Serce Tajgi - 2: Kwestia Starców - Rozdział 6

VI

 

W powietrzu jeszcze unosił się rześki zapach ulewy. Na całe szczęście pod iglicą nie czaił się już żaden elf. Wydawało się, że ci, którzy nie zlękli się wykreowanej zawieruchy w środku Nieboidzkiego dworku, uciekli w popłochu, gdy ten zaczął iskrzyć i w końcu strzelił ku niebu wiązką energii. W wiosce zaś panowało poruszenie. Główną ścieżkę przecinającą środek wsi, przepełniał gwar zarówno ciekawskich jak i przestraszonych elfów oraz zanoszący się płacz ich dzieci. Jednak na widok Eweliny tłum zaczął się rozchodzić w pośpiechu. Nie chowali się może już w samych, grzybiastych chałupach, ale wypatrywali zza rogów, bądź udawali zajęcie, ściągając przemoknięte pranie czy naprawiając płoty. Ewelina dotarła przed oblicze pokaźnego domu sołtysa, ale nie zapukała od razu w drzwi. Zamiast tego, stanęła i to, co dla postronnego widza mogło się wydawać niezrozumiałym wpatrywaniem w drzwi, w rzeczywistości służyło nieoczywistemu wytężeniu słuchu Eweliny. Ze środku dobiegały głosy ożywionej rozmowy sołtysa... Z kimś.

 

- Zginiecie... Zginiecie tu wszyscy – zanosił błagalnym tonem Sołtys. - Nie możemy tu zostać.

 

- Niż nikt tu z ino tego padołu Jarko nie będzie odchodzić. - Odparł mu głęboki głos wrzeszczącego gościa. - My tu mieszkoł od dziadów i pradziadów. Karłami mi tu ni strasz słyszysz!?

 

- Nie rozumiesz, że to szaleństwo? Weźmy co drogie i wynośmy się. Płomienna sama mówił...

 

- A rudej dziopy mi tu nie przywołuj. Parszywa specjalnie karły sobie wymyśla, byśmy porządne chłopisko sobie poszło, a ona pokradła co nam dane.

 

- Atko błagam cię. Na Gruza błagam cię. Odpuść do cholery, Ona nie...

 

- Ja słuchać tego nie będziem! - Wydał się dźwięk gwałtownie odsuwanego krzesła. - Ty masz służyć nam, a nie jej! Płać też jej sam! - „No to nici z zapłaty" Pomyślała Ewelina. Rozległ się dźwięk, gniewnie stawianych kroków, kierujących ku drzwiom. Płomienna, by nie budzić większych podejrzeń, otrząsnęła się ze skupienia i zapukała nim owy Atko doszedł do drzwi. Otworzył jej wysoki, barczysty chłop. Pocięta wieloma bliznami prosta twarz dobitnie wyrażała, iż dość często zdarzało mu się w życiu stronić od bardziej skomplikowanych przemyśleń. Choć rzucił groźnym spojrzeniem ku Ewelinie, szybko pobladł i spuścił wzrok, mijając ją nerwowym chodem. Nie przejmując się zbytnio tym, co zaszło, Ewelina weszła do środka, zamykając za sobą drzwi. Grubawy starosta siedział na swoim miejscu z twarzą ukrytą w dłoniach. Uniósł w końcu wzrok ku Ewelinie i wzdrygnął zaskoczony, po czym, wstał jakby na baczność.

 

- Pani Ewelina, proszę nie stać tylko siąść. - Wskazał drżącą dłonią krzesło. Ewelina potaknęła głową i zasiadła przy stoliku. Milczała. Sołtys Jarko, westchnął ochryple, by po chwili samemu usiąść. W końcu żerczyni podjęła temat.

 

- Zły moment na sprawozdanie? - Rzekła z przyjaznym uśmiechem.

 

- Nie, nie w żadnym wypadku. - Burknął cierpko. - Ot ci, różnica zdań. Pani... Co to było za światło?

 

- Wyładowanie magiczne. Mieliście tu lokalny kataklizm w procesie tworzenia. Tydzień, może dwa i cała dolina poszłaby z dymem.

 

- Czyli to... Cholera. - Otarł czoło z potu. - To światło... Już nam to nie grozi?

 

- Ze strony Iglicy nie. - Odparła szorstko Ewelina. Jarko odwróciwszy wzrok, zmienił temat.

 

- A co z upiorem?

 

- „Śpi", że się tak wyrażę, ale nie na długo. Upiorzycę trzeba jeszcze odpędzić w zaświaty. Rośnie tu jakiś klon, olsza czy cis?

 

- Przy piekarzu rośnie tu taki jeden stary klon...

 

- Świetnie. - klasnęła dłońmi. - Powiesz swym zacnym towarzyszom, by po tym jak opuszczę wioskę, zaszyli się w domach i nie wychodzili z nich do rana. Niezależnie od tego, co mają jeszcze do zrobienia. - Sołtys przytaknął potwierdzająco głową. - I jak? Przemyślałeś sprawę?

 

- Nie rozumiem. - Speszył się sołtys.

 

- Opuszczacie wioskę?

 

Sołtys westchnął. - Przedstawiłem to chłopom... Nie chcą. Uważają, że brednie, że straszenie i swych ziem nie opuszczą.

 

Płomienna pokiwała głową z rezygnacją. - A ty?

 

- A ja?

 

- Zamierzasz tu zostać? Przestań już zgrywać głupa, do dziecka mi daleko.

 

– Ja... Ja zostanę z nimi. - Wycedził drżącym głosem. - To dobre elfy, ktoś musi zostać i im radzić.

 

- To samobójstwo.

 

- Zawsze jest szansa, że nikt tu nie przyjdzie nas spalić.

 

- Nie ma takiej szansy...

 

Wnet zza rogu kuchni wyszła, a raczej wypadła czerwona od wściekłości piegowata żona sołtysa.

 

- Nie. Nie mogę już tego słuchać, no. - Syknęła cieniutkim, rozwścieczonym głosem w kierunku sołtysa.

 

- Maniutku – Jęknął zrezygnowany.

 

- Nie. Dosyć. Po co jej kłamiesz. Czemu w tej jednej cholernej sytuacji nie możesz wstrzymać się od swego lżenia. Czym chcesz się wykazać?! Nie będziemy tu mieszkać. Ja nie będę wychowywać swoich dzieci, wśród tych... oprawców, złodziei, kurwich synów!

 

- Maniutku oni nie są tacy...

 

- Jak śmiesz – Ryknęła sołtysowa, z trudem wstrzymując się od przytłaczającej ją histerii. -Znęcali się nad tobą, bili. Cebulą w ciebie rzucali za dziatkowania, pluli pod nogi i nazywali cię „Karmelowym Grubasem", a ty jeszcze śmiesz ich wybraniać. Nie, to ja sobie porozmawiam teraz z tą Płomienną, a ty zamilcz. - Odwróciła się ku Ewelinie. Jej migdałowe oczy nie wyrażały tego samego lęku i niepewności co jej mąż. Błyskały rozpaczą zdeterminowanej matki. - Pani... Mąż mój, on wcześniej nie poprosił ciebie o rzecz, o którą już razem zdecydowaliśmy, że poprosi. Jeszcze przed twoim przyjściem.

 

- Nie krępuj się. - Odparła łagodnym tonem Ewelina.

 

- Ta wioska. To nie jest dobre miejsce, by matka mogła wychować kogokolwiek. A przynajmniej nie mogła wychować na kogoś dobrego. Elfy tu są okrutne, chciwe, cyniczne. Ślepcy Trybunalni bez żadnej opieki. nie potrafią wykazywać wdzięczności za cokolwiek. Chcemy odejść, całą rodziną. Wbrew temu, co mówi mój kłamliwy mąż, ale nie mamy nic, co dałoby nam nowe życie. Wiem, że coś skrywasz, że czegoś nam wszystkim nie mówisz. Za długą żyłam z Jarkiem, by nie rozpoznać, gdy ktoś coś zataja.

 

- Przydałabyś się na dworze królewskim. - Rzekła rozbawiona Ewelina. Maniutka uśmiechnęła się nieśmiało, ale nie ustępowała ze słowotoku.

 

- Nie obchodzi już mnie to, co jest w tej wieży. Wiem jednak, że kiedy tylko ogłosisz, że jest już po robocie... Tutejsi zagarną wszystko. I nie pozwolą nam odejść z czymkolwiek. Karłolud czy nie... Chcemy opuścić tą wieś jeszcze dzisiaj lub jutro, gdy wszyscy będą zajęci plądrowaniem. Błagam cię. Gdybyś tam wróciła. Wynieś coś dla nas. Byle co, cokolwiek co pozwoli nam na zaczęcie życia gdzie indziej. - Zamilkła. Myśli Eweliny skupiały się wokół pucharu, wcześniej ze sobą zabrawszy. Wygodniej byłoby im teraz go dać, ale wieśniacy mogą się zorientować i odebrać go sołtysom, lepiej , aż wtargną do iglicy. Rewelacje sołtysowej na temat wioski, nieszczególnie ją zdziwiły. Wioska zaszyta gdzieś na bezludziu z dala od głównych miast i miasteczek. Pełno takich było na Śródlądziu, gdzie kapłani czy to Biało-Trybunalscy czy Grusywitcy woleli toczyć batalie polityczne na tutejszych dworach. Nie było pasterzy, by nieść ukierunkowanie swej parszywej, choć wciąż wiary, ociemniałym masom. Co najwyżej zebrać haracz. Na skutek czego Elfy upodlały się, popadały w niebywały materializm, by jednocześnie wystawiać co to lepsze śniadania i jednocześnie mieć z czego płacić daninę, i w ostateczności nie zostać powieszonymi bądź przeklętymi.

 

- Naprawdeś, wybrał mądrą żonkę, sołtysie. - Posłała Jarkowi łobuzerski uśmiech. Para najwidoczniej się zmieszała, ale nawet sam Jarko bijący się wcześniej po głowie, uśmiechnął się blado. - Żaden problem. Wprawdzie wzięłam już coś, co mogę wam... - Urwała. Nawet nie wiedziała od kiedy zaczęła słyszeć narastającą bieganinę i krzyki na zewnątrz. Po prostu nie przykładała do tego większej uwagi, jako iż potraktowała to jako typowy wioskowy zgiełk. Coś się jednak nie zgadzało. Tupoty i wrzaski, poprzedzały dźwięki otwieranych i zamykanych drzwi. wołania stawały się coraz to bardziej rozjuszone, a czasem wydobywał się nawet zgrzyt metalowych narzędzi ocierających o skałę i drewno. Coś co jednak sprawiło, że owej chwili serce Eweliny stanęło w gardle. Był huk rozpalanej pochodni i odległe kroki kierujące się ku... Iglicy. Nie zwróciła nawet uwagi na to, kiedy po jej policzkach pociekły łzy. Wnet oderwała się od krzesła i wybiegła w pośpiechu przez drzwi. Jej obawy się potwierdziły. Ku skrzaciej ruinie kierowała się grupka siedmiu elfów dzierżących widły, motyki i pochodnie. Wioska zaś opustoszała. Ewelina pognała niczym błyskawica. Nie zaczekała nawet na wybiegającego przed drzwi sołtysa, z którego ust padło pewnie coś w stylu zawołania „Czekaj". Minęła spoglądających na nią z odrazą wieśniaków. Nie zajęło jej wiele czasu, by zanurzyć się w ścianie lasu na skraju wioski. Pędziła. Mijała kołyszące na wietrze latarenki przybite do pni, połacie wyciętych drzew, podeptanych grzybów, skruszonych kryształów oraz pojedynczych wzburzonych chłopów. Fale niebieskiej magii oplatały nogi, wchodząc rytmicznie pod buty, tylko po to, by delikatnie odpychać stopę od podłoża, zostawiając za każdym stąpnięciem chmurkę niebieskawego kurzu. Wszystko byle tylko nabrać tępa. Musiała zdążyć. Nie mogła zawieść, nie Ją.

 

Znalazła się w końcu przed bramą prowadzącą na dawny skrzaci dworek i... Zamarła, ale tylko na chwilę. Przed Iglicą rozpościerał się tłum skandujących wściekłych elfów noszących wszelkie narzędzia, którymi można wyrządzić szkodę. Mimo opanowujących ją dreszczy i zimna, Ewelina ruszyła pewnym siebie, zdeterminowanym krokiem. Tłum o dziwo, rozstąpił się przed nią, lecz wcale to go nie ostudziło. Dość żywo odgrażali i słali ku Ewelinie klątwy, krzywiąc swoje prostackie mordy w grymasie nienawiści. „Czarcia suka z demonami się kumpluje!", „Widziałta to dziwactwo chłopi? Włosy kurwy krwią nasiąkają takich jak nas!", „Zdradziecka sucz!". Ewelina jednak nie zwracała na nich uwagi, zwłaszcza, że przywykła już do takich wyzwisk. Stąpała równym, byczym chodem z oczyma wypełnionymi strachem i determinacją, skupiającymi się na wrotach iglicy.

 

Znalazła się w końcu w holu wieży. Z góry, zdaje z piątego piętra, rozchodził się wrogi ton rozmów, szur desek po kamieniu i... ciche pochlipywanie. Po policzkach Płomiennej, potoczyły strumienie łez. Bez wahania wyskoczyła, łapiąc się wyrwy prowadzącej na pierwsze piętro, pospieszyła korytarzem ku klatce schodowej. Stąpając z hukiem po schodach, minęła obłożonego skrzacimi skarbami, wieśniaka. Ten zająknął na widok pędzącej ku niemu Płomiennej, by ta po dotarciu do niego chwyciła go za kożuch i cisnęła nim za siebie. Skowyt i trzaskanie upadających artefaktów, zagłuszyły wydźwięk pękającego karku. Nie zwróciła na to uwagi, gnała dalej na górę, miała teraz jedne jedyne powołanie. By dostać się na piąte piętro. Aż w końcu dotarła... i z trudem powstrzymała od opadnięcia na kolana.

 

W wyłożonym czarnym kamieniem pomieszczeniu, z poodsuwanymi po bokach hebanowymi ławami, kucało w świetle pochodni trzech rosłych mężczyzn, pracujących nad węzłami krzyża, do którego przywiązana była boleśnie łkająca Palynra. Bez zastanawiania się Ewelina rozjarzyła swe oczodoły buchającymi płomieniami niebieskiej energii. Wnet, trzech szemrających ponurym humorem wieśniaków, zajęło się błękitnym ogniem, by przed ich tułowiami wybuchła chmura niebieskiej energii, i posłała ich z wrzaskiem, w głąb szybu iglicy. Płomienna trzęsąc się z żalu, podbiegła do Palynry i klęknęła w roztaczającej się wokół krzyża, kałuży złotej krwi. Ku jej oczom okazał się makabryczny widok chlipiącej ciężko Południcy. Liczne rany cięte i kłute sączące strumykami złotej posoki. pokrywały całość sylwetki Palynry. Ewa zdławiła w sobie narastający skowyt paniki, na widok leżących obok narzędzi zbrodni. Widły, kosa i siekierka, gdzie ostre krawędzie pozłacała ponuro ściekająca ciecz. Węzły pętające dłonie i stopy do krzyża zapłonęły lazurowym ogniem, umożliwiając Palynrze ruch. Ta, jakby dopiero teraz do niej dotarło, kto przy niej klęczy, przestała szlochać i uniosła ociężale powieki. Spojrzała na Ewelinę ciężkim pytającym wzrokiem.

 

- Nie... - Szepnęła bolesnym głosikiem. - Nie można już... Tego uleczyć... Tak?

 

Ewelina spuściła głowę z pustym wzrokiem, zaciskając przy tym pięści. Widząc to, Palynra wykrzywiła się w bolesny uśmiech.

 

- Głupiutka byłam – Kontynuowała. – Oj, jakaż byłam głupiutka... Nie pomyślałam... Nie widziałam... Gdy wszedł jeden z nich... Myślałam, że to ty. Nie wiem czemu nie mogłam się bronić. – Kaszlnęła, wypluwając złotą krew. Chwyciła brodę Eweliny. Wzrok pokrytej strugami łez, przepełnionej żalem twarzy kapłanki zjednał się ze wzrokiem południcy. Ta chwyciła ją delikatnie za dłoń.

 

- Ewuś... - spytała z boleścią w głosie. - Czemu... Czemu mi to zrobili?

 

- Nienawidzą nas. - Wycedziła przez zaciśnięte zęby, głosem pełnym goryczy, Ewelina. - Nienawidzą nas za to czym jesteśmy. Nienawidzą nas za to, że jesteśmy świadectwem starego porządku, którego nie przyszło im budować. Nienawidzą nas za to, że samym swoim istnieniem zakłócamy ich idealny pogląd na życie, religię, wartości, które wyznają. Nienawidzą nas, starców starego świata, którego usilnie starali się zgładzić i zastąpić. Nienawidzą nas za to, że nie ustąpiliśmy i nie odeszliśmy w nieznane, gdy przyszła pora ich epoki.

 

- To... Przed tym światem... Chciałaś mnie ukryć tak? - Ewelina ponownie spuściła wzrok. - Jesteś moją latarenką Ewciu... Światełkiem nadziei... Lata tu spędzałam w ciemnościach iglicy, opiekując się rodziną chowającą okrutnika... Bez żadnych rozmów z nimi... Szczerego śmiechu, kogoś, kto by mógł mnie zobaczyć i nie widziałby... Potworzycy. Wiem jak wyglądam... Znam legendy... Głupia naiwna mieszczka dająca się zabić narzeczonemu na polach... Udawałam. Nie chciałam wiedzieć... A tu pewnego dnia przychodzisz Ty... By mnie stąd przegonić. - Ponownie uniosła brodę Eweliny. - A teraz... Dałabym się tobie zaprowadzić wszędzie. - Ewelina zaszlochała. Południca spojrzała w stronę jarzącego się krwistą czerwienią kamienia. Zanuciła, a kamień zgasł. - Może, będą lepsze czasy... Gdzie pamięć o mnie będzie przestrogą. - Chwyciła kamień i włożyła go do kieszeni Płomienniej, ponownie wpatrując się w nią. - P-proszę... Mnie to wszystko boli... Tak bardzo. Będę długo umierała, wiem o tym. Zaprowadź mnie tam, gdzie możesz... Wyprowadź mnie z tego świata... Niech mnie już... Nie boli. - Z tymi ostatnimi słowami przymknęła powieki, kierując głowę ku sufitowi. Ewelina skrzywiła się w wypełniającym jej żalu grymasie. Pogładziła wierzchem dłoni po wklęsłym policzku Palynry. Ułożyła dłonie na cienkiej szyi południcy. Już nie mogła powstrzymać spazmatycznych jęków, oddechów i łkań. Rozjarzyła dłonie i w końcu... Nacisnęła, łamiąc Palynrze kark, by w tym samym momencie dać upust zbierającej się w jej krtani rozpaczy i wydobyć niosący się po całej iglicy pełny lamentu ryk. Zatoczyła się na bok. Płakała, jęczała boleśnie i łkała przez następne parę chwil, aż w końcu nastała cisza. Wpatrywała się pustym wzrokiem w nieruchome ciało Południcy. Reliktu niosącego w sobie dech, cząstkę duszy starego świata. Jej świata, którego jej odebrano. Zabrali ją, tak jak zabrali jej świat. Jej głowę wypełniły własne słowa, wypowiedziane w odpowiedzi na kruszące pytanie Palynry „Nienawidzą nas. Nienawidzą nas za to czym jesteśmy..." . Usłyszała, jak parter wypełnił tupot tłumu. Jak z prowadzącej na to piętro klatki schodowej, wydobywał się huk biegnących butów. „Nienawidzą nas". Oczy Eweliny rozjarzyły się niebieskimi płomieniami. „Nienawidzą nas".

 

A ona nienawidziła ich.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Artur S 4 miesiące temu
    Rozdział siódmy jutro, bo to w zasadzie epilog i jest znacznie krótszy od reszty rozdziałów. Proszę wytykać błędy i krytykować. ^^

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania