Pokaż listęUkryj listę

Ciekawostki XXXIX Titanic Fakty i mity Statku nie zatopiła góra lodowa

Zatonięcie liniowca pasażerskiego Titanic jest chyba najbardziej znaną katastrofą morską w historii.

Od ponad stu lat ta tragedia morska wzbudza ogromne zainteresowanie głównie za sprawą mediów, które są pełne co raz to nowych "rewelacji" na ten temat.

 

Słysząc słowo katastrofa morska większość ludzi myśli o zatonięciu Titanica, Lusitanii lub innej katastrofie zapisanej na stałe w mediach.

W jednym z poznańskich liceów zapytano klasy maturalne, jaka była największa katastrofa morska. Ponad 90% uczniów odpowiedziało, że zatonięcie Titanica... Nie ma jak film i odpowiednia propaganda. A prawda jest taka, że pod względem ofiar (ponad 1500) Titanic nie mieści się nawet w pierwszej piątce największych katastrof (tragedii) morskich.

 

Powiem szczerze, że mnie to wcale nie dziwi, bo jeśli weźmiemy pod uwagę filmy, książki, artykuły czy inne medialne przekazy to jak gdzieś wyczytałem, różnych nazwijmy to skrótowo wzmianek, czy informacji o Titanicu jest kilkaset razy więcej niż o innych dużo większych tragediach razem wziętych.

Tak dla porównania katastrofa Titanica pochłonęła ponad 1500 ofiar, a w największej morskiej tragedii (nie katastrofy, bo było to zatopienie) statku pasażerskiego Wilhelm Gustloff zginęło około 10 tysięcy ludzi. W dodatku statek trafiony trzema torpedami w jedną burtę przewrócił się na bok i po 40/50 minutach zatonął, więc o żadnej zorganizowanej akcji ratunkowej nie było mowy. Zainteresowanych największymi katastrofami odsyłam do moich ciekawostek.

 

Wracając do Titanica, wszyscy widzowie kinowego hitu z 1997 roku dobrze pamiętają scenę, gdy rozpędzony transatlantyk uderza z impetem w lodową bryłę. Co prawda sternik powiadomiony o górze na kursie próbuje skręcić w lewo, ale niestety tak wielki statek bardzo powoli reaguje na zmianę kierunku. Dochodzi do uderzenia prawą burtą w górę lodową.

To wszytko znamy, mało tego jeszcze niedawno oficjalna teza mówiła o tym, że góra lodowa rozcięła kadłub na długości 90 metrów, powodując jednoczesne zalanie kilku kajut, co w rezultacie doprowadziło do zatonięcia.

 

Ta teoria żyła swoim życiem przez dziesiątki lat, jednak teraz wiemy, że fakty były całkiem inne. Według ekspertów badających przyczyny katastrofy do zatonięcia nie doszłoby, gdyby nie... pożar. Na dodatek nie chodzi o zaprószenie ognia w momencie zderzenia lub na chwilę przed nim, a wiele dni przed kolizją.

To niesamowite odkrycie zawdzięczamy dziennikarzowi Sean Moloney (nie wiem, jak to się odmienia), który poświęcił ponad trzydzieści lat na badanie przyczyny katastrofy. Moloney prowadził wywiady, przeglądał materiały w stoczni, ale główną uwagę poświęcił analizie ocalałych zdjęć statku. Jednym z nich była fotografia wykonana przez jednego z pracujących na pokładzie elektryków kilka dni przed pierwszym (i ostatnim) rejsem.

Zdjęcie odkryto przez przypadek, wystawione na prywatnej aukcji.

Widać na nim długi na około 10 metrów ciemny ślad, umiejscowiony mniej więcej w miejscu, w który potem uderzyła góra. Według ekspertów, którym pokazano zdjęcie, ślad mógł być wynikiem osmolenia pokładu spowodowanym przez pożar w kotłowni.

Co jeszcze ciekawsze pożar był tak mocny, że stoczniowcy nie będąc w stanie szybko go ugasić, postanowili zataić ten fakt przed opinią publiczną. Ogień mógł tlić się nawet kilka dni. Potem wszelkie ślady widoczne na zewnątrz statku skrzętnie ukryto.

 

Według tych samych ekspertów, kiedy Titanic wypływał w morze POŻAR DALEJ TRWAŁ – palił się węgiel, który był używany do palenia pod kotłami.

Jednym z ludzi, który uratował się z katastrofy był Fred Barret, strażak, który zeznał, że pożar wybuchł już w Belfaście. Jednak jego zeznania zostały zatuszowane przez władze White Star Line – firmy, która budowała statek.

Dalej okazało się, że kapitan statku Edward Smith, chcąc uporać się z problemem, miał zdecydować o tym, by do pieców wrzucano więcej węgla (tego, który albo się palił, albo tlił) niż było potrzebne. Właśnie dlatego statek płynął tak szybko (23 węzły zamiast 20) gdy zderzał się z górą lodową. To obala plotkę o parciu kapitana na rekordowy czas przepłynięcia Atlantyku.

 

Szalejący przez kilka dni pożar był na tyle silny, że zespół kilkunastu strażaków nie mógł sobie z nim poradzić. Ogień przez cały ten czas nadwątlał konstrukcję statku. W chwili uderzenia o górę lodową stal, z jakiej zbudowano Titanica, nie była już tą samą stalą, co przed wypłynięciem z Belfastu. Wpływ ogromnej temperatury tak mówiąc prosto rozhartował stal, z której był zbudowany kadłub. Także kilka grodzi, które miały zatrzymać napływ wody, zostało podobnie rozhartowanych.

Przeprowadzono eksperyment, z którego wynikało, że od temperatury dochodzącej, do 1000 stopni Celsjusza grodź była wybrzuszona i o 75 procent mniej odporna. Pech chciał, że góra lodowa uderzyła właśnie w te miejsca, gdzie stal już była bardzo, bardzo słaba.

Pożar wybuchł w dniu wypłynięcia do Southampton, gdzie mieli wsiąść pierwsi pasażerowie. Mimo że nie udawało się go zgasić dyrekcja firmy nie odwołała rejsu. Uznano, że ujawnienie pożaru, a co za tym idzie odwołanie, albo opóźnienie wypłynięcia statku wpłynęłoby negatywnie na reputację firmy i skończyło się stratami, których właściciele nie chcieli ponieść. Woleli zaryzykować i ugasić pożar na oceanie.

Reasumując to nie góra lodowa zatopiła Titanica, a ludzka chciwość i głupota. Właściciele statku mieli nadzieję, że pożar da się ugasić, albo sam spali się węgiel. Niestety nikt jakoś nie wpadł na to, że duża temperatura i długi czas spowodują, że stal straci swoje właściwości. Gdyby nie pożar, to Titanic utrzymałby się wodzie dłużej, a być może grodzie wytrzymałyby i wcale by nie zatonął.

Niestety, zamiast katastrofy mamy tu zbrodnię popełnioną z premedytacją. Wypuszczono w długi rejs przez ocean statek pełen ludzi, na którym od kilku dni szalał ogień. To skrajna głupota tych, którzy o tym zadecydowali.

Smaczku dodaje fakt, że choć były zeznania, wypowiedzi czy wspomnienia, fakt pożaru ukrywano prawie 100 lat. To wystarczyło, żeby nie można było nikogo za tak wielką i zbrodniczą głupotę ukarać.

To nie była katastrofa morska tylko zbrodnia popełniona z premedytacją, a jej skutkiem była śmierć 1500 ludzi.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (13)

  • Freya dwa lata temu
    Taa... i te największe katastrofy pod względem liczby ofiar - wydarzyły się na Bałtyku (jest uważany za największy morski cmentarz na świecie) przy polskim wybrzeżu w czasie ll w.ś.
    MS "Wilhelm Gustloff" - ok. 6600 osób
    MS "Goya" - ok. 6000 osób
    MS"Steuben" - ok. 4500 osób
    Co ciekawe, wraki Goi i Steubena zostały odkryte dopiero po 2000r. Gustloff był penetrowany przez Rosjan w latach 60-tych m.in. w poszukiwaniu bursztynowej komnaty.
    Wszystkie te jednostki mają status mogiły wojennej - zakaz nurkowania na wrak i w promieniu 500m od nich. Pzdr
  • Ozar dwa lata temu
    Freya dzięki za wizytę, ale Gustloff wg. najnowszych badań to 9000/10000 ofiar. Tak ta mogiła wojenna to dobry pomysł, choc ludzie i tak penetrują te wraki w poszukiwaniu głównie kosztowności. Co do cmentarza to jak na takie małe morze rzeczywiście wraków jest sporo. Zajrzyj do "Największe katastrofy morskie" to ciekawostki z zeszłego roku na opowi.
  • Freya dwa lata temu
    Nie będę się spierać, ponieważ istnieją różne źródła informacji, więc teges - rozumiemy się :)
  • Ozar dwa lata temu
    Freya Pewnie hahahahaha
  • sensol dwa lata temu
    kurde jakie bzdury - przecież pożar to dym, ogień gorąco, jakim cudem nikt tego nie zauważył. pożar sobie szalał i nikt nic nie zauważył. jakies to niewiarygodne. co zrobili z dymem z tego pożaru? odessali?
  • Ozar dwa lata temu
    Sensol kurde brawo, masz rację a ja jakoś na to nie wpadłem. Ale ja to piwko, ale czytałem to, co ustalił ten dziennikarz, a do tego zeznania, wspomnienia itd. Przecież kiedy pali sie parę, albo nawet kilkadziesiąt ton wegla to musi być dym i smród jak cholera. To logiczne do bólu, a nikt nie mówi o tym ani słowa. Mało tego przecież pasażerowie chodzili po całym pokładzie i nie mogli niczego nie czuć albo zobaczyć. Ciekawa sprawa, ale po co, ktoś kto tyle lat badał sprawę katastrofy miałby kłamać?
  • sensol dwa lata temu
    Ozar kłamie, żeby się wyróżnić.
  • sensol dwa lata temu
    znaczy: ten co badał sprawę
  • Ozar dwa lata temu
    sensol byc może ale są zeznania elektryków, montażystów, strażaków. Oni wszyscy twierdzą że statek wypłynął mając pożar na pokładzie.Ale przecież wtedy statki były opalane węglem i to najgorszej jakości, nawet po dymie widać było że cos płynie daleko, daleko. Ciekawe, ale może pożar ugaszono jeszcze w porcie ale kadłub dostał w dupę i był już jak papier
  • sensol dwa lata temu
    a inna sprawa Gustloff - straszne, takie ludobóstwo. podobno potem trupy zalegały na wydmach na plażach w Polsce
  • Ozar dwa lata temu
    Tak było, bo statek zatonął blisko Łeby. Czytałem wspomnienia rybaków, którzy widzieli resztki ciał jeszcze długo po katastrofie.
  • Nefer dwa lata temu
    Dokładnej liczby ofiar na niemieckich statkach ewakuacyjnych zatopionych na Bałtyku zimą i wiosną 1945 r. określić nie sposób. Uciekinierów okrętowano w pośpiechu i zamieszaniu, zabierając tylu, ilu tylko zdołano. Nikt do końca nie wiedział, ile osób znajduje się na pokładzie. W każdym razie, ofiar były tysiące. Cała ta sprawa (czyli zatapianie niemieckich statków ewakuacyjnych przez rosyjskie okręty podwodne) jast bardzo kontrowersyjna z moralnego punktu widzenia. W Niemczech podnoszone są od dawna argumenty o dużej liczbie zabitych dzieci, kobiet, zwykłych uciekinierów – cywilów. Opracowania radzieckie eksponują z kolei ewakuowany personel wojskowy, w tym wyszkolone załogi U-bootów, pancerniaków z rozbitych jednostek itp., itd. Zapewne byli tam i jedni i drudzy, razem też zginęli. Z punktu widzenia prawa wojennego Rosjanom trudno jednak coś zarzucić. Trwała wojna, a zatopione statki płynęły pod eskortą okrętów wojennych, a więc w konwoju. Takie można atakować bez ostrzeżenia.
    Co do „Titanica” to rewelacje te wydają się cokolwiek podejrzane. W końcu ocałało jednakj z z katastrofy wielu pasażerów i członków załogi. Ktoś powinien był coś wiedzieć, prowadzono dochodzenia i przesłuchiwano świadków, odbywały się procesy przed sądem morskim. Mimo wszystko, mało to prawdopodobne, by wszystko zdołano zatuszować. Prostsze wyjaśnienie to raczej błąd oficera wachtowego, który powiadomiony o górze lodowej na kursie rozkazał jednocześnie dać całą wstecz i skręcać. Wyhamować nie zdążono, ale gdyby nie skręcano, statek uderzyłby dziobem i odniósł mniejsze uszkodzenia. Z kolei hamowanie spowolniło skręt i nie było żadnych szans ominięcia góry. W rezultacie „Titanic” otarł się bokiem o górę, rozpruwając sobie burtę w najgorszy możliwy sposób, na długim odcinku. Obawiam się, że żadna stal okrętowa nie wytrzymałaby czegoś takiego.
  • Ozar dwa lata temu
    Dzięki za wizytę.
    Co do zatopienia statków w 1945 roku to rzeczywiście można to opatrywać w dwóch kategoriach: wojennej i moralne. Jak napisałeś i Gustloff i Goya i Steuben były wtedy formalnie okrętami niż statkami, ponieważ po pierwsze były na służbie w Kriegsmarine, a po drugie były uzbrojone choćby w działka plot. A na dodatek przewoziły wojsko i SS a do tego jak napisałeś załogi U-bootów. To czyni go w warunkach wojennych po prostu okrętem wojennym, podobnie jak tankowce, czy inne statki pomocnicze. Jednak ze strony moralnej wiadomo tam byli uchodźcy a wśród nich kobiety i dzieci. Czyli moralnie to była zbrodnia wojenna, ale tylko z takiego punktu widzenia. Zresztą jak gdzieś czytałem dowódca okrętu podwodnego kiedy wydawał rozkaz odpalenia torped był nawalony jak smok, co było podobno bardzo częstym zjawiskiem wśród dowódców okrętów.
    Co do ilości tych którzy zginęli to z tego co wiem obliczono to dzieląc wszelkie pokłady, kajuty i wszelkie inne miejsca jak choćby pusty basen przez ilość ludzi mogących się tam zmieścić. Ci którzy to zrobili (widziałem to na filmie) przeliczyli ludzi na metry i wyszło im że na pokładzie było 10-11 tys. ludzi z czego zginęło około 9000.
    Co do Titanica to jest rzeczywiście bardzo dziwne, że nikt nie widział dymu. Może było tak, że pożar wybuchł w porcie ale udało się go ugasić. Jednak temperatura mogła osłabić stal na prawej burcie (eksperyment z kawałkiem stali takiej jak na Titanicu pokazał że wytrzymałość spadła o 75% - to fakt). A co do manewru to był mówiąc delikatnie kiepski i lepiej było uderzyć dziobem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania