Serce Tajgi - 1: Płomienna Północy - Rozdział 2

Czerwonowłosa kobieta odetchnęła głęboko, po czym wyciągnęła zza pasa chustę. Wytarła nią krew z szabli. Kopnęła tarczę mężczyzny, tak by była odwrócona wierzchem do góry i zaczęła zamaszyście ciąć w nią mieczem. Po powstaniu paru rys schowała oręż do grawerowanej złotem, skórzanej pochwy. Zaczęła trącać nogą bezwładne ciało żołnierza, obracając je czterokrotnie. Gdy uznała, iż pokryty jest wiarygodną ilością brudu, stanęła na jego klatce piersiowej. Nogi otoczyła delikatna wiązka błękitnej energii, a powietrze zafalowało, roznosząc nikłe, anielskie wołania. Uniosła prawą stopę i naciskała nią zbroję nieszczęśnika, aż pojawiły się niewielkie wgniecenia, jakby po uderzeniu ciężkim młotem bojowym. Powtórzyła czynność w wielu miejscach, tworząc wrażenie przejścia przez zaciekłą walkę. Usłyszała odległe rżenie koni, lazurowa łuna błyskawicznie przeniosła się z nóg na obszar ramion. Schyliła się nad ciałem, łapiąc jedną ręką głowę, a drugą dociskając palcami hełm, który niczym kostka mokrej gliny, uginał i gniótł się w pożądanych miejscach. Uniosła się, zeskoczyła w tył i z zadowoloną miną otrzepała z kurzu swe ramiona. Do jej słuchu doszły kroki ciężkich butów zachodzących ją od strony pleców.

 

- Stój, gdzie stoisz, bo cię nabijem na bełty! – Usłyszała zza siebie rozkazujący krzyk. Przewróciła wymownie oczyma i odwróciła się, wiążąc dłonie za plecami.

 

Przed nią stała grupa czternastu żołnierzy w żółto-niebieskich barwach. Pięciu z nich trzymało wymierzone w nią kusze.

 

- Ty, to baba jakaś! - Odezwał się elfi kusznik z orlim nosem oszpeconym długą blizną na mostku. Krępy, niski towarzysz zdający się być przywódcą grupy zmarszczył czoło w widocznej konsternacji.

 

- Ano baba. - Potwierdził podejrzliwie niski elf – Ładna jakaś. Tyś kto jest dziewko i po jaką cholerę pętasz się po polach bitek? - potrząsnął wymownie kuszą w stronę kobiety.

 

- Szpieg pewnie, bełtami ją... - Starał się odezwać wysoki mężczyzna z tyłu grupy, zanim ten niski uciszył go karcącym gestem ręki.

 

- Jam jest królewna Greta Aikon il Zerados Trzecia, córka najświętszego króla Tycji Erazma Aikona il Thodos Silnego – Wyrecytowała, kłaniając się dwornie, z ledwo widocznym drwiącym uśmieszkiem. – Przybywam z misją dyplomatyczną do waszego możnowładcy, króla Witora Javinicna Trzeciego.

 

- Królewna? Tutaj? - Odezwał się ten niski. - Na południowca mi panienko nie wyglądasz. I gdzie ma niby być twoja ochrona, he?

 

- To, gdzie jest moja eskorta, nie powinno cię obchodzić wioskowy ćwoku. Sprawy powyżej twej marnej pozycji i urodzenia. - Uniosła się, dumnie zadzierając głowę do góry. - Masz mnie teraz zaprowadzić do twego przełożonego. Nie obejdzie się bez skargi na twe haniebne traktowanie!

 

- Ty myślisz, że nam cegły na głowy pospadały za dziatkowania? - Parsknął lekceważąco niski elf. Kobieta błyskawicznie położyła dłoń na rękojeści – Zabieraj swą rączkę z broni łabędziątko. Oddaj nam ją najlepiej i zabieraj się z nami.

 

Stali oddaleni od siebie o parę kroków. Kobieta nieruchoma z drapieżnym grymasem na twarzy przypominającym uśmiech. Kusznicy napięci, przestający z nogi na nogę, gotowi oddać strzał. Nagle zza grupy doszedł ich zgiełk przepychanych na boki żołdaków oraz grzmiącego niskiego, dobrze znanego kobiecie głosu wywrzaskującego obelgi i klątwy. Twarz Makowłosej rozpromieniła się w szeroki uśmiech, ściągając tym samym dłoń z rękojeści.

 

- Złazić mi stąd świniojebcy chędożeni – Darł się zbliżający wściekły głos – Pięciu już żeście haniebne ryje powiesili bez żadnego przesłuchania. Takiego wam dam powiesić następnego bez mojej pogadanki. - Przed grupę wyszedł tęgi wysoki elf w stalowym napierśniku, spod którego wylewał się długi aż do stóp kaftan z czerwonego sukna. Z jego okrągłej twarzy zwisały długie aż do piersi kasztanowe wąsy, na samej zaś głowie nosił wysoką futrzaną czapę, z białym, metalowym bykiem przybitym na samej jej środku. Na widok kobiety natychmiastowo wyszczerzył usta w promiennym uśmiechu, ukazując szparę między dwoma przednimi zębami i rozłożył szeroko ręce do uścisku.

 

- Ewelino! Mordo ty nieszczęsna moja! - Radośnie zawołał, po czym zaczął iść w stronę kobiety. Ta na wznak również przymierzyła się do pójścia naprzód, lecz zatrzymał ją wciąż celujący kusznik.

 

Długowąsy, grubawy mąż, przyuważył to i stanowczym trzepnięciem dłonią wytrącił broń z rąk nadgorliwego żołnierza.

 

- W kogo ty obsrańcu niby celujesz? Co ty. Głowę w rzyci trzymasz, że Płomiennej Północy oczyma swymi nie rozpoznajesz? - Warknął pełny oburzenia.

 

Zdezorientowany niski kusznik spoglądał na niego pytająco. - Ona powiedziała, że...

 

- Szlaki wam z wszelakiego ścierwa bandyckiego czyści, gdy wy tu się bawicie w wojenkę. Strażnikom w miastach też kurwimącie kuszami grozicie?

 

Kusznik pokornie obrócił się do dalej celujących kompanów, przytaknął im porozumiewawczo głową, po czym zwrócił się do nich. – Spocznij. – I na rozkaz, opuścili broń rozchodząc się, by przeszukać pobojowisko. Długowąsy potrząsnął głową, kobieta na wznak wzruszyła ramionami, po czym wpadli sobie w niedźwiedzi uścisk.

 

- Cześć ci Szpicowąsie, kupę wiosen ciebie nie widziałam.- Wydusiła z siebie, mimo potężnego ścisku w jakim się znajdywała.

 

- O kupę wiosen za wiele, bym stwierdził.- Odpowiedział zwalniając uścisk, po czym rozglądnął się po krążących po polu bitwy żołnierzach i zapytał półszeptem – Nie można im było po prostu powiedzieć kim jesteś?

 

- Wyobraziłbyś sobie, ile to razy wiejskim nowodzierżcom nie chciało się od tak uwierzyć w moją postać. Przy blefie przynajmniej jest większa szansa, że kmiotki nie wezmą ciebie za wariatkę bądź wroga.

 

- Dość słaby ten blef ci wyszedł, skoro poznały się na nim Ryznańskie obszczymury.

 

Przechodzący obok żołnierz słysząc niepochlebne miano, spojrzał na niego spod byka. Szpicowąs machnął tylko lekceważąco ręką.

 

- Marny nawet. Nie było w moich planach natknąć się na jakikolwiek patrol.

 

- Ale no to? O czym to było... Jakaś królewna z południa? Pamiętasz jak oni traktują tam swoje baby? Taka wpadka... - Stwierdził, z drwiącym uśmiechem na twarzy.

 

- Ach, odpuść mi może trochę, co Szpicowąsie? - Żachnęła się Ewelina. - Ostatnie cztery wiosny spędziłam na stepie, unikając owłosionych kanibalistycznych pokurczy. Nie na intrygach dworskich. Zresztą te pajace nie potrafiliby wskazać Tycji na mapie. Chyba to dobrze, że...

 

- Ależ oczywiście, że dobrze. – Parsknął śmiechem Szpicowąs, unosząc zapraszająco rękę – Zamierzamy tu tak stać, wdychając w siebie efekt próby ucywilizowania tego skrawka gówno wartej ziemi, czy usiądziemy w bardziej godnym tego spotkania miejscu, gdzie byś mi naopowiadała co i jak i czemu tu tak na przykład jesteś?

 

- Wrażliwy żeś się zrobił. Wozisz ze sobą siedzenia? - Spytała na wpół zaskoczona.

 

- Stolik nawet. I nie Ja, tylko smarkacz z oficerki, którego przydzielił mi szanowny król Witor w ramach układu. A że w wojaczce kadet dupą jest, to przynajmniej może mi ponosić dobytek, w zamian oczywiście za miłe słówko o nim. No co się tak przyglądasz, moje to wojsko? - Wyszczerzył się.

 

Ewelina wzruszyła ramionami, tłumiąc śmiech. Za nią jeden z żołnierzy klęknął przy ciele nieprzytomnego, krwawiącego tarczownika. Spojrzał wymownym, pytającym wyrazem na Ewelinę.

 

- Szaleniec. – uprzedziła go, lekceważąco machając dłonią.– Obudził się z wybałuszonymi ślepiami i rzucił się na mnie niczym byk. Musiałam go ciąć, a potem dać w pysk. Cięcie płytkie, powinien z tego wyjść cało. Choć nie odmówiłabym mu pomocy medycznej. - Żołnierz kiwnął niepewnie głową. Poprosił jednego z towarzyszy, a ten wyciągnął zza pazuchy rolki lnianych bandaży, po czym z pełną wprawą zaczęli opatrywać nieprzytomnego tarczownika.

 

- Pełno takich po bitwach. – Wtrącił zarozumiale Szpicowąs. - Stoją tacy na linii frontu i rzygają w swe hełmy na widok przepełnionego żelastwem i mordem tłumu. Naprą na szereg, a taki popuszcza w zbroję na widok ucinanych łbów swych kamratów. A to wszystko kumuluje się potężnym pierdolnięciem obucha w czaszkę. Potem wstaje taki nieświadomy świata, tego czy jeszcze się bije i chce nadrobić zaległości. Zresztą... – dodał krzywiąc się lekko – Temu to dopiero pożałowali litości. Ta szrama na piersi to twoja robota Ewuś?

 

- Ta. - Kusznik, wyraźnie wytrącony z równowagi tym wyznaniem, pobladł i wybałuszył na nią gałki oczne. Ewelina uśmiechnęła się niewinnie. Na twarzy Szpicowąsa pojawił się łobuzerski grymas.

 

- Taką dziwotą broni pot... - Zaczął Szpicowąs.

 

- Kiedy indziej. – Przerwała mu życzliwie. - Przyjdzie na to pora mój drogi Iwańczyku. Na razie, jestem na szlaku i muszę zdążyć przyjąć i wykonać zlecenie przed końcem tygodnia.

 

- Na Księcia Andreia i jego bandę zgaduję?

 

- Mhm. Król z wami w obozie? - Iwańczyk potaknął potwierdzająco głową – Zaprowadzisz mnie do niego?

 

- Ależ pewnie. - Charknął Szpicowąs – Ta banda porażek żołnierstwa da sobie radę beze mnie – Odwrócił się do przysłuchującego się rozmowie niskiego kusznika. - Dajcie sobie trzy godziny na przewęszenie pobojowiska, po czym do lasu i na tamte górki, o tam! Bić się tylko z dwójkami Igrodczyków. Jeden zaciągnie was w pułapkę, trzech i więcej mogą kogoś zabić. Wynosić się do obozu przed zmierzchem. I na litość Starca nie mordujcie więcej jeńców.

 

- Się zrobi. – Przytaknął kusznik ze złowieszczym uśmiechem. Szpicowąs przewrócił wymownie oczyma. Zrezygnowanie machnął na niego ręką, po czym kiwnął ponaglająco głową na kapłankę i ruszyli przed siebie.

 

- Od razu dali ci dowództwo nad grupą zwiadowczą? - Zapytała się Ewelina, zrównując się z nim w chodzie.

 

- Bandą rynsztokowych obszczymurków jak już. A ja tymczasowo pełnię rolę generała. – Żachnął się oficer, zawijając na palec swój długi kasztanowy wąs. – Jedyne do czego są zdolni, to darcie się na wroga w nadziei, że ten najpierw nabije kopią biegnącego obok brata. Nieudacznicy, za cholerę się do zwiadu nie nadają. Takich starają się przydzielać nam stare szlacheckie dziady, liczące na to, że hołota będzie instynktownie siorbać nasze nauki... I że naszej kondotierri będzie się chciało jakiekolwiek przekazywać. Banda zagrzybiałych ideologicznych chamów. Chamów mówię ci! - Splunął na wznak. - Zresztą...- Zachłysnął się powietrzem. - Rzyć tylko sztywnieje od siedzenia w obozie. Król, marszałek i ich niebiesko-krwisty harem. Cały przeklęty dzień pierdolą tylko o polityce, ekonomii, dziwkach i wszelkim innym temacie byle tylko nie o chędożonej wojnie. Przysięgam na cyce swojej babki, wystawili właśnie Igrodowi jatkę tu, na przełęczy, a te knury rozprawiają jak intensywnie trzeba cmokać Pyrię w rzyć. Ja oficer jestem, na wojnę przyjechałem, jeszcze w najemnictwie, plany powinienem formułować z marszałkiem i jego sztabem. Eh, mordy szkoda strzępić.

 

- Znasz dobrze Ryznańczyków i ich podejście do wojaczki, po jakiego pchasz się w ich wojny? - Zapytała z wyrzutem Makowłosa.

 

- Ah, no przecież z czegoś trzeba żyć moja droga! - Wybuchł radośnie Szpicowąs. - Wojenka łatwa. Ta pozbawiona dyscyplinarnego bata, Drwina, potocznie nazywana armią, może i nadaje się wyłącznie do załadowania sobą dział, ale przynajmniej jest ich dużo. No, ale Działa Ewa, Działa! Najnowsze modele pyryjskiej sztuki wojennej, pierwsze swego rodzaju, wielkie jak chata, obsługiwane przez adeptów kinetyki, jak pierdolnie, to i cała góra w pył obleci...

 

- I pewnie ich wynajęcie kosztowało cały skarbiec i połowę ziem Ryznańskich? - Ewelina zaśmiała się z przekąsem, przeskakując energicznie nad ciałem Igrodzkiego kawalerzysty.

 

- Tak źle nie jest. Dwa lata temu odkryli potężne złoża siarki, którą teraz sprzedają na masę Pyrii. Wzbogacili się nawet na tym kutafony. A za działa zapłacili permamentną redukcją ceny surowca o całe trzydzieści procent dla ich kupców. Następny rabat na wynajem dali za nagonkę na druidów, więc działa w praktyce dostali za półdarmo. Już na nas, oficerów, więcej wydali. - Iwańczyk pokręcił głową, biorąc głęboki wdech. - Zresztą, stara znów w ciąży i wyjechała z dziatkami do rodziców na dwór królewski, a samemu na włościach, tak...Cóż... Nudno się siedzi. Więc trzeba się jakąś wojną zająć, póty nie wrócą.

 

- W takim razie gratuluje udanego rozrostu dynastii. - Wystąpiła lekko przed nim, odwróciła się i dalej idąc, ukłoniła się zawadiacko w stronę oficera, po czym dodała z drwiącym uśmiechem na twarzy. - Twoje, tak?

 

- A czyje ma niby być? - Burknął oburzony.

 

- Nie wiem, dużo cię w domu nie ma... – Stwierdziła, z trudem powstrzymując zbierający się wybuch śmiechu.

 

- Ja ci zaraz zabytku parszywy dam „dużo cię w domu nie ma". Trzy całe dnie to babsko rozpruwałem, bo zachciało mi się urywkowo nowego syna. Trzy dni! A po trzech dniach co? Rzyga do wazonu dziadowego, klecha łazi do niej następne trzy dni i co? I w ciąży! Nie patrz się tak. On akurat jaj nie ma. - Ewa nie wytrzymała i wybuchła na to niesłyszalnym chichotem, ujawniając garnitur równych, ostrych, śnieżnobiałych zębów. Szpicowąs pokiwał na to zrezygnowanie głową. Ta opamiętała się i zapytała już z jej naturalnym wyrazem ciepłego uśmiechu.

 

- Dziewczynka, tak?

 

- Dwie. Bliźniaczki. - Ewelina gwizdnęła z uznaniem. Szpicowąs przywrócony do pogodnego stanu ducha ciągnął z udawaną rezygnacją w głosie. - Tak jest, gdy układasz sobie plany w głowie przy ślubach; dwie córki, czterech synów. Ale stary grzyb w niebie musi postawić na swoim i teraz będę miał cztery córki i dwóch synów. O! To jest boska sprawiedliwość! -Spojrzał na wyczekującą w uśmiechu kobietę. - Jedną nazwę „Ewelina". - Burknął.

 

- Aaa, jestem tym w całej szczerości zaszczycona! - Uśmiechnęła się serdecznie – A drugą?

 

- A drugą nazwę Radomira. – Powiedział, oddając ciężki wydech.

 

- Spodoba się jej.

 

- Albo utnie mi jaja. W końcu nazwę po niej elfie dziecko.

 

- Ja jeszcze ci nie ucięłam, to Ona tym bardziej ci ich nie utnie. - Skonstatowała.

 

- Cóż, to dobrze, bo jeszcze będę miał ochotę zaryzykować i spróbować o syna... - Zadumał się mężczyzna. - ...Śmierdząca sprawa z tym księciem, nie? - Zapytał znienacka na wydechu, jakby chciał podjąć temat już od dłuższej chwili. Ewelina spoważniała.

 

- Każde zlecenie na członka rządzącej dynastii zazwyczaj śmierdzi grą polityczną, układami, dramatem rodzinnym i skurwysyństwem po jednej, drugiej lub obu stronach.- Wyrecytowała z zimną kalkulacją. - Sam książę pewnie jest „pokrzywdzonym" przez dwór królewski, nieudacznikiem, z przejawami przyszłego tyrana, na którego całe życie patrzono krzywym wzrokiem, mówiono co ma robić i jak się zachowywać. Koniec końców, Król złamał święte, według książątka, prawo sukcesji i wyznaczył sobie na następcę innego członka rodziny, kuzyna, brata lub dworaka szlacheckiego, traktującego go jak syna cieszącego się przynajmniej minimalnym uznaniem dworów szlacheckich. Syn się buntuje, pali jakąś świątynię bądź wioskę i udaje się na banicję, znajdując sobie bandycką bandę i z nimi terroryzuje szlaki, wieśniaków i arystokrację na uboczach państwa coraz to bardziej popadając w otchłań bezprawia i okrucieństwa, pozostając jednocześnie pretendenckim cierniem w dupie rządzących. Zbyt wiele miałam takich zleceń w życiu...

 

- Siostry. Szlag! - Wyrwał ją z wywodu oficer, uderzając barkiem o stojącą chorągiew z klęczącym rycerzem na biało-purpurowej fladze.

 

- Co?

 

- Siostra królewicza. Król nominował swoją córkę, Stojankę. - Wyjaśnił.

 

Na twarzy Eweliny wypłynął przepełniony drwiną promienny uśmiech.

 

- Aha! A widzisz? Jednak potraficie postawić u władzy kobietę.

 

- Tylko, gdy alternatywą jest postawienie na tronie zepsutego szmaciarza, co posłałby swój kraj w ruinę i zamęt, a król darzy swą rozpieszczoną gówniarę nadmierną miłością. - Żachnął się. - Na żaden długotrwały precedens nie licz.

 

- Król też kocha syna?

 

- Chyba. - Odpowiedział obojętnie Szpicowąs. - Gdyby nie, to chyba rzuciłby już nim dawno o ścianę czy coś. Książę Andrei słyszałem, że ponoć starym skrybusom potrafił działać na nerwach.

 

- W takim razie król pewnie będzie mi stawiał warunek po kryjomu, lub nie, bym „Bandytów złych ubiła i synusia jego calutkiego dostarczyła." albo wszystkie bliskie mi osoby, ukarze i zabroni wstępu do kraju. Pod karą śmierci w męczarniach, oczywiście... Komplikacja. – Westchnęła Ewelina.

 

- Dla ciebie? Pierwsze słyszę.

 

- Ano dla mnie. - Twarz Eweliny ścierpła. - Gówniarz jakoś zgromadził wokół siebie przynajmniej dwudziestu przydupasów potrafiących wyrżnąć zaciężny patrol. Wszyscy ponoć znają się na swoim rzemiośle, a do tego mają wsparcie bojowej magii. Lunomanty z tego, co słyszałam. Trudno zadbać o czyjeś i swoje życie, tym bardziej zdrowie, gdy ten stara się wykorzystać swoją nietykalność i jednocześnie napuszcza na ciebie dwudziestu innych drabów i magów. Szczęście moje znając, to książątko okaże się jeszcze doborowym strzelcem.... Czasu mam mało, by goić rany, a tym bardziej umierać. - Skrzywiła się łowczyni.

 

- Słyszałem. Ponoć patrolem przewodził...

 

- Rano napadli na eskortę jakiegoś Rycerza, składającej się z dwunastu ciężkozbrojnych piechurów. - Przerwała mu surowo.

 

- Co ty mówisz? - Zmartwił się oficer.

 

- Niedaleko. Półtora, może dwie staje na wschód stąd. Kryjówkę też mają niedaleko i już podejrzewam, gdzie może się znajdować. Rycerz Ryznańczyk. Wielki nos, opita, pulchna twarz, siwa, rzadka broda i szeroka blizna na prawym oku.

 

Iwańczyk zaklął. - Hrabia Valko z Nakowiczów. Zastanawialiśmy się, czemu go jeszcze nie ma. Nie żyje, tak? - Ewelina potaknęła potwierdzająco głową. - Źle. Ponoć jak na Ryznańczyka to umiał dowodzić i morale nawet podbudować. Oj, odbije się to na bitwie.

 

- Wilcze doły, drzewo na trakcie, strzały sterczące z obojczyków i głów, jakby celowano do nich z koron. Przypadkiem się tam nie znaleźli.

 

- Pewna jesteś, że to oni?

 

- Zostawili po sobie czerwone bażancie pióro. Ich znak rozpoznawczy, jeżeli dobrze pamiętam.

 

- Sabotowanie wojny toczącej się o ziemie królestwa, którym może by jeszcze rządził. Co się porobiło z młodzieżą.

 

- A ja jeszcze dzisiaj wpieprzę się w cały ten polityczny burdel i zrażę do siebie parę ważnych osobistości w królestwie. - Klasnęła dłońmi, szczerząc się maniakalnie. - Cudownie!

 

- To na co ci ta robota kobieto? – Zapytał Szpicowąs, już z udzielającym mu się udawanym entuzjazmem Eweliny.

 

- Jak to po co? Nagroda! Zawsze będzie się rozchodzić o nagrodę. Całe Tysiąc merów. Sowite wynagrodzenie za takie sparszywienie.

 

Szpicowąs zaśmiał się głęboko. - Ty potrzebujesz złota? Co ci się działo na tych stepach, że nagle piszczysz biedą?

 

- Nie dla mnie. A tak się składa, że akuratnie jestem na tę chwilę biedna niczym mysz świątynna. A jeszcze tak bardzo was nie nienawidzę, by sprzedać wam me zabawki, byście pozabijali się nawzajem. - Na widok humorzastego wyrazu wyczekiwania na twarzy Szpicowąsa kontynuowała – Taka jedna, druhna ma. Wynyjka. Znam ją od jej najmłodszych lat, cholera byłam nawet przy jej porodzie. Bękarcica arystokraty. Spotkałam się z nią po tym, jak wróciłam ze stepów. Wydoroślała. Jest inteligentna, mądra, bystra, ambitna, nawet ładna jak na elfkę. Cóż, jej matka, co ją też znałam, umarła jakieś trzy lata temu. Pozostała rodzina jej nienawidzi, a bez matki nie ma już nikogo kto, by ją przed nimi bronił. Ojczym chce ją wydać za jakiegoś zgrzybiałego kondeńskiego dziada kupieckiego, z haremem pięciu żon, tak tylko dodam. Marzyła o tym, by kiedyś dostać się na Imperyjny Uniwersytet Pyryjski... I cóż, gdy tak płakała na moim ramieniu, to mogła mną pokierować sympatia i współczucie i... - Wzięła głęboki wdech. - Przez przypadek zobowiązałam się do sponsorowania jej wszystkich czterech lat nauki. Księgi, wyżywienie, ubrania, przyrządy no i same studia. Równo wychodzi dziewięćset merów. Za pozostałe sto, może kupić sobie ładny dom. - Puściła Iwańczykowi oko.

 

- Prosiła cię chociaż o to? - Popatrzył na nią z pełnym politowania uśmiechem.

 

- Nie.

 

- Za łatwo się da ciebie wykorzystać. - Pokręcił z dezaprobatą głową. Ewelina wzruszyła ramionami.

 

- Marudzisz. – Machnęła ręką. - Zawsze jakiś życiowy cel dla mnie. Poza tym, kontakt w Pyryjskiej Akademii, jaki by to nie był, jest bezcenny. Tylko, że właśnie dlatego muszę się spieszyć z tym kontraktem, gdyż termin zapisów na semestr się zbliża. Po ucieczce z domu osadziłam ją na swoim dworku niedaleko tej nowo osiadłej dziury, na wschód od Vynis. Jak ona się zwała?

 

- Karanda. - Odchrząknął Szpicowąs – Ponoć wyjątkowo urocze miejsce, jak na pogorzelisko wojenne.

 

- Ta, pierwsze co odbudowali po wojnie to lokalny zamtuz, a dopiero po tygodniu przypomnieli sobie, że ktoś im wypalił dach w spichlerzu. W każdym razie to ta osada. Wynyjce nic nie powinno się stać. Strawy starczy tam i na rok, a dla zajęcia może mi ogród plewić i w biblioteczce siedzieć. Boję się za to, że po pewnym czasie się wystraszy brakiem mojego powrotu i w końcu wyjdzie poza dwór.

 

- Czyjaś krew za czyjąś naukę? No Ewelina. - Cmoknął ozięble oficer.

 

- Do rozlewu krwi może nie dojdzie. - Odparła mu zdawkowo Makowłosa.

 

Szpicowąs machnął zrezygnowanie ręką, a Ewelina zaśmiała się ponuro.

 

Wyszli na polanę, naprzeciw nich gromadziło się małe stadko koni i dwóch rozmawiających ze sobą żołnierzy. Szpicowąs westchnął po czym podjął dalszą rozmowę.

 

- Konia masz, czy nogi swe cały ten czas męczysz? - Zapytał obojętnie, starając się odpędzić natrętne komary sprzed twarzy. Na widok wymachiwania dłoni oficera żołnierze wzdrygnęli się, po czym przyjęli wyprostowaną posturę i podbiegli do nich. Iwańczyk spoglądnął na nich surowym, pytającym wzrokiem.

 

- Czego? - Zapytał zirytowany.

 

- Myśmy myśleli, że pan Valenty po coś nas wołał. - Powiedział niższy z żołnierzy z długą kozią bródką.

 

- Od komarów się odganiałem, rurociągi chędożone. Gdzie szczeniak?

 

- O-o-on do lasu poszedł panie – Jęknął niepewnie wysoki żołnierz z licznymi bliznami po ospie na twarzy.

 

- Jak to kurwa do lasu poszedł? Wilka zobaczył czy odlać się musiał? No gadaj, bo czas nam marnujesz swym jąkaniem. - Oficer mówił z coraz to bardziej podniesionym głosem.

 

- G-Grzyby poszedł zbierać panie. - Szpicowąs spojrzał momentalnie na Ewelinę z twarzą mającą wyrażać: „Widzisz, z czym muszę się użerać?". – Mówił, że tutejsze grzyby za dużo da się odsprzedać.

 

- To wpierdalać się w las i go szukać koniowały przeklęte. – Ryknął na nich oficer. - Inaczej będziecie cały mój i jego pakunek na plecach nosić do obozu.

 

- Tak jest panie oficerze! - Zasalutowali jednocześnie, po czym pobiegli żwawo w las.

 

- Kwiat i duma przyszłej arystokratycznej oficerki. Poszedł grzyby zbierać na zwiadzie. - Wytarł ręką czoło, po czym spojrzał na Ewelinę i dopiero teraz spostrzegł jej zarumienioną twarz, desperacko starającą się zamaskować śmiech. - Czterysta wiosen na karku, a babsko zachowuję się jakby miała dwanaście. - Żachnął się. Ta wreszcie się uspokoiła, po czym przetarła czubkami palców swe powieki i powiedziała.

 

- Ponad czterysta. - W jej tonie jeszcze tkwił zduszony śmiech. - Konia mam. Nowego, stepowego. - Powiedziała z prześmiewczą dumą, opierając dłonie o boki. Rumieniec znikł z jej twarzy. - Księżycowa klacz wyciągnięta prosto z dziczy Równin Księżycowych.

 

- Ta? Nigdzie jej nie widzieliśmy, jak przyjechaliśmy.

 

- Bo nie mieliście jej zobaczyć! - Włożyła dwa palce do ust, i wydała z siebie głośny, przenikliwy gwizd. Szpicowąs zauważył poruszenie wśród oddalonych krzaków, po czym wyłoniła się z nich wielka czarna klacz, o czterech cienkich, białych pasach biegnących wzdłuż tułowia, od zadu do szyi. Włosie jej było koloru mleka, tak samo jak i jej kopyta. Oczy jej zaś niemal świeciły intensywnie malinowym kolorem. Oficer gwizdnął z uznaniem.

 

- Za taką klacz kupiłabyś całe królestwo. Jak się zwie?

 

- Lyrka. Spędziłam cały miesiąc, biegając za jej diabelskim stadem, starając się zyskać ich zaufanie i słuchając przy tym rechotów towarzyszących mi pokurczy. Ale cóż, opłaciło się niemal natychmiastowo. Już następnego dnia po osiodłaniu tej bestii, spotkał nas jakieś inny klan stepowych karłoludów, którzy wzięli mnie za boginię i dobry omen. Napoili, dali mi zapasy i pożegnali mnie niczym długo wyczekiwaną mesjaszkę. Jednocześnie zawierając sojusz z towarzyszącym mi klanem. - Poklepała konia po pysku.

 

- Nie boisz się, że ją ktoś tutaj gwizdnie? - Zapytał na wpół osłupiony oficer.

 

- Ośmieli się nawet, to pod jego dupą, lub obok jego mordy eksploduje bomba pełna domowej roboty ognistego jadu. Nie, koniowi nic się nie stanie. Zresztą, bestie są wierne jak cholera, prędzej zabije takiego osiłka kopnięciem niż da się ujechać. A przy szlachetkach i królach będę ją po prostu maskowała pod iluzją.

 

Siodło o kolorze mahoniu było zdobione złotymi metalowymi krawędziami, z licznymi wyrytymi na nim runami, podobnymi do tych na stroju Eweliny. Uzda zaś była wykonana z grubego, sinego aksamitu, z pierścieniem wykonanym ze srebra.

 

- Wrócę do swej Ostoi, to jeszcze wykonam dla niej odpowiednią zbroję płytową. Zbyt szeroko już zaczyna się wprowadzać broń prochową. - Skrzywiła się. - Może być zwinna, twarda i pełna życia, ale wybiegnie ci przed szereg strzelców to podziurawią ją jak sieć rybacką.

 

- Zbroja na kule? Jest coś takiego?

 

- Pyryjczyków antagonizować nie będę, a na resztę waszych prymitywnych dup się nada, zresztą... - Błysnęło jej w oczach. - Mojej stali nawet Pyria nie da rady na razie sprostać.

 

- Mowa o Ostoi. - Wrócił do tematu, odpowiadając zatroskanym ojcowskim uśmiechem. - Co będziesz porabiała po wykonaniu zlecenia? Wracasz Tam?

 

- Kiedyś. Za dwa, cztery lata może. Pokręcę się trochę po północy, zobaczę czy coś jest do roboty, może zahaczę o Biały Trybunał. Zapoznam się z sytuacją świata, minie rok i pojadę pomieszkać na jakiś czas u Rusałek.

 

- Ah, pojeździłbym trochę z tobą, sam świata trochę ogarnął, jak za starych czasów. Może niekoniecznie do Rusałek, bo i tak prędzej ustrzelą mi pistoletem rzyć, niż mnie wpuszczą do swej puszczy. - Zachłysnął się głęboko powietrzem. - Ale sam mam niestety wojnę na karku, i żonę bliską rodzenia.

 

- Bywa. Przyjdzie na to jeszcze czas. - Klepnęła go w plecy. - Na pewno odwiedzę was na włościach. Dzieci sobie obejrzę, może gdzieś ciebie stamtąd wezmę. Wracacie na swój dworek, tak?

 

- Tak mi obiecała, pod warunkiem, że wojna się skończy... Ehh, wredne babsko -.

 

Usłyszeli trzaski gałęzi dochodzące z lasu, po czym wyłonili się z niego dwaj, wcześniej stojący przy koniach, żołnierze, trzymający wiklinowe kosze wypełnione białymi, smukłymi grzybami o szerokich, pokropkowanych na zielono kapeluszach. Przed sobą prowadzili okrągłego nastolatka z obrzydliwie tłustymi, nieuczesanymi, brązowymi włosami, z ledwo widocznym młodzieńczym wąsem pod nosem. Był ubrany w długi złoty kaftan, oraz skórzany napierśnik. Na widok Lyrki, cała trójka na moment osłupiała, po czym, to patrząc się to raz na Ewelinę, to raz na jej klacz, ostrożnym krokiem kontynuowali marsz. Ewelina zmarszczyła czoło i nie spuszczała wzroku z koszyków z dziwnie wyglądającymi grzybami. Grubasek podszedł z opuszczoną głową do oficera niczym pies świadomy swego przewinienia. Ten z groźną miną na twarzy wskazał rozkazująco na szarego konia ze stada, a na ten znak kadet ruszył w stronę ogiera. Poprawił siodło i zaczął przygotowywać go do jazdy. Szpicowąs kręcąc głową, oparł stopę o strzemię, trzymając się siodła i wskoczył na nie. Zakręcił palcem wąs i splunął wymownie obok giermka. Ewelina podeszła do niego, prowadząc swą klacz za uzdę. Jej twarz wypełniał szyderczy uśmiech.

 

- Z tych grzybów robi się narkotyk. – Skonstatowała z udaną powagą Ewelina. - Suszy i mieli się je na zielonkawy proszek, który po wciągnięciu przez nos masywnie pobudza potencję seksualną. Dzieje się tak dzięki występującym po zażyciu halucynacjom, ukazując wszystkich w oczach delikwenta jako obiekt ostatecznej fantazji seksualnej. Wyjątkowo nielegalny.

 

Szpicowąs przeciągnął się rechocząc. - A co to moje wojsko?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Karawan 3 miesiące temu
    1/ z brzydko wyglądającym szpakowatym nosem - szpakowaty to pokryty siwizną! Łomatko i szwagierko! Aż tak owłosiony łucznik? :)
    2/ pętasz się po polach bitek? - bitka to proszę Autora na ulicy lub w barze, spelunce, etc.
    3/ Tekst nadal długością zniechęca do czytania. Pierwszy odcinek bez poprawek. To oznacza, ze Autor oczekuje braw i nie chce męczyć się swoimi błędami. Czytelnik wiec rezygnuje :)
  • Karawan 3 miesiące temu
    Proszę zechcieć zauważyć, że najlepszy pomysł źle zrealizowany nie jest wiele wart.
  • Artur S 3 miesiące temu
    Ależ drogi czytelniku, bądźmy wobec siebie uczciwi. Autor ma pracę i ograniczony czas za dnia, by aktywnie się zajmować poprawianiem, z kolei oczekiwanie natychmiastowych poprawek po umieszczeniu komentarza też nie jest do końca rozsądne. Gdybym szukał poklasków, to nie męczyłbym się w ogóle z publikacją na internecie w jakiejkolwiek formie, tylko po prostu dokończyłbym wszystko i zaniósł do wydawcy. Wolę krytykę teraz, niż za parę miesięcy.
    Krytyka zaś też musi być rozsądna. O ile czepianie się takich podstawowych błędów jak "szpakowaty nos" jest kompletnie uzasadnione i pomaga mi, gdyż mogło to być wynikiem przeoczenia lub niewiedzy, to jednak krytykowanie rzeczy takich jak element uzbrojenia, bez wcześniejszego upewnienia się czy po prostu wiedza nie jest za mała, lub tego, że jakiś piechur niskiego urodzenia w feudalnym społeczeństwie używa określenia "Bitka" do opisu pobojowiska, zamiast stosować się do zasad dopiero niedawno w historii ustanowionych zasad poprawnej polszczyzny, jest po prostu nie na miejscu i godzi w wiarygodność samej krytyki.
    Na długość tekstu nic nie poradzę, gdyż podział na rozdziały to pomysł świeży, zaledwie mający dwa dni i istniejący wyłącznie dla publikacji w internecie. Tekst nie był pisany w oparciu na taką formę, choć osobiście nie spotkałem się jeszcze z krytyką od czytelników, którym dane to było przeczytać przed publikacją, by mieli problem z długością tekstu.
  • Karawan 3 miesiące temu
    Artur S Skoro Autor wie lepiej to po cóż o komentarz prosi? Wszak każde spojrzenie to czysto subiektywna reakcja. Co do bitki podtrzymuję swe stwierdzenie. W feudalnym społeczeństwie Szanowny Autorze piechur niskiego urodzenia używał języka o którym nie mają pojęcia nawet ci się tym zajmują jako naukowcy! Tak więc to Autor jest odpowiedzialny za stworzenie namiastki, która będzie współgrała z resztą utworu. Polecam SJP oraz hasło bitka :)
    I odnośnie długości tekstu - oczywiście można go podzielić inaczej, ale Autor wie lepiej. Nie będzie więc czytany, co wcześniej już mu anonsowano, traci czytelników na własne życzenie.
    Powodzenia zatem życzę i trochę żałuję, że Autor do grona moich "ulubionych" najlepiejwiedzących dołączył.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania