Serce Tajgi - 1: Płomienna Północy - Rozdział 7

Obudziła się w czymś, co słusznie uznała za obite miękką słomą łoże. Zamrugała trzykrotnie, po czym odruchowo chciała przetrzeć oczy. Szarpnęło bólem w obu sztywnych ramionach, po czym zdecydowała, że jednak nie opłaca się na razie nimi ruszać. Znajdowała się w niewielkiej, przypominającej obłożoną kamieniem celę, komnacie. Trwał jeszcze przedranek. Pomieszczenie wypełniało blado-niebieskie światło Jutrzenki. Świecącej siostry Słońca, zwiastującej nastanie nowego dnia, zanim ustąpi i zmiesza się ze światłem swego jaśniejszego brata. Czuła nadmierne pocenie lecz w komnacie panował przyjemny chłód. Uznała to za skutek gorączki, którą musiała wywołać trucizna, co mimo że już zelżała w efektywności, dalej nieprzyjemnie piekła wewnątrz jej ciała. Mruknęła zmęczonym głosem i obróciła lekko głowę ku jej prawicy. Siedział przy niej, z ciepłym, pełnym współczucia uśmiechem, wpatrujący się w nią Szpicowąs. Ewelina otworzyła usta, ale wydobyła tylko suche charknięcie. Kaszlnęła, i przełknęła z widocznym trudem ślinę, po czym ponownie postarała się odezwać.

 

- Jak długo? - Zapytała słabym, chrypliwym głosem.

 

- Trzy dni. - Odpowiedział uprzejmie. - Boguta, miasto przy góralskiej granicy.

 

Ewelina przymknęła oczy i wydała z siebie pełny ulgi wydech.

 

- Przynajmniej tobie udało się wyjść bez urazu. - Przełknęła boleśnie ślinę.

 

- Owszem. - Powiedział obojętnie.

 

- Jak bitwa? - Udało jej się przybrać blady uśmiech.

 

- Bitwa. - Prychnął. - Rozwałka Pyryjska, jak już.

 

- Aż tak?

 

- Mhm. Znaczy się, bitwa bitwą. Pospolicie w szyki żeśmy się mieli ustawić, flankować, ciężkich na śmierć przed szereg, mangonelami i balistami walnąć w Enty, może druida jakiegoś ściągnąć, gdy się wychyli. Konnicą okrążyć by w zady im wlazły. Wiesz Ryznań i Igrod to przepełnione starymi konwencjami zadupia, więc plan jakichś wielkich przemyśleń nie wymagał, tylko ten baran z kruczą dupą poprosił, żebyśmy zaczekali trzy minuty z konnicą. Król rzecz jasna się zgodził. Bitwa się rozpoczęła, lada chwila i poszedł ostrzał. Oni bawili się łukami, balistami i słojami z płonącym gównem. A Pyryjczycy cóż. Mieli działa. Nowe zabawki strzelców użyźniały ziemię litrami krwi za każdą oddaną salwą. Paru tam im to wybuchło w ryj, ale z tego co wiem, to nikt od tego nie zginął. Działa i rakiety zaś wyrywały dziury w ich szeregach i łamały tych drzewnych w pół. Jak w końcu starły się szeregi, okazało się, że nagle mamy przewagę liczebną.

 

- Oni magów nie mieli?

 

- Może dziesięciu druidów. - Skonstatował. - Spetryfikowali paru pechowców, paru utopili. Ale niczego znaczącego nie dokonali. Gdy tylko zaczęła się walka, te krucze oszołomy momentalnie ich wyłapali i rozpruli. A nie moment. Mieli jeszcze jakiegoś kinetyka.

 

- Trybunalczyk?

 

- Nie. Dziwnie wyglądał. W futra i rogaty hełm ubrany. Chyba jakiś dzikus niczyi. W każdym razie, umieścił swój paskudny ryj na wzgórzu. Podpalił grupę naszych... I swoich przy okazji. Próbował nawet pieprznąć w Pyryjczyków dwoma piorunami, konkretnie to w obsługę rakiet. Trafił jednego operatora, a on chyba nawet to przeżył. Ci się wkurwili i posłali mu ze dwie rakiety. Jedną udało mu się zestrzelić. Bum i przy okazji podpalił, gapiącego się na nią tępo, drzewca. Z drugą trochę brakło mu szczęścia. Struchlał, gapiąc się na rakietę, odwrócił się do biegu, a rakieta wleciała mu prosto w dupę. - Wyszczerzył się w uśmiechu, ukazując białe, nierówne zęby. - Cóż. Łatwy żołd. - Odkaszlnął. - Myśmy się zbytnio nie narobili. Że Król jest rozsądny to i tak pełnię ceny nam wypłaci, a na deser południowcy dostali wpierdol.

 

Trwali przez chwilę w milczeniu, zdającą się trwać nieskończoność. Szpicowąs czekał z bladym uśmiechem, wpatrując się w najemniczkę. W końcu Ewelina przełamała ciszę. Westchnęła.

 

- Jak z moją sprawą? - Zapytała zmęczonym głosem.

 

- Cóż... - Zaczął Szpicowąs, szukając słów. - Książę, że tak powiedzmy uprzejmie, oszalał. Wygrażał się i wył wniebogłosy. Każąc wszystkim dookoła ciebie uśmiercić. Król z początku był usatysfakcjonowany nauczką, co to mu ponoć dałaś. - Ewelina odwróciła powoli głowę, kierując ją ku sufitowi, przełknęła lekko ślinę. - Mina mu jednak stopniowo rzedła, gdy zauważył, że książę nawet nie stara się bronić przed zarzutami, tylko wrzeszczał na twój temat. Siedzi teraz gdzieś w lochach. Król miał wątpliwości co do wydania ci nagrody, ale ten kruczysyn... Jak on miał. A tak. Kasper, ostatecznie zdaje się, że go przekonał. - Spojrzał pytająco ku Ewelinie. - W raporcie jest napisane, że mocno ich przetrzebiłaś.

 

- Oni mnie też. W sumie, pal licho tam z ranami. Nie wiedziałam jednak, że lunomanci wyuczyli się czarować trucizny. Tym bardziej integrować je w swoje sztuczki. Jeszcze do tego egzotyczna. Nektar Hyrcyński. W Światomieście taki pozyskują... - Uświadomiła sobie, że Igrodzki oficer nie odpuści jej, a jego twarz w tym momencie wpatruje się w nią wyczekująco. Mogła mu powiedzieć, że nie teraz. Później. Zrozumiałby. Zawsze rozumiał. Rana niecielesna jednak piekła nieubłaganie. Wiedziała, że musi, inaczej ta się nie zagoi. Po to tu przyszedł, by robić za bandaż. Odwróciła ku niemu głowę. Uśmiech jej się załamał, a jej piękne szafirowe oczy zaszkliły od nabierającej wilgoci. - Wyrżnęłam ich. - Szepnęła łamiącym się głosem, z trudem przełykając ślinę. - Wyrżnęłam ich wszystkich. Znowu. Kazałam... Kazałam im... Patrzyć. Patrzyć jak rozrywam ich przyjaciół, kochanków, rodzinę. Jak ich bracia i siostry broni ginęli w okropnych męczarniach, po to, by sami za moment podzielili ich los. Byli niezłomni. Większość młoda, zaślepieni, jakimś głupim bezwartościowym ideałem. -Wycedziła. - Ideałem, każącym im się poddać mojej łasce. Ja łaskę miałam. To ta ułudna, kłamliwa łaska, co tak jej ochoczo ufam. Kazała skazywać ich na bestialską śmierć. Każda śmierć, po to by następnej nie było. Po to by następny bandyta po zobaczeniu jak towarzysz, któremu podpaliłam wnętrzności, co wrzeszczał niemiłosiernie w bólu i skończył swój żywot w chmurze parującej krwi, osrał swą zbroję i uciekł. Uciekł, bądź błagał o litość. A oni szli. Jeden za drugim i jeden za drugim ginęli. Za co ginęli? By odroczyć to, co i tak bym zrobiła? By zmienić sobie pana na tronie w głupiej nadziei, że ten przyniesie lepsze jutro? Za przyjaźń i lojalność, co ów pan się im nie odwdzięczył? Bo co za lojalny przyjaciel pozwoliłby się poddawać pod stal bestii, która po nich przyszła?

 

- Nie mów tak o sobie. - Odparł surowo tymczasowy generał. - Idea koniec końców jest niczym głód. Kontrolowany w skromnej ilości służy hartowi. Uczy samodyscypliny i zaradności... Determinacji. Wzmóż ją jednak, a nie jeden zatraci zdrowe zmysły by ją zaspokoić. Nie warto jest winić siebie, za to, że jakiemuś baranowi strzeliło coś do łba i nie chciało słuchać swego rozsądku. - Skonstatował Szpicowąs

 

- Ale jak mam siebie nie winić? - Stęknęła boleśnie. - Mogła to być czysta śmierć, kurwiasz w ogóle nie musiało do tego dojść. Mogłam ich wywabić. Odejść, wrócić i znowu starać się zakraść. W ogóle tej chędożonej roboty mogłam nie brać. Dałabym radę wydobyć to złoto tak czy owak. Półtora miesiąca to długi okres, pełno małych robót. Ale zrobiłam swoje. W żałosnej nadziei i ułudzie, że jednak dam radę nie przelać żadnej krwi, kto by to nie był, a jeżeli nawet, nie zrobię im... - Przełknęła z goryczą ślinę. - Zarzynałam ich, a oni nie uciekali, dopóki zresztą nie oberwałam tak, że nie mogłam nawet im już dać szansy uciekać. Ale to oni mają teraz spokój Szpicowąsie. Dusze wkrótce powrócą, by dać sobie szansę na ponowne złamanie cyklu. Książę, może będzie miał się dobrze. Wyzdrowieje z szaleństwa, lub się powiesi, by i tak móc powrócić później w innym ciele. A ja? A ja... Mogłam przecież się nad nimi pastwić podczas bitwy. Wmawiać im, że na to zasługują. Za wszystkie spalone wioski, wymordowane rodziny, ograbione karawany. W pełni zasługują na karę z rąk oszalałej, krwiożerczej potworzycy chełpiącej się deprawacją ich dusz. - Próbowała się unieść, ale z bolesnym sykiem osunęła się na łóżko.

 

- Ewelina... - Zganił ją stanowczym głosem. Ta natomiast kontynuowała ożywionym, duszonym szeptem.

 

- Nie Valentynku. - Ton zelżał na emocjach, z trudem starała się nie popuścić łez. - Zrobiłam to, bo chciałam już to mieć za sobą. Nie interesowało już mnie to kim byli, poza tym, że są cholernie dobrzy w tym co robią i ułudnie starałam się uniknąć najgorszego dla mnie scenariusza, jednocześnie w pełni go realizując. Coraz gorzej ze mną Valentynie. Ja nie chcę... Nie chcę stać się tym czymś. Cztery lata odcywilizowania na przepięknym księżycowym stepie. Udałam się tam, by ukoić to, co jeszcze ze mnie zostało. Odpocząć. Uspokoić moją duszyczkę... Tymczasem tak się nie stało... - Spojrzała leniwie ku sufitowi. - Szukałam ich. Cztery lata bezustannego błąkania się po tym chędożonym pustkowiu, pożerającego ledwo tlący się płomyk nadziei. Nikogo nie znalazłam. Tylko stare kości, nic nieznaczące znaki, druzgocące wiadomości i przekonywania przyjaznych mi klanów skrzatów... Nic Szpicowąsie. Setki lat poszukiwania czegokolwiek i nic. I nic... Nie mogę ich znaleźć. A ja trwam. Trwam na tym świecie, mimo że wszystko wokół przemija. Dusza ma kochana cierpi coraz bardziej pogłębiającym się szaleństwem... Nie mogę... Nie mogę już - Głos cichł, powoli ustępując wykończeniu. Mrużyła oczy. Obróciła głowę w stronę Iwańczyka. - Ile jeszcze Szpicowąsie? Ile jeszcze będzie to trwać...

 

Zapadła w sen. W następującej ciszy, słychać było tylko płytkie, chrypliwe dyszenie kobiety, oraz poranne śpiewy budzących się za oknem jaskółek. Valentynowi cisnęło się na usta słowo. Łamiąca odpowiedź, niszcząca wszelką nadzieję. Nie miał jednak serca by wypowiedzieć je na głos, w zasadzie nie potrafił już powiedzieć nic. Kontemplując, siedział na taborecie, wpatrując się bez wyrazu w okno komnaty, przez które powoli zaczynał przebijać ciepły blask porannego słońca.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • TeodorMaj 3 miesiące temu
    Drogi Autorze, jedna moja uwaga: nie publikuj 6 rozdziałów w ciągu 6 minut, ponieważ odstraszy to czytelników, a nie o to chyba chodzi. Tyle z mojej strony :) Pozdrawiam
  • Canulas 3 miesiące temu
    Ja tylko spróbuję Ci to zwizulizować na przykładzie. Załóżmy, że nie ma ograniczenia 2 publikacji na dobę i wrzucasz od razu 6. (byli tacy, co wrzucał 38, ale to inna sprawa). Po takim zagraniu dużo tekstów spadnie od razu z głównej i pół strony będzie tylko Twoich tekstów. Takie zagranie nie przysporzy chwały.
    Tak więc Maks dwie na dobę, choć póki nie zdobędziesz czytelników, sugeruję jeden tekst na dwa dni. Zwłaszcza jeśli to seria.
    Ciężko śledzić coś, jeśli się nie śledzi od początku i jeśli nie dasz ludziom czasu, pod tekstami będą pustki.
    Pozdrox
  • Artur S 3 miesiące temu
    Wezmę to sobie do serca, gdy w następnym tygodniu zacznę publikować następną część. Dzięki. :P

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania