Cuiavia. 0035. Szczerbata baba
Stłumione głosy i tupot wielu stóp w obejściu wyciągnęły domowników z chaty. Cała rodzina cieśli zebrała się wokół Stanimira. Na taczce leżała skrzynka z korbą i kilka belek.
— Wszyscyśmy ciekawi, jak ta szczerbata baba kręci liny — obwieściła Dobra.
— Szczerbata co? — Agnieszka parsknęła. — Skąd wam przyszła do głowy taka nazwa?
— A jakże inaczej? Ząb, dziura, ząb, dziura.
Zaczęli się śmiać. Milena zasłoniła usta dłonią.
Wbili w grunt słupy i podparli je ukośnymi belkami. Przymocowali do nich skrzynkę. Wywlekli z chlewu ciężkie koryto i ustawili je na dwóch gładkich żerdziach ułożonych w kierunku maszyny.
— Radomirze, wytnij tu otwór. — Robert wskazał ściankę koryta. — Osadzimy w niej kołek z główką. Musi się swobodnie obracać.
— Został nam ten kołek, cośmy go źle spasowali do skrzynki. — Stanimir zwrócił się do syna. — Przynieś go razem z dłutem.
Radomir wrócił z narzędziem i kołkiem. Stanimir przymierzył go do koryta.
— I hak wytnij na końcu — powiedział Robert. — Zaczepimy na nim sznury.
— Wygładzę drewno pod główką. I łoju damy.
Radomir wyciął dziurę, a Stanimir naciął hak i wygładził trzpień. Posmarowany łojem kołek osadzili główką po wewnętrznej stronie koryta. Stanimir chwycił hak i obrócił go. Trzpień nie zacinał się w otworze.
Na czterech hakach Szczerbatej Baby zawiązali pasma łyka.
— Kto pierwszy? — zapytał Robert.
Stanimir podrapał się po brodzie. Dobra przyglądała się skrzynce. Nikt nie podszedł.
— W takim razie najmłodsza. Milusiu, chodź tutaj.
Dobra doskoczyła do córki, osłaniając ją ramieniem.
— Dziecko będzie powrozy kręcić?! — krzyknęła. — Sam rady nie dałeś, a teraz małego kurczaka do roboty pchasz?
— Nie będzie trzymała sznura. Tylko obróci korbę.
— Milusiu, spróbuj. — Agnieszka skinęła jej głową.
Dziewczynka podeszła do korby. Małe dłonie objęły szorstki uchwyt. Pchnęła, ale korba ani drgnęła. Zaczerwieniła się i spojrzała na matkę.
— W drugą stronę — powiedział Robert.
Naparła na uchwyt. Korba ustąpiła tak łatwo, że aż zrobiła krok za nią. W skrzynce coś mlasnęło, zaskrzypiało.
Cztery haki obracały się równocześnie. Pasma łyka kręciły się z nimi.
— Przytrzymajcie końce — polecił Robert.
Chwycili z Agnieszką po paśmie; pozostałe wzięli Dobra i Stanimir. Łyko skręciło się między ich palcami a hakami. Dokładali kolejne pasemka, przytrzymywali je, aż skręt pochwycił nowe włókna. Cofnęli się o krok.
Agnieszka sięgnęła po następną porcję. Zanim wyprostowała się z łykiem, w dłoni została jej krótka końcówka.
— Wolniej, Milusiu!
Dziewczynka zapiszczała radośnie.
— Słuchaj, co do ciebie mówią — upomniała ją Dobra. — Nie nadążamy za tobą. — Ścisnęła końcówkę pasma. — Podajcie mi jeszcze!
Stanimir rozglądał się za kolejnymi włóknami. Pasmo Roberta niemal wysunęło mu się z palców.
— Gniewko — zawołała Agnieszka. — Stań obok i podawaj nam po trochu.
Chłopiec zgarnął przygotowane włókna. Ledwie podał jej porcję, Dobra wyciągnęła rękę po następną. Przechodził między nimi ze zwisającym z ramion łykiem.
— Nie tak dużo naraz. — Dobra odebrała tylko część. — Resztę trzymaj.
Milena kręciła wolniej. Dokładali włókna i cofali się, a między nimi a skrzynką wydłużały się cztery osobne sznury.
Po piątym kroku Robert obejrzał się. Koryto stało tuż za nimi.
— Wystarczy. Milusiu, przestań kręcić.
Dziewczynka puściła uchwyt. Zapadka zablokowała korbę.
Dobra przesunęła palcami po skręconym paśmie.
— Ona naprawdę dała radę. Toć myśmy taki sznur pół dnia kręcili, a ona… — Spojrzała na córkę. — Nawet się nie zadyszała.
Robert przeciągnął sznury do krawędzi koryta. Dwa splątały się ze sobą.
— Radomirze, przynieś dwa grube patyki. Gładkie, bez sęków.
Chłopak przyniósł je.
— Wsuń je na krzyż między sznury. Tak, żeby każdy został osobno. Trzymaj mocno.
Stanimir zebrał końce, związał je i zaczepił na haku.
Robert przejął od Radomira skrzyżowane patyki.
— Milusiu, kręć dalej.
Tuż przy korycie cztery sznury owinęły się wokół siebie. Trzpień obracał się razem z nimi. Robert docisnął patyki do miejsca, w którym sznury schodziły się w jedną linę. Splot naparł na nie. Poluzował nacisk i przesunął się ku maszynie.
— Patrz, Radomirze. Wystrugaj potem klocek z czterema rowkami. Ma rozdzielać sznury tak jak te patyki.
Łyko skrzypiało. Za patykami przybywało grubego powrozu. Koryto drgnęło, potem przesunęło się po żerdziach.
— Ona to ciągnie! — krzyknęła Dobra.
Milena poprawiła chwyt. Przy kolejnym obrocie zwolniła; korbę przepchnęła dopiero, gdy oparła się na niej całym ciężarem.
— Wystarczy, Milusiu. Radomirze, dokończ.
Chłopak zajął jej miejsce. Kręcił wolniej, obserwując Roberta, który cofał się z patykami ku hakom. Koryto sunęło za nimi krótkimi szarpnięciami.
— Stój.
Przy hakach zostały cztery krótkie odcinki. Zanim zdjęli pasma z maszyny, Dobra obwiązała koniec powrozu cienkim sznurkiem. Drugi zabezpieczyła przy korycie.
Dobra chwyciła powróz i spróbowała rozkręcić splot. Pasma rozchyliły się nieznacznie; gdy poluzowała chwyt, wróciły na miejsce.
— Nigdzie nie puszcza. I wszędzie jednaki.
— Ciasno siedzą — ocenił Stanimir.
— Rękami takiego nie ukręciliśmy — powiedziała Dobra. — Aż szkoda go ciąć.
Milena stanęła obok nich.
— Mogę jeszcze raz?
Odpowiedział jej Robert.
Milena w Kwiecistej Dolinie, Kręci powrozy swojej rodzinie, Szczerbatą Babą ją zwano, Proszono o linę co rano, Bo dziewczę ze sznurów mocnych słynie.
— Nie jestem Szczerbatą Babą! — Rozchyliła usta, odsłaniając przerwy między zębami.
Gniewko i Leszek dobiegli do korby.
— Teraz ja!
— Ja pierwszy!
Obaj chwycili uchwyt i ciągnęli ku sobie.
— Przerwa — powiedział Robert. — Radomir musi wystrugać klocek. Potem Gniewko. Zaczęliśmy od najmłodszej, to trzymajmy kolejność.
Leszek puścił korbę. Gniewko jeszcze przez chwilę trzymał ją obiema rękami.
Do południa zmieniali się wszyscy. Radomir zastąpił Agnieszkę przy dokładaniu łyka, a ona poszła warzyć polewkę. Przerwali, kiedy ich zawołała.
Po jedzeniu wrócili do pracy. Znużone dzieci coraz częściej oddawały korbę dorosłym. Ze stosu łyka zostały w końcu krótkie włókna, których Dobra nie pozwoliła dokładać do pasm.
Ułożyli powrozy przed chatą.
Stanimir wyprostował plecy i rozłożył dłonie.
— Tyle ukręcone, a palce całe.
— Jak ci trudu brakuje, to drwa narąb — zaśmiała się Dobra.
— Roboty dużo, zmęczenia niewiele. To i mniej warte te powrozy?
— Spróbuj który zerwać, wtedy powiesz.
Odwróciła się do Agnieszki.
— Dziewanno… Moglibyśmy jutro jeszcze przyjść?
— Przychodź, kiedy chcesz. Nie musisz pytać.
— Ale ja mam konopie w komorze. Wyczesane. Nie było kiedy kręcić, a i tylu sznurów nie potrzebowałam. Ale skoro tak idzie…
— Przynieś. Skręcimy.
* * *
Rano Stanimir i Dobra nieśli przez wieś krzyżak owinięty konopnym włóknem. Długie pasma kołysały się pod nim.
Ludola wyprostowała się za płotem.
— A dokąd z takim dobrem? — Podeszła i dłonią pogładziła włókna. — Dobra robota.
— Powrozy kręcić będziem.
— Ze znajdami?
Stanimir poprawił chwyt.
— Z Mysłodarem i Dziewanną.
— Co oni o tej robocie wiedzą? Zmarnują wam wszystko. Zostawcie u mnie. Za koszyk jaj ukręcę.
— Jużeśmy się umówili.
— Wszak nikt takich powrozów jak ja nie kręci. Sami wiecie.
— Wiemy, że dobre robisz — odparła Dobra. — Ale dziś pójdziemy do nich.
Ruszyli dalej. Ludola została przy płocie.
— Żebyście potem nie żałowali!
W obejściu złożyli konopie obok skrzynki.
— Jak długie będziemy skręcać? — zapytał Stanimir. — Tak jak wczoraj?
— Raz przydają się krótkie, innym razem długie.
— To zróbmy jedną — powiedział Robert. — Długa zawsze się przyda. Potniecie później według potrzeby.
W miarę dokładania włókien oddalali się od baby. Krok za krokiem. Minęli koryto, potem skraj obejścia. Cztery sznury wydłużały się; pośrodku zwisały coraz niżej.
— Gniewko, Leszek! Podeprzyjcie je, bo zaraz trawę w nie wkręcimy — krzyknął Stanimir.
Chłopcy wbili w ziemię rozwidlone kije i unieśli na nich pasma. Czekali z kolejnymi, aż sznury znów opadną ku trawie.
Dobra sięgnęła po ostatnią garść konopi.
— Kończy się!
Rozdzieliła resztę między cztery pasma.
— Radomir, stój! — krzyknął Robert.
Sznury kręciły się dalej.
— Przestań kręcić!
Gniewko pobiegł do Radomira. Leszek ruszył za nim. Machali rękami, wołając jeden przez drugiego. Dopiero gdy dobiegli do obejścia, Radomir przestał.
Robert wsunął klocek między cztery pasma. Agnieszka przytrzymała go, a Dobra zebrała końce i mocno obwiązała sznurkiem.
Robert i Stanimir wrócili po koryto. Nieśli je nisko nad ziemią; spód zahaczał o kępy trawy. Po kilkunastu krokach zatrzymali się i poprawili chwyt.
Dobra wskazała dwie żerdzie pozostawione przy chacie.
— Po trawie nie pociągnie.
Stanimir wrócił po nie. Ułożyli je pod korytem. Przymocowali sznur do haka.
Dali znak Radomirowi.
Cztery pasma napięły się. Przy korycie zaczęły schodzić się w jedną linę. Splot napierał na klocek, przesuwając go ku maszynie. Dobra pilnowała sznurów w rowkach. Agnieszka wyjmowała podpórki przed klockiem i wbijała je za nim pod splecioną linę.
Radomir kręcił. Gdy ręka mu osłabła, chwycił korbę drugą.
Kiedy klocek doszedł do haków, Radomir zatrzymał korbę. Dobra zabezpieczyła koniec.
Stanimir odmierzył wzdłuż powrozu przeszło sześćdziesiąt kroków. W drodze powrotnej układał linę w długie pętle. Gotowy zwój przewiesił sobie przez pierś.
Wracali przez wieś.
Jedna z kobiet podeszła do nich.
— Już z powrotem?
Dotknęła zwoju na piersi Stanimira.
— To z tych konopi, coście je rano nieśli?
— Ze wszystkich — odpowiedziała Dobra.
Podeszły inne sąsiadki. Stanimir zdjął kilka pętli z ramienia, pozwalając im obejrzeć linę. Jedna ścisnęła powróz, druga spróbowała rozchylić pasma paznokciem.
— Ciasno siedzą.
— A długa jaka?
— Przeszło sześćdziesiąt kroków — odpowiedziała Dobra.
— I od rana tyle ukręcone?
Dobra skinęła.
Przy płocie stała Ludola. Sąsiadka wyciągnęła ku niej fragment powrozu.
— Chodź, zobacz, co te twoje znajdy zrobiły.
— Z wyglądu nie poznasz, ile wart — odparła Ludola. — Dopiero w robocie się okaże.
— A ty do południa taki byś ukręciła?
— Dobro, a moje konopie też byście skręcili? — zapytała Miłocha. — Wyczesane leżą, ale samej cały dzień przy nich zejdzie.
— Dużo ich masz?
— Przyniosę, sama zobaczysz. Nie tyle, co wy. Jaja dam za robotę.
Ludola wciąż stała pod płotem.
Następnego dnia przy korbie znów zmieniały się dzieci. Dobra dokładała konopie do jednego pasma, Agnieszka do drugiego. Przy dwóch pozostałych pracowały Miłocha ze Świętką.
— Ludola chyba nie była zadowolona, że przyniesiesz konopie do nas — powiedziała Agnieszka.
Miłocha dołożyła włókna i przytrzymała je pod skrętem.
— Koszyk jaj przeszedł jej koło nosa.
— Tylko o jajka chodziło?
— Przy robocie długo się siedzi. O Jaropełku byśmy sobie pogadały.
Świętka pochyliła głowę. Nie zdążyła dołożyć następnych włókien.
— Dokładaj wcześniej — zganiła ją matka.
Dobra wyciągnęła ku Świątce garść konopi.
— A ty nie chcesz rozmawiać? — zapytała Agnieszka.
— Dobrogost już Wszeborowi naopowiadał, jakby naszym dzieciom razem dobrze było.
— Młodzi jeszcze. — Dobra spojrzała na dziewczynę.
— Do obietnic, widać, nie. Swadźbę obiecuje na potem, a już dziś chce, żeby Wszebor za nim w radzie gadał.
Miłocha przytrzymała nowe włókna.
— Mój Wszebor to nie Sulisław. Jak powie dosyć, drugi raz mu tego samego do ucha nie kładą. Człek musi uważać nawet, z kim powróz kręci.
Skończyły. Miłocha zabrała powróz i zostawiła koszyk z jajkami.
Dobra postawiła go między sobą a Agnieszką.
— Dzielimy.
— Przecież to ty dostałaś zamówienie.
— A czym bym bez was kręciła? Palcami?
Wyjęła pierwsze jajko i położyła na złożonej tkaninie.
— Twoje.
Drugie odłożyła do miski.
— Moje.
Kolejne wyciągała z koszyka i dzieliła na przemian, mrucząc pod nosem.
— Stanimir taczki robi, ja powrozy kręcę. Jeszcze niedawno człek się narobił, a i tak nie było czego do garnka włożyć.
Podała Gniewkowi ostatnie jajko.
Spojrzał na miskę i jajka na tkaninie.
— Czyje?
— Policz — powiedziała Agnieszka. — Gdzie jest mniej?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania