Serce Tajgi - 5: Runo Zeszłych Żyć

III

Rozwarły się drzwi. Do pomieszczenia karczmy weszła kobieta, o czym świadczyła biała chusta zakrywająca twarz osoby stojącej we wrotach. Paru gości spojrzało na nią krytycznie. Kobieta pozbawiona męża włócząca się po tawernach? Wywłoka, bądź zza miasta. Owiana białą chustą postać, odziana w cudaczną, aksamitną szatę, przestąpiła próg i ruszyła wolnym krokiem ku stolikowi w rogu pomieszczenia. Tubylcy oplecieni tanimi łańcuchami lustrowali ją wrogo, a co niektórzy drapieżnie, rozmyślając już nad kreatywnymi sposobami nauczenia jej przyzwoitości, gdy tylko nadarzy się szansa. Ta nie raczyła nawet na nich spojrzeć. Tupet. Coś jednak było z nią nie tak. To nie był krok zaszczutej, potulnej niewiasty przypadkowo wchodzącej do złej części miasta. Towarzyszyła jej dyscyplina, metoda, niczym drapieżna kocica. Weteranka wielu bitew. Niektórzy zdołali to podłapać i spuścili wzrok, głupsze jednak osiłki nadal się w nią gapiły żądnym wzrokiem. Zasiadła przy spróchniałym stoliku i czekała, kładąc ręce na blacie. Potrwało to chwilę. Grubawa kobieta, robiąca tutaj za właścicielkę, pewnie czekała aż przybyszka się rozmyśli. W końcu jednak zdecydowała się do niej podejść.

 

- Kobietom tu nie serwujemy - zadudniła ze złością spod lnianej chusty.

 

- Droga gospodyni, toś sama jest kobietą - odezwała się nieznajoma. - Nie interesuje mnie to, komu tu serwujesz, a komu nie. Przybyłam w gości, wybierając twój lokal na spotkanie. Jeżeli nie posiadasz dzikich pragnień, by gość zaczął ci grozić, to proszę obsłuż mnie i zostaw moim sprawom.

 

Gospodyni miała coś powiedzieć. Oglądnęła się niecierpliwie, po czym zwróciła się na powrót do kobiety. - Co podać w takim razie?

 

- Wody.

 

- Wody? Woda zepsuta i jej nie podajemy, może lepiej piwa jak każda norma...

 

- Wody - powtórzyła spokojnie kobieta. - Poradzę sobie.

 

Grubawa gospodyni fuknęła spod chusty i odeszła, przywołując do siebie jedną ze swoich służebnic. Od jakiegoś czasu przy innych stołach odbywało się ożywione szeptanie między stałymi bywalcami karczmy. Nagle usłyszała to, co przyprawiło ją o uniesienie kącika ust; „To Płomienna!”. Powtarzano parę razy, ci spostrzegawczy tłumaczyli tym otępiałym, jak do tego dotarli, aż w końcu całe pomieszczenie łącznie z karczmarką i jej służbą wiedziało. „Cholera jasna, chodźmy stąd szybko”, usłyszała z jednego stołów i coś podobnego z paru innych. Przynajmniej dwunastu gości wstało, zostawiając swoje trunki i biorąc ze sobą mięsiwa, pośpiesznie opuścili lokal. Reszta bywalców zajęła się sobą. Ci nie mieli się czego obawiać. Karczmarka zaś pobladła i niemal zemdlałaby, gdyby nie służebnica, którą przywołała. Przytrzymała tęgą kobietę, a ta dochodząc do swych zmysłów, instynktownie starała się uderzyć służkę w policzek i zrobiłaby to gdyby nie... Ewelina obserwowała ją. Służka skuliła się, jak gdyby nie było to pierwsze uderzenie, jakie otrzymała od swej pracodawczyni. Gospodyni odwróciła się jednak i odeszła za ladę. Służka lękliwie odprowadzała ją, po czym spojrzała na Ewelinę i przypomniawszy sobie o swojej pracy, podążyła za tęgą kobietą. Po dłuższej chwili przyszła z kuflem.

 

- Woda dla pani - ukłoniła się nieśmiało. Woda była mętna, brudna, zanieczyszczona. Służąca zacisnęła w wyczekiwaniu dłonie na brzuchu. Żerczyni przyjrzała się jej. Skromna, chuda choć nie na tyle, by pokazywać kości. Figura świadczyła o zdrowej diecie, ale było coś z nią nie tak. Zbyt dużo lęku i wewnętrznego cierpienia. Zerknęła niezauważalnie na uda, których zaledwie początek kryła kusa, szmaciana brązowa sukienka. No tak, usłane sińcami po wewnętrznej stronie, to by wiele tłumaczyło, ale ku jej zgrozie resztę historii dopełniały liczne ślady po płytkich ranach na jej odsłoniętym brzuchu. I jeszcze ta biała linia przecinająca kciuk. Niewolnica, pewnie dlatego jeszcze nie zesłano jej na palowanie. Co dziwota, reszta służby nie powielała tych samych cech. Kobiety były rozgadane, pewne siebie i w całości ubrane... Tylko tą tak zhańbiono.

 

- Nie lubię, gdy ktoś nade mną stoi i patrzy jak piję - powiedziała do niej spokojnie. Służąca drgnęła, jakby przypomniawszy sobie gdzie jej miejsce. - Usiądź ze mną.

 

- J-ja? - wyjąkała. - Muszę do pracy, przepraszam.

 

- Nie musisz - parsknęła przyjaznym śmiechem Ewelina. - Nie martw się niczym, zwłaszcza tą tłustą lochą, choć szkoda tak dumne dziki obrażać owym porównaniem. Usiądź, dotrzymaj mi towarzystwa. - Dziewczyna wahała się chwilę. Miała już zaglądnąć za siebie, ale Ewelina zatrzymała ją delikatnym chwytem za dłoń. - Nie patrz nawet na nią. Ona już ciebie nie interesuje.

 

Dziewczyna potaknęła i usiadła sztywno na krześle obok niej. Ślepia Eweliny zabłysły żywym błękitem, a ta sięgnęła dłonią i zdjęła z siebie swą brązową chustę, uwalniając krwisto czerwony włos. Służebna zdumiała się, szerząc szeroko oczy w przestrachu.

 

- Co ty robisz! Przecież nie można...!

 

- Iluzja - puściła do niej oko, uśmiechając się. - W ich oczach dalej mam na sobie tę szmatę. Ty też spróbuj. No śmiało.

 

- Ja nie wiem...

 

- Słyszałaś o mnie te wszystkie legendy, baśnie i propagandę. - Służebna pokiwała głową. - No to uwierz mi, że jesteś bezpieczna, jeżeli ja tak mówię. Nie przejmuj się niewolniczymi prawami, złym wzrokiem patronów, czy w łaścicieli. Okazja na chwilę swobody.

 

Tamta oddała drżący wydech i powoli ściągnęła z głowy szmacianą chustę. Ewelinę, aż onieśmieliło i strwożyło to, co zobaczyła. Równe, długie koloru słomy włosy opadły na plecy. Wielkie, niebieskie niczym szmaragdy oczy, zdobiły podłużną twarz o mocno zarysowanych kościach policzkowych. Jej naturalne piękno szpeciły niestety siniaki i zakrzepłe krótkie cięcia. Cholera jasna przypominała człowieka. Arkonkę, którą można było poznać jako elfkę ledwie po samych uszach. Ile to pokoleń rodziców o pozostałościach dawnej krwi musiało ze sobą zejść, by tę dawną arkońską krew zagęścić i wytworzyć dziewczynę, która właśnie obok niej siedziała. Dziecko przypadku. I pracuje jako zwykła kurwa, niewolnica oddająca się sadystycznym knurom w jakiejś slumsowej karczmie. Dlatego jej nienawidzą. Odziedziczona nienawiść do starych czasów. W Ewelinie zawrzała złość, ale skupiła swoją uwagę na rozmowie z dziewczyną.

 

- Jesteś piękna - powiedziała z zachwytem Ewelina. Dziewczyna spuściła głowę, Płomienna domyśliła się, że ten komplement nie był na miejscu.

 

- Nie chcę być piękna - odparła smutno. - Przepraszam, ja nie chciałam.

 

- Swoboda kochana, mów, co chcesz powiedzieć. Nie musisz się obawiać mego gniewu, ani urazu, bo coś czuję, że takiego byś nie zdołała nawet wywołać.

 

- Ja... Ty też pięknie wyglądasz pani.

 

- Dziękuję - zaśmiała się przyjaźnie. - Jak się w ogóle nazywasz?

 

- Ardżuja.

 

- Pewnie nie lubisz tego imienia - skwasiła się lekko Ewelina.

 

- Nie cierpię.

 

- Tak jak powinnaś. Imię w sumie nadawane ku upokorzeniu kogoś, bez znaczenia, puste, obleśne. Mnie możesz wołać Ewelina, czy tam Ewa, jak kto woli. Przyjrzałaś się kiedyś w lustrze Ardżujo?

 

- Tak Ewelino, przyglądałam - odpowiedziała oschle, nie do końca wiedząc, do czego zmierza rozmówczyni. Ewelina wzięła łyk z kufla i odłożyła. Ku zdziwieniu niewolnicy, to nie była ta sama woda. Przezroczysta, buchająca orzeźwiającym zimnem od samego patrzenia. Kapłanka postawiła przed nią kufel, namawiając do poczęstunku. Ardzuja chwyciła go niepewnie i przyłożyła do ust. Czuła jak przez gardło przepływa esencja pięknego, czystego życia. Woda. Najnormalniejsza w świecie woda. Pozbawiona brudu miasta. Piła łapczywie, powstrzymując się wtedy, gdy zauważyła, iż zdołała bez opamiętania wypić połowę kufla. Odłożyła go w panice na blat. Ewelina zaśmiała się.

 

- Pij ile wlezie - na ladzie zmaterializował się kolejny kufel nieco różniący się od tego, który przyniosła, ale podobny. Rozejrzała się niepewnie po gospodzie. Wszyscy zajmowali się swoimi sprawami, jedynie Gospodyni piorunowała ją wściekłym wzrokiem. Ciarki przeszły jej po plecach.

 

- Ale jak to, nikt nie zauważy? - zwróciła się na powrót do Eweliny.

 

- Iluzja kochana, iluzja. Dla ich oczu tylko siedzisz obok mnie. Nic więcej.

 

- Aha...

 

- Wróćmy do tego lustra. Przejrzałaś się kiedykolwiek w nim, bez emocji towarzyszących, odrazy, smutku, gniewu? Tylko by zapamiętać jak wyglądasz? Wiesz jak wyglądasz?

 

- Nie rozumiem... Nie rozumiem, niby dlaczego... - fuknęła poirytowana. Oparła łokcie o blat, trzymając prosto głowę. Spojrzała na Ewelinę. - My... Wyglądamy podobnie do siebie? - odezwała się niepewnie.

 

- Tyle w tobie kochaniutka starej krwi... Żywej, żyznej, pragnącej wolności i miłości swoich bliźnich. Krwi mojego ludu. - Dziewczyna spojrzała na nią z rodzącym się niepokojem. - Dlatego ciebie nienawidzą - chwyciła dłoń i podniosła jej podbródek, tak by oczy zrównały się ze sobą. - Pusta nienawiść, do tego czym nie mogą być. Czego nie mogą zaznać. Piękna, urokliwa, miłosierna, muchy byś nie chciała skrzywdzić. Nikogo nie wykorzystasz. Zawsze chętna do pomocy. Wiedzą, że się nie zmienisz, że istniejesz duchem, a nie ciałem. Że nigdy nie staniesz się jedną z nich, więc zostaje im tylko zgnębienie, hańba, poniżenie i okrucieństwa, których sami sobie by nie wyrządzili. Zdusić ciebie, prawdziwe Ja. Prawdziwa Ty. Twa krew do mnie przemawia, czuję ją. Czy ty potrafisz, sięgnąć sobą i poczuć mnie? Poznać moją krew?

 

- J...ja nie wiem - zaszlochała i przymknęła oczy. - Czuję... Cierpienie... – wyliczała powoli. - Szaleństwo... Duma... Miłość. Twoje Ja. Ty nie chcesz go stracić. -

 

Ewelina uśmiechnęła się przyjaźnie. - To nie był smak wody, czy jakiś narkotyk, który mogłam dorzucić. Czysta woda. To był zdesperowany zew twego ciała. Pragnienie powrotu do natury, z dala od zepsucia i podłości.

 

- Czemu mi to mówisz, ja nie rozumiem... Proszę, ja chcę stąd iść - podniosła pełny żalu głos.

 

- Do czego kochana? Do pani twej, tyranki? Do członków i tortur brudnych szmaciarzy? Do picia ścieków i zajadania kromek suchego, pleśnią pokrytego chleba?

 

Tamta rozpłakała się, w złości starała się wyszarpnąć dłoń z uścisku Eweliny, ta jednak ją trzymała. - Puść, proszę, krzywdzisz mnie!

 

- Już do tego nie wrócisz - Ewelina puściła dłoń. Służka sprawiająca wrażenie jakby miała zaraz uciec z płaczem, siedziała w bezruchu, patrząc się tylko pełnym zdumienia i desperacji wzrokiem ku Ewelinie. - Zostaniesz ze mną, a ja będę twoją opiekunką, matką nawet, jeżeli mi pozwolisz i zadbam o to, by dusza wróciła na swoje miejsce. Do domu. Domu bez krzywd i nienawiści za to kim jesteś. Chcesz tego? Pragniesz bycia sobą?

 

- Pragnę

 

- To zaufaj mi, a wyjedziemy stąd jeszcze możliwie za tydzień. Posiadasz jakąś własność?

 

- Nie.

 

- To nawet już nie musisz tu długo zostawać. Gospodyni! - zawoła. - Nie musisz się odzywać.

 

Tęga kobieta, ze wściekłym spojrzeniem, podeszła do nich. - Pani, czy jest jakiś powód, dla którego to każesz tej wywłoce przesiadywać koło ciebie? - fuknęła złośliwie. - Ma swoje obowiązki do wykonania.

 

- Już nie ma - wyciągnęła zza pasa niewielki mieszek monet i rzuciła nim na stół. - To za koszta, choć w ogóle nie powinnam dla zasady żadnych pokrywać. Dziewczyna idzie ze mną. Wyrzuty proszę kierować w kierunku mojej szabli, gdyż jest to jedyna osoba, chcąca z tobą porozmawiać.

 

- Ale ja... - Zdumiała się właścicielka i zaczęła panikować. - Tak przecież nie można, to rabunek i kradzież! Ardżu! - zwróciła się błagalnie do dziewczyny. - Nie możesz tak, za złamanie niewolnictwa kary idą, a poza tym to co z tą wariatką chcesz iść!?

 

Dziewczyna spojrzała na nią pustym wzrokiem. - Nawet ten jeden raz nie powiesz, proszę. - Nie mówiła nic więcej. Gospodynię zatkało, a jej twarz zaczęła wyrażać czystą nienawiść. Cała sala również przyglądała się gniewnie zaistniałej sytuacji.

 

- Idź dobra kobieto i przynieś pergamin posiadania tej właśnie dziewczyny i pospiesz się, bo zacznę być naprawdę nieprzyjemna. - Tęga kobieta fuknęła wściekle, ale odwróciła się i sztywnym krokiem ruszyła za ladę do pomieszczenia. - Urokliwa kobieta czyż nie? - parsknęła Ewelina.

 

- A zatem to koniec. Nareszcie koniec - skomentowała smutno Ardżuja.

 

- Początek - poprawiła ją ciepło Żerczyni. - Początek życia, twego prawdziwego Ja. A wiesz co za tym idzie? Myślę, że potrzebujesz nowego imienia. Mam nawet co do tego propozycję kochanie.

 

- Propozycję? Nowe imię... Tak. Jakie imię? - po raz pierwszy popatrzyła na nią z nadzieją.

 

- Twoja krew dużo o tobie mówi. Nieugięta, pełna niezłomnej miłości do wszelkich innych istot, co to wystarczy tylko rozniecić na nowo. Jar i Miłość, zwij się więc od dzisiaj

 

Jaromiła.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Artur S 3 tygodnie temu
    Malutka zajawka z piątej opowieści gdy ja się zbliżam wielkimi krokami do wydania książki! :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania