Serce Tajgi - 4: Echo Wieczności - Rozdział 5

V

 

Obudziły się wczesnym rankiem. W zasadzie obudziła się Ewelina, gdyż opierająca swoją głowę o jej pierś Radomira tylko udawała, że śpi, gdy w rzeczywistości jej „materialne” ciało całkowicie zachowywało świadomość. Ewelina uniosła się leniwie, rozglądając, by okiełznać, gdzie to owe kobiety zakończyły uroczystości. Wybór był wręcz prestiżowy, iż padło na dość obszerny kurnik. Momentalnie dostrzegła sprawcę owego przebudzenia. Był to młody kogut uporczywie dziobiący i szarpiący żupan Płomiennej jakby z wielkim wyrzutem starając się usunąć nieproszonego gościa z jego królestwa. Spojrzała pytająco na wyciągającą się Radomirę.

 

- Jak długo mnie dziobie?

 

- Zdaje się, że pięć minut. Chyba naderwał ci trochę strój, ale mogła to być gałąź krzewu przy kurniku.

 

Chwyciła krawędź szaty, obróciła, rzeczywiście małe podarcie. Spojrzała z urazą w stronę koguta, który z dumą się odsunął, jakby świadomy tego, że zrobił swoje. Pogdakał i wyszedł z kurnika, a za nim zeskakiwały i sfruwały z grzęd przypatrujące się z głupią ciekawością kury. Ewelina odruchowo osłoniła twarz, uśmiechając się krzywo, jak parę kur przelatuje tuż przed jej oczyma. Zwróciła oczy do przypatrującej się temu w rozbawieniu Radomiry.

 

- Jak myślisz? Mogłabym w odszkodowaniu za tę dziurę dostać od hrabiego tę wioskę?

 

- Nie myśl tak. - Zaśmiała się Radomira.

 

- Narzekasz. Sporo kur tu mają, wszystkie tłuste i dobrze uchowane. Byłoby co sprzedawać. - Uśmiechnęła się niewinnie do Radomiry. Błysnęła błękitną iskrą w oczach, a nadszarpnięta krawędź ubrania zasklepiła się i szata ponownie wyglądała jak nowa. Ułożyła się na czworakach i wygramoliła z kurnika na zewnątrz. Przywitało ją wczesne światło końcówki lata. Wyprostowała się. Najwidoczniej wstała dość późno w porównaniu do reszty wioski. Goście krzątali się po weselnym podwórzu, niektórzy rozmawiając ze sobą, inni rozwieszali na nowo weselne dekoracje i sprzątali nieporządek pozostawiony po nocnym przyjęciu, a jeszcze to niektórzy pomagali dojść do siebie tym, co zbyt wiele zażyli trunków. Wśród całego zamieszania można by było ominąć siedzącą na ławie przed stodołą rozmarzoną młodą parę trzymającą się w objęciach. Ewelina spojrzała za siebie, oczekując Radomiry, tej jednak nie było. Spojrzała ku bramie i zobaczyła wchodzącą na podwórze i kierującą się w jej stronę. Parę chłopów przywitało ją, kłaniając się z uśmiechem. Stanęła obok Eweliny.

 

- I jak się podobało wesele kochaniutka? - Zapytała czule Ewelina.

 

- Podobało mi się. - Westchnęła.

 

- Naprawdę? Czegoś mi nie mówisz... Mam ci wejść w myśli?

 

- Wesele naprawdę mi się podobało... Kochałam je i Ciebie na nim, ale...

 

- Ale Czersk nie dawał ci spokoju? - Domyśliła się. - Przekonałaś się w końcu, że jest żmijem?

 

- Jeżeli jest to żmij, to jest jednym z tych bardziej plugawych, Ewuś. - Zawahała się. - Nie wiem. Bije od niego grozą, nieufnością... Bałam się, zwłaszcza, gdy ty odstawiłaś ten swój numer z ważką. Bałam się, że to on coś robi, ale nie robił tego, tylko się uśmiechał. Nie wiem czemu.

 

- Też czuję, że było coś z nim nie tak, mogę sobie tylko wyobrażać lub zerknąć jak ty musiałaś się czuć... To nie wszystko, tak?

 

- On coś mi robił. Nie wiem czy świadomie, czy nie. Ale w pewnym momencie zobaczył mnie Ewuś, a ja zaczęłam czuć... Odrazę.

 

- A to gnój. - Złapała się za głowę.

 

- Nie powinnam odczuwać takich emocji Ewa, jestem duchem, a tu jednak, jakoś tak naturalnie... Nie wiem czemu, ale nie trwa to.

 

- Chyba, że znów na niego natrafimy i będzie się tobie przyglądać... - Rozejrzała się. - Skoro o nim mowa, to gdzie się podział on i jego kompania?

 

- Nie wiem, chyba gdzieś wcześniej wyjechali. Myślałam, że zastaną na następny dzień wesela.

 

- Jaki następny? Poprawiny dopiero za cztery dni! - Uśmiechnęła się słabo Radomira.

 

- A nie jeszcze dzisiaj? Aaaa pamiętam, coś parka o tym w nocy mówiła. Czekają na innych gości. Cóż, trzeba się ich zapytać, gdzie się podział żmij i jego ziomki. Może wiedzą. - Duchna potaknęła głową. Podeszły do relaksujących się na ławie Janny i Milcza.

 

- Witajcie drogie nasze panie! - Przywitał je radośnie pan młody. Ukłoniły się.

 

- Witam również naszych kochanych gospodarzy. - Powitała uprzejmie Ewelina. - Duszki nocne sprzyjały waszemu snu?

 

- Ah, miła Płomienno. - Odezwała się Janna. - Nie dane nam było niestety długo spać, lecz czas, który nam nadano i tak wystarczył. A pani jakże się spało? Z tego co widziałam, obawiam się, iż mogło trochę uwierać. - Uśmiechnęła się nieśmiało.

 

- Z posłaniem lokalu większego problemu nie było, ale obawiam się, że z gospodarzem zapoczątkowałam waśń, która pokolenia będzie trwać. - Spojrzała z parodyjną groźbą ku wychodzącemu za bramę kogutowi.

 

- Pewnie zostanie rozwikłana wkrótce, w palących odmętach rosołu, gdybym mogła zgadywać. - Dodała z przekąsem Radomira wyczekująco przyglądając się Ewelinie.

 

- Jeżeli nie sprawiłoby to większego problemu, to chciałabym się zapytać o zniknięcie jednego z waszych szanownych gości. - Zapytała w końcu Ewelina. - A raczej paru gości, konkretnie chodzi o „Lustrzane Ogary” i ich przywódcę Czerska.

 

- Aa oni. - Podjął Milcz, w zamyśle drapiąc swą krótką, szorstką bródkę. - W zasadzie to on nas dzisiaj obudził. Pożegnać się chciał, iż do zamku hrabiego mu było śpieszno. - Ewelina z Radomirą spojrzały po sobie niepewnie. Pan młody kontynuował. - Zebrali się jeszcze nim Jutrzenka w Słońce się wtopiła i pojechali. Mówili, że nie wrócą. Szkoda, gdyż jak na południowców zachowywali się dość przyzwoicie i grzecznie.

 

- Ten Czersk... - Radomira przybrała poważny wyraz. - Rozmawialiście z nim prawda? Coś mówił, co nie łamałoby przysiąg milczenia?

 

- Przysiąg milczenia nie. - Odparła jej Janna. - Ale dużo powiedzieć nie możemy, Dziwny elf, który pytał się o równie dziwne rzeczy. Z której to strony słońce wychodzi, czyśmy widzieli i chowali tu dzikich Lupinów, czy często zapuszczamy się w Kości, ile razy na rok ty się tu pojawiasz Płomienno. Na nic mu nie mogliśmy odpowiedzieć i nie wiemy, czy się zawiódł, czy obojętnie to przyjął. Wydawał się życzliwy i przyjemny, ale jakieś dziwne uczucie grozy i wściekłości z niego dyszało.

 

- Coś potrafisz z tego złożyć Raduś? - Ewelina spojrzała pytająco na Radomirę. - Bo ja kompletnie nic.

 

- Poza tobą... Pytał o coś jeszcze?

 

- Poza tym to o banały, pani droga. - Odpowiedział jej Milcz. - Jak się tu żyje, ile się znamy, czy teściowie się godzą na nasz związek. Gadać było z nim przyjemnie, dopóki nie zapytał tych paru pytań. Potem jak już skończyliśmy gadać, naszły nas te odczucia o których mówiła Janneczka. Poza tym... nic. - Skrzywił się niezręcznie.

 

- Jeżeli chodzi o tutejsze znaki duchowe, to nic nie mogę skojarzyć, co by mogło się ułożyć w logiczny obraz. - Stwierdziła Radomira.

 

- Może to po prostu były pytania mylące? Same przecież zawieramy takie coś w instrukcjach dla naszych agentów. Zadaj parę dziwnych pytań, by ktoś, kto potem będzie wypytywać skupił się na znalezieniu zależności, łudząc się, że do czegoś prowadzą.

 

- Nie wiem... Może, prawdopodobnie. Zdecydowanie sprawiał wrażenie mistyfikatora.

 

- Domyślają się panie czegoś? - Zapytała z troską panna młoda. Ewelina westchnęła. Uznała, że najlepiej byłoby po prostu ostrzec parkę, z czym wszyscy mają do czynienia.

 

- Razem z Radomirą obawiamy się, że jest Żmijem. Bogowcem, coś jak Auranie, Wielkoludy, czy mityczne Planetniki. Stworzenia bezpośrednio wolą boską wykreowane, choć Wielkoludy raczej tworzone są wolą Planetników. Stare interpretacje, szczegół. W każdym razie, jeżeli słyszeliście o Auranach, to są to twory nader potężne i nieobliczalne, a Żmije, nieobliczalne bardziej od tej złej strony.

 

- Chce nam pani powiedzieć, że pod strzechą potwora jakiegoś mieliśmy? - Wydukał zmieszany Milcz spoglądając niepewnie ku małżonce.

 

- Potwór nie... - Kontynuowała zbita ze słowotoku. - Raczej istota boska, coś jak anioł czy duchy przodków, nie wiem w co wy wierzycie, bym mogła odpowiednie porównanie zastosować. Ta jest tajemnicza postać potrafiąca zmieniać się najczęściej w wielkie latające gady, rzadko kiedy kieruje się dobrymi intencjami, ale przede wszystkim emanuje nieprzyjemną aurą, która gra na umyśle osób, z którymi ma do czynienia. Na wasze szczęście, o was mu nie chodzi, a zdecydowanie o mnie. Uważajcie jakbyście go kiedykolwiek spotkali, krzywdy najwidoczniej wam nie zrobi, dopóki tego nie zechce lub go nie sprowokujecie.

 

- Klątwy jakieś nosi? Plony będą przez jego obecność więdnąć?

 

- Nie. - Uśmiechnęła się przyjaźnie.

 

- Przynajmniej to. - Westchnął ciężko pan młody.

 

- Nie trzeba go traktować jako potwora, dobrodzieje. - Odezwała się Radomira. - Nie warto.

 

- Jakoś się postaramy. - Skrzywiła się Janna.

 

- Przepraszam najmocniej, za niepocieszającą na duchu rewelację, ale uznałyśmy, iż lepiej będzie, jeżeli będziecie mieli wiedzę z czym możecie mieć do czynienia.

 

- Nie szkodzi pani. - Odparł jej Milcz. - Wiedza jak ta, raczej nie zaszkodzi.

 

- Wystarczy, że nie będziecie o niej myśleć. Ja natomiast, na wskutek tej informacji, muszę pognać na hrabski dwór. - Ukłoniła się życzliwie Ewelina. Radomira rzuciła jej badawcze spojrzenie. - Jeżeli bym mogła, to chciałabym wrócić tu na poprawiny, jeżeli można, choć przykro, że nie pomogę w przygotowaniach.

 

- Pani. - Odezwała się Janna z wyrzutem. - To co pani odprawiała zeszłej nocy, to w życiu nie mielibyśmy czasu przygotować. Z ochotą pani będziemy wyczekiwać.

 

- Dziękuję w takim razie i do zobaczenia. - Puściła oko i towarzyszki ruszyły w stronę bramy.

 

- Ewa... Czemu sama chcesz tam pojechać? – Zapytała chłodno Radomira.

 

- Po tym co z tobą robił w nocy mam ciebie niby zabrać na konfrontację z nim?

 

- Konfrontację? Co ty chcesz z nim walczyć, mordować jego ludzi? - Rzuciła z żalem Radomira. Ewelina stanęła wryta. Ścisnęła powieki i odwróciła się ku duchowi.

 

- Nie. - Powiedziała z trudem. - Tam jest Wyrwiklon. Jeżeli nie zaniosę mu tej przeklętej skóry, pozabija wszystkich na dworze. Natomiast Czerskowi najwidoczniej zależało na tej gryfiej skórze. Muszę tam jechać upewnić Biesa i Diuka, że mam wymianę, a jednocześnie wyczekać, by to bandzie ogrów nie odbiło przez artefakt i nie zamierzali zwalczyć Biesa. Nie chcę nikogo zabijać Rada. Nie chcę niepotrzebnych śmierci, obiecałam to sobie i chcę się postarać. - Spojrzała na ducha błagalnym wzrokiem.

 

- Ile razy to już mówiłaś... - Odparła jej smutno Radomira.

 

- Chce się poprawić Rada... To mnie boli, ja nie chcę takiego losu dla siebie. Chcę ciebie przy mnie, chcę mieć spokój, chcę mieć spokojne sny, spokój ducha, wiarę znów swą odnaleźć, cieszyć się życiem jak wczoraj. Raduś proszę, pomóż mi.

 

- Pojadę z tobą. - Postanowiła surowo Radomira.

 

- Ale on...

 

- Nie obchodzi mnie, że będę cierpieć, to tylko dyskomfort. Nic więcej. Może i ty z czasem sobie o tym przypomnisz. A ja ciebie muszę pilnować, będę łaziła przy tobie, doradzała i karciła, a ty będziesz się mnie słuchać.

 

- A co z Nieskończonością i Biblioteką Ludzką?

 

- Razem tam pojedziemy.

 

- Nie chcę tam...

 

- Ale pojedziesz Nie przyjmiesz już żadnego kontraktu, organizacją naszych skowronków zajmiemy się wspólnie. Zajmiemy się potem twoimi trzema wychowankami, ukierunkujemy je tak, jak chciałaś i odejdziemy. Z dala od wszystkiego. Takiej mojej pomocy ci trzeba, pytanie czy ty takiej chcesz?

 

- Chcę... - Odpowiedziała łamiącym się głosem. - Pragnę tego Raduś.

 

- To ci pomogę, a robię to tylko ze względu na to, co zobaczyłam wczoraj.

 

- Dziękuję. - Ewelina podeszła do Radomiry i wtuliła się w nią, z trudem opanowując płacz.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania