Serce Tajgi - 2: Kwestia Starców - Rozdział 5

V

 

- Nie, nie wypada! - Prawiła doniośle Ewelina, śmiejąc się przy tym.

 

- Ale byłam ładniutka! - Wyłoniła się ze ściany obok Południca, ciągle manewrując kamieniem pamięci. Weszły do niewielkiego pomieszczenia wypełnionego stołami z płaskiego marmuru. Gdzieniegdzie stały pod ścianą pozłacane podesty z kinetechnicznymi figurami, a na środku podłogi, niewielki na dwie stopy szyb prowadzący w dół iglicy. Pomieszczenie zdawało się znajdować na szczycie budowli, gdyż poza klatką schodową z której dopiero wyszły nie znajdowały się już drzwi prowadzące do innych pomieszczeń, czy nawet korytarzy. Ewelina podeszła do marmurowej balustrady oddzielającej szyb od reszty piętra. Oparła o boki i spojrzała ku południcy.

 

- To był mnich biedulo! - Rzuciła. - Do mnichów się tak nie zaleca, w ogóle do nikogo się tak nie zaleca!

 

- Ale Baanka mówiła, że to zawsze działa!

 

- A ta „Baanka" przypadkiem za często do stodoły z chłopami nie chadzała?

 

- Chodziła, ale to o niczym nie świadczy! Miri był fajny i przystojny, a ja byłam ładniutka więc...

 

- Ciekawe ile wioskowych potem mówiło, o twoich „podbojach miłosnych" osób duchownych.

 

- Myślisz, że wielu? - Udała zmartwienie demonica.

 

- Cały boży stan Pelomski! - Rzuciła Płomienna wymownie z równie udaną kpiną.

 

- Ale ja nie byłam tak ważna, by o mnie wiedzieli. - Rzekła nadąsana południca.

 

- Jak mówisz, że tak ładna to pewnie i cały stan. - Parsknęła śmiechem Ewelina. Odetchnęła głęboko. - To gdzieś tu?

 

- Ta jest! Teraz stół... Stół, stół, stół, który to był stół. - Zanurzyła się w posadzce, tak że tylko głowa wystawała ponad podłogą. Sunęła po jej powierzchni między stołami, spoglądając na spody marmurowych blatów. W końcu zatrzymała się pod jednym z nich. - Ooo tu! - Sięgnęła dłonią, coś naciskając. Z sufitu wydobył się rytmiczny, mechaniczny klekot i dźwięk ocierających o siebie głazów. Po chwili ze środka sufitu otworzył się powoli niewielki krąg, odpowiadający swoim rozmiarem znajdującemu się pod nim szybowi. Prowadził on do kolejnego pomieszczenia.

 

- Oczywiście, że nie ma schodów. - Syknęła Ewelina. - Potrafiłabyś sama to obsłużyć?

 

- Nie. - Jęknęła zawodząco Palynra, pojawiając się obok Płomiennej. - Dźwignia jakaś taka dziwna, strasznie parzy czymś czarnym. Nie było tego wcześniej.

 

- Ogryt. - Potrząsnęła głową. - Cóż...- Odeszła na parę kroków, by po chwili wskoczyć z biegu na balustradę i się od niej odbić, łapiąc za krawędź otworu prowadzącego na górę. Podciągnęła i wdrapała się do środka. Zlustrowała komnatę. Prosto wykonane ściany z granitu, gdzie przy jednej z nich, znajdowała się dźwignia pokryta czarną, pochłaniające wszelkie światło, mazią. Nisko zawieszony nad jej głową, sufit stanowił srebrzysty, jarzący się odbijanym światłem Eweliny kryształ. Spojrzała w dół na Południcę.

 

- Nie wchodzisz? - Zawołała do demona.

 

- Nie... Głowa mi boli i szumi jak tam jestem.

 

- Mnie też.- Spojrzała do góry, dotykając kryształu. - Zdaje się w normie.

 

- To pociągnij! - Ewelina skierowała wymownie swój wzrok na dźwignię.

 

- A posprzątasz po mnie? - Prychnęła Płomienna słabnącym chrypliwym głosem. Nie czekała na odpowiedź. Podeszła i chwyciła za czarną dźwignię. Nagle światło promieniujące z jej osoby zgasło i pokój objęła ciemność. Poczuła kwasy szalejące w żołądku, gotujące się do wymiotów. Przełożyła dźwignię i natychmiastowo ją puściła, opadając na kolana. Światło powróciło. Szybko wstała na nogi i nierównym krokiem podeszła do otworu w podłodze, by z niego się z kolei osunąć i wskoczyć na poniższy poziom. Usiadła na stole koło południcy. Ciężko dysząc, łapała się to za gardło lub ocierała usta. Aż w końcu bąknęła chrapliwie połykając ślinę.

 

- Chyba przeszło...

 

- Aż takie to ciężkie było?

 

- Dziesięć grzywien tego świństwa. Na dźwigni i podłodze. Może trochę więcej. Zamknij ten sufit jak możesz.

 

Południca potaknęła posłusznie głową i poleciała coś przycisnąć do wcześniej wybranego przez nią stołu. Rozległ się skowyt płyt i sufit znów był płaską jednością.

 

- Teraz tylko czekać. Szkoda, że nie zobaczymy fajerwerków. - Rzuciła obojętnie kapłanka.

 

- Ależ łaaadneee.

 

- No tak. Ja nie zobaczę fajerwerków. - Burknęła z rezygnacją. Południca podfrunęła ku niej i usiadła obok.

 

- Jak to fajnie świeci i błyszczy i faluje, jeju i te motylki.

 

Ewelina parsknęła pół śmiechem. Po chwili Iglicą zawładnęły drgawki oraz natężające się buczenie i syczenie wędrującej energii. Aż w końcu wydobył się głośny grzmot sygnalizujący wystrzelenie gromadzonej energii w niebo.

 

- Ojeeeeeeeeej. - Zawoła zachwycona południca stając na stole i wpatrują ku sufitowi. Ewelina położyła się plecami na stole. Widząc to, demonica ułożyła się tuż obok niej.

 

- Polubię tę Ostoję? - Zapytała Plomienną.

 

- Mhm. - Oznajmiła marzycielsko najemniczka.

 

- Będę miała tam z kim gadać.

 

- Nie byle z kim. Latawice...

 

- Nie gadaj! Serio?

 

- Siostry. Polubią cię. Poza tym: Bannik, Dworowy, czasem odwiedza mnie Auran i inni goście. Sama tam nie będziesz. Co do Ostoi... Będziesz musiała zobaczyć na własne oczy. Gdy tam będziemy... Mam taką jedną księgę, co to będę mogła ci pokazać.

 

- Księgę? Pewnie masz ich tam dużo do poczytania.

 

- Tak, ale nie koniecznie o to mi chodzi. - Zaśmiała się słabo. Wskazała na trzymany w dłoni demona kamień. - Bardzo prymitywne, w porównaniu do tego, co kiedyś potrafili robić.

 

- Nie rozumiem.

 

- Możesz widzieć tylko obrazy zapamiętane z konkretnej pozycji. Księga jest jak ten kamień, tyle że potrafi ciebie przenieść do zapamiętywanych miejsc. Chodzić po nich, wąchać kwiaty, moczyć się w wodzie. Odkrywać... - Rozmarzyła się.

 

- Brzmi pięknie. To co ta twoja księga pamięta?

 

- Odbudowę Revedotei moja kochana.

 

- To... To po zakończeniu epoki czarnego słońca! Śmierci Sławy i w ogóle. Ojeju jak to dawno musiało być

 

- Mhm.

 

- I... I jak tam jest? - Podniosła się i nachyliła nieco nad Eweliną, by lepiej się wsłuchać. Ziejące pustką oczodoły, trupia wysuszona twarz. Płomienna zachichotała w myślach na wyobrażenie reakcji normalnego elfa, w tej samej sytuacji.

 

- Słowa nie potrafią w pełni tego ująć. Rozległe, złociste pola, po których pełne szczęścia dzieci ganiały się z takimi południcami jak ty. Ludzie w białych, wiecznie czystych szatach z nadzieją w sercach stawiający na nowo swe piękne kolorowe wioski. Nieubolewający nad stratą ich kochanej bogini opiekunki i podążający jej naukami i intencjami, cieszyć się z możliwości odbudowy świata. Przygotowania go dla powracających dusz. Svarydy leniwie wędrujące po niebie...

 

- Svarydy?

 

- Nie widziałaś u siebie Svarydów?

 

- Nie. - Nadąsała się.

 

- Takie latające piramidy. Oni jeszcze wiedzieli jak takowe konstruować, w przeciwieństwie do nas, gdy tę parę pozostałych potrafiliśmy co najwyżej konserwować. Wilkołaki broniące lasów świętych. Chciałaś zobaczyć mamuty? Nasze były malutkie w porównaniu do tych zza czasów Revedotei, gdzie budowano na nich domy.- Wyciągnęła się. - Piękne czasy, pięknych ludzi o pięknych duszach. Mogłabym na zawsze rozpamiętywać, gdyby moje wierne latawice, mnie od tego losu nie ratowały.

 

Szepnęła, usilnie tłumiąc wydostającą się na jej twarz tęsknotę. Zmrużyła powieki, Południca nie odpowiedziała, tylko również się położyła, marząc i kontemplując to, co usłyszała. Po chwili było już po wszystkim. Sploty magii w całości ulotniły się z wieży, a tą wypełniło odbijające się od ścian symfoniczne echo anielskiego zawodzenia.

 

- Czemu taka jesteś? - Zagadnęła Południca.

 

- Przepraszam? - Obruszyła się Płomienna.

 

- Jesteś Żercą... Hm... Kapłanką. Tymczasem oszukujesz, klątwami rzucasz, nie prawisz o swych bogach, nie modlisz się... Widzę to w tobie.

 

- Innymi słowy, czemu nie jestem bogobojnym klechą?

 

- Mhm. - Potaknęła Palynra.

 

- Na co? - Zapytała Ewelina obojętnym tonem. Południca najwyraźniej nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Zbita z tropu, milczała przez chwilę, zmagając się z doborem odpowiednich słów, aż w końcu odpowiedziała.

 

- No...Nie wie... Przecież każdy, każdego ocenia. Bogowie też patrzą i ocenę piszą o twojej osobie. Każdy przecież święty chce być jak najlepiej ocenionym w oczach bogów?

 

Ewelina zaniosła się cierpkim śmiechem.

 

- Myślisz, że taką Sławę, takiego Roda, Takiego Swaroga, czy takiego Światybora, interesuje to, jak się wyrażam? Jak się prezentuje?

 

- No... Nie, ale reszta? Oszustwa, kłamstwa... Czuję też od ciebie... Gorącą krew. - Zafrasowała się południca – Zabijałaś i to źle... Z bólem. Tego bogowie przecież dobrze nie ocenią.

 

- Gdyby bogowie... - Ewelina westchnęła z goryczą. - Gdyby bogowie chcieli, bym do nich przyszła, błyszcząc przykładem, to nie przeklęliby mnie bezkresnym życiem. Ani nie odebraliby mi wyznawców, którym wzoru swego bym udzielać mogła.

 

- Nie rozumiem.

 

- Moja wiara jest martwa Palynko. Nie ma już przed kim popisać się elokwentną erudycją, ni uczyć moralności i pracy nad duszą. To co muszę, to odprawię. Kiedy trzeba się pomodlić, to pomodlę.

 

- Brak ci wiernych? Ale przecież może ja...

 

- Nie, nie możesz – Zaśmiała się pochmurnie Ewelina. - Nie wiem czemu, ale wy demony stronicie od bóstw niczym druid od zdrowego rozsądku. Bogowce zresztą też. Pamiętacie o nich, ale żyjecie dla siebie i innych, bo sami już jesteście zbawieni. Dusze chcące żyć wokół nas. - Południca potrząsnęła z rezygnacją głowę. Ewelina w końcu wstała na równe nogi.

 

- Pofilozofujemy sobie kiedy indziej.

 

- Ale jak tooo. – Jęknęła z protestem w głosie Południca.

 

- Na przykład w drodze do Ostoi. - Odparła najemniczka. Południca wnet wypogodniała, ale z irytacją zaczęła przecierać oczy.

 

- Wszystko jakieś takie rozmazane i ciemne. Dziwnie widzę... Jakoś tak ciebie nie mogę dobrze zobaczyć.

 

- Boś się wgapiała w słup jak cielak, to teraz masz! – Prychnęła prześmiewczo Ewelina.

 

- Zostanie mi tak!?

 

- Góra dwie godziny i przejdzie. - Powiedziała łagodnie. - Nie przecieraj, bo ty nie masz oczu, więc nic nie pomoże. Ja tymczasem... Muszę na jakąś chwilę wyjść i pogadać z sołtysem. Im szybciej, tym lepiej.

 

- Obiecał ci za mnie złoto? - Południca wyszczerzyła się w szelmowskim uśmiechu. Ewelina potaknęła w odpowiedzi.

 

- I tak wątpię, by udało mu się cokolwiek zebrać. Tutejsi chłopi jakoś nie stwarzali wrażenia szczególnie hojnych. Wezmę sobie coś cennego na wyjściu...- Kątem oka Ewelina spostrzegła znajdujący się na podeście dziwaczny, połyskujący jasnym srebrem puchar. Trójkątna czara, wykręcony trzon, i płaska płytka stanowiąca podstawę, unosiły się oddzielone od siebie w powietrzu. - No i wilka z lasu wywołałam. - Klasnęła dłońmi. - Stąd widzę, że platyna. Pewnie warte więcej niż ta cała ich wieś. - Podeszła do naczynia, ujęła je w dłoń, a to zniknęło w chmurze niebieskawego ognia.

 

- Nie wyłaź z wieży, dopóki nie wrócę. I nie nuć dopóki wszystkiego nie zapamiętasz kamieniem. - Południca potaknęła porozumiewawczo głową, a Ewelina stanęła na barierce szybu i bez większych ceregieli zleciała w jego głąb.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania