Serce Tajgi - 1: Płomienna Północy - Rozdział 6

Na nieszczęście Eweliny szlak zestarzałej krwi szybko się rozmył, zostawiając ją wędrującą na oślep po puszczy. Rana musiała się zakrzepić, bądź robactwo, jak zwykle działające na jej niekorzyść, już wyczyściło resztki zaschłej posoki. Oczywiście istniało też ryzyko, że krew nawet nie należała do tych szukanych. Bez znaczenia. Ewelina nie przejęła się tym. Ślad posterował ją w odpowiednią stronę lasu. Parła przed siebie pewnie, łapiąc od czasu do czasu inne poszlaki w środowisku utwierdzające ją w przekonaniu, że idzie w dobrym kierunku. Ślady humanoidalnych paznokci na korze, kość skrzydła kury zostawiona bez ładu na pniu. Nawet mimo ich przesadnej, godnej podziwu ostrożności i umiejętności zacierania śladów, „Banda Książęca", jak już w głowie zdążyła ich nazwać, musiała zostawiać dla siebie punkty orientacyjne. Puszcza owa, praktycznie nienaruszona, była istnym labiryntem chaszczy, wielkich paproci, pozwalanych drzew porośniętych miękkim mchem, czy nawet rosnących kryształków roślinnych. Zaścielane podłożem poprzeplatanych ze sobą konwalii, wężymordów i borówek, urzeczywistniał esencję mistycznej i niezłomnej natury pierwotnej. Kolebka wszelkiej maści pradawnych bogów leśnych, tworzone przez nieświadome możliwości natury ludy. „Aż do czasu" Westchnęła z żalem. „Przyjdą i po ciebie Światyborze mój kochany. Przyjdą i po ciebie... Żyła cywilizacji, co w ciebie gwałtem wdrążyli na długo ich nie zadowoli. Może Drewnowładcy opiją się szaleństwem i Leszego na ciebie ześlą? Nie. Tragedia i dla ciebie. Duch nienawistny pieczę by nad tobą wziął, ależ po cóż wtedy i ten trud, gdy podziwu twego nie mógłby obaczyć żaden ród?" Pokręciła głową w dezaprobacie ku swemu nagłemu przypływowi cynizmu.

 

Jak się okazało, Ewelinie nie przyszło tropić swej zwierzyny przez zbyt długi czas. Z oddali zdawała się usłyszeć echa radosnych pokrzykiwań i wrzasków zarówno męskich, jak i kobiecych. Nie była niestety tak blisko, by cokolwiek zrozumieć z owego zgiełku.

 

- "Biesiadują? Musieli przecież mieć kogoś ze swoich druhów, albo sympatyków w królewskim obozie. Nie mogą nie wiedzieć o tym, że będę ich tropić. Baśni im nikt nie prawił za dziatka? Muszą wiedzieć, że ich zetnę. Kretyni czy zasadzka? Zasadzka, albo... Wiarę w lunomantę za dużą pokładają? Albo może rzeczywiście nie wiedzą? Cholera by to wzięła, dam się urżnąć za tysiąc merów." Wraz ze zbliżaniem się do źródła głosów Ewelina zaczęła podchwytywać pojedyncze rozweselone rozmowy zbójców.

 

- Rzucę!- Wrzasnął jeden z głosów.

 

- Matką swą rzucaj. Miecz zostaw. - Odparł inny głos o miękkim zabarwieniu kobiecego tonu.

 

- Z matki mej i Ty kpisz? W twarz twoją i też mam...

 

- Kpię. A miecz nie twój.

 

- Jak brata twego godność obrażam, to niech odlepi swoją pi....- Urwał inny buńczuczny głos, po czym Ewelinę dobiegł dźwięk metalu uderzającego o coś, co prawdopodobnie było wypełnionym stojakiem na broń. Obóz zaniósł się śmiechem. Postanowiła zwolnić i kroczyć z nadmierną ostrożnością. Gdy zbliżyła się na tyle, by mogła zrozumieć obelgi, przekleństwa i wszelkiego typu lubieżne żarty, położyła się i przeczołgała między krzakami przez resztę drogi. Po chwili, jej oczom ukazała się niewielka, przecięta płytkim strumykiem, goła polana. Znajdowało się na niej pięć porozstawianych po obrzeżach, niewielkich, okrągłych namiotów o świerkowym zabarwieniu płótna, oraz jeden, kanciasty o barwie karmazynu, z górną częścią oplataną licznymi złotymi frędzlami. „Nie daj Bóstwo, ktoś by jeszcze omylił jego status Błękitniaka" parsknęła Makowłosa. Na polanie trwało poruszenie. Szesnastu, z tego co się Ewelina doliczyła, osobników elfiej rasy krzątało się bez ładu po przestrzeni między namiotami. Tam troje, odzianych w wyblakłe zielone skórne pancerze niosło pokaźną skrzynię. Gdzie indziej przy stole ucztowało ich przynajmniej ośmiu, w tym dwie kobiety, a obok nich brodaty mężczyzna o słomianych włosach zbierał porozrzucaną ze stojaka broń. Na wydeptanym pośrodku placu, pięcioro elfów trenowało sztukę walki z wykorzystaniem dwóch krótkich mieczy. Niewielki dąb w tyle polany był obsadzony czwórką rozmawiających ze sobą odzianych w jasnozielone szaty, z przyszytymi jak się wydawało, elementami skórzanego pancerza, w które byli poubierane elfy na ziemi. „Regularny uniform. Proszę, proszę. Naprawdę tworzy własne drużyny. Drużynki leśnych dziadów. Dumnie. Gdzieś się zapodział, włodarzu bezpańskiej polany?". Intensywnie zlustrowała polanę jarzącymi się od błękitnej poświaty tęczówkami, ale nigdzie nie mogła się dopatrzyć kogoś, kto choć trochę mógł wyglądać na księcia. Uznała, że prawdopodobnie przesiaduje w swoim namiocie. Ale gdzie w takim razie mógł urzędować lunomanta? Też go na polanie nie było. Po chwili jednak, ujrzała jak z jednego z namiotów zaczyna intensywnie migotać blade, zimne światło. Wytężyła słuch, i mimo kakofonii rozwydrzonych maruderów, udało jej się wyłapać chaotyczne trzaskanie błyskawicy, dźwięk jakby tysiąckrotnego łamania suchych gałęzi, oraz syczenia umykającej pary, dochodzące z wnętrza owego namiotu. „No i mam cię. Da się teraz ciebie jakoś obejść? Popatrzmy...". Sięgnęła w głąb swoich myśli i wypełniła swe oczodoły mocą. Te natomiast lśniły jasno głębokim lazurem, kompletnie przyćmiewającym tęczówki, do tego stopnia, że gdyby nie chaszcze w których się znajdowała oraz wygodnie usytuowane słońce za jej plecami, rozbójnicy szybko zdołaliby przyuważyć owe dwie latarnie. Natomiast świat, w oczach Eweliny, wypełnił się kolorami błękitu, wypierając równocześnie inne barwy. Wszelkie kolory postaci, skrzyń czy drzew również zanikły, wtapiając się w niebieskie tło, zostawiając po sobie falujące kontury kształtów i sylwetek. W całym tym obrazie jednak wyróżniały się niewielkie, porozrzucane wokół obozowiska plamki złotego światła, wcześniej kompletnie niewidoczne dla gołego oka. Ogniki te pulsowały chaotycznie, z każdym pulsem wydobywając zniekształcony świst górskiego wiatru. Słuchotniki. Magiczne czujki wykrywające niedaleki ruch nienaznaczonych przez maga istot. Jako, że rozłożenie istnej sieci bezpieczeństwa owych Słuchotników zaprawdę wymaga wielkich pokładów koncentracji i siły woli, Ewelina uznała, że ma do czynienia z bardzo paranoicznym typem maga. Więc gdzie można je obejść? Udało jej się zwietrzyć niewielką przestrzeń między namiotami, co jak myślała, znajdowała się poza obszarem wykrycia obrzeżnych czujek. Musiałaby jednak skradać się obok biesiadników i znalazłaby się bezpośrednio na środku wydeptanej polany. Wszakże nie było tam już żadnych słuchotników, ale zwiększyłaby się szansa, że ktoś przyłapałby ją kątem oczu. Może obejść polanę i zakraść się do dębu? Bliżej namiotu księcia i znacznie mniej czujek. Musiałaby jednak coś zrobić ze strzelcami. Ich zniknięcie mogłoby przykuć niepożądaną uwagę.

 

Nagle, niebo nad obozem rozbłysło na chwilę bladym białym światłem, a Ewelina poczuła na sobie przenikające przez nią spojrzenie, przyprawiając ją o suche swędzenie skóry. Błyskawicznie odwróciła się na plecy i instynktownie wykonała gest palcami, ale niestety i tak był to za powolny gest. Nim zdążyła się otoczyć ochroną przed magicznym wzrokiem, widniał już nad nią promień oślepiającego bladego światła. Dosłownie dwie sekundy później, w obozie wydarł się panicznie, donośny, metaliczny głos pochodzący jakby znikąd.

 

- PŁOMIENNA! DRUHY BROŃ BIERZCIE! PŁOMIENNA PO NAS PRZYSZŁA. -

 

Ewelina, przymrużyła z rezygnacją powieki i westchnęła ciężko.

 

- Straciłam passę. Dziecko. Jak dziecko dałam się nakryć. - Skarciła siebie zmęczonym szeptem.

 

Na polanie już trwał zamęt. Tragarze zostawili swoje skrzynie i błyskawicznie dobrali broni. Biesiadnicy rozglądając się w osłupieniu, zerwali się z hukiem i chwytali co popadnie ze stojaków. Stróże na dębie zwarli się do siebie plecami i rozglądali wokół, celując z kusz i prymitywnych arkebuzy. Z jednego z namiotów wybiegł półnagi, ubrany w zaledwie beżowe sukno od pasa, chorobliwie biały humanoid z niemal śnieżnym irokezem i długim sięgającym obojczyka wąsem. Posiadał nienaturalnie wielkie, skośne oczy pozbawione tęczówek, a w przeciwieństwie do pozostałych elfów brakło mu szpiczastych uszu. Wbiegł w środek profesjonalnie formującego się okręgu wojowników. Z książęcego namiotu wyłonił się pospiesznie średniego wzrostu elf odziany w ciemny ceremonialny napierśnik oraz zielono-niebieską szatę. Długie czarne włosy, zdobione srebrnym laurowym wieńcem, i kozia bródka podrygiwały komicznie, na wskutek podskakującego biegu. Elfy nerwowo rozglądały się na wszystkie strony z dobytymi krótkimi mieczami, halabardami i toporami. Już nie było mowy o podkradaniu się.

 

- No! Obja...- Urwał się wydobywający z wnętrza okręgu głos. Ewelina nie czekając na jakiekolwiek zaproszenia, żwawo zsunęła się po poboczu z dobytą szablą i stanęła naprzeciw formacji, od której dzielił ją niewielki skrawek pola, przecinany niewielkim strumykiem. Ci natomiast natychmiastowo zwrócili się ku niej, po czym złamali okrąg i równie błyskawiczne zrównali się w formacji przypominającej półksiężyc, krokiem tak równym, że można by to pojąć za iluzję zwierciadeł. Naprzeciw szeregu, wystąpił wcześnie widziany książę. Złote wzory na jego zbroi obrazujące zażartą batalię lwów i jeleni oplecionych pnączami lauru, nieprzyjemnie oślepiały blaskiem zniekształconych wiosennych promieni. Jego długa, szpakowata twarz o ostrych rysach. wykrzywiła się w grymasie pogardy.

 

- Płomienna, tak? Przepadłaś, na tyle lat, a teraz... Wróciłaś i od razu robisz za najemną sukę mego ojca?

 

- Książę Andrei. - Stała bez ruchu, przyglądając mu się z drapieżnym wyrazem twarzy. - Każ swym elfom odłożyć broń, a samemu profilaktycznie dać się związać i zaprowadzić do ojca.

 

- Możesz sobie czarcie pomarzyć! - Wyrwał się wysoki tęgi brodacz z wielkim półtorakiem w dłoni. Ewelina mogłaby przyrzec, że słyszała ukrytą nutę lęku w jego głosie. - Mamy przewagę! - Milczała.

 

- Ciszej Vakita. - Książę machnął ostrzegawczo dłonią, po czym zwrócił się do Makowłosej. - Teraz musiałaś się pojawić? Na co? Po co się w to mieszać. Złoto? Dam ci złota. Mój plan jest bliski realizacji, dam ci go wręcz po trzykroć tego, co oferował ojciec. Pyrji chcesz pomóc? To są nasze sprawy, a nie twych parszywych dzikusów. Odejdź do cholery jasnej i dajże no tej sprawie spokój. - Jego twarz pobladła.

 

- To się nie stanie, książę. Wybacz, ale ja już się nie cofnę... Nie mogę już się cofnąć. - Dodała na wpół łamiącym się głosem. - Poddaj się, a nikomu posoka dziś nie spłynie.

 

- Oszalała. – Skwitował ponuro łysy drab stojący obok Andreia.

 

- Nie zrobię tego, prędzej dam się zabić. - Warknął Książę.

 

- Co z twoimi ludźmi Andreiu? Im też się każesz podłożyć pod mój miecz w imię idei twej? Nie mam ciebie zabić, lecz dostarczyć. Nienaruszonego, jak nakazał twój, ewidentnie nie pragnący twej śmierci, ojciec. Nawet jeśli... Lepiej skończyć szybką śmiercią na szubienicy, niż bolesną z mojej ręki. Poddaj się.

 

- Nie poróżnisz nas. - Rzuciła przepełniona desperacją, kobieta o kasztanowych, długich i zawijających się chaotycznie w loki włosach. Twarz była typowej elfiej urody, a raczej jej braku. Kanciasta szczęka, wklęsłe policzki, cienkie brwi, wysokie czoło oraz układające się niemal w cienką linię wargi. Jej piwne tęczówki zaś, skakały przepełnione strachem to między Eweliną a księciem. - Nie próbuj nas poróżnić. Za dużo żeśmy przeszli, by teraz się na niego obracać!

 

- Nie trzeba tu ginąć. Nie będę ścigała za poprzednie winy, niezależnie od tego jak okrutne. Dajcie mi odejść z waszym księciem i nie wtrącę się już w wasze sprawy.

 

Andrei nic nie mówił, zamiast tego lustrował nerwowo każdego ze swych towarzyszy jakby w desperackim doszukiwaniu się wsparcia, a w odpowiedzi, wielu z jego druhów kiwnęło głową z uznaniem.

 

- Nie nasza sprawa, jakie są twe intencje. Książę zostanie z nami. - Odezwał się monotonnym, głębokim głosem, wychodzący z tyłu szeregu, lunomanta. Cienkie, świecące bladym światłem linie przecinały jego szarą, niewyrażającą żadnych emocji twarz. Układały się w przeróżne geometryczne kształty, tworząc coś na wzór spirali koncentrującej się wokół jego krótkiego nosa.

 

- A ja powtarzam, daj tej sprawie spokój Płomienno. - zwrócił się ku niej książę. - Powiedz Ojcu, że nie dałaś rady, że było nas zbyt wiele, zapadłem się pod ziemię. Cokolwiek! Zniszczysz lata czyjejś pracy po to, by się wzbogacić? Tym jest ta legendarna Płomienna Północy, którą straszą dzieci kładące się spać? Ja chcę dobra dla tej krainy. By lud jej podążał ścieżką prawdziwego oświecenia, a nie tarzał się po lasach z dzikusami spod znaku kruka.

 

Ewelina ignorując księcia, zwróciła się do lunomanty. Zdawał się coś niesłyszalnie odmawiać pod nosem. - Nie zdoła was zasymilować. Za dużo złego żeście uczynili ludom Czworogrodzia. Trybunał może i zastraszy wieśniaków na jakiś czas, ale nigdy was nie zaakceptują. Nieprowokowane wybuchy szaleństwa pospólstwa, wściekłego o coś, czego sami do końca nie rozumieją, nie ustaną. Lupini już nie zaznają spokoju ni to w Czworogrodzie, ni to w Lidze. Nawet nie pod skrzydłami Trybunału. A przebieg wydarzeń tylko pogorszy sytuację waszej rasy w tych krainach.

 

- To co mamy zrobić? - Parsknął chrypliwie łamiącym się głosem lunomanta. - Co mamy ze sobą zrobić? Mamy kompletnie zaprzepaścić naszą kulturę, tożsamość i wtopić się w ekspansywną machinę pyryjską? Może zamiast tego pójść w inną skrajność, porzucić cywilizację kompletnie i oddać się dzikim plemionom naszych pobratymców z Niczyich Puszczy? Żyć pod rządami okrutnych włodarzy Bolguńskich, mając nadzieję, że nie zwrócą się pewnego dnia przeciw nam? Po co niby się wysilasz Płomienno z tymi przemowami? Gdzie niby mamy się...

 

- Zatoka Księżycowa. - Przerwała mu stanowczo Ewelina. Twarz lunomanty zmarkotniała. - Powstają tam piękne, prosperujące miasta, budowane krwią i determinacją wolnych Lupinów. Daleko od szaleństwa Nowych Królestw. Samowystarczalne, kooperujące ze sobą. Świetnie się dogadują i prowadzą aktywną wymianę ze stepowymi Karłoludami. Rozumiesz? Udało się komuś dogadać ze Skrzatami. Kwitnie tam piękna kultura i hart, wypełnionego nadzieją lepszego jutra ludu. Zalążek nacji, o którą przez wiele wieków tak rozpaczliwie staraliście się walczyć. Ale potrzebują tam silnej, wypełnionymi chartem i czystością umysłu elity. Lupinów, co mogliby ich wzbogacić dokonaniami obcych cywilizacji bądź swymi własnymi, a w trudnych czasach i pokierować, by ci mogli przetrwać znamię dekadencji i skończyli silniejszymi niż kiedykolwiek, nie staczając się ponownie w cień. Nie zostawaj tutaj, pomagając realizować wizję, która nie przyniesie wam niczego dobrego, kiedy okazja na prawdziwą przyszłość, czeka na was z otwartymi rękoma.

 

- Oni nie są... - Uniósł się wypełnionym żalem głosem, ale wnet przerwał mu książę, machając gwałtownie ręką.

 

- DOSYĆ! - Wrzasnął wściekle. - Co za bezczelność. - Sapnął. - Skończmy już tę bezowocną wymianę. Co się teraz wydarzy, niech się wydarzy, ale nie pozwolę ci nawet próbować podjudzać mych własnych druhów przeciwko mnie. Ostatnie słowo. Nie poddam się.

 

- A my na pewno nie wydamy go Płomienno kurwo. - Warknęła nienawistnie kobieta o kasztanowych włosach.

 

- Zginiecie. - Rzekła słabym tchem Ewelina, kręcąc głową z politowaniem.

 

- Mamy przewagę liczebną. - Usta kobiety wykrzywiły się w szyderczy uśmiech.

 

- Nie obchodzi mnie wasza przewaga liczebna. Zginiecie.

 

- Rujon! - Ryknął rozkazująco Andrei.

 

Trwało to pięć sekund. Lunomanta błyskawicznie skrzyżował ręce na piersiach, otoczył je jarzący się blady pył, po czym je otworzył uwalniając z wielkim wysiłkiem, świetlistą białą kulę, rozmiaru głowy. Zostawiającą za sobą ogon bladej poświaty, popędziła z morderczą prędkością w stronę Eweliny. Ta zamachnęła się prawym ramieniem już jarzącym się intensywnym błękitnym płomieniem, po czym z towarzyszącym temu bojowym rykiem uderzyła przedramieniem pocisk, uderzający rykoszetem w zbocze, eksplodując jasnym, bladym światłem. Po opadnięciu dymu, ujawnił się niewielki lej, wokół którego umierała trawa, zapadając się w pogniłe, wysuszone pędy.

 

Ewelina otrząsnęła dymiącą ręką, lecz nie przyszło jej złapać tchu. Zamachnęła się błyskawicznie mieczem, odbijając lecący na nią bełt, jednocześnie unikając drugiego. Tuż przed jej czołem wypalił się w błysku szafirowej energii, lecący na nią pocisk prochowy. W jej lewej dłoni zmaterializował się długolufowy pistolet z sześcionabojowym bębenkiem, o ciemno-niebieskiej, pokrytej złotymi runami rękojeści. Dłoń rozjarzyła się lekką błękitną poświatą, a Ewelina wycelowała w strzelców na dębie i pociągnęła za spust. Głośny huk i trzask rozlatującej się kory dębu. Chybiła. Z bębenka wyskoczyła łuska po naboju, by po chwili zniknąć w iskrach niebieskiego płomienia. Bębenek okręcił się automatycznie, nastawiając kolejny nabój do strzału, podczas to kiedy, opróżniona komora naboju, wypełniła się błękitną energią, natychmiastowo ulatniając się, zostawiając za sobą nowy pocisk. Natychmiastowo wystrzeliła kolejny raz. Drugi. Trzeci. Złowieszczo brzmiące świsty pocisków, z furią przecinały powietrze. Czwarty trafił strzelca w tułów, a ten z przepełnionym agonią wrzaskiem spadł z drzewa. Piąty strzał trafił w drewnianą platformę, na której stali i duża jej część rozniosła się w drzazgi. Szósty strzał, chybił. Nie musiała przeładowywać, a jej ramię, wbrew sile wystrzału zachowywało niemożliwą do osiągnięcia nawet dla najsilniejszego draba, niewzruszoną stabilność. Pozwalało to na nieprzerwany, w miarę celny, regularny i seryjny ostrzał. Siódmy strzał, znowu oberwał dąb. Ósmy strzał trafił w dłoń Strzelca jeszcze przeładowującego kuszę. Dłoń rozerwała się na strzępy w groteskowej, czerwonej chmurze krwi. Strzelec zawył boleśnie, a jego towarzysz błyskawicznie go powalił na platformę, po czym pociągnął go w popłochu w dół drzewa, samemu energicznie z niego schodząc. Syczący rewolwer objął błękitny płomień, po czym zniknął.

 

Nastała chwila ciszy. Bandyci dzielili się między sobą niepewnym, a gdzieniegdzie lękliwym wzrokiem. Kręcąc i przewracając niecierpliwie swym orężem. Ewelina podkuliła się lekko, przybierając uniżoną, gotową do natychmiastowej akcji postawę bojową, nachylając szablę nad swym prawym barkiem. Po chwili, łukowata formacja osiemnastu osób, z księciem na czele, ruszyła przed siebie, równym, niemal symetrycznym krokiem i ruchem ciał. Rozluźnili swój szyk, by naprzeć na Płomienną półokręgiem tak, by do dotarciu czwórka maruderów z frontu mogła na dłużej zaangażować się stałym naparciem, a dwójka z każdej flanki miałaby z czasem zamknąć okrąg, umożliwiając atak przynajmniej dziesiątce napastników naraz, podczas gdy pozostałe osiem, mogło do woli zamieniać się z nimi miejscami. Ale Ewelina miała co do tego inne plany. W momencie, gdy zbliżyli się na długość ich najdłuższej Halabardy, ta rozłożyła, otoczoną płonącymi językami błękitnego ognia, dłoń i uderzyła nią płasko o ziemię. Z jej postaci błyskawicznie wydobyła się pędząca kopulasta granatowa fala w towarzystwie iskrzącego się ciemnym złotem pyłu. Zadzwonił gong. Fala uderzyła z masywnym impetem w napastników, rzucając nimi wysoko we wszystkie strony. Kiedy to bandyci podnosili się obolali z ziemi, z tyłu szeregu wystrzeliła gromada niewielkich sopli pogrążonych w bladym blasku. Ewelina beznamiętnie odchyliła się z ich drogi lotu, by te się roztrzaskały o rozciągające się za nią kamieniste zbocze. Wojacy już zdążyli się na powrót ustawić w szeregu, czekając w napięciu na to, co się wydarzy. Ewelina powolnie zamłynkowała parę razy szablą, po czym powróciła do nieruchomej pozycji drapieżnika gotowego do polowania.

 

- Mówiłam, że nie obchodzi mnie wasza przewaga.- Skwitowała lodowatym tonem.

 

Bojownicy spojrzeli po sobie ponownie i potwierdzająco skinęli głowami. Z szeregu odłączył średniego wzrostu, jak myślała, Elf dzierżący dwa krótkie miecze. Twarz kryła bordowa maska, z licznymi, grubymi, pomarańczowymi frędzlami zwisającymi z krawędzi płótna.

 

- Zacznijmy więc te harce. - Powiedziała półgłosem Ewelina, chowając lewą rękę za talię.

 

Szedł ku niej pewnym byczym krokiem, niemal natychmiast przystępując do ataku, gdy tylko znalazł się w zasięgu. Wykonał szybkie pchnięcia skierowane w gardło i lewą nerkę. Ewelina odskoczyła żwawo, uderzając świszczącą klingą szabli w płaz miecza wymierzanego w gardło, ten jednak zdążył wycofać drugie ostrze i w porę je przekręcił, by odbić nadchodzące ku jego obojczykowi pióro szabli, która jednak ześlizgnęła się z gracją z ostrza, zostawiając cienką krwawą linię na prawym ramieniu. Napastnik zasyczał boleśnie. Uniósł jednocześnie oba miecze, krzyżując je obok brody, by zblokować nadchodzące cięcie znad lewego barka kobiety. Prosta niezawodna garda na, jak przypuszczał, przewidywalny cios. Zanim jednak ostrze szabli zderzyło się o zwarty krzyż mieczy, ta, razem z niosącą ją ręką, zajarzyły się błękitną poświatą. Rozległo się głośnie skrzypnięcie ciętego metalu poprzedzane nieprzyjemnym gruchotem kości i rozdarciem mięsa. Na ziemię pospadały z cichym łoskotem kawałki poprzecinanych mieczy, a jaskrawa posoka rozlała się gwałtownie, oblewając postać Płomiennej. Ciało napastnika opadło, intensywnie zalewając ziemię krwawą kałużą. Z Szeregu wydobył się krótki i rozpaczliwy krzyk, kobiety o krótko obciętych kruczych włosach. Krzyk przerwał wysoki, chudy mężczyzna o długiej i gładko uczesanej siwej brodzie, zakrywając usta kobiecie pogrążającej się w konwulsjach.

 

Książę przyglądał się jeszcze spazmatycznie podrygującemu ciału w grymasie szaleńczej nienawiści, po czym przymusem nakierował wzrok ku Ewelinie. Krew z jej ubrań jak i ciała leniwie zanikała w pochłaniających ją kobaltowych iskrach energii, zostawiając za sobą czystą, jakby świeżo wypraną powierzchnię.

 

Odebrał długą halabardę stojącemu obok w osłupieniu drabowi, po czym, z widocznym wysiłkiem, uniósł ją lekko do góry i ryknął gniewnie.

 

- Zabić to zwierzę! - Ruszył naprzód, a wraz z nim trzech innych wojowników. Kobieta o krótkich włosach, szarpała się z wymalowanym szaleństwem na oczach, lecz przytrzymujący ją uścisk starca, trzymał ją w bezruchu.

 

Trzech wojowników zaatakowało jednocześnie. Ewelina sparowała, nadciągające z boku ku jej gardłu ostrza dwóch mieczy. Błyskawicznie cofnęła szablę, uderzając niewielką zakrzywioną głownią o żeleźce złocistego topora bojowego kierującego się ku jej lewemu ramieniu, jednocześnie uchylając się do tyłu przed nadchodzącym ku jej klatce piersiowej grotem krótkiej włóczni o stalowym drzewcu. Wykonała szybki unik w bok, stając obok rudego napastnika dzierżącego dwa krótkie miecze. Zanim ten zdołał się obrócić, Ewelina błyskawicznie uderzyła go jarzącym się błękitną łuną łokciem w żebro. Rozniósł się gruchot łamanych kości, a wojownik zatoczył się z bolesnym krzykiem na stojącego obok kompana, o którego to włócznie by się nabił, gdyby ten w porę jej nie wyrzucił. Obaj legli na ziemię, gdy rudzielec o długich włosach uderzył swym ciałem o kompana w skórzanej masce przypominającą żabią twarz. Ewelina nie tracąc czasu, wykonała szybkie cięcie blokujące bieg lecącego ku niej topora, krzyżując się z nim w drapieżnym łoskocie. Przedramiona rozjarzyły się niebieską aurą, złapała o pióro swej szabli, ciągle napierającej o ostrze topora i pchnęła ją z niedźwiedzią siłą, wyrzucając zaskoczonego wojownika o łysej głowie. Poleciwszy parę kroków dalej, wyłożył się niezdarnie na ziemi. Nagle doszedł ją ciężki świst przecinanego powietrza. Odskoczyła w bok, unikając wbijającego się w udeptaną ziemię ostrza halabardy. Chwyciła gwałtownie za drzewiec, podnoszonej przez napastnika broni i pociągnęła ją ku sobie, razem z trzymającym ją księciem. Desperacko trzymający się swego oręża Andrei zbyt późno zauważył lecącą ku niemu pięść. Oszołomiony książę już zataczał się ku ziemi, gdy pewna dłoń Eweliny chwyciła go za rzemień na barku, po czym z wielką siłą rzuciła nim. Wylądował dobre dwadzieścia kroków od toczącej się potyczki. Starał się podnieść, ale obolałe kończyny i koszmarny świszczący ból w głowie skutecznie temu przeciwdziałały. Ku zaskoczeniu Eweliny pierwszym podnoszącym się z ziemi, był rudzielec ze skruszonymi żebrami. W dzikim, wypełnionym bólem grymasie dobył jednego ze swych mieczy, po czym rzucił się ku niej, celując cięciem prosto w obojczyk. Ewelina szybkim, wyćwiczonym ruchem odparowała cięcie tylcem szabli, po czym przejechała nią po ostrzu miecza, celując prosto w gardło. Trysnęła cienka struga krwi. Rudzielec charknął żałośnie. Rzucił miecz, by chwycić za sterczącą mu w gardle klingę. - Nie! - Charczał boleśnie, bezskutecznie starając wypchnąć miecz. Na marne. Patrząca mu prosto w oczy, smutnym wzrokiem Ewelina, pchnęła szablą. Przeciwnik obwisł bezwładnie z martwym wyrazem. Bladość zalała mu twarz, po czym opadł powoli na plecy.

 

- To był mój brat suko! - Wrzasnął rozpaczliwie wojownik o żabiej masce już stojący w gotowości na nogach. Zaatakował, wykonując serię szybkich pchnięć. Makowłosa żwawo wygięła się, z łatwością omijając ciosy włóczni. Z szeregu już parło ku niej dwóch następnych wojowników, by wypełnić braki. Kobieta o krótkich czarnych włosach i zajęczej twarzy, oraz idący za nią chudy starzec z długim żelaznym kosturem zawieszonym na barku. Uderzając płazem szabli o żelaznego drzewca włóczni, Płomienna zbliżyła się pewnym krokiem do napastnika i błyskawicznie kopnęła go w kolano. Chrupnęło, kończyna wygięła się nienaturalnie w drugą stronę. Napastnik pewnie by wydobył w tym momencie jakąś ekspresję wyznającą światu jego intensywny ból, w którym się znajdował, gdyby nie to, że tuż za kopnięciem poleciało szybkie cięcie wymierzone w szyję. Głowa, ubrana w lepką od krwi żabią maskę, trzasnęła obleśnie o kamienny grunt. Ciało zaś leniwie przewróciło się na bok, oblewając starającego się doczołgać Księcia, fontanną krwi. Nie miała czasu na refleksję. Osunęła się z drogi lecących ku niej jednocześnie bojowego toporu i kolczastego bicza. Wykonała pchnięcie wymierzone prosto brzuch napastnika dzierżącego topór, bez problemu wsuwającego się w grubą skórzaną zbroję, tnąc po drodze jelita i lewą nerkę jednocześnie. Wojownik syknął boleśnie, ale wykonał pewny zamach swym toporem. Ewelina z łatwością go wyminęła, tnąc znad barka, w bok przeciwnika. Usłyszała lecący ku niej głuchy świst. Zamachnęła się i rzuciła oplecioną intensywną, niebieską energią szablą w pędzącą ku niej widmową kulę lunomanty. Kula błysła w powietrzu bladym wybuchem, wytrącającym z równowagi biegnącego obok starca. Ewelina postawiła dwa kroki naprzód, zostawiając za sobą, odwróconego do niej plecami, rozpaczliwie trzymającego się za krwawiący bok, wojownika. Zarzuciła mu swe ramię na szyję, zaciskając je w ciasnym ucisku, po czym bez większego oporu zmiażdżyła mu kark. Nim jeszcze ciało zdążyło pokryć ziemię, ta nagle opadła na kolana, unikając rozpędzonego, najeżonymi kolcami bicza. W dłoni zmaterializował się jej grawerowany rewolwer. Wycelowała i strzeliła. Kruczowłosa dziewczyna uchyliła się, w porę unikając pocisku wycelowanego w czoło. Wtem zaatakował starzec. Nad głową klękającej w uniku Eweliny zaświsnął złowieszczo stalowy drąg, co natychmiastowo się cofnął i uderzył w tył kolan, zwalając ją na ziemię. Syknęła w bólu, zaciskając zęby. Nadchodził kolejny, zamaszysty cios kostura, jednak w prawej dłoni już zmaterializowała się wcześniej rzucona szabla. Rozjarzyła się błękitną łuną, po czym zablokowała paradą lecący na nią drąg, melodyjnie odbijając daleko w tył, niemal wypadając z dłoni siwego brodacza. Okręciła się na bok, uciekając przed wbijającym się w ziemię kolczastym biczem. Jarzącą się dłonią chwyciła go, nie bacząc na kolce. Pociągnęła gwałtownie bicz, wytrącając z równowagi i przewracając kruczowłosą dziewczynę. Skoczyła sprężyście na nogi, zataczając się lekko, z powodu odrętwienia i bólu. Postawiła krok w tył, unikając potężnego zamachu starca, po czym widząc, że dziewczyna wstaje i szykuje się do wyszarpnięcia bicza, Ewelina zbliżyła się, niemal ocierając się ciałem o starca i wbiła mu kolce bicza głęboko w brzuch. Pociągnęło. Wyrwał się niemal jednoczesny paniczny wrzask dziewczyny jak i starca. Wnętrzności chlupnęły nieprzyjemnie o ziemię. Napastnik dyszał ciężko wpatrzony ze wzajemnością w dziewczynę o twarzy wyrażającej jedynie wypełnione przerażeniem osłupienie. Opadł na kolana, trzymając się wielkiej szramy w brzuchu. Chciał zawołać, krzyknąć, lecz zamiast tego wydobył się głuchy chrupot przebijanej kości, a z jego czoła wyrosło zakrwawione pióro szabli. Ewelina wycofała żwawo swój oręż, a ciało beznamiętnie opuściło się w przód. Nie tracąc czasu, odwróciła się i wykonała paradę, uderzając podążające ku niej cięcie następnego wojownika. Żwawo zamłynkowała, wykonując tym samym serię cięć w klatkę piersiową. Zielone odzienie okryło się powiększającą się czerwoną plamą. Zamiast jednak dać mu się wykrwawić, chwyciła go, zaciskając jedną rękę na szyi, a prawą dłoń, oplecioną strugami intensywnie świecącego lazurowego ognia, przycisnęła mu silnie do skroni. Wojownik zawył niemal nieludzkim, zmieniającym ton metalicznym głosem, głowa stanęła w błękitnym płomieniu, a długie strugi światła o tym samym kolorze intensywnie wydobywały się ze wszelkich otworów jego twarzy. Zwolniła uścisk, po czym cisnęła mężczyzną w dwóch ciągnących ze wsparciem wojów stających jak wryci. Wciąż palący się mężczyzna, znalazłszy się między swymi druhami, zakrył odruchowo dłońmi swoją wyjącą twarz.

 

- Uważaj, odsuń się! - Krzyknął jeden z nich, ale było za późno. Spowił ich obłok eksplodującej krwi i kości, którym stał się płonący elf. Gdy chmura opadła, obaj leżeli na ziemi, a z ich ciał wydobywały się cienkie strugi lazurowego dymu. Jeden wojownik usilnie starał wstać, lecz poobijane stawy mu na to nie pozwalały. Drugi trząsł się spazmatycznie, zalewając się krwią, z desperacją usiłując wyjąć wystającą mu z szyi kość udową.

 

- Dosyć tego do jasnej kurwy jego nędzy. Wycofajcie się do cholery, widzicie co z wami zrobię, uciekajcie w las i ratujcie życie. - Ale wbrew wołaniom Eweliny z szeregu wystąpiło niepewnym krokiem, ze ściągniętymi przerażonymi wyrazami twarzy, czterech następnych wojowników. Powoli zmierzali w jej stronę z mimiką wykrzywiającą się w ostry grymas determinacji. „ Chędożeni szaleńcy. Dacie się porżnąć w imię tego durnia. Czemu, do cholery, czemu? Tak opici perspektywą wymiany, że pragną tak głupio się dać rozpłatać? Uciekajcie cholera, uciekajcie. Po co ja brałam to zlecenie?" - Idźcie precz puste skurwiele! Słyszycie?! Ratu... - Wrzasnęła, ale nie dokończyła, gdyż musiała uniknąć pędzącego w jej kierunku widmowego sopla bladej energii. W ich ruchach już nie było dyscypliny, ani tanecznej spójności czy kooperacji. Zaatakowali zażarcie, jedno po drugim kierowani żądzą krwawego odwetu za ich kompanów, desperacji i chęci obrony zataczającego się jeszcze po ziemi, oszołomionego księcia.

 

Odskoczyła przed wymierzonym w jej talię ciężkim młotem, trzymanym przez tęgiego, baryłkowatego elfa o długiej pulchnej twarzy oszpeconej blizną po oparzeniu na lewym policzku. Znów rzuciła płonącą błękitnym ogniem szablą, tym razem celując w nadbiegającego ku niej zamaskowanego elfa. Miecz wbił się w jego pierś, a napastnik ku swemu natychmiastowemu przerażeniu momentalnie zajął się lazurowym płomieniem. Wrzask osoby przeżywającego istną katorgę rozniósł się po całej polanie. Ewelina chwyciła obsydianowy trzon młota atakującego ją przeciwnika i nie bacząc na grubego elfa bezsilnie starającego się trzymać młot, pociągnęła go razem z nim, odbijając obuchem nadciągający ku niej, dobrze jej znany, stalowy drąg. Dziewczyna, z twarzą okrytym dzikim grymasem, zatoczyła się do tyłu. Ewelina wyrwała w końcu wielki młot z dłoni przeciwnika, zamachnęła się i uderzyła potężnym płaskim ciosem w prawy obojczyk. Nastąpiła eksplozja krwi i wnętrzności poprzedzana niewytłumaczalnym odgłosem potężnego czystego gongu i cichej, ale wyraźnie słyszalnej arii. Grubas leżał na ziemi w nienaturalnie wykrzywionej pozycji z wielką wyrwą w prawym barku, oraz głową bezładnie zwisającą na cienkim kawałku okrwawionej skóry i mięśni, kiedyś będące jego szyją. Wtedy nadleciała halabarda. Źle wymierzona, zaledwie uderzyła swym drzewcem w jej prawy bok, ale wystarczało by ta klnąc, zatoczyła się do tyłu w nagłym przypływie bólu, przedtem uskakując w bok przed cofającym się ostrzem halabardy. Tuż koło jej szyi zabłysło ostrze krótkiego miecza. Jej skóra momentalnie zabłysła się niebiesko-złotym światłem i wyrzuciła z siebie niewielką falę energii z towarzyszącym mu dźwiękiem małych dzwoneczków. Miecz napastnika z tyłu, zarówno jak i halabarda księcia i kostur kobiety o kruczych włosach, odbiły się od fali z łoskotem, dając Ewelinie wystarczająco czasu, na odnalezienie się w sytuacji. W dłoni na powrót znalazła się szabla, a ta kręcąc mechanicznie głową, wyprostowała się w złowieszczej posturze. Skrzywiła się w szaleńczym grymasie. - Szaleńcy pieprzeni przestańcie się dawać zarzynać! - Wrzasnęła, lecz chwila potem, jakby dla spotęgowania efektu, uśmiechnęła się szaleńczo z szeroko rozwartymi oczyma.

 

Książę osłupiał, ale oszalała kruczowłosa dziewczyna, okazała się niezłomna. Zaatakowała, wykonując serię wirujących uderzeń i pchnięć kosturem, które Ewelina jednak z łatwością unikała i odbijała. Czując jednak, że przeciwnik za jej plecami znów rusza do ataku, ta odbiła ostatni cios kostura i zaciśniętą w pięść, jarzącą się jaskrawą, złoto niebieską łuną, dłonią wymierzyła cios centralnie w uzębienie dziewczyny. Przebiła się. Rozprysk krwi i zębów rozleciał się na wszelkie strony. Dziewczyna wydała z siebie stłumiony krzyk, by zaraz potem zamienić go na przepełnione bólem żałosne piski i jęki. Ewelina trzymała ją, kciukiem przytrzymując od zewnątrz żuchwę, podczas gdy reszta palców zaciskała się na wewnętrznej części szczęki.

 

- Zostaw ją! - Usłyszała wysoki, przepełniony przerażeniem głos kobiety.

 

- To idź precz. Idź precz, nie rozumiesz tego? - Syknęła boleśnie Ewelina, wpatrując się groźnie w zakrwawioną twarz kruczowłosej. Płaczliwie jęcząc i łkając, na próżno okładała i próbowała ją odepchnąć pięściami, starając wydostać się z bolesnego uścisku wokół jej żuchwy.

 

- Coś jej zrobiła... - Zaczął wyraźnie drgający kobiecy głos, ale nie był w stanie dokończyć. Po policzku Eweliny znienacka, spłynęła powolna ściekająca, momentalnie parująca, stróżka łez. Usłyszała łoskot mieczy niedbale rzucanych o kamienne podłoże. Czuła, że zaraz się popłacze, że spada jej wielki głaz z serca. Miała dość okrutnego zabijania. „Przynajmniej tylko tyle" Luzowała uścisk, niemal zabierając dłoń, gdy nagle z szeregu wystrzelił w jej stronę bełt, przelatując koło ucha. Wystarczyło, by na chwilę straciła uwagę i jej brzuch rozniósł się intensywnym bólem wbijającej halabardy. Szarpnęła dłonią. Rozległ się głuchy chrupot, gulgot i stłumiony wrzask. W dłoni trzymała połamaną, oblepioną skórą, ścięgnami oraz paroma zębami, żuchwę kruczowłosej dziewczyny.

 

- NIE! - Krzyknęła przeraźliwie słabym głosem stojąca za nią kobieta. Ewelina chwyciła za skórzany frak, dławiącej się, pozbawionej dolnej części twarzy dziewczyny i cisnęła nią w księcia z taką siłą, że wydobył się zgrzyt gniotącej zbroi, gdy ten uderzał o wydeptaną ziemię, oraz cichy odgłos łamiącego się karku, kończącego agonię dziewczyny o zajęczej twarzy. Zaciskając z bólu zęby, wyszarpnęła halabardę ze swego torsu i zarzuciła szablą za plecy, blokując jej płazem nadchodzące ostrze miecza. Odwróciła się w końcu w stronę kobiety. Niedbałe kasztanowe loki kleiły się od potu do zapłakanej bladej twarzy o typowej urodzie elfiej kobiety. Ta natomiast wrzasnęła rozpaczliwym krzykiem i wykonała parę szybkich i równoległych cięć dwoma mieczami, co Ewelinie coraz to trudniej było blokować. Nie męczyła się, ale rany i stłuczenia tylko nasilały się w swoim bólu z każdym ruchem ciała. Nie mogła zginąć. Nie teraz. Natarła na Elfkę. Szybkie cięcia szablą na przełaj wykonywane spod boków i znad barków skutecznie nie pozwalały na bezpieczny kontratak, jednocześnie spychając przeciwniczkę ku stromej ścianie piaskowego zbocza. Po chwili jednak w okresie zaledwie dwóch sekund Ewelina wykonała gwałtowny gest chwytu w garść. Od podłoża oderwała się niewielka bryła sypiącej ziemi i piasku, po czym cisnęła ją za siebie. Rozbrzmiał huk rozsypującej się ziemi z poprzedzającym go przekleństwem. Nie miała jednak czasu rozejrzeć się, ile to dała sobie czasu spokoju od nadchodzącego ku niej przeciwnika. Chwila zelżenia ataku pozwoliła młodej kobiecie na przystąpienie do kontrataku. Pierwsze równomierne cięcia. Zablokowane. Drugie, również. Przy trzecim cięciu jednak, jednemu z mieczy udało się wyminąć paradę szabli i zanim został odbity, zdążył się prześlizgnąć po twarzy Płomiennej, zostawiając za sobą szeroką, ciągnącą się od lewej brwi aż po linię szczęki, szramę, natychmiast zalewając lewą część jej twarzy ciemną, intensywnie parującą wokół oka, krwią. Syknęła zawodzącym pół-jękiem, chwytając się instynktownie twarzy.

 

- Ty Kurw...- Odsunęła się w bok, unikając nadchodzącego w jej serce pchnięcia. Zmieniła cel i przerzuciła się na atakującego ją z tyłu draba o blond brodzie. Ukośne Cięcie. Parada. Garda. Zamłynkowała szablą, jednocześnie odbijając cztery, równocześnie wymierzone pchnięcia. Rozjarzonym błękitem mieczem, wykonała cięcie w kierunku blondyna. Zablokował jednym z oręży, jednocześnie odskakując z przestrachem. Zazgrzytało przecinanym metalem, a mężczyzna zatoczył się do tyłu z wymalowanym oszołomieniem na twarzy. Tymczasem wyczuwając, iż kobieta zbliżyła się na niebezpieczną odległość ku Ewelinie, niemal czując jej oddech na szyi, odchyliła głowę w bok, unikając wychodzące tuż nad barkiem ostrze miecza. Okręciła szablą, uderzając piórem o płaz broni, wybijając ją z dłoni atakującej ją od tyłu kobiety. Zarzuciła w zamachu swą głową do przodu. Żyły pod skórą jej twarzy rozświetliły się niebieską poświatą, a z oczu wystrzeliły promienie niebieskiego światła. Samą zaś głowę otoczyła ciemno złota łuna, po czym cofnęła ją gwałtownie do tyłu, uderzając potylicą o czoło stojącej za nią kobiety. Rozległa się niebiańska muzyka głośnych przeciągających się dzwonów i gongów. Towarzyszył temu rozbłysk złoto-niebieskiej fali energii niosącej za sobą liczne, srebrne iskry, kompletnie pochłaniającą twarz elfki, którą natychmiast wyrzuciło daleko w tył. Upadła twarzą, a raczej to co z niej zostało, na ziemię, w mgnieniu oka zalewając ziemię kałużą czerwonej posoki. W powietrzu jeszcze opadały niewielkie płaty skóry z doczepionymi do niej włóknami kasztanowych włosów. Krew i różowe mięsiste kawałki na ubraniu i głowie Eweliny, pochłaniał lazurowy płomień, pozostawiając ją w całkowitej czystości.

 

- Nie... - Zadrżał głos stojącego przed nią brodacza o słomianej brodzie, ale Płomienna już atakowała go nawałnicą cięć. Ku niej szli już następni z szeregu. Zbyt wielu. Lecz zanim zdążyła użyć swej mocy do zrównoważenia liczebności przeciwników, dostrzegła pędzący ku niej, kolejny palący się bladym światłem sopel. Ewelina cięła spod lewego biodra, uderzając w lód, krusząc go na wiele kawałków, których część poleciała dalej za nią by roztrzaskać się o ścianę, a część pospadała na ziemię lub spłonęła w niebieskim płomieniu, uderzając o jej ciało. Wbrew jednak jej oczekiwaniom, nie usłyszała mających nadejść, uderzeń szczątków o zbocze. Usłyszała tylko markotny gwizd, drapieżnie zbliżający się zza pleców. Nie zdążyła odskoczyć ni obronić się magią. Poczuła rażący ból w momencie, gdy gruby, ostry kawałek lodu, wbił się w jej prawy bark. Poczuła zapach palącego mięsa, a wraz z nim rozlewający się wzdłuż ramienia i klatki piersiowej niemiłosiernie kłujący żar. Wrzasnęła boleśnie. Wyćwiczonym ruchem sięgnęła lewą ręką i wyrwała blady kołek. Zatoczyła się i opadła na jedno kolano, opierając dłońmi o głowicę szabli. Dyszała ciężko, w grymasie męki. Ujrzała kroczącego ku niej blondyna z mieczem w ręku. To był już koniec. Zabiją ją. Nie, nie może. „Nie mogę teraz zginąć" powtarzała sobie w myślach. Dała komuś obietnicę, dała nadzieję swojej wychowance. Nie zdąży. Dla Wynyjki to już ostatni rok, gdzie może podjąć naukę. Za stara jest, nie przyjmą na następny semestr, jeżeli teraz nie zacznie. Jedyna i ostatnia szansa dla niej na lepsze, by mogła coś osiągnąć. Życie wolne od zgrzybiałego dotyku jakiegoś starca, za którego jej rodzina będzie chciała ją wydać. Brak tułaczki i ucieczki przed wiecznie depczącymi po jej piętach łowcami nagród, którymi po kres jej istnienia, będzie męczyć ją kochana rodzina, gdy ta się im sprzeciwi. A tak, nie odważą się na atak obywatelki Pyrji i zaprzepaszczenia potencjalnego kontaktu z Akademią. Obiecała to jej. Zaufała jej. Nie mogła zginąć. Nie teraz. Stanęła gwałtownie, mimo rozpalającej ciało piekielnego gorąca trucizny, ran i wykończenia. Dłonie i buty ogarnęło jaskrawe, intensywne lazurowe światło, zaś z jej ślepi buchnął złowieszczo niebieski płomień. Powietrze wokół niej zaczęło drżeć. Dało się wyraźnie słyszeć zawodzące arie anielskie. Na jej twarzy wystąpił pełny wściekłości grymas. Cięła w kierunku przymierzającego się do pchnięcia mieczem, brodacza. Nie zdążył, a ostrze bez problemu przeszło na wylot, tnąc od prawego biodra, do lewego obojczyka. Krew trysnęła mu z ust, a górna część przeciętego ciała opadła na ziemię. Ewa kopnęła w, jakoś jeszcze trzymające się w pionie, nogi przeciwnika. Opuściła szablę. Ta zniknęła w płomieniach, a w jej dłoni, zmaterializował się ciemno-brązowy, o metalowej, grawerowanej powierzchni kostur długości jej ciała. Dłoń trzymała na wyraźnym, odrębnym zgrubieniu drągu, przypominającym cylinder, z wyciętym z jednej strony wgłębieniem. Po przeciwnej stronie cylindra znajdował się ledwo widoczny grzyb, a jeszcze obok niego, skromna, czarna dźwignia. Końce kostura były widocznie pogrubione, a po bokach końcówek, znajdowały się długie, ciemne ostrza. Na końcu po obu stronach znajdował się wylot prowadzący w głąb tej dziwnej broni, sprawiając wrażenie jakby cały kostur, był nienaturalnie długą lufą arkebuza. Zawirowała drągiem i pchnęła nim w nadchodzącego wojownika, dopiero co się orientującego, że Ewelina dobyła innej broni. Uniósł trzon wielkiego topora bojowego w gardzie. Kostur jednak przełamał się przez twardą, dębową rękojeść i przeszył się przez gruby napierśnik, wychodząc z drugiej strony draba. Makowłosa przekręciła i cofnęła broń, rozrywając od środka wnętrzności Elfa. Zablokowała cięcie następnego angażującego się w starcie mężczyzny o nierówno ostrzyżonych włosach koloru mchu i krótkiej koziej bródce, po czym błyskawicznie, przerzuciła drąg do lewej dłoni i wykonała szybkie uderzenie w szyję. Równo cięta głowa odłączyła się od ciała i poleciała paręnaście kroków w tył, uderzając niską zaskoczoną kobietę o długich białych warkoczach i szpetnej twarzy. Za nią jednak Ewelina przyuważyła przymierzającego się do zaatakowania następnym zaklęciem Lunomanty. Okręciła kosturem w prawej dłoni, kładąc go wzdłuż ręki. Wymierzyła i pociągnęła kciukiem za dźwignię. Rozległ się głośny mechaniczny klekot, po czym przycisnęła niewielki grzyb. Głośny huk zadudnił powietrzem, a koniec kostura celujący w lupina zajął się jasnym, błękitnym wybuchem ognia. Przestrzeń między nią, a magiem złączyła drgająca widmowa fala o kolorze turkusu. Ślad po pocisku. Tors Lunomanty odłączył się od nóg, a siła uderzenia wyrzuciła go w tył, opluwając swych kompanów fontanną krwi, z towarzyszącym temu wrzaskiem. Ci cofnęli się z przestrachem, niepewnie spoglądając po sobie z przerażeniem, po czym skupiając wzrok na zamaskowanym Elfie. Będący świadkiem tego, co się zdarzyło, zatrzymał swój bieg ku Ewelinie i zaczął cofać się nerwowo w tył, patrząc tym samym na nią z szaleńczym strachem. Potrząsnęła kosturem, przesuwając cylindrem po drzewcu, wydobywając przy tym metaliczne trzaśnięcie i klekot, a w powietrzu zabrzmiało melodyjne dzwonienie łuski, wyskakującej z wgłębienia. Ewelina ruszyła ku niemu. Machnęła drągiem...

 

- Nie! Poddaję się! - Krzyknął, ale Ewelina nie słuchała, uderzyła obuchem kostura w ramię, wytrącając z dłoni miecz. Cofnęła kij i pchnęła nim, nabijając wojaka. Uniosła go wyjącego nad sobą i nacisnęła grzyb. Plecy elfa rozerwały się, wypluwając z siebie litry krwi, kawałki kości i to, co zostało z wnętrzności, oblewając nimi białowłosą kobietę. Ewelina rzuciła nim do tyłu, po czym cofnęła krok, skuliła się i zerwała się w miejscu, zanikając na ułamek sekundy, zostawiając przejrzyste, zatrzymane w czasie widmo konturu jej sylwetki. Pojawiła się tuż przy szpakowatej wojowniczce w towarzyszącym temu obłoku niebieskich fal energii. Zanim kobieta zdążyła zareagować, Ewelina przejechała ostrzami kostura po jej szyi. Elfka chwyciła się za gardło, próżno starając się zatamować szeroką ranę tryskającą krwią. Pozostała czwórka elfów w szeregu rzuciła się do ucieczki. Jednak, na to już nie mogło być żadnej zgody. Zaraz będzie mdleć. Nie mogła zginąć. Okręciła kosturem, chyląc się przy tym i strzeliła. Jednemu z uciekinierów urwała się głowa. Przekręciła drąg, chwytając się niego dwoma rękoma, przyciskając go jednocześnie do boku. Strzeliła drugi raz, jeden z wojowników runął z, tryskającym mu z dziury w plecach, strumieniem posoki. Elf w zielonym opancerzonym płaszczu spoglądnął na biegnącego za nim druha, usilnie trzymającego się niedbale zabandażowanego kikuta dłoni, po czym rozległ się kolejny wybuch. Głowa druha pękła niczym arbuz, oblewając pobliskie paprocie krwią i szczątkami tkanki mózgowej. Ostatni potknął się o wystający z ziemi korzeń. Lecąc ku ziemi, usłyszał jeszcze czwarty, ostatni wystrzał po czym zapadła ciemność. Nikomu nie udało się tego dnia ocalić swego życia.

 

Ewelina usłyszała rozpaczliwy ryk, spojrzała za siebie. Zobaczyła biegnącego ku niej, zapłakanego, posiniaczonego księcia wrzeszczącego załamanym głosem. Zamachnął się szaleńczo mieczem. Niedbale wykonała unik, uderzyła kolanem w przeponę i odrzuciła go na parę kroków. Zatoczył się, łkając, ostatkami sił grzebiąc dłońmi w ziemi. Ogień i światło otaczające jej ciało, zanikło. Ewelina dysząc ciężko, zwaliła się na kolana. Zdematerializowała kostur, a w jej dłoni pojawiła się na powrót szabla. Oparła się o nią obiema dłońmi. W oddali usłyszała stukot kopyt oraz zawodzące rżenia koni. „Po mnie". Zmrużyła oczy. Czuła jak razem z krwią wypływa z niej życie. Syczący z bólu książę zdołał już się podnieść na kolana. Kołysał spazmatycznie głową, to patrząc z nienawiścią na Ewelinę, to wyczekująco w kierunek niosący krzyki. Starał się stanąć na nogi, ale potykał i upadał bez ładu na ziemię.

 

Spośród drzew wyłoniło pięcioro opancerzonych elfów w Ryznańskich barwach jadących na, okutych w płytową zbroję, koniach. Za nimi wybiegły dwa żubry, ciemne niczym ubiór ujeżdżających je jeźdźców o bladej twarzy. Zatrzymali się, oglądając w pełnej trwodze pobojowisko, usłane krwią, ciałami oraz szczątkami ciał. Jeden z Ryznańskich żołnierzy zwymiotował. Dwóch pancernych odzianych w przysłaniające całą, poza oczyma, twarz hełmy z luźno zwisającymi łańcuchami, przez które przeplatały się gałązki świerku o czerwonych igłach, patrzyli wystraszeni w stronę Eweliny. Czwarty nerwowo spoglądał po towarzyszach. Bladzi mężczyźni na żubrach, odziani w czarne skórzane kaftany z poszywanymi kruczymi piórami u krawędzi ubioru, lustrowali beznamiętnie pobojowisko. Na czoło kawalerii wystąpił skonsternowany całą tą sytuacją rycerz o długiej rudej brodzie i blizną po oparzeniu na prawym oku. W odróżnieniu od pozostałych nie nosił hełmu, uwidaczniając jego równą łysinę. Do pleców zbroi zaś była przyczepiona na zapięciach, przypominających kwiaty mniszku, długa, żółta peleryna z wyszytym godłem Ryznania. Gwardzista królewskiej straży. Ewelina opuściła głowę, wpatrując się, zmęczonym wyrazem w ziemię. Książę wstał, zataczając przy tym i odezwał łamiącym, piskliwym głosem.

 

- Rozkazuję wam ją natychmiast zabić! Rozumiecie!? Jako książę rozkazuję wam natychmiast uśpić tę sukę! - Wskazywał drżącą ręką ku Płomiennej.

 

Rycerz ze zmieszaniem otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć i zastygł na chwilę w tej pozie. Koło niego podjechał na żubrze równo ostrzyżony o kanciastych rysach twarzy, Pyryjczyk. Wpatrzył się w Ewelinę. Rycerz w końcu podjął z wyraźnym drganiem w jego głosie.

 

- Książę Andreiu. Z rozkazu twego ojca, świątobliwego Króla Witora Javinicnego Trzeciego zasiadającego na tronie Bezyrburga. Powiernika wielkiej pieczęci Nadkrólewia, łaskawie sprawującego pieczę nad naszą ukochaną ziemią Ryznańską, jestem tutaj by cię zniewolić i postawić przed wielkim sądem Wojewodnym. Jesteś oskarżony o zorganizowanie i współfinansowanie zamachu na życie twojej siostry, Księżnej Stojanny, oraz za współudział w spisku możnych mającym na celu zdetronizować naszego miłosiernego Władcę.

 

- To jakiś absurd. Mylicie się, to nie ja! - Wrzasnął, żałosnym tonem.

 

- Nie nam jest pisane to stwierdzić. - Burknął z frustracją rycerz. Kiwnął porozumiewawczo na chorobliwie wyglądającego, zielonkawego gwardzistę. - Zabieramy pana. Proszę nie stawiać oporu, bo w przeciwieństwie do instrukcji tej tutaj Płomiennej, Król nie przestrzegał nas przed wyrządzeniem księciu cielesnej krzywdy w razie oporu.

 

- My się zajmiemy Płomienną. - Dodał głuchym pół-szeptem siedzący obok niego na żubrze, blady elf. Słysząc to, Ewelina po trwającej wieczność walce ze swoim ciałem, w końcu oddała się bólowi. Zwaliła twarzą, w krwawą kałużę, rozlaną przez draba z wyłomem w plecach. Przeciągle wypuściła powietrze i usłyszała jeszcze głuchnące rozpaczliwe wrzaski księcia, zanim jej oczyma zawładnęła ciemność, a ona oddała się błogiemu snu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania