Serce Tajgi - 4: Echo Wieczności - Rozdział 4

IV

 

Dysząca ze zmęczenia Ewelina zwaliła się, siadając niedbale na ławie w ciemniejszym zakątku stodoły, którą przerobiono na salę balową. Spojrzała z rozbawieniem na Radomirę zasiadającą naprzeciwko niej. Odpowiedziała jej uśmiechem, po czym zdjęła wiszący na czerwonej zasłonie rumiankowy wianek i ułożyła go sobie na włosach.

 

- Myślisz, że ktoś z nich uwierzy? - Wyszczerzyła się łobuzersko Ewelina.

 

- Może przynajmniej parę z nich się odczepi. - Wzruszyła ramionami Radomira, sięgając po czerwone jabłko z wiklinowego koszyka leżącego na stole.

 

- Nie doceniasz dzisiejszych zapędów i weneracji seksualnych. Młodziki ciebie zobaczą, to tłumnie się zgromadzą, by starać się przełamać „Zaklęcie".

 

- Ale przynajmniej mogę ładniej wyglądać. - Uśmiechnęła się czarująco. Ewelina puściła potwierdzająco oko.

 

- Państwo młodzi skończyli „rytualne" gonienie gęsi?

 

- Kierowali się chyba już do salki. - Spojrzała na obszerną, oświetloną licznymi latarenkami halę na drugim końcu stodoły z dorobioną prowizoryczną sceną dla orkiestry. Goście już się gromadzili przy stołach biesiadnych usytuowanych po bokach hali. Skupiła swój wzrok ku idącemu w ich stronę mnichowi wcześniej udzielającego ceremonii młodej parze. Ściągnął żółty, szpiczasty kaptur ukazujący surową, starczą ogoloną twarz, przyozdobioną typową mnisią tonsurą.

 

- Czy można się do pań przysiąść? - Zapytał chrypliwym głosem, wynikającym bardziej z ciągłych nawoływań niż jego naturalnej formy. Ewelina skinęła głową.

 

- Wszyscy jesteśmy gośćmi tych samych gospodarzy. - Odparła mu życzliwie. Mnich ukłonił się, zasiadając przy stole po stronie Płomiennej.

 

- Riordanem mnie zwą.

 

- Miło nam. Mnie zwą Radomirą, a tę tutaj Płomienną Północy lub Eweliną, jeżeli przeszkadza ci tytuł.

 

- Skądże moje drogie panie. Tytuły mocą swoją szczycą. Zwłaszcza te przez kogoś nadawane, niż samozwańcze.

 

- Grusywita? - Ewelina zwęziła swój wzrok. - Czemu niby Grusywita miałby odprawiać ceremonie według lokalnych obyczajów?

 

- Wdzięczni jesteśmy wielkiemu Księciu. Świętobliwy Jacci wyrzekł się toczącego się w jego linii zgubnego trybunału i przyjął Starczy popiół. Rozesłano nas, aby głosić i uczyć jego słowa, a jednocześnie doradzać poddanym prawowitego księcia Averiny.

 

- Jak to ma się do mojego pytania? – Żachnęła się niecierpliwie Ewelina.

 

- Hrabia nasz drogi, któremu mi dane było służyć i uczyć, tak ode mnie prosił. Mędrca wioskowy za Kościami utknął na wskutek choroby i do najbliższej wiosny go nie będzie, to tubylcy do zacnego Hrabiego się udali po pomoc, a jako iż obeznanym jestem elfem w lokalnych rytuałach, Hrabia posłał mnie.

 

- A że Hrabia grusywitą nie jest, wręcz pewneś oporny jest przekabaceniom, to uznałeś to jako okazję do podlizania się i zbliżenia do wykonania swego zadania?

 

- Ależ pani. - Skłonił pokornie głową. - Nie trzebaż unosić się niepotrzebnym cynizmem.

 

- Wystarczy obserwować. - Wtrąciła ozięble Radomira. - Widzimy jak się patrzysz na mieszkańców.

 

- Patrzę się na nich jak na zagubione dusze drogaż pani.

 

- Rozejrzyj się starcze. - Uśmiechnęła się serdecznie. - Jesteś otoczony szczęśliwymi, spełnionymi duszami. Czemu miałbyś niby je uważać za duszyczki zagubione?

 

- Zwierzęta też bywają szczęśliwe i zaspokojone. - Prychnął. - Dzierżcy praw, morałów i dyscypliny potrzebują, by ostatecznego zbawienia zaznać.

 

Ewelina oparła się o ławę i spojrzała surowym wzrokiem ku mnichowi.

 

- Wskaż mi drogi Riordanie choć jedno zwierzę, co to marnotrawi wiecznie drogocenną żywność, tańczy do utraty tchu i energii śmieje, ryzykując własną śmiercią przy zachłyśnięciu jedzeniem, cieszy, wchodzi w przyjacielskie bójki, przegrywa ocieplającą go odzież w kości, oślepia się, by wskoczyć do stawu, ryzykując utonięciem dla odzyskania jakiegoś głupiego pantofla, wyłącznie po to, by uczcić jakąś niewidoczną, niematerialną unię duchowej więzi między osobami, które najpewniej dopiero co poznali za pośrednictwem dawnych znajomości. Zwierzęta są usposobieniem pragmatyczności i rozsądku. Wszystko co robią służy przetrwaniu. Istoty rozumne zaś... - Spojrzała na toczący się w sali balowej pojedynek policzkowań. Uśmiechnęła i wzruszyła ramionami. Wydawało się, iż Radomirze na chwilę zaszkliły się oczy, choć to wrażenie szybko przeminęło.

 

- Elf bezprawy zgubionym jest. Jak to niby ma kierować się ku stwórczemu zbawieniu, gdy ścieżki mu nikt wyznaczać skory nie jest? Kiedy to znajdzie i czas i wolę, by duszę swą kształcić, gdy wiecznie oderwany od aktywności dobro mu przyszłe noszących, pławi się w niegodziwościach codziennych i przyjemnościach cielesnych? Prawa istnieją, by presję na takowym wywierać, by obowiązków ducha swego nie zaniedbywać. Moralność i dyscyplina była do trwania w tymże nastawieniu trzymać, a w razie zawodu i kary stosować, by inni błądzić nie musieli.

 

- Są szczęśliwi Riordanie. - Odparła mu przyjaźnie Radomira. - Może i dręczą ich, i rozpraszają codzienne zmartwienia, problemy i irytacje, które zawsze to będą przeszkodą w byciu sobą, ale gdy o zmartwieniach się zapomni, oddzielą się spod racjonalnej niewoli ich cielesnych umysłów, odrzucają wiecznie ciążący nad nimi rozsądek i strach przed narzuconymi im obowiązkami. Tutaj, właśnie na takich okazjach, odnajdują się, stąd nie trzeba już dyscypliny, praw, kar i kodeksów moralnych, tylko woli chcącej być szczęśliwym i szczęśliwszym innych czynić. By duchowość furtką do większego szczęścia była, a nie ucieczką od świata okrutnego, co to karą ich poddaje, gdy odmówią odebrania sobie szczęścia.

 

- Nie rozmawiajmy już o filozofii religijnej. - Westchnęła Ewelina. - Pocieszmy się nieco okazją, gdyż zaraz do gardeł sobie skoczymy, jak kontynuować to będziemy.

 

- Rzeczywiście są i rozsądniejsze okazje, by takimi naukami wiary się wymieniać. - Odrzekł spokojnie mnich, sięgając po kufel z winem. Radomira zaskoczona prośbą Eweliny spojrzała ku niej, lekko krzywiąc kąciki ust w uśmiechu. Ta puściła jej oko – Wino jakieś nietutejsze. - Skomentował mnich. - Słodkawe, południowy akcent, choć nuta którą wyczuwam, nie z czegokolwiek co bym mógł posmakować w swoim długim życiu

 

- Boż to Mech Księżycowy, klecho. - Usłyszeli metalicznie brzmiący głos zza jego pleców. Stał za nim szczerzący się w uśmiechu Lupin o kompletnie odsłoniętej klatce piersiowej o szarym kolorze skóry, odziany w grube, futrzane spodnie białej barwy, które przyozdabiały rozmaite złote symbole nawiązujące do pięciu księżyców. Twarz odsłaniała garnitur ostrych, białych zębów, zaś całość przyozdabiał pojedynczy srebrny kucyk osadzony na samym czubku równej łepetyny.

 

- Panienko jeżeli za złe mi tego nie masz, to się przy tobie przysiądę. - Rzekł do Radomiry i nie czekając na odpowiedź, zasiadł na ławie obok niej. Ta z kolei zaczęła żałować, iż nie usiadła obok Eweliny. A ona z kolei zakpiła z niej w myślach, najwidoczniej nie mając nic przeciw siedzącemu obok niej kapłanowi.

 

- Mam za złe, ale raczej już za późno by coś z tym zrobić, czyż nie? - Odrzekła z rezygnacją w głosie.

 

- Cóż zawsze możemy w bitce się postawić na śmierć i życie o to, komu należy się miejsce na ławie! - Zawołał uroczyście, unosząc przyniesiony ze sobą kufel z winem. Mnich gapił się na niego otępiały nagłym pojawieniem się nieznajomego lupina, ten jednak nie zwracał na to uwagi, zaś dwójka towarzyszek, również nie sprawiała wrażenia specjalnie zaskoczonych jego nonszalanckim pokazaniem się.

 

- Nie chciałbyś tego. Przynajmniej nie na śmierć. - Powiedziała z chłodem Radomira.

 

- No ja myślę! Jako iż świetnie skojarzyłem uroczą towarzyszkę twoją, ba, nie skojarzyłem, a zostałem poinformowany o jej obecności, po tym jak na siebie spoglądacie i twój... - Zlustrował ją z góry na dół. - Niecodzienny wygląd, to jako, iż ona jest Płomienną Północy, to ty musisz być pokrewną Duchną Południa. Równie tajemnicza co i niesamowicie groźna!

 

- Gratuluje dedukcji. - Rzekła z udaną życzliwością Ewelina. - A jakże to zwą ciebie wścibski, niewyrachowany Lupinku?

 

- Ależ po cóż się unosić, przecież na weselu jesteśmy, bawić tu wszyscy i zagadywać mogą. - Odparował kompletnie niezrażony - A jako, że Mościa tego przygarnęli. - Spojrzał ku Mnichowi. - Toż uważał, że stół nader jeszcze otwarty!

 

- Nie unoszę się, zaś zaproszenie trzeba otrzymać, co da się załatwić, jeżeli odpowiesz na me pytanie.

 

- Ach! Maniery... Wybaczże starucha ma w chlewie poczęła, urodziła i wychowała... W mieście, co i tak chlew przypomina, z czym zapewne możecie się zgodzić, panie. - Puścił oko, zachłystując się winem z kufla. - Miano me „Hugo z Barny", najemnik Lustrzanych Ogarów.

 

- Nazywam się Riordan. - Wtrącił niepewnie Mnich, na tyle osłupiały, iż zapomniał kompletnie o toczącej się rozmowie.

 

- Ach, pana duchownego nie zdążyłem zapytać, choć i tak radość mi sprawia więcej imion i ludzi do nich przywiązanych znać.

 

- Kto wam wymyślił taką głupawą nazwę? - Parsknęła szyderczo Ewelina.

 

- Toż to lider naszej kompanii, droga pani. Czerskiem niejako zwanym.

 

- I co, ten wasz lider każe wam nosić lusterka, czy co? - Napierała dalej z szyderczym uśmiechem.

 

- Skądże damo! W zasadzie nikt nie wie czemu, skąd te lustrzane, ale cóż. Czerska kwestionować nie ma co. Nie dość, że kawał chłopa. Emmm Góra Chłopa.

 

- To ten? - Wskazała Radomira ku halce balowej. Górował w niej ponad wszystkimi, wysoki możliwie nawet ponad siedem stóp, muskularnie zbudowany mężczyzna o długich, czarnych niczym węgiel włosach i jeszcze dłuższej cienkiej brodzie. Szyję otulał biały futrzany kołnierz, który łączył się z rozstawionymi na szerokich barkach pokaźnymi naramiennikami w kształcie łbów Wilka, z których to spływały dziesiątki żelaznych łańcuchów. Podobnie jak Hugo, nie nosił żadnego odzienia mającego zakrywać jego klatkę piersiową, lecz w przeciwieństwie do Huga, nóg nie kryły skórzane spodnie, ale przeplatana aksamitem i skórą, kolcza szata z doczepionymi licznymi płytkami, no i był elfem. Zdawał się rozmawiać ze stojącą przed nim młodą parą, która nie potrafiła ukryć swego zmieszania jego obecnością. Nie spodobał się Ewelinie. Coś było z nim nie tak. Jakieś dziwne upiorne przeczucie, w zasadzie nic, żaden ślad ni to magiczny, nic co mogłoby się wydawać podejrzane, poza samym wzrostem, tylko myśl, instynkt budzący niepokój. Zapytała się w myślach Radomiry czy coś w nimi widzi swą duchową świadomością. Nic, ale również drążył niej ten dziwny sopel niepokoju na widok zwalistego najemnika.

 

- Napawaliście oczyska? - Zaśmiał się Hugo. - Ta to ten, w samej swej krasie. Kawał chłopa, nie?

 

- Zaiste – Odparła mu Ewelina. - Też was sprosili na wesele?

 

- Sprosili to raczej drobna przesada. - Parsknął z przekąsem. - Raczej żeśmy zapłacili, żeby tu być. Rozumiesz no, z Bolgunia przez Kości trzeba było się przeprawiać, to morale naszych podupadło. Zwłaszcza iż też tę drogę żeśmy wybrali, gdyż Czersk nasz na Gryfona się pokwapił tutejszego zapolować. A tu rano poczwara sobie gdzieś poleciała, a potem jeden z naszych powiedział no, że upolowana i oskórowana przez kogoś została. Wkurwił się jeno, kielichami rzucał, wygrażał, więc i sam na wesele musiał również wbrew zamiarom przyjść, miast tylko nas tu posłać.

 

Ewelina wyjątkową siłą woli powstrzymała się od popatrzenia ku Radomirze. Całe ich szczęście, że ową skórę dało się przechować w zauważalnym tylko dla nich miejscu. Nie podobała jej się jednak obecność najemników, zwłaszcza tego całego Czerska. Oby nie przyszło do tego, że musiałaby stawić czoła kompanii najemników w obronie wioski.

 

- A reszta kompanii gdzie? - Wtrąciła Radomira. - Tylko ciebie tu widzę i dowódcę twego.

 

- Szaleją pewnie poza gospodą czy coś. Namawiałem ich, by się tu przyszli przywitać z legendą, ale wstydliwi bądź głupi, bo się boją narazić Czerskowi.

 

- Obrazić go? Co, nie lubi mnie? - Zaśmiała się nerwowo Ewelina.

 

- A bo ja wiem. Przestrzegł nas jeno przed twoją obecnością i kazał z tobą nie gadać.

 

- Ale ty gadasz, co, nie boisz się urazy Czerska?

 

- A tam boję. Bać się jego gniewu mogę, ale przecież nie rozerwie mi krtani ni większego urazu będzie chował za to, żem sobie przyszedł pogadać i spotkać bohaterkę wszystkich tych głupich bajek, które naopowiadała mi babcia. - Wzruszył ramionami i zachłysnął się piwem. Spojrzał na mnicha zawadiackim wzrokiem. - A tyż co tak siedzisz i nic nie mówisz? Rozumiem, że sława i urok tych tutaj towarzyszek mowe ci może odbierać, zwłaszcza żeś celibatem obarczony, ale przy tym stole braćmi jesteśmy, więc krępowania być nie powinno. No, to co tu sprowadza Grusywitę? Pilnuje, by zgodnie z nakazem wypełniło się prawo pierwszej nocy?

 

- Niestety, Hrabia zbyt litościwy i zagubiony toteż odmówił dokonania owego przywileju mój drogi najemniku. - Rzekł pokornie mnich. - Mnie tu sprowadzono tylko po to, by ceremonię odprawić dla jego sług.

 

- Ah marnotrawstwo, dziewka młoda bodajże urodziwa.

 

- Myślę jednak, że takowe dziewki mogłyby się obyć bez gwałtów w dzień mający być ponoć najszczęśliwszym dniem ich życia. - Fuknęła chłodno Radomira.

 

- Z wszelkim szacunkiem urodziwa damo, ale prawo pierwszej nocy gwałtem nie jest. Jest to obowiązek zarówno właściciela ziem jak i pary młodej, by pierwsze z potomstwa nosiły w sobie selekcjonowaną krew rodów potężnych. - Odparł pokornie mnich.

 

- Chyba sobie kpisz. - Uniosła głos poirytowana Płomienna. - W waszej sztucznie wykreowanej arystokracji płynie więcej krwi ich własnej, niż krwi silnej. Uroiliście sobie prawo, rzekomo zesłane przez Starca, by usprawiedliwić prawnie karygodne zmuszanie kobiet do oddawania się i noszenia cudzych dzieci. Gwałt to gwałt, niezależnie od tego, jak to sobie usprawiedliwisz.

 

- Toż to kompletnie przeina...

 

- Nie unoś się starcze. Panienki mają rację, iż to gwałt choć, gdy prawo istnieje i natrafia się taka ładna kozina to trochę szkoda owego nie wykorzystać. - Uśmiechnął się łobuzersko. Ewelina westchnęła ciężko z rezygnacją. - No dobrze, po co to nam. - Podjął znowu Lupin. - Okazja święta, wszyscy się bawią, a my się tu spieramy, a że skoro rozwikłałem zagadkę pobytu naszego dobrego duchownego przyjaciela, to czas w takim razie na was panie.

 

- Również chcieliśmy upolować gryfa. - Uśmiechnęła się serdecznie Radomira. - Też nas ubiegli. Po co zresztą Czerskowi jego skóra?

 

- A bo ja wiem, pewnie magią się bawić, bądź sprzedać za małą fortunę. Czersk ją chce i to nam wystarcza. A wam?

 

- Też do magii odprawiania. - Odparła Ewelina. - Choć Diuk co to obcuje obecnie u Hrabiego też wykazał zainteresowanie skórą... – Zamilkła, przyglądając się kroczącemu ku nim liderowi najemników, aż stanął przy ich stole. Był jeszcze większy niż się im wydawał w halce. Jego długa i szeroka twarz spojrzała na nich surowo, po czym zwrócił się władczo do najemnika.

 

- Hugo. - Zadudnił potężnym głosem. - Wydałem wam rozkaz. Wypad stąd. - Lupin otworzył szeroko oczy zaskoczony, ale nie odpowiedział. Po prostu wstał, potaknął Czerskowi i ruszył w kierunku wyjścia. Myśleli przez chwilę, iż dołączy się do nich porozmawiać, ale nawet nie darząc ich dalszym spojrzeniem, również odszedł. W momencie, gdy dwójka najemników zniknęła im z oczu, mnich również wstał z ławy, przeprosił, pożegnał się i również odszedł. Znów zostały same.

 

- Nareszcie. - Sapnęła z ulgą Ewelina.

 

- Poprawię nieco swój błąd. - Radomira wstała i również ruszyła ku wyjściu. Ewelina nie zatrzymywała jej. Radomira wyszła i momentalnie wróciła, by zasiąść na ławie obok Płomiennej i ułożyła głowę na jej barku. Teraz już jej nikt nie zobaczy poza Eweliną.

 

- Powinnyśmy się bać tych Lustrzanych Ogarów? - Szepnęła pytająco żerczyni.

 

- Nie wiem. Czersk tu jest enigmą, choć coś mi się nie wydaje, by szukał zwady. Nie po to tu jest. - Spoglądnęła na Płomienną. - Myślę, że nie o skórę mu chodzi, a o ciebie.

 

- Myślisz, że przebrnął przez Kości, w których to łatwiej o gryfona, by specjalnie na takiego tutaj zapolować na kompletnym odludziu w ten obecny dzień? - Parsknęła Ewelina.

 

- Widocznie przewidział, że tu będziesz. Aurę też ma jakąś dziwaczną. Nie do przebicia. Nijak zajrzeć w głębię jego duszy.

 

- Żmij może?

 

- Nie chcę zgadywać. - Radomira uśmiechnęła się pobłażliwie. - Elfem na pewno nie jest.

 

- Więc żmij.

 

- Zgadujesz.

 

- Gdzież bym śmiała! - Ewelina odwróciła niewinnie wzrok. - Ogona nie widziałaś?

 

- Nie miał ogona.

 

- Ależ był! Długi, ciągnął się po całej stodole! Nie mogłaś go zobaczyć, boś urokiem ogarnięta w mięsiwo piersiowe się wpatrywała. - Radomira prychnęła, z trudem powstrzymując uśmiech. - Zostaw to Raduś. - Szeptała jej do ucha. - Jesteśmy tu by bawić się, a nie zamartwiać, że jakaś gadzina wzięła sobie mnie na oko. Pomartwimy się o to później.

 

- Masz rację. - Odetchnęła dusza. - Można się przyglądać wiekami na tych wieśniaków, czyż nie? Tyle szczęścia...

 

- Tyle szczęścia przy którym można się i na ciebie wpatrywać wiekami.

 

- Trzeba ich poprosić w takim razie, by kontynuowali owe wesele przez owe „wieki". - Uniosła kącik ust.

 

- No mogłabym. W sumie chcę, ale pojawia się tutaj problem z zaopatrzeniem! Skąd tu wziąć żarło i napój, by trzymać drogie elfy w ucztowaniu. Nie daj Rodzie, jeszcze by zbrakło i chcieli na pole iść coś wyzbierać, przerywając wieczną biesiadę! Nie do pomyślenia.

 

- Umiesz czarować jedzenie i trunki. Uzależniłabyś ich od siebie i tyle.

 

- No tak, tyle, że cóż. Skąd wiesz czy w pewnym momencie nie oddam się okropnej chorobie lenistwa? A może nadgorliwością się uniosę i wyczaruję za dużo. Patrz to jaka Młoda chuda jest. Pewnie kromką chleba się karmi na co dzień. Zobaczy wystawne stoły pełne magicznej strawy, to jeszcze odezwie się w niej odwieczny demon głodu i przez bramę stodoły się nie przeciśnie!

 

- No jakże nasz drogi gospodarz mógłby potem żyć z takim utrapieniem. - Żachnęła się ironicznie Radomira.

 

- Czyż nie? Tak tu sobie życie wyobrażał wokół szczupłej młodej żony, a tu...

 

- Przestań. - Zaśmiała się urzekająco. - Zamierzasz jeszcze czymś się popisać, nim rano nas zastanie, a goście i gospodarze to się rozejdą gzić, pić i bić?

 

- W sumie... malutki pokaz na zakończenie by się przydał. - Ewelina wstała, przeciągając się, po czym zawołała donośnie na całą stodołę. - Drodzy i kochani państwo moi! - Wszyscy znajdujący się w halce biesiadnej przerwali na chwilę swoją zabawę i spojrzeli z wyczekiwaniem na Płomienną. - Nim jeszcze noc nie śmie ustąpić naszej Jutrzence, przerywając nasze uroczystości, nim to zatracicie się w odmęty zmęczenia i upicia, a co niektórzy, a zwłaszcza Ci niektórzy. - Puściła oko młodej parze. - Oddadzą się własnym intymnościom, toż proponuje jeszcze wrzaskiem radości, szczęścia i ognia nieba wszelakie poczęstować, by zwrócić uwagę wszelkich bogów mogli. Niech poirytowani wstaną ze swych snów, błogosławią dla świętego ich spokoju piękną unię naszych kochanych gospodarzy Janny i Malicza! - Cała stodoła zatriumfowała radośnie, unosząc kufle w toaście. - Zapraszam wszystkich na podwórze! - I ruszyła ku wyjściu, a wraz za nią, bez wszelkich zwlekań, zerwały się z ław, stołków a nawet podłóg wszelkie tłumy, chcące być pierwszorzędnymi świadkami tego, co zaplanowała żerczyni. Radomira pokręciła głową i wyszła za nimi, promieniując łagodnym uśmiechem. Na podwórzu panował zgiełk gapiów starających się zająć jak najlepsze miejsca do widowiska. Wbrew powierzchownym obawom Radomiry kompani Czerska zachowywali się o wiele bardziej kulturalnie od samych wieśniaków. Poustawiali się po poboczach, nie przepychali się. Paru z nich nawet wzięło dzieci na barana.

 

- Na sam początek, bym ja mogła się rozgrzać. - Wołała Ewelina pośród otaczającego ją tłumu. - Zaczniemy troszkę od wkładu waszego. - W jej dłoni zmaterializowały się wiązki długich, kolorowych laseczek, o metalowym połysku. W końcu Radomira dostrzegła Czerska. Opierał się o bramę do podwórza, przypatrując uważnie Ewelinie. Coś było z nim nie tak i to bardzo nie tak. Nie mogła opanować swoich myśli, ścigały się to w poczuciu dyskomfortu, odrazy, a nawet samej grozy. Czuła, jak się go boi, choć bać się go nie powinna. Płomienna obiegła zebrany tłum, rozdając laseczki po kolei najbliższym zebranym.

 

- Trzymać silnie w łapie i celować w niebo. Jeżeli silni w łapie nie jesteście, to dajcie komuś innemu. Dumą się tu mi nie unosić, bo podpalicie stodołę, a nawet krzywdę komuś wyrządzicie jak odpowiednio nie ukierunkujecie. - Wyczekiwała. Widocznie wszyscy czuli się? - Gotowi?! - Zawołała radośnie. Tłum jej odpowiedział. - Lachy w górę! - Wszyscy unieśli laski ku górze. Dłoń Eweliny zapłonęła niebieskim płomieniem, machnęła nią i momentalnie rozjarzyły się ognie lontów na spodzie metalowych lag. Paru z gości wystraszyło się z początku wyzwolonych od spodu iskier, ale wytrwali i nie dali się wyprowadzić z równowagi. Nagle syk, huk i dudnięcia. Z rur zaczęły strzelać masy kolorowych iskrzących kul wzbijających ku niebu. Goście wołali i krzyczeli to z zaskoczenia, to z radości na widok przepięknych kolorowych słupów zostawiających przez jarzące się kule ognia, ale ich oczekiwania dopiero co miały zostać przebite. Wysoko w górze sztuczne ognie rozbłysły wielkimi, pokrywającymi całymi nieboskłon nad nimi, wybuchami ogni, iskier i świateł. Słychać było tylko grzmoty i huki, które wtłaczały w zebranych iskry życia. Chowali się, piszczeli, śmiali, wołali, krzyczeli pełni życia i energii. Dzieci na barkach najemników niemal z nich nie pospadały, tak z zachwytu zadzierały głowy. Czersk jednak zdawał się być nieporuszony występem. Dalej się wpatrywał w Ewelinę. Co on takiego chciał? Co planował? Radomira zaczęła panikować. Nie chciała. Bała się, iż Ewelina wyczuje jej emocje, sama nabierze niepokoju, sama się zmartwi, sama się przestraszy i zrobi coś albo coś się stanie. Coś, co zostawi kolejną zadrę na jej upadającej duszy. Nie. Nie ten wieczór. Niech należy do Eweliny. Chciała szczęścia i spokoju dla niej, a on coś planował, myślał o czymś, co mogłoby to szczęście i spokój zakłócić. Popadała w paranoję.

 

Występ przy pomocy widowni zakończył się, ale wcale nie oznaczało to zaprzestania puszczania sztucznych ogni. Ewelina co rusz wyrzucała to z rękawów, to z powietrza, a raz nawet z gałek ocznych coraz to nowsze, większe i głośniejsze rakiety i ogniki, aż w końcu... Przeszła samą siebie. Na środku podwórza, przy niej, zmaterializowała się rakieta grubości i wysokości dziesięcioletniego dziecka w kształcie Ważki. Radomira rozwarła szeroko oczy w osłupieniu.

 

- CZY MAM POSŁAĆ BOGOM OWĄ NASZĄ WOLĘ NAJSZCZERSZEJ CHĘCI GLUPIEJ ZABAWY?! - Zawołała doniośle Ewelina.

 

- Taaak! - Odpowiedział jej pobudzony, choć odrobinę niepewny tłum.

 

- CO TAKIEGO?! - Ponagliła jeszcze głośniej, a tłum odparł jej rykiem.

 

- No to sami tego chcieliście. - Uniosła kącik ust w łobuzerskim grymasie i podpaliła gruby lont. Całe podwórze zamarło w oczekiwaniu. Powoli, powolutku, aż w końcu niebieski ogień zniknął wewnątrz rakiety. Przez chwilę nic, aż nagle potężny świst i zostawiając za sobą ogon ognia i dymu, wyleciała ciężko, pnąc się ku górze. Aż przy samych chmurach wybuchła, a przez ułamek sekundy wszyscy mieli wrażenie jakby nastał dzień, by po chwili schować się w noc. Wyłoniła się rozległa zasłona kolorowych, jasnych, niebieskich blasków, które powoli układały się w kształt wielkiej ważki. Radomira spojrzała na Czerska i stanęło jej nieistniejące serce. Patrzył wprost na nią. Nie powinien jej widzieć, nikt nie powinien jej teraz widzieć, a jednak stał teraz paręnaście kroków od niej, wpatrywał się prosto w jej oczy. Ogarnął ją strach. Czuła coś kompletnie obcego. Czuła, że ma kontrolę i świadomość nad sobą, ale to było coś innego. Odraza? To on wpatrywał się w nią z odrazą, czy może... To ona czuła do niego odrazę. Przeklęty żmij, co on jej robi. Chciała wołać w myślach za Eweliną, zwrócić jej uwagę na to, co się z nią dzieje... Ale nie mogła, nie w ten wieczór, kiedy Ewelina była dla niej najpiękniejszą sobą. Taką jaką ona by chciała widzieć całe życie. Nagle już wyraźny wizaż niebieskiej ważki na niebie poruszył się. Zatrzepotała powoli skrzydłami i poleciała nieznacznie do przodu. Wszyscy temu wiwatowali, ale nie Ewelina, której to momentalnie zrzedła mina, poważniejąc przy tym w pełni. Ważka zaczęła nurkować w dół, kierując się złowieszczo ku zebranej gawiedzi. I leciała. Spoważnieli i goście, którzy to z niepokojem zaczęli się to wpatrywać w nadlatującą ku nim, wielkości całej stodoły, ognistą ważkę, to na Ewelinę, niepewnie stawiającą kroki w tył. Panika. Elfy i najemnicy zaczęli krzyczeć, przewalać się przez stoły, uciekać. Radomira domyśliła się o co chodzi w momencie, gdy spojrzała na Czerska przyglądającego się z zuchwałym uśmieszkiem nadlatującej ważce. W rozbłysku niebieskiej energii wnet pojawiła się w jej dłoniach halabarda. W momencie jednak, gdy ważka znajdowała się tuż nad zebranymi, Ewelina tylko się uśmiechnęła maniakalnie i machnęła za siebie ręką, a ważka w ostatnim momencie wyprostowała lot i przeleciała tuż nad wszystkimi, znów unosząc się wysoko w górę i wybuchając w serii jasnych, kolorowych, eksplozji i huków. Skulony tłum wyprostował się i przyglądał widowisku pełen osłupienia. Ewelina szczerząc się, zlustrowała ich, po czym w zaistniałej ciszy wybuchła donośnym, pełnym radości rechotem, a potem śmiechem. Biesiadnicy spojrzeli po sobie niepewnie, po czym pierwsi z nich, a konkretnie, nowożeńcy, również zajęli się śmiechem, a za nimi reszta tłumu. Cieszyli się, wiwatowali, a nawet podchodzili i ściskali mocno Ewelinę. Radomira odetchnęła ciężko. Śnieżnobiała, jaśniejąca halabarda zniknęła w obłokach niebieskiej energii. Spojrzała w kierunku bramy, lecz Czerska już tam nie było, zaś ona sama czuła, iż drżą jej dłonie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania