo słyszalna anielska aria, oraz relaksujący zapach ozonu i nagrzanego kowadła. Z rosnącym trudem jednak opierała się, owemu natrętowi i sięgnęła dalej. Wokół niej zaczęły pojawiać się lazurowe, przezroczyste wstęgi z jaśniejącą gamą wszelakich run, powoli wirujące i falujące w powietrzu. Usłyszała trzaski gałęzi wysoko w koronach dębu, oraz ciężko dyszących na niej trzech istot. Zapach błota, ogrzewanych skórzanych ubrań. Leciutka nuta rozmarynu zmieszanego z potem tam, gdzie powinna być ich głowa wskazywała na elfów. Zapach mokrych kruczych piór. Rozmawiali... W akcencie pyryjskim. Szpiedzy Kruka. Daleko za nią, zjadliwe kopanie w ziemi oraz towarzyszące temu chrumkanie. Dzik. Mimo nasilającego się hałasu szumu sięgnęła dalej. Orzeźwiający zapach igieł cisu, przegryzanych na pół przez kolonię mrówek, klekotanie latających daleko w przestworzach bocianów. Lekko wyczuwalny, metaliczny zapach zmieszany z podłożem. Zaschła krew? Skoncentrowała swój zmysł na tym zapachu i wniknęła głęboko w jego źródło. Sążeń na wprost, głęboki zapach krwi wdarł się do jej nozdrzy, a wśród niej odstające od reszty drobinki innego ostrego zapachu. Rozmaryn. Krew Elfów. Stara, może przelana tydzień temu? Walczyli? Nie. Zdecydowanie jest jej za mało. Ktoś się skaleczył, może? Do jej nosa doszły kolejne nuty tego samego zapachu, oddzielone od poprzednich przynajmniej dwoma łokciami. Znalazła trop, uniosła się na duchu i to wystarczyło, by na chwilę stracić czujność i w następstwie panowanie nad sobą. Hałas natarczywego szumu, wypchnął z jej przestrzeni wszelkie inne odczucia otaczającego ją świata. Było tylko wyniosłe doznanie dalekiego, niedostępnego piękna. Wołało ją. Wszelkie troski materialnego świata odleciały. Każdy jej mięsień, każda tętnica oddały się leniwemu, kojącemu duszę letargowi, czym obdarowywał ciało ten natrętny, ale tak pożądany przez nią dźwięk. Szum się nasilał, a ledwo słyszalna towarzysząca nuta przeistoczyła się w pobudzającą umysł, zawodzącą arię, wypełnioną niebiańską esencją. Po policzkach rozchodziło się łagodne łuskanie przyjemnego ciepła niby to ogniska, a w jej nozdrza wdarł się krzepiący ducha zapach ozonu. Muzyka obejmowała ją tęsknie, wołając ją jakby do dawno utraconego domu.

 

Ewelina na tę myśl wyrwała się gwałtownie z uroku, powracając do rzeczywistego świata. Przywitał ją głośny huk łamiących desek rozbijającego się o ziemię wozu oraz otaczające ją szafirowe wstęgi w powietrzu, gwałtownie rozpraszające się w nicość. Impulsywnie westchnęła ze szlochem i wytarła pojedynczą łzę spływającą po policzku. Spoglądnęła poważnie w głąb lasu. Zmrużyła oczy i wyrecytowała:

 

- Światyborze mój kochany, łaską i drogą wolną od trwogi obdarz mnie, gdy będę przemierzać po królestwie twoim. Nie mogę dziś wykarmić sobą twych sług dębianych. - Po czym ruszyła za śladem krwi.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania