Serce Tajgi - 2: Kwestia Starców - Rozdział 3

III

 

Rzekomy upiór zdawał się unikać starcia. Strach, bądź kpina i gra. Co do drugiego miała wątpliwości, biorąc pod uwagę, że upiorom z reguły książkowej brakowało umiejętności przejawiania zaawansowanych emocji, bądź myśli. Dalej jednak nie skreślała możliwości nawiedzenia przez demona, bądź czego innego. Nie udawało jej się zbliżyć do owej istoty. Za każdym razem zdawała się oddalać, zapadając w poniższe piętra, bądź ściany. Zaczęło docierać do jej myśli, że jednak niepotrzebnie dała popis swoich umiejętności. Zadziałało to na tyle dobrze, że istota nie tylko straciła chęć konfliktu z Płomienną, ale też jakąkolwiek chęć „kontaktu". Irytacja zaczynała się pogłębiać. Nie do końca wiedziała co robić. Przyszło jej do głowy, że choćby i zwłok wieśniaków mogłaby poszukać, ale tych nigdzie nie mogła znaleźć. Żadnego śladu. Może je pożarł? Pozostało jej tylko bezcelowe zwiedzanie iglicy, w oczekiwaniu na cokolwiek. Jakakolwiek okazja by zbliżyć się do istoty.

 

Wlokła się ascetycznym, marmurowym korytarzem, mijając dryfujące w powietrzu, mieniące się srebrem, kinetechniczne rzeźby i wypalone lampy neonitowe. Szeptała do siebie, głosem monotonnym, jakby recytowała pisany przez siebie list. -... Urwą ci za to łeb kochana. Dobrze o tym wiesz. Gonisz plotkę jakiegoś wariata, co nawdychał się zbyt wiele mgły i zamierzasz podpaść kretynom z zakonu. Szukaj swoich informacji u Wodników. I tak muszę podwajać łapówki, od kiedy wielki świr Parhum dostał się do rady Trybunalskiej. Nie podpadaj zakonowi, proszę cię. Czyszczę Iglicę Nieboidalną gdzieś w lasach Północnego Konden. Udam się na Północ, Szpicowąs pisał, że znalazł dobrą robotę w Iwaniu. Znajdź mnie, bo się wytęskniłam. Wyczuwam, że oddalasz się od naszej ukochanej Męczenniczki. Wiem, że trudno dzisiaj wierzyć w bogów, ale proszę, udzielaj jej swej łaski , chociaż ze względu na mnie. Ty potrafisz wytrwać, a mi jest coraz z tym trudniej, a ktoś musi przy niej zostać, gdybym ja przepadła. - Skończyła. Przez oczy przemknęła fala niebieskiego płomienia. Wiadomość została wysłana. Westchnęła ciężko i oparła dłonie o biodra. Stała tak, beznamiętnie wpatrując szklistymi oczyma w korytarz rozwidlający się przed nią. Ruszyła prawą, prowadzącą w dół odnogą.

 

Spostrzegła, że znajduje się już na poziomie podziemnym, gdyż wykonanie korytarza uległo znacznej zmianie. Tanie, drewniane i spróchniałe ściany, mnóstwo niewielkich komnat, posiadających pojedyncze meble, korytarze wychodzące poza budowlane granice na powierzchni, zamiast w ku środkowi wieży. Brak jakichkolwiek drogocennych rzeźb kinetechnicznych i fresków. Poziom iglicy, gdzie znajdowały się komnaty służby, magazyny, więzienia. Wszystko co taki arystokrata nie miałby ochoty na co dzień widywać.

 

Ewelina szybko została przekonana o słuszności wyboru drogi, gdyż nagle usłyszała znajomy wicher i odgłosy ostrożnych, nagich stóp, drepczących po drewnianej posadzce." Czyli jesteś jako tako materialny. No ciekawe.". Dźwięk zbliżał się i sprawiało wrażenie, jakby istota znajdowała się tuż za drewnianą ścianą. Towarzyszyła jej. Płomienną zdecydowanie to zaskoczyło, lecz zachowała pozorną nieświadomość. Szli obok siebie jakiś czas. Ewelina zauważyła doskonałą okazję do zbliżenia się do ściany. Podest z marmurowym wizerunkiem chorobliwie chudego skrzata. Widok ten był na tyle niecodzienny, że umożliwił Makowłosej podejście i udanie zainteresowania owym wybrykiem bez wzbudzania podejrzeń. Brak rozwiniętych mięśni, cienka skóra kryjąca pod sobą kości. Pomyślałaby, że człowiek, gdyby nie charakterystyczna dla skrzatów niebiańskich kwadratowa twarz i zwisająca z niej broda przypominająca paznokcia. No i oczywiście kozie różki. Skrzaty nawet wygłodzone, nie mogły osiągnąć takiej sylwetki, gdyż nigdy nie traciły swej masy mięśniowej, bądź grubości skóry u kobiet, gdzie zależnie od płci, mięśnie u mężczyzn, grubość skóry u kobiet, nigdy nie przestawały rozrastać dopóki otrzymywały swe substancje odżywcze. Ten skrzat natomiast wyglądał na starego, więc powinien przypominać zwalistą górę mięśni. Sugerowali się sylwetką zagłodzonych ludzi?

 

Ruszyła dalej, trzymając bardzo blisko ściany. Słyszała istotę dokładnie i mogła określić parę jej poszczególnych cech. Nacisk stóp na posadzkę za ścianą niewielki, toteż niewielka waga. Podmuchy eterycznego powietrza stały się wyraźne, pozwalając najemniczce zlokalizować źródło dźwięków identyfikując domniemany wzrost około pięciu stóp. Nie oddychało. Czasem się schylało, co świadczyło, że posiada jeszcze instynkty unikania przeszkód. Kątem oka udało się Ewelinie podpatrzeć szparę w ścianie, pozwalając przyjrzeć istocie na sekundę. Przyuważyła przezroczystą, bladą i sękatą szyję. Humanoidalne. Szli koło siebie jeszcze przez chwilę, gdy nagle Ewelina uderzyła jarzącą się dłonią w próchno ściany, roztrzaskując ją w eksplozji trocin i odłamków drewna, chwyciła Upiora i szarpnęła nim błyskawicznie do siebie. Z towarzyszącym temu wybuchowi wiórów oraz panicznym, upiornym krzykiem, ze ściany wyleciała, ciągnięta za rękę na wpół przezroczysta sylwetka dziewczyny ubrana w długą, podartą, białą, suknię i z wiankiem na głowie. Ewelina na wskutek zaskoczenia puściła widmo, które z zaskakująco materialnym huknięciem opadło na drewnianą posadzkę.

 

- Nie krz... Nie krzywdź! - Pisnęła dziewczyna cienkim, eterycznym głosikiem, doniośle przy tym kaszląc. Twarz mimo trupo-bladej cery, zapadniętych, poszarpanych policzków, prześwitujących przez wargi zębów i ciemnych niczym węgiel oczów, zdawała się zachować kształt i urok nie do końca dojrzałej, młodej dziewczyny. Może z szesnaście wiosen. Rumiankowy wianek osadzony na długich, rzadkich włosach koloru słomy, promieniał bladym, słonecznym światłem. Poszarpaną. śnieżną suknię ducha charakteryzowała obfita plama zaschłej krwi na długości całego, chudego torsu. Natomiast wokół samej postaci istoty krążyły dziesiątki miniaturowych świetlisto-przezroczystych skowronków wielkości pyłku.

 

- Tyś żaden upiór. - Wycedziła kompletnie zdumiona Płomienna. - Żaden upiór tylko Demon. Południca!

 

- A żebyś wiedziała, że Południca. – Jęknął płaczliwym tonem demon. Powstając niezgrabnie z podłogi, otrzepując się z kurzu..

 

- Co do... Co ty do cholery robisz w tej wieży? - Niemal z klaśnięciem położyła dłoń na czole, powoli je rozmasowując. Na jej twarzy zaczynał się tlić zdumiony uśmiech.

 

- Żyję tu! Co, nie wolno mi!? Żyję tu, odkąd pamiętam! To powód by mnie przez ściany ciągnąć?! - Kaszlnęła. Ewelina zachichotała cicho.

 

- Nie trzeba było robić takich podchodów.- Odetchnęła. - Sławy śmierć, jak ja dawno żadnej z was nie widziałam.

 

- Że co? - Powiedziała lekko zbulwersowanym tonem, unosząc się lekko nad podłogą. Powietrze szumiało wokół niej złowrogim świstem.

 

- Czemuś kochanie nie na polu? Chłopów nie bronisz przed udarami? - Pogodnie kontynuowała, niezrażona upiornym wiatrem, Ewelina.

 

- Nie... Ja, nie pamiętam... Czego tu szukasz?! Gdzie są Panowie?! - Wydała z siebie upiorny warkot.

 

- Cóż, lokalne chłopstwo kazało wypędzić to, co mordnęło im paru współplemieńców. Ale na razie chcę korzystać z okazji i pogadać sobie z jedną z was. Co do „Panów" to prawdopodobnie chodzi ci o tutejszych skrzatów, na co ci po prostu nie potrafię odpowiedzieć.

 

- Ja... Zabiłam kogoś? Nie... Pamiętam. - Dłonie zaczęły jej drżeć. - Pamiętam... Obudziłam się. Ciemno. Nigdzie nie było panów. Nikt nie przeżył. Ktoś wtargnął do naszej wieży...

 

- Uspokój się. - Ewelina chwyciła jej nieprzyjemnie zimną dłoń. Południca spojrzała jej prosto w oczy. - Opowiesz mi powolutku, po kolei. Nie zamierzam cię zabijać, ni przeganiać, ni w ogóle robić krzywdy. Pal licho czy to byłaś ty. Obiecuję ci, ale muszę się dowiedzieć, co tu się stało, dobrze? - Puściła oko w szczerym uśmiechu. Południca gapiła się na nią kompletnie zdezorientowana. - Widziałaś jakieś ciała?

 

- T-trzy, leżały na podłodze, patrzyły pustymi śliepiątkami. Wy-wyglądały brzydko, więc pomyślałam, że i Panom byłoby smutno gdyby wrócili i je znaleźli, więc zaniosłam je do schowka, by spalić, ale zaniosłam i znowu ciemno...

 

- Zaprowadzisz mnie do nich? - Zapytała cierpliwie Ewelina.

 

- T-tak. Trzeba je spalić, zanim Panowie wrócą. Pomóż mi! Tędy, tędy! - Zarzuciła całym swoim ciałem w powietrzu i pofrunęła na przełaj korytarza. Zaglądnęła za Eweliną, która ku jej niezrozumieniu stała w miejscu z rękoma założonymi z plecami. - Nie idziesz?

 

- Nie musimy się spieszyć. Mamy sporo czasu. - Południca chciała coś powiedzieć, ale Ewelina podłapała i kontynuowała. - Nie sądzę również, by „Panowie" dzisiaj się pojawili, więc i ty się nie musisz spieszyć.

 

- Aa. Aha. - Dygnęła głową na znak zrozumienia. - Zapomniałam, że mnie widzisz. Fajnie.- Na wysuszonej twarzy demonicy wypłynął ledwo widoczny uśmieszek. Po chwili znów sobą rzuciła i poleciała w stronę Eweliny, kręcą spirale wokół niej, aż w końcu stanęła tuż obok Płomiennej. - Nie wiem, co się ze mną dzieje. Tam.- Wskazała ręką wzdłuż korytarza.

 

- No. Już o wiele lepiej. - Parsknęła ciepłym śmiechem Ewelina. - No. To zaczynamy. Jak cię zwą kochana?

 

- Zwali mnie Palynrą Gwanią chyba? Tak, to było moje imię... Dawno nikt nie pytał.

 

- Aaa, obywatelka dawnej Satrapii Pelomskiej. Miłe spotkanie. Mnie zwą Ewelina Harquin. Bądź Ewa, jakbyś chciała.

 

- Ewelina? Że co to niby za imię ma być? Po co krzyżować mewę i linę, jeszcze by zabrać mewie M? Mewę ktoś chciał upokorzyć? I po co lina? Z Mewami na spacer się przecież nie chodzi.

 

- Co? - Ewelina zaśmiała się z zakłopotaniem. - Nie, nie. Skądże. Ojciec swego czasu interesował się legendami starych ludów i sklecił te imię z pradawnego języka.

 

- A jakie mają być te słowa?

 

- Nadzieja, słońce i gwiazdy. Konkretnych słów języka nie pamiętam, ale utrwaliły swe znaczenie.

 

- Pasuje. - Uśmiechnął się demon. - Tak ładnie twe ciało śpiewa. Tak miło być blisko. Moje... Ja nie wiem, co moje ma znaczyć. Może znasz znaczenie mojego imienia?

 

- Niestety, nie za bardzo. Coś o jabłoni i życiu. Jakoś nigdy nie przyszło mi studiowanie języków Namanckich, wybacz.

 

- Ojej. Cóż pewnie i tak nic nie znaczy, skoro nikt, nigdy nie opowiedział mi jakie jest jego znaczenie.

 

- Co robisz w Iglicy, zamiast biegać po polach?

 

Demonica zafrasowała się. Milczała przez chwilę, po czym odpowiedziała.

 

- Zawsze tu mieszkałam z Panami... Chyba – Myślała przez chwilę. - Pamiętam... Papcio chciał, bym wyszła za Poma, to się zgodziłam, bo lubiłam Poma. Ah, Pom. Jaki słodziak. Szliśmy polami i głośno krzyczeliśmy. Nie wiem po co. Przecież byliśmy sami. Ah, nie rozumiałam Poma. A potem się przewróciłam i uderzyłam o kamień. A może to Pom mnie przewrócił? Albo to nie był kamień? Nie pamiętam... Wszędzie mgła w głowie. Potem krążyłam po polach. Ale pola były straszne. Strzygi, Licha, Głagołaki. Potem był pięęękny rycerz w pięknej srebrnej zbroi i skrzydłach jak u gołębia. Ale taki niski jakiś. Nie widział mnie, a ja poleciałam za nim, bo chyba mi się podobał. Trafiłam tu i zamieszkałam z panami. Tu nie ma Strzyg, Lich ani Głagołaków. Tylko panowie. Ale oni mnie nie widzieli, a ja jakoś nie mogłam wyjść nigdy.

 

- Jesteś tu uwięziona?

 

- Nie wiem. Ściany jakieś takie parzące i bolące były, a tu miło było też, więc zostałam.

 

- Może jest tu jakaś osłona magiczna.

 

- Zapytałabym się panów, ale oni mnie nie widzieli. - Zasmuciła się

 

- W końcu objawiasz nam się tylko w słońcu.

 

- Ale ty mnie teraz widzisz. Ukradłaś otaczające cię światło i muzykę słońcu?

 

- Nie ukradłam i widzę cię, bo mogę. Jestem magiczna i moje ślepia widzą magiczne byty, takie jak ty. Zresztą, uaktywniłaś się, teraz każdy może ciebie zobaczyć.

 

- Aaaaaaa, miło. Panowie nie byli magiczni?

 

- Byli Nieboidami tak? Skrzydlatymi skrzatami?

 

- Ta.

 

- To nie byli magiczni.

 

- Ale potrafiły latać, przecież tylko ptaki latają.

 

- Są też nietoperze i robaki. I choć mogę się wyłącznie domyślać, jak mogli się unieść i szybować swoimi grubymi cielskami, to jednak nie były to istoty magiczne.

 

- A szkoda. - Spochmurniał demon.

 

Znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu będącym częścią przemierzanego korytarza. Środek komnaty pokrywał kwadratowy podest wykonany z granitu. Widniały na nim freski z wizerunkami sylwetek wychudłych mężczyzn, tym razem ludzi, klęczących i błagających przed odzianym w szatę i potworną maskę przypominającą upiornego gołębia, skrzatem. Przy bocznych ścianach wisiało w powietrzu osiem, symetrycznie rozłożonych, marmurowych kolumn, z kryształowymi kulami umocowanymi zarówno na dolnym jak i górnym wierzchołku.

 

- Cela kinetechniczna? - Zmieniła temat Ewelina. - Zeszliśmy do lochów?

 

- O. Mówisz o filarach? Kazano tu wisieć niegrzecznym sługom. Nie wiem czemu ich nikt nie karmił, ani wody dawał, więc musiałam to robić sama. I to nie są nasze kwatery, nie wiem, o co ci chodzi. - Mina Eweliny skwaśniała, ale machnęła lekceważąco ręką.

 

Południca rozmyślała. - Czemu wcześniej powiedziałaś „dawnej Satrapii Pelomskiej". Już jej nie ma? Nazwę Zmienili?

 

- Rozpadła się. Dawno. Potem Elfy podbiły i zniewoliły to, co ostało i starało się odbudować.

 

- Elfy? Co to są Elfy?

 

- Światło Światoboga, dawnoś się zamieniła.

 

- Nie pamiętam.- Nadąsała się Południca.

 

- Cóż, w każdym razie Elfy, to lud powstały na wskutek czarów dawnego, złego czarodzieja, który w swej żądzy zdobycia wielkiej mocy, zniewolił grupę wiernych mu ludzi i dzięki okrutnym czarom i torturom, wykreował z nich stworzenia, silniejsze, bystrzejsze i ładniejsze od normalnego ludzia... Z wyjątkiem kobiet, za co można dziękować wiecznie zazdrosnej żonie Czarodzieja. Tylko po to, by ich oczarować zaklęciem, by kierujący ich rękoma Czarodziej mógł się dopuszczać niewymawialnych okropieństw.

 

- O, co się z nimi stało? - Demon wpatrywał się swoimi pustymi oczodołami, z oczekiwaniem.

 

- Czarodziej pewnego dnia zmarł. Czar puścił, a Elfy postanowiły, że będą od tamtego dnia nienawidzić ludzi. Minęły setki lat, mieszały się z nami, przejmowały, budowały swą siłę, aż w końcu... - Ton Eweliny objęło rozgoryczenie. - W końcu się wspólnie zgromadziły, poszły na wojnę i wybiły większość z nas. Po dwustu latach zdecydowali się poprawić swój wynik i wyrżnąć lub zniewolić to, co zostało.

 

- J-jak to? Nie ma już ludzi? - Rozdziawiła lekko usta.

 

- Mhm. Nie ma.

 

- Ale ty jesteś. Jesteś człowiekiem tak?

 

- Jestem. Jedyna od paruset lat! - Krzyknęła z udanym rozweseleniem.

 

- Ojej. Dlatego twe uszy tak iskrzą? Musisz się ukrywać. - Bardziej stwierdziła niż zapytała.

 

- Nie, nie muszę... - Zaśmiała się szczerze. - Po prostu wygodniej jest tak wyglądać. Nie rozmawiajmy na razie o tym. Poprowadź mnie do tych ciał.

 

- Dobrze...

 

Dotarli w końcu do skrzyżowania czterech korytarzy. Po środku znajdowało się pomieszczenie z klatką schodową wiodącą jednocześnie na górne i dolne poziomy Iglicy. Południca zakołysała się w powietrzu.

 

- Za schodami. - Naprowadziła podekscytowana. Po drugiej stronie, rzeczywiście znajdowały się zastawione niewielką, wystawną hebanową komodą, drzwi.

 

- To tam! - Pokazała dłonią Południca.

 

- Po co ta komoda? - Ewelina spojrzała podejrzliwie na Palynrę. Ta zachichotała.

 

- Przecież, jakby co, to nie można im pozwolić od tak chodzić po wieży panów. Panowie by się wściekli! Taka stara, a nierozważna.

 

Płomienna prychnęła, po czym stanęła obok komody i potężnym kopnięciem odepchnęła ją od drzwi. Ta pokoziołkowała i rozbiła się w drzazgi o ścianę.

 

- Ale to przecież komoda Panów! Ojejej bardzo się zdenerwują. Tak nie można!

 

- Coś mi się wydaję, że za bardzo nie potrzebują już tego mebla. - Makowłosa otrzepała buta z kurzu i otworzyła schowek. Uderzyła ją fala smrodu rozkładających się zwłok, poczuła jak obok stóp przebiegają szczury. Ujrzała trzy leżące jedno na drugim wysuszone do kości trupy. Ciała były poszarpane, brakowało im palców, włosów, a nawet ubrań

 

- Kiedy ty to zamierzałaś skremować? - Skrzywiła się z odrazą Ewelina.

 

- Jakiś czas temu... Ale nie pamiętałam.

 

- Zdecydowanie wyglądają jak po spotkaniu z pustynią.

 

- Nie zabiłam ich. Przysięgam, ja ich nie pamiętam! Nie wiem, już sama nie wiem. Co się mi stało? - Demon łkał.

 

- Nie płacz. Mówiłam, że nie zrobię ci krzywdy. Dowiemy się, co się stało, a potem postaramy sobie pomóc, dobrze?

 

- Ale... Co jeśli ich zabiłam. Przecież trzeba będzie mnie ukarać. - Ewelina zamknęła drzwi z widoczną ulgą na twarzy.

 

- Niczego nie przesądzaj, ani się nie martw. Byłaś tu, kiedy otworzono iglicę parę tygodni temu?

 

- Ja... Pamiętam. Wtedy się obudziłam. - Przez twarz południcy przeszedł cień lęku.

 

- No to mi opowiesz, ale najpierw trzeba coś z tym zrobić. Jesteśmy w piwnicy. Panowie trzymali tu gdzieś ohmodron?

 

- Znaczy... - Zawahała się. - Znaczy latająca taczka? - Ewelina skinęła głową. - Tak, tak. Pokój obok. O tu! - Zerwawszy się, wleciała pośpieszne przez drzwi w prawej odnodze skrzyżowania. Ewelina pokręciła głową, po czym ruszyła za demonicą. Znalazła się w skromnym składzie wypełnionym cudacznymi narzędziami, większość była nietypowych kształtów oraz niewiadomych na pierwszy rzut oka funkcji. Rozpoznała tylko niektóre. Piktografy, modularny zestaw niewielkich srebrzanach drutów, co można było przestawiać w określone kształty karłoludzkich liter, by pod wpływem temperatury wybić nimi jakieś słowo, czy kopaty, drągi wokół których z wielką prędkością obracały się cztery trójkątne płyty metalu. Pośrodku kanciapy stała średnich rozmiarów, srebrna, prostokątna wanna z wystającymi z tyłu drągami i szerokim, czarnym niczym węgiel pasem okrążającym wannę.

 

- O, tu jest! - Podekscytowana południca wskazywała szponiastym palcem wannę.

 

- Widzę. Jak z energią? Uniesie się?

 

- Chyba tak.. Woziłam nim tych nieszczęsnych.

 

- Kopał?

 

- Hm... Tak, jakbym na wściekłym koniu jeździła... Chyba.

 

- Chyba?

 

- Nigdy nie ujeżdżałam konia. Tylko żubrze cielaki. - Odpowiedziała zasmucona.

 

- Ciekawe, czy Lyrka dałaby się tobie ujechać. W każdym razie nie uniesie się. - Westchnęła z rozczarowaniem Ewelina, kierując wzrokiem ku regałom. - Może mają... A jest. - Chwyciła z półki czarny, metaliczny cylinder. Obróciła go w palcach, po czym nim potrząsnęła. Gwizdnęła z aprobatą. - Ponad pięćset lat, a magmatyt jeszcze się nie spiaszczył. Ja mam problem z zachowaniem jego formy przez miesiąc.- Podeszła do drągów ohmodronu, na których to końcówkach znajdowały się te same cylindry. Kątem oka przyuważyła wpatrującą się jej w skupieniu Południcę, śledzącą każdy ruch dłoni Eweliny, jakby usiłowała zapamiętać każdy etap owej procedury. Trzema pewnymi ruchami odkręciła oba cylindry. Nimi również potrząsnęła, z jednego z nich wydobyły się dźwięki pojedynczych kamyków bijących w ścianki cylindra. Druga zaś była pełna szumiącego wewnątrz piachu, sygnalizując zużycie. Odrzuciła zużyty cylinder na bok, po czym wkręciła pozostałe z powrotem do taczki. Okręciła jeszcze raz cylindrami z satysfakcjonującym kliknięciem zatrzasku. Wnet krawędzie czarnego pasa rozjarzyły złotym światłem, a taczka uniosła się w powietrzu z krystalicznym dźwiękiem szumu.

 

- Zamierzasz ich spalić? - Zapytała zmieszana demonica.

 

- Ależ gdzie, wieśniakom trzeba ich oddać. Wywiozę przed wejście i niech chowają. - Chwyciła leżącą obok skórzaną płachtę i wepchnęła ją do wózka. - Przy okazji, zobaczymy ilu z nich zdążyło się już zgromadzić. - Wyszła z taczką na korytarz.

 

- Po co ci to wie...

 

- Im więcej kłapiących głosów, tym większa szansa na to, że ktoś będzie podżegał i namawiał masę do głupich pomysłów. Chociażby wejście do wieży pod pretekstem, że ma się własny plan na uniknięcie potwora, znalezienie ciał lub wsadzenie wideł w mą rzyć. Wywożąc zwłoki, przynajmniej można się pozbyć zdesperowanych krewnych. Dla reszty można wystawić pewną scenkę.

 

- Taką aktorską? - Podekscytowana południca wyfrunęła z pomieszczenia.

 

- Taaaaak. Taką aktorską. W której ty odegrasz główną rolę, rzecz jasna

 

- Ojej Ojej Ojej! Zawsze marzyłam...

 

- Nie ekscytuj się tak, braw i widzów nie będzie, za to pełno westchnień i krzyków strasznych.

 

- Ale, ale... – Piskała z podekscytowania. - Będzie to praktyka! Ćwiczenie, początek wielkiej nauki, początek kariery. Świadkowie nieważni, bo w przyszłości będą skandować imię Wielkiej Palynry „Południcy złotych pól".

 

- Białych wież. - Poprawiła Ewelina, szczerząc się w udzielającym jej przyjaznym uśmiechu.

 

- Południce żyją na polach. - Parsknęła oburzona demonica.

 

- To trzeba było żyć na tych polach. Może wymyślimy dla ciebie nową nazwę? „Wieżowica" typ południcy, który z jakiegoś powodu zdecydował się zamieszkać w nieboidzkiej iglicy. - Tamta pokazała Ewelinie język. Stanęły przed drzwiami komórki. Oczy Płomiennej rozjarzyły się wątłymi lazurowymi ognikami, a przed drzwiami wyrosło pole, na wpół przezroczystej błękitnej śpiewającej chórami energii. Otworzyła drzwi. Pole falowało nieruchome w miejscu, podczas gdy odrzwia przeniknęły przez nie bez większego oporu. Działało, gdyż tym razem okropny trupi smród, nie uderzył falą w nozdrza najemniczki. Pole zaczęło się przemieszczać i kurczyć w głąb komórki, aż obejmowało wyłącznie ułożone jedne na drugiej wysuszone mumie.

 

- Dziwna ta twoja magia. - Stwierdziła zakłopotana południca. - Przy magii panów nic nie słychać, a u ciebie piękne dzwoneczki i szumy, i śpiewy, jak zresztą w ogóle w twojej obecności. Czemu tak jest?

 

- A ja wiem. - Odpowiedziała obojętnie, bezceremonialnie wrzucając na wózek jedną z mumii. - Naszła mnie boleśnie, gdy byłam dzieckiem. Parędziesiąt lat ją badałam i w skrócie nic się o niej nie dowiedziałam więc zostało mi się tylko poddać i mieć to w rzyci. - Przerzuciła drugiego trupa. - Niemal każdemu klątwokracie pękała żyłka, gdy się o tym dowiadywał. „Przecież ta wiedza może okazać się brakującym ogniwem zrozumienia magii mistycznej. Daj mi parę lat z tobą na stole operacyjnym, a poznam to, czego twój ograniczony umysł nie jest w stanie pojąć!" - Przedrzeźniając, ułożyła ostatnie ciało, okrywając taczkę wcześniej zabraną płachtą. Południca zaśmiała się. - W sumie kłamię lekko. Wiem czym jest, my to po prostu nazywaliśmy „Muzyką" w moich czasach, ale kiedy to inni leczyli i odprawiali cuda...- Spochmurniała. – Cóż, to co ja mam, nie służy do leczenia i odprawiana cudów. Ale mniejsza o to. Schody te na wyższe piętro?

 

- Nie, te do komina, czy coś. Na górę są inne. W prawo, a może na wpro... Nie. Prawo, a potem rozłoga w lewo. Ale, twe uszy, one się błyszczą i mrowią, jak magia panów. To nie jest ta sama magia prawdaż?

 

- A znam to i owo z kinetyki. Wystarczająco, by rozedrgać powietrze. Rzucającej rozjarzonymi do czerwoności głazami raczej mnie nie zobaczysz. - Ujęła taczkę i ruszyły.

 

- A... A ziemiotwórstwo?

 

- Geomancja? Sama zapomniałam jak to nazywaliśmy. Tyle czasu... Twoi panowie posługiwali się geomancją?

 

- Pani domowa, czasami tworzyła takie figurki z drewna.

 

- Gruba? - Zapytała z łobuzerskim uśmiechem Płomienna.

 

- Jak słoń!

 

- Wiesz co to słoń?

 

- Pan domu powiesił kiedyś naprzeciw łoża portret słonia, by pani mogła go widzieć jak co dnia się budziła. Czasami pan mówił. „Na widzieks kochanas. Patrzem czasem na to i tęsknia, gdyś było żer taka chuda.". Pani w końcu się odegrała i wywiesiła tuż obok portret goryla.

 

- Urocza parka.

 

- Śmieszni byli. Dniami potrafili rzucać się krzesłami ze złością, tylko po to, by szeptać obrzydliwości słodkie na wieczór. Syn za to był zły. Nie pozwalał innym być śmiesznymi. - Udała dramatyczne westchnienie. - To umiesz tę Gao...Geomację?

 

Ewelina wyciągnęła rękę do przodu, po czym wykonała niewielki gest dłonią drugiej ręki. Na przedramieniu zaczęły znikąd materializować się tysiące niewielkich drobinek, zielonej materii, które rosły, łącząc ze sobą, aż w końcu przybrały formę zwykłego, zielonego liścia dębu. Płomienna drgnęła, lekko palcem wskazując na liść, a ten jak na żądanie, z początku zmienił barwę na ceglaną, by potem stwardnieć, zamieniając się w niewielką cegiełkę w kształcie liścia dębu. Znów drgnęła palcem, liść tym razem przemienił się w wodo-podobną ciecz i spłynął na podłogę.

 

- Jaaaacie. - Zawołała południca z szeroko rozwartymi oczyma. - Pani tylko głupie posążki potrafiła robić.

 

- Piękne nieprawdaż? - Zaśmiała się radośnie Ewelina. - I tak to, co ja potrafię, jest amatorszczyzną w porównaniu do tego, co wyprawiają z tym Rusałki. Elfy zaś...

 

- Znasz Rusałki?! - Przerwała jej podekscytowanym krzykiem demonica.

 

- Które Rusałki? - Chciała się upewnić Ewelina, ciągle chcąca określić rok wcześniejszego życia południcy.

 

- No Rusałki, te z Jezioroboru.

 

- Czyli nie wymarłe demony, a rasa stworzona przez Sabrinę Hunajadzką. Pamiętasz Rusałki, ale Elfy już nie?

 

- Nie. - Odparła. Ewelina mogłaby przysiąc, iż gdyby była w ludzkiej formie, ta rumieniłaby się od wstydu.

 

- Wiedza z moich ksiąg rzeczywiście mglista, ale wydaje mi się, że Elfy zostały zrodzone przed Rusałkami. Cóż, znam je od zasiania mojej pamięci. Jedna nawet była przy moim wyjściu z łona. Żebyś widziała ich stolicę – Cmoknęła z uznaniem. - Mieniące się wielkimi bursztynowymi oknami, jadeitowe domy stalaktytowe zwisające znad jeziornych łuków stałej wody...

 

- Chodzi... Chodzi ci o lód?

 

- O nie kochana. Zastygnięta w czasie woda. Twardsza niż granit. Pół-łuki ze złotego diamentu wyższe od tej iglicy, wielki marmurowy pałac Piastówny i same Rusałki... Zabiorę cię tam kiedyś. Pamiętają i wielbią tam południce.

 

- Ale Rusałki... Ludzie mówili, że one z nikim od tak... Jesteś Arkonką! - Rozwarła w ekscytacji puste oczodoły. - Pochodzisz z Arkony!

 

- Bystraś. - Odpowiedziała ze szczerym uznaniem.

 

- I jeszcze te tatuaże na twoim ciele... Ojeju jesteś Żercą! Musisz być żercą tak?

 

- Tatua... Ską... A no tak. - Speszona, przypomniała sobie to, co już zdążyła zapomnieć na temat południc czy w ogóle stworów stworzonych z czystych nut magii. Ich optyka nie rozpoznaje części niebędących integralnie zespojonymi z resztą ciała. Widzą tylko prawdziwe Ja, nici magii oplatające istoty tętniące energią życiową, niezależnie czy oddzielają je ubrania, pogoda czy nawet ściany. A tatuaże jej zaś na zawsze będą obecne, wryte rytuałem przystąpienia w samą jej duszę. Ewelina zakłopotała się na myśl, że przez cały ten czas była praktycznie naga w oczach Palynry. Z kolei wrażenie te zastąpiło spostrzeżenie, że mimo umiejętności południcy, Ta ani razu nie zwróciła uwagi na gromadzący się pod iglicą tłum. Czyżby jednak błędnie oceniła zachowanie tutejszych wieśniaków, czy może zagęszczenie magii w owej iglicy jest tak wysokie, że dosłownie zasłania widok poza wieżą? Wróciła myślami do konwersacji.

 

- Żerczyni z krwi i kości, spod chramu naszej kochanej boskiej męczenniczki, Sławy, co to dla ludzkości ratowania swe życie oddała. - Uniosła się uroczyście. Przeszli na klatkę schodową wiodącą w górę.

 

- Ojej ojej! - Zawodziła radośnie demonica, przelatując z jednej ściany do drugiej. - Zawsze chciałam odwiedzić Arkonę. To prawda, że każecie swym oseskom nurkować po jeziorach? Domy wdowie biegające na kurzych nogach, wyjadające pierniki? Żerczynie Sławy ściągające do naszego świata Auranów, poprzez wielkie gzicie w Noc Świetlikową? Mów, mów, chcę wiedzieć!

 

Ewelina chwyciła się za głowę w konsternacji. - O gwiazdo moja. To tak kiedyś nas postrzegało Śródlądzie?

 

- Mówili nam, iż to kraina cudów i dziwactw pełna! Nie wiń mnie za powielanie opowieści. - Nadąsała się południca.

 

- Nie winię. Zabawne nawet to nieco.

 

- To jak tam to wszystko wyglądało?

 

- Szkoda słów, by ci teraz to opowiadać kochanie, gdyż można i długo i długo i tygodnia mi nie starczy. A tak się składa, że lepiej opowiadać i przy tym też pokazywać. - Ewelina otworzyła dłoń i wśród błękitnych płomieni zmaterializował się płaski, marmurowy kamień, z wydrążonymi krwisto-czerwonymi liniami, runami i swastykami go okrążającymi. Południca porwała się i zawisła tuż przed nią, wpatrując w przedmiot z niedowierzaniem.

 

- Toż to... Toż to Kamień pamięci!

 

Ewelina wyszczerzyła się w promiennym uśmiechu. - Sporo ich mam, zwłaszcza tych upamiętniających Arkonę. Widziałaś kiedyś mamuty?

 

- Raz, gdy jakiś mag się na targu pojawił... Też z kamieniem pamięci, chyba ruinami Revedotei się chwalił... Ale chcę je znowu zobaczyć!

 

- Później. - Zaśmiała się pogodnie Ewelina. - Pokażę ci mamuty, piękne cerkwie, sobory, wioski z księżycowych drewien, ale najpierw. - Podała kamień południcy. - Ten jest pusty. Przydałoby się zapamiętać trochę tej iglicy i naszego spotkania, a zwłaszcza naszego przedstawienia.

 

- Ojeju... J-jak? - Zapytała wyczekująco.

 

- A zanuć coś ładnego.

 

- Nie wiem, czy mogę jeszcze ładnie nucić. - Spojrzała krytycznie na przezroczyste dłonie.

 

- Na pewno lepiej potrafisz niż ja, spróbuj.

 

- Ale jak to... No dobra. - Zanuciła przyjemną dla ucha kołysankę. Jak na rozkaz wzory na kamieniu rozjaśniły się krwistym światłem. Ewelina puściła Południcy oko. Ta, zanosząc się pełnym radości śmiechem, zaczęła fruwać i znikać wszędzie za ścianami, przykładając kamień do wszystkiego, co ona uznała za godne zapamiętania.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Zaciekawiony 3 miesiące temu
    Nadprogramowe wolne linijki niepotrzebnie rozciągają tekst.

    "miała skrajne wątpliwości[,] biorąc pod uwagę"

    " Nie udawało jej A zbliżyć" - nie udawało jej... się?

    "Irytacja zaczynała się pogrążać." - pogłębiać?

    "Tanie[,] drewniane i spróchniałe"

    "Z towarzyszącym temu wybuchowi wiórów oraz panicznemu upiornemu krzykowi" - z towarzyszącym temu... panicznym, upiornym krzykiem

    "wyleciała ciągnięta za rękę na wpół przezroczysta sylwetka dziewczyny[,] ubrana w długą[,] podartą białą suknię i [z] wiankiem na głowie."

    Takich wpadek jest więcej, jak będę miał czas do przypatrzę się temu uważniej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania