Serce Tajgi - 2: Kwestia Starców - Rozdział 4

IV

 

Doszły do pomieszczenia prowadzącego na zewnątrz Iglicy. Ewelinę już docierały głosy rozmowy zza murów wieży. Czyli jednak tam byli, a mała zołza ich nie widzi. Albo może nie zwracała uwagi.

 

- Na zewnątrz są Elfy, powinnaś je widzieć. - Zagadnęła południcę.

 

- Nie widzę, a co? - Odpowiedziała unosząc kamień pamięci wysoko w górę, by objął widokiem wyższe piętro.

 

- Czemu ich nie widzisz? Za jasno w wieży?

 

- Sama wieża nie... Ale mury Iglicy są takie jaśniutkie. Jakby ukradły słoneczku swoje światło. Falują i pulsują. Jakby same tu były więzione i chciałyby sobie pójść.

 

- Dziwne, nie wyczuwam niczego co by... Osz ty cholera. - Stanęła w osłupieniu nagłego przebłysku myśli, niemal opuszczając taczkę.

 

- C-coś się stało, że ściany takie są?

 

- I nie jest to dobre coś. - Westchnęła ciężko. – Wyjaśnię, gdy wrócę. Odnośnie aktu o którym mówiłam. Wywiozę im teraz te trupy, a ty odlicz do trzydziestu. Potrafisz liczyć?

 

- Pewnie! Co za głupie pytania. - Fuknęła oburzona.

 

- Gdy ci powiem, zaczniesz liczyć do trzydziestu, a potem zacznij się drzeć tak, jakby ktoś ci kopnął kota. Gniew i zagłada. Najgłośniej jak potrafisz. Dasz radę?

 

- Ogłuszę nieszczęsnych wieśniaków swymi wołaniami zapomnianej duszy! - Uniosła się dramatycznie. Ewelina usilnie starając zachować stoicką twarz, parsknęła chichotem.

 

- Świetnie, to ja zaraz przyjdę, a ty już licz. A i unieś się na pierwsze piętro, by w razie czego ciebie nie zobaczyli. - Południca porozumiewawczo podygotała głową.

 

Płomienna ruszyła w stronę wyjścia. Nie zwróciła wcześniej na to uwagi, ale zdaje się, że ulewa przeminęła. „Szkoda" pomyślała. Przeminięcie deszczu oznaczało w końcu więcej ciekawskich elfów stojących pod iglicą. Nie przypominała sobie, by zamykała wyjściowe wrota, czy nawet słyszała jak się zamykają. Jej obawy okazały się prawdziwe. Po otworzeniu wrót budowli, jej oczom ukazał się tłum przynajmniej trzydziestu elfów. Zebrała się większość wioski. Wszystkie rozmowy nagle ucichły na widok wychodzącej z wnętrza legendy taszczącej dziwaczny lewitujący wózek. Wśród nich było pięciu wcześniej spotkanych groźnie wyglądających chłopów. Są i oportuniści. Tłum spoglądał z wyczekiwaniem to na Ewelinę, to na taczkę. W końcu parę kroków od wejścia, usytuowała wózek. Zakręciwszy czarnymi cylindrami, taczka ta osiadła na granitowej ścieżce.

 

- Musicie ich pochować. - Rzuciła Ewelina w stronę tłumu. - Teraz. Nie wiem, ile będę potrafiła wytrwać, zanim upiór mnie powali i zwróci się po ciała, a bez pochówku zaś upiór nie odejdzie. - Jedna z kobiet w średnim wieku o mahoniowych włosach odziana w czerwoną szatę, ruszyła ku zwłokom, ukrywając twarz w dłoniach, dychając przy tym spazmatycznie. U jej boku szła szlochająca nastoletnia dziewczyna o krótkich włosach odziana w zieloną, podniszczoną suknię. Coś ukłuło Ewelinę w serce na widok wdowy, ale powstrzymała się od emocjonalnej reakcji. Nagle z iglicy wydobył się przeciągły ogłuszający skowyt gniewnego upiora. Tłum zawrzał. Parę osób osunęło się na kolana, zakrywając uszy. Inni zakrzyczeli z przerażeniem. Dwóch poszczególnych pachołków, opuściło kosze wypełnione leśnymi grzybami i uciekło w las. Ewelina opuściła głowę, mrużąc oczy, po czym w gniewnym grymasie, jej ślepia buchnęły płomieniami niebieskiej energii. Ruszyła zdeterminowanym krokiem ku iglicy, dobywając swojej szabli, której ostrze objęło błękitne światło. Choć nie mogła zdobyć się na współczucie dla wieśniaków i ich straty, to jednak pojęła, że cały ten czas grała na zwłokę. Coś tu się wydarzyło. Coś większego niż przebudzenie demona na wyginięciu. Gigantyczne pokłady magii naciskały w murach coś, co musiało być swego rodzaju barierą, a gdy ta padnie... Dotarła do holu.

 

- No i?! - Zawołała do niej opierająca się na balustradzie pierwszego piętra południca.

 

- Odwróć wzrok – Rzuciła pospiesznie Płomienna.

 

- Ale...- Zobaczyła tylko szklaną szyszkę wypełnioną niebieskawym prochem, lecącą w stronę balustrady naprzeciwko niej. Odwróciła w porę głowę. Usłyszała tylko huk donośnego gromu i towarzyszący temu rozbłysk blado-niebieskiego światła rzucającego swym obliczem po ścianach. Odwróciwszy z powrotem, gdy eksplozja ustała, ujrzała pokaźną wyrwę w podłodze i ścianie po przeciwnej stronie pomieszczenia. Z trwogą wyrysowaną na twarzy spojrzała w dół na parter. Po holu walał się gruz. Gdzieniegdzie leżały płonące lampy neonitowe, a raczej to, co z nich zostało.

 

- C-co to było?!. - Wrzasnęła południca, w końcu przełamując swe osłupienie.

 

- Granat. - Odpowiedziała szczerząca się w zuchwałym uśmiechu kapłanka.

 

- A-Ale po coś nim rzuciła?! Owocami się nie rzuca, zwłaszcza tymi, które robią bum! O nie nie, panowie będą wściekli. - Zajęczała płochliwie demonica.

 

- A ja myślę. - Odbiła się z akrobatyczną gracją od jednego z marmurowych głazów, łapiąc krawędzi zniszczonej podłogi, energicznie podciągnęła się na jednej dłoni, wskakując na piętro. - Że nie będą mieli już okazji narzekać. - Podeszła do południcy.

 

- M-może... Ale po coś tym rzuciła?

 

- Dla lepszego efektu moja droga. - Rzuciła zawadiacko.

 

- Dużo ich tam jest?

 

- Ilu jest ich teraz, to nie wiem, ale zdaję się, że była niemal cała wioska. Ładnie umiesz wrzeszczeć.

 

- Co nie? Aż sama siebie nastraszyłam! - Zafrasowała się. - I co teraz?

 

- Cóż. Iglica zdaje się być na granicy, że się tak wyrażę, pieprznięcia. Ten granat co teraz rzuciłam... Wybuch przypominałby parę tysięcy takich granatów, gdyby iglicę trafił szlag.

 

- Ojej, ale to przecież dużo! I jak to moja wieżyczka wybuchnie? Co się stało? - Zatroskana Południca wpatrzyła się w ścianę Iglicy, jakby usilnie starała się pojąć skalę nagromadzonej w murach magii.

 

- Nie czujesz braku czegoś, co przedtem wyczuwałaś intensywnie?

 

- No, nie czuję tego fajnego drgania i mrowienia, co mnie tak bawiło... S-Serduszko? Ktoś je ukradł. Da się w ogóle?

 

- Czy się da? Pewnie, wystarczy tylko przełamać tarczę szyfrową. Rozgrzej specyficzne pierwiastki zasilające pole do stanu rozpadu. Każdy w miarę rozgarnięty kinetyk potrafi to zrobić, ale nie. Nie zostało skradzione. Z początku też mi się zdawało, że ktoś je podwędził, co samo w sobie mogłoby przywołać zastęp Szpicogórskich odkrywców, którzy z wioski wyrzeźbiliby krater po-meteorytowy.

 

- Po-meto co?

 

- Spadającej gwieździe.

 

- Aaaaa. Ale jeżeli go nie zabrali, to co...

 

- Uległ zniszczeniu. - Oznajmiła sucho Płomienna. Południca wpatrywała się w niezrozumianym milczeniu. - O ile wiem, Nieboidom zdarzało się od czasu do czasu, że serca iglic nawalały, poprzez jakieś tam wady konstrukcyjne samych serc. Na tyle często się to działo, że budowano specjalne pryzmaty na czubkach wież, by skupić całą uwolnioną sieć strun magii, i następnie wystrzelić w kierunku samego nieba, skąd słup przenika w wszechstworza i na wskutek czystych promieni słonecznych rozładowuje się, nie czyniąc nikomu szkody i wracając w nasz obieg. Prosty mechanizm. Zazwyczaj. Pociągnięcie dźwigni i sprawdzenie czy pryzmat aby na pewno kieruje się ku niebu

 

- Jest takie coś na szczycie iglicy.

 

- Przydałoby się wyrządzić jakiś dobry uczynek, wieśniakom. A jeżeli nie im, to przynajmniej zwierzakom zamieszkującym dolinę. Chodźmy zobaczyć, co się da zrobić.

 

- Dobrze, dobrze. Korytarz w prawo. - Ruszyły w kierunku wąskiego, wyłożonego czarnym dywanem, korytarza. - Ten pryzmat jest chyba cały. Nie wiem. Nudno tam to nie zaglądam.

 

- To szkło księżycowe. Twardsze niż diament. Od tak nie można byłoby mu zaszkodzić. Tyle, że...

 

- Tyle, że uważasz, że to ktoś, kto pozbył się serduszka uszkodziłby pryzmat?

 

- Skąd wiesz? - Zawahała się Ewelina

 

- Widziałam pokoik serduszka. Był cały. Znaczy, że ktoś serduszko ukradł, a potem zniszczył, a ja myślałam z początku, że po prostu przenieśli.

 

- No tak. Cóż, ktokolwiek je zniszczył... Nie słyszałam jeszcze o nikim, kto by potrafił roztrzaskać strukturę serca. Nawet Ja tego nie potrafię. Powiedziałabym, że Auran albo Planetnik... Nie. Bez sensu, gdyż ktokolwiek to zrobił i zostawił odpad magiczny samemu sobie, musiał zdawać sobie sprawę z tego, że z czasem struny przebiłyby się przez barierę i zamiast jakiejś wioski, zamieniłyby całą dolinę w wypełniony magicznymi anomaliami krater. Bogowce po prostu tego nie robią.

 

- Ja... Ja chyba wiem kto mógłby to zrobić. - Orzekła smutnym tonem demonica. Ewelina spojrzała na nią, marszcząc brwi. - Gdy tak na ciebie czekałam i czekałam, to starałam się przypomnieć, co się stało. I przypomniałam sobie.

 

- Jak dawno?

 

- Parę godzin przed tym, jak zapadłam w sen, a potem się zbudziłam... I znowu zasnęłam? Chyba. - Wkroczyli w niewielką klatkę schodową wiodącą na górne piętra.

 

- Co się stało z panami?

 

- Była noc... I jasno tak jakoś. Paliło się... Poza wieżą. Masa ogni, masa krzyków, masy klątw. Syn był zły wobec jednej ze służek. Niewolił ją. Ona płakała, krzyczała, błagała. Nie mogłam tak tam stać. Rozświetliłam celę, a Syn krzyczał kaleczony. Jak to się wzrok mu spalał. Służka uciekła, chowała się przed strażą. Trzy południa zostawiałam strawę po kątach. Dziękowała, choć mnie nie widziała. Dziwna jakaś. Zsunęła się po bluszczu trzeciej nocy i sobie poszła. A noc po następnej nocy przyszedł tłum. Panowie zaryglowali bramę, nie mieli gdzie biec. Gdzie się chować? Jak się schować, gdy na każdy kąt przypada dwóch chłopów? Był jakiś mag, co wrota otworzył. Albo szamanka. Albo Hierofanta. Sama nie wiem... Ile było krwi – Złapała się za głowę, zaczynając cicho łkać. Ewelina chwyciła ją za ramię.

 

- Nie mów o tym.

 

- A-ale muszę. - Jęknęła demonica. - Inaczej historia niepełna. Po co komu niepełna historia?

 

- Historia nie musi być pełna w detale przyprawiające cię o traumę. Bądź dla siebie dobra. - Skwitowała ciepło kapłanka.

 

- D-Dobrze. - Smarknęła z udzielającym się jej bladym uśmiechem. - Panowie... Nie wybronili się. Pułapki. Kinetyka. Nic. Chłopstwa było za dużo. Każdy chcący po pięć głów panów za każdego pojmanego sługę. Uciekałam za panią, która biegła do serduszka. Tam dotknęła serduszka i... I zniknęła w popiele. A potem był blask i... ciemność. Śniłam chyba, ale nie pamiętam o czym.

 

- Gdy się obudziłaś... Było jeszcze serce? - Wyszli na piętro z ozłoconymi marmurowymi ścianami, z przylegającymi do nich hebanowymi regałami wypełnionymi granitowymi tablicami. Zdecydowanie byli w bibliotece

 

- O tak, tak! Serduszko latało nad ołtarzem. Wibrowało i w ogóle. Jakbym tylko przymknęła oczy na parę sekund... Ale wiem, że to było dłużej. Nigdzie nie było panów ni chłopów, ni ich ciał. Za to pełno kurzu i pajęczyn z pająkami. Fuj obrzydlistwa, Zdenerwowałam się I chciałam polecieć do piwnicy po miotłę...

 

- I wtedy ktoś się zjawił.

 

- T-tak... Ewuś. On był straszny. Wielki... Na siedem stóp przynajmniej stał i rozglądał się na środku holu. Ale... Ja go nie widziałam normalnie. Dla mnie wszyscy jesteście tacy jaśniutcy i w ogóle. Ale on. Cień. Cień wypełniony czerwonymi chmurami i złymi czerwonymi gwiazdkami, a między nimi... Niekończąca się pustka. - Znowu zaczęła szlochać. - On. On był taki straszny. Czułam jak wylewa się wokół niego aura wszystkiego, co najgorsze... Nienawiść, pogarda, odraza. Ja schowałam się w ścianie, ale on spojrzał na mnie plamami najgorszej zieleni. A potem zn... Nie usnęłam... Nie pamiętam, ale to nie był sen. Wszystko było takie czerwone, a ja się bałam i nienawidziłam, nie wiedziałam, gdzie jestem... co robię... A potem byłaś ty - Przyglądała się swoim dłoniom w trwodze. Ewelina westchnęła ciężko. - Ja... Skrzywdziłam tych panów tak? To ja ich zabiłam? - Żerczyni przytaknęła z rezygnacją głową. - Jeju. Ja nie wiem... Nie chciałam. Ty się znasz! Co się ze mną stało? - Zanosiła się lękliwym płaczem w głosie.

 

- Nic, czemuś mogłabyś zaradzić.- Ujęła południcę za barki. Ta spojrzała na płomienną w rozpaczliwym zakłopotaniu. - Nie wiem czym był ten stwór, ale zawładnął tobą i się posłużył.

 

- Ale ja ich zabiłam...

 

- Nie miałaś nad sobą kontroli. To nie byłaś ty, rozumiesz? Nie musisz sobie tego brać na sumienie – Przyciągnęła do siebie południcę, wtulając się w nią. - Nie musisz się bać, że to nastąpi ponownie.

 

- Ale ci wieśniacy... Oni...

 

- Gdybyś nie była w amoku, to oni zabiliby ciebie.

 

- Ale co ja im... Czemu? - Obruszyła się wystraszonym tonem południca.

 

- Później ci opowiem.

 

Południca wyzwoliła się z uścisku Eweliny, na jej twarzy wyraźnie pojawił się grymas irytacji.

 

- Ciągle mówisz kiedyś i później. Czemu tak mówisz, po co? , gdy wykona...

 

- Zabiorę cię ze sobą. - Przerwała jej Ewelina spokojnym tonem.

 

- Zabierzesz mnie... Ale jak to... Po coś miałabyś mnie gdzieś zabierać i gdzie?

 

- Do mego domu. Z dala od tego świata, od tej wieży. Gdzie będziesz mogła biegać swobodnie po lasach i polach. Gdzie nikt życia swego nie będzie poświęcał, bo religia obiecuje zbawienie za morderstwo ciebie. Gdzie istoty będą się cieszyły na twój widok, a nie przyglądały z grozą. Do mnie, do nowej rodziny, do pięknego świata, który sama stworzyłam i chcę się podzielić z kimś takim jak ty.

 

- Świat poza wieżą? Poza Panami? Ja nigdy o tym nie myślałam. Nie mogłam, przecież chyba mnie tu więżą. - Zadumała się południca.

 

- Czar powinien prysnąć, gdy pozbędziemy się energii. Potem wyruszymy, bądź pokieruję ciebie do Ostoi, mego domu. Tam będziemy mogły się wymieniać opowiastkami. Postaram się, byś mogła napić się kubka księżycowej czekolady. Odtrupimy trochę twarz, byś znowu była ładniutka.

 

- Ładniutka. - Pociągnęła kościstą dłonią po swych wyschłych, wklęsłych policzkach. Po jej twarzy przebiegł tęskny wyraz. - A chłopaka jakiegoś tam bym mogła spotkać? - Ewelina parsknęła radosnym śmiechem.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania